Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 05.djvu/270

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


głośną rozmowę stangretów, ale głośny, ordynarny śmiech. Sędzia wychylił się przez okno i wytrząsając laską, zawołał:
— Walek, łajdaku jakiś!... przed karczmą stoisz, bydlę?
— Zapomniałem się, jaśnie panie! — odpowiedziano z dołu, głosem bynajmniej nie pokornym.
— Co? — wołał Turzyński — chce ci się jechać za naszym powozem?... Won stąd, chamie, na koniec!
— Proszę jaśnie pana... — tłomaczył się głos z dołu.
— Milcz, psubracie, i won!... na koniec!... Dalej!... bo jak zejdę do ciebie...
Rozległo się klaśnięcie batem i powozik zaturkotał.
— O! — mówił wściekły z gniewu Turzyński, wyciągając rękę ku dziedzińcowi. — Tylko zobaczcie państwo, jak ten łotr... ten łajdak... wali konie!
Zrobił ruch, jakby chciał wybiec z pokoju, ale prezesowa zatrzymała go.
— Bój się Boga, Zygmuncie, czy to warto?... Furman z końmi nie zrobią sobie krzywdy... Za dobrze się znają.
— Ale to zbój! kandydat na mordercę! — wołał sędzia. — Głowę dam, że ten łajdak skończy w kryminale.
— Szczególniej, jeżeli ja będę go bronił z urzędu! — wtrącił z uśmiechem Byvataky.
— Niechże mecenas opowie o tych przeczuciach w Monte Carlo! — wtrąciła prezesowa.
Sine plamy na twarzy sędziego poróżowiały. Rzucił się na fotel i rzekł, już nieco uspokojony:
— Masz rację! Słuchamy pana...
— O, widzi pan mecenas, jaki to zapałka — rzekła prezesowa. — Możnaby myśleć, że morduje ludzi, a on ich poprostu — pieści.
— Czasami kijem! — uśmiechnął się sędzia. — Ale tego łajdaka Walka muszę nauczyć rozumu. Gdybyście państwo widzieli, jaka to szelma harda...