Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 05.djvu/269

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ależ prosimy! — odpowiedziała pani prezesowa. — Może nawet pogodzi nas pan.
— Jestem pewny, że nie spracowałbym się przy takiej okazji.
— Kto wie, mecenasie — mówiła pani. — Brat sądzi, że nam nie wypada jechać do Turzyc, a ja mam przeczucie, ale to głębokie przeczucie, że ten spacer wyda najlepsze skutki.
— Ja zawsze wierzę przeczuciom... Przeczuciom, osobliwie stanowczym i w ważnych wypadkach, zawsze trzeba wierzyć — upewniał mecenas, zacierając ręce. — Świeżo byłem świadkiem bardzo ciekawego sprawdzenia się przeczuć...
Teraz przypomniał sobie Turzyński, że ma na głowie kapelusz, więc zdjął go szybko, rzucił na taburet pod ścianą i z uprzejmym ukłonem zwrócił się do mecenasa. Lecz w tej chwili drgnął i spojrzał w otwarte okno, za którem słychać było parskanie koni.
— Rozmawiają?... śmieją się? — rzekł, jakby do siebie.
— Ale gdzież tam! — zaprzeczyła pani Dorohuska. — Posłuchaj lepiej, co mówi pan mecenas o przeczuciach.
— Słucham!... słucham!... choćby dlatego, że moje przeczucia nie są dobre.
Byvataky uśmiechnął się i zaczął:
— Od kilku lat jeżdżę na odpoczynek do Monte Carlo... O, przepraszam, pani prezesowo!... Prawda, że gram co roku, ale na grę przeznaczam ściśle tylko dziesięć ludwików... ani centyma więcej. No i dotychczas naogół — przegrałem, ale tylko dwadzieścia franków. Ani centyma więcej!... Kto chce zapewnić przyszłość dziecku...
Nagle przerwał, mocno zarumieniony. — „Poco ja rzuciłem ten frazes?“ — rzekł w sobie. Lecz uspokoił się, dostrzegłszy lekki uśmiech na ustach pani Dorohuskiej.
W tej samej chwili Turzyński pobiegł do okna, a na twarz znowu wystąpiły mu sine plamy. Od strony dziedzińca słyszał już nietylko parskanie koni i uderzenia kopyt, nietylko pół-