Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 05.djvu/253

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Nie oczekuję od niego protekcji.
Mecenas stropił się. Zdziwiony, obrzucił wzrokiem Permskiego i Łoskiego, potem surowo spojrzał na syna i — zaczął komplimentować Stasia Turzyńskiego. Było jednak widoczne, że coś mu się nie udało, czy pomieszało.
Na szczęście wszedł lokaj i zaprosił pana Byvatakyego do jaśnie państwa.
W chwilę później młode towarzystwo hałaśliwie zasiadło do obiadu i zapomniało o niezwykłym gościu. Tylko panna Klęska odezwała się do Zosi, że — nie rozumie, co chciał powiedzieć jej pan mecenas? Zaś młody Byvataky miał minę zgnębionego, mało jadł i milczał.
Po obiedzie Józef ukłonił się Zosi nisko i zdaleka. Spojrzała na niego chmurnie, zlekka zarumieniona. Lecz gdy spostrzegła, że zabiera się do odejścia z Łoskim, zbliżyła się i rzekła:
— Jutro mamy wielki spacer do Turzyc. Spodziewam się, że pan nie zostanie tutaj?
— Jeżeli pani każe...
— I nie będzie mnie pan tak ostentacyjnie unikał — dodała półgłosem.
Józef wyprostował się, oczy błysnęły mu radością. Ale zanim miał czas odpowiedzieć, Zosia wzięła pod rękę pannę Różę Turzyńską i wyszła.
Kiedy z Łoskim znaleźli się na dziedzińcu, Józef zawołał:
— Pyszny dzień! Nie za gorąco i nie chłodno. Chciałbym, ażeby tak samo było jutro... Bo wie pan, że wszyscy stąd jadą do Turzyc?
— A tak, wspominał mi Radcewicz. Może być ładny spacer... Spodziewam się, że i ty pojedziesz? Warto poznać Turzyce i piękną drogę.
Idąc, zapatrzył się w obłok i nagle rzekł:
— A wiesz, że panna Krystyna już po słowie z doktorem Płótnickim?