Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 05.djvu/040

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Tobyśmy jeszcze zobaczyli...
— Niechże cię uściskam, ty bełkocie! — wykrzyknął Permski. — No, nareszcie ma człowiek z kim pogadać... A zdawał się niuńka!...
— Pan Byvataky — rzekł Łoski.
— Ponieważ mówimy szczerze, co kto myśli, więc powiem, że... chciałbym zostać przynajmniej tak znakomitym dyplomatą, jakim Pomorski chce być wynalazcą, a ksiądz Podolak mówcą.
— Dobrze! A dla narodu co? — zapytał Łoski.
— Ponieważ mam być dyplomatą, więc milczę...
— Brawo, polski Bismarcku, czy Cavourze!
— Albo Wallenrodzie! — dorzucił Permski.
— Teraz na ciebie kolej, Józiu, nie wykręcisz się! — zwrócił się Łoski do Trawińskiego.
Chłopak zarumienił się powyżej oczu i odpowiedział cichym głosem:
— Ponieważ mam być lekarzem, więc naturalnie chciałbym być jak najlepszym. A co do narodu... Chciałbym mu służyć... jak najwięcej oddać usług. Ale jakiemi one będą? jeszcze nie wiem.
— Panno Zofjo — rzekł Łoski — dłużej odwlekać nie można. Czekamy na spowiedź pani.
— Dobrze, już dobrze! — odpowiedziała prędko. — Dla narodu chcę, ażeby wszyscy, ale to wszyscy byli najszczęśliwsi, a dla siebie... ażeby mi zawsze tak było... jak dziś na spacerze.
Mimowoli rzuciła okiem na Trawińskiego i zmieszała się; nawet niewiele brakowało do płaczu.
— Boże, jaka ja jestem śmieszna! — szepnęła, zasłaniając rękoma oczy.
— Pannę Paulinę zachowamy na deser — rzekł Łoski — a teraz prosimy pannę Różę.
— Ja mogę powtórzyć tylko to, co powiedziała Zosia. Niechaj wszyscy będą szczęśliwi.