Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 05.djvu/205

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nych alei zobaczyli Podolaka, spacerującego z Łoskim. Kleryk zdawał się żywo rozprawiać.
— O! — zawołał doktór — widzisz kolega, jak to pański przyjaciel pisze listy!
— Musiał go zatrzymać Podolak — odpowiedział Józef.
— Pan Łoski wygląda na jeneralnego spowiednika. To jakiś oryginał?
— Nie spotkałem mądrzejszego i uczciwszego człowieka — odparł Józef.
— Piękne słowo! A owego Antka zna kolega?
— Owszem, i uważam, że jest bardzo zdolny, a przytem skromny i ma łagodne usposobienie. Jestem prawie pewny, że gdy zajmie się nim pan Łoski, Antek zostanie nauczycielem ludowym.
— I naprawdę uczy tego Antka panna Sobolewska?
— Bodaj, czy nie co wieczór.
— Phy! Może chłopakowi i uda się? Choć to rzecz niełatwa. Jemu należałoby zapewnić jakiś fundusz na cztery pięć lat... No i nie zniechęcił się kolega do medycyny? — pytał Płótnicki.
— Nie! — odrzekł, śmiejąc się, Józef.
— Ha, w takim razie zapewne będziesz kolega lekarzem. Przecie powiesić się można i w tej specjalności...
Dowidzenia! — rzekł nagle Płótnicki. — Zdaje się, że szuka mnie kamerdyner mojego pana.
W tym samym czasie, kiedy doktór wobec Trawińskiego piorunował na medycynę, niemniej ciekawa rozmowa toczyła się między klerykiem i Łoskim.
— Nie gniewacie się, kolego — zaczął Podolak — że oderwałem was od przejażdżki po wodzie?
— Wcale nie — odrzekł Łoski. — Naprawdę chciałbym napisać kilka listów.
— W takim razie nie możecie poświęcić mi jakiejś dłuższej chwili.