Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 05.djvu/071

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    — Ja mam przeczucie, że to jest uczciwy człowiek.
    — Są ludzie, którzy nazywają go nietylko uczciwym, ale nawet niezwykłym facetem — mówił Łoski. — Zawsze jednak nie trzeba się śpieszyć, — raczej działać oględnie.
    — To dziwne! — zawołał Józef. — A ja myślałem, że pan mi natrze uszu za to, że nie chcę łączyć się z Turzyńskimi.
    — Mój drogi, mnie nie obchodzi ani Turzyński, ani Nieznany, tylko interesy twoje i twej matki. Nie chciałbym więc, ażebyście przez nieostrożny wybór narazili się na stratę, albo i kompromitację. W zatargu między Turzyńskim i Nieznanym zrobić słuszny wybór, jest to samo, co przejść po wąskiej kładce nad wodą.
    — Mam wstręt do Turzyńskich — mruknął Józef. — Jaśnie panicz Stanisław!... wielka dama panna Zofja!...
    Łoski stanął zdumiony i rozłożył ręce.
    — Bój się Boga, czego ty chcesz od Zosi? — zawołał. — Przecież to anioł, podniesiony do kwadratu! A i Staś byłby lepszy, aniżeli jest, gdyby otrzymał inne wychowanie.
    — A ich ojciec? — zapytał Józef.
    — Ty ojca nie znasz, ja znam go bardzo mało, więc cóż warte nasze sądy o nim? Jużci jest to utracjusz i kopalny okaz; może jednak tacy nie istnieliby u nas, gdyby kraj miał normalne warunki bytu. Niewola i psuje ludzi i ogłupia.
    W tej chwili Józef spojrzał w stronę ganku i spostrzegł, że panna Krystyna daje im znaki chustką.
    — Zdaje się, że wołają nas — rzekł.
    — Rozumiem — odpowiedział Łoski. — Z kurami już się załatwiono, teraz kolej na uczonego pastucha.
    — Cóżto znaczy? — zdziwił się Józef.
    — Nie wiesz? Przecie na tym folwarku służy pastuch, nadzwyczajny świnopas, którego, przez figle czy filantropję, tutejsze guwernantki nauczyły czytać. Przypadkiem dowiedziała się o nim Zosia, no i przyjechaliśmy, aby go obejrzeć.