Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 05.djvu/036

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Świetna myśl! — zawołała panna Zofja. — Tylko czy oni zechcą mówić szczerze?
— Moja Zosiu, przeżegnaj się! — zawołał jej brat. — Cóżby o nas pomyślał tatko?
— Ot i znowu wylazł polski pan! — roześmiał się Permski.
— Moi państwo, niema się o co spierać, ponieważ ani Walek, ani Antoś do naszej zabawy z pewnością nie chcieliby należyć — rzekł Łoski.
Młody Turzyński podźwignął się i usiadł chmurny; panna Krystyna była bardzo zmieszana.
— Zaczynam spowiedź — rzekł Łoski, podnosząc i opuszczając obie ręce. — Muszę się państwu przyznać do bardzo ambitnych zamiarów. Naprzód, chciałbym być doskonałym nauczycielem. Powtóre, pragnąłbym, ażeby choć jeden z moich uczniów pozyskał tytuł wielkiego człowieka w jakiejkolwiek dziedzinie pracy.
— To już nie o mnie mowa! — mruknął Staś Turzyński.
— Dlaczego? — wtrącił Permski. — Przecież niejeden wielki człowiek uchodził w szkołach za... nie dość rozwiniętego...
— Moi państwo, nie przerywajcie mi, przynajmniej w tej chwili! — upomniał ich Łoski. — Po trzecie zaś, na pytanie: co chciałbym zrobić dla kraju? — odpowiem krótko: chciałbym stworzyć dobrą szkołę, ale taką, jakiej jeszcze nie było na świecie. Szkołę, która nietylko rozwijałaby umysły, ale także siły fizyczne, energję moralną i szlachetne uczucia. Muszę jednak dodać, że skwitowałbym z osobistych ambicyj, gdybym mógł doczekać szkół polskich i wogóle całego systemu edukacyjnego polskiego.
— To będzie, musi być! — wtrącił Permski. — Ale nie zaraz i nie darmo...
— Co to znaczy nie darmo? — zapytał kleryk.
— Pogadamy kiedy o tem — odpowiedział Permski. —