Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 05.djvu/233

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


XV.


Na drugi dzień Józef obudził się niewyspany, ociężały, rozdrażniony. Zirytowała go bezdennie spokojna twarz Łoskiego, który leżąc, studjował, bodaj czy już nie od wschodu słońca, stare dokumenty, zapewne rodziny Turzyńskich. Chłopak nie dopił kawy, którą jak zwykle przyniesiono im do pokoju, i szybko ubrawszy się, wybiegł do parku.
Ranek był jasny i chłodnawy. Na czystem niebie stało kilka białych obłoków, przypominających jagnięta: na klombach i trawnikach iskrzyły się i grały wszystkiemi barwami gęste krople rosy; park śpiewał. Ale cuda natury nie uspokoiły Józefa; przeciwnie, zbudziły w nim tęsknotę, od której, zdaje się, niema ucieczki, chyba do grobu.
Źle było mu w pokoju z Łoskim, źle w parku. Przez chwilę pomyślał: możeby wrócić do Kamienia?... ale aż otrząsnął się na wspomnienie lekcyj z braćmi, facjatki, w której mieszkał, pól i lasu, które przedeptał. Może do Warszawy? Poco? Ażeby matka spostrzegła, że wyjechał od niej wesoły, a wraca smutny? Może odnaleźć Stasia i Andrzeja Turzyńskich, pójść z nimi do strzelnicy, albo konno pojechać na spacer? A niechże Bóg broni! Czuł już nietylko obawę przed ludźmi, ale wstręt do ich towarzystwa.
„Czy nie grozi mi melancholja? — pomyślał ze strachem. — Takie smutki bezprzedmiotowe!...“ — Lecz ta właśnie uwaga oprzytomniła go i począł się zastanawiać:
„Oczywiście jest mi tu obco; nie zżyłem się z miejscem, ani z ludźmi; Łoski dla mnie za chłodny, pomimo rozumu