Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 05.djvu/072

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Zbliżyli się do ganku, przed którym podniecona, zarumieniona panna Krystyna mówiła:
— Idziemy do Szczepanka. Wprawdzie niema panny Wandy, ale pani Wodnicka mówi, że pan Józef może nas doprowadzić.
— Józiu — rzekła ciotka z miną niezbyt zadowoloną — ty przecie trafisz do krzaków, co za folwarkiem...
— Wiem, tam, gdzie bydło pasą.
— Właśnie — ciągnęła pani Wodnicka. — Musisz zaprowadzić państwa do tego Szczepanka Stopy, co pasie trzodę chlewną. Chłopcy gdzieś się podzieli, panna Wanda pojechała z mężem i Jadziulką do miasta, więc na ciebie spada obowiązek...
— Ależ z największą chęcią! — odpowiedział Józef. — Ja także skorzystam z okazji.
— Pan jeszcze nie widział tego chłopczyka? — zdziwiła się panna Zofja.
— Właśnie przed chwilą pierwszy raz o nim usłyszałem.
— Albo pan żartuje, albo pan popełnił grzech śmiertelny! — oburzyła się panna Krystyna. — Jak można, siedząc tu, na miejscu, nie poznać człowieka, który jest triumfem cichej pracy tak zwanych „guwernantek?“ Bo Szczepana nauczyły czytać i wciągnęły do czytania książek skromne nauczycielki naszej szanownej gospodyni, pani Wodnickiej, a robiły to naturalnie poza obowiązkowemi zajęciami, w czasie świąt albo wieczorem.
— Musi to być zdolny chłopak! — wtrącił Józef.
— Cud! dziw! — mówiła, coraz mocniej zapalając się, panna Krystyna.
— Przypominam sobie anegdotę — odezwał się Łoski — według której Francja posiada jeszcze większe cudy, ponieważ tam każdy pastuch mówi po francusku.
— Możebyśmy spierali się idąc? — rzekła panna Zofja.
Ruszyli gromadą w stronę zabudowań folwarcznych, zosta-