Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 05.djvu/176

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Staś otrząsnął się.
— Bierz licho! — mruknął. — Gdybym musiał szanować każdego, kto nam pożycza pieniędzy, kłaniałbym się wszystkim Żydom, którzy przejeżdżają przez Klejnot. Machasz ze mną, Trawiński?...
— Ależ on nie zna hrabiego! nie może jechać! — odparł niecierpliwie Łoski.
— Naturalnie, że nie mogę — odezwał się Józef. — W każdym razie dziękuję ci za pamięć o mnie.
— To wezmę Andrzeja. Bądźcie panowie zdrowi! — zawołał Staś i równie prędko opuścił pokój, jak pierwej szedł do niego.
— Boże, cóżto za szaławiła! — westchnął Łoski i pogrążył się w czytaniu.
Deszcz ustał. Przed pałac zajechała kareta, powóz i furgon na rzeczy; po chwili z sieni głównej wybiegł Staś z Andrzejem Turzyńskim, lokaj zatrzasnął drzwiczki i niebawem wszystko zniknęło z dziedzińca.
Józef uczuł pustkę w pokoju i w sercu. Wyszedł na dół, okrążył sadzawkę i nieznacznie spoglądał w okna Zosi, upatrując bukietu. Ale i okna były puste. Chłopak posmutniał jeszcze bardziej i powlókł się do parku, pomimo błota w alejach i na bocznych dróżkach.
„Poco ja sobie głowę zawracam? — myślał zrozpaczony. — Co mnie do Turzyńskich, a szczególniej do panny Zofji?... Skończą się wakacje, wyjadę, a gdybyśmy i spotkali się kiedy, nie będzie nawet pamiętała, że rozmawialiśmy z sobą tak szczerze.“
Chodząc bez celu, ażeby tylko czas zabić, spostrzegł w kącie ustronnym, gdzie może nikt nie zaglądał, starą brzozę, ukrytą między świerkami. I nagle poczuł niepokonaną chęć napisania czy wyrysowania czegoś na białej korze drzewa. Wydobył scyzoryk i w pierwszej chwili chciał wyciąć wizerunek serca. Pomysł ten jednak wydał mu się dziecinnym, więc,