Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 05.djvu/075

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    — I cóż ci się najlepiej podoba? — pytała drżąca ze wzruszenia Krystyna.
    — Wszystko mi się podoba, ale najlepiej to „Hrabia de Monte Christo“ — mówił Szczepanek. — Ten Dantes to był przecie gorszy od pastucha, bo siedział w więzieniu. Ale kiedy spotkał się z Farią i uciekł z kryminału, to znalazł wielkie pieniądze.
    — A ty chciałbyś znaleźć pieniądze? — egzaminowała panna Krystyna.
    — Pani, ostrożnie! — wtrącił Łoski po francusku. A zwróciwszy się do chłopca, zapytał:
    — Dlaczego odrazu nie powiedziałeś, że umiesz czytać? To przecie bardzo dobrze, jeżeli kto nauczy się czytać.
    — Bardzo to nie — mruknął chłopak.
    — Dlaczego?
    — Bo jak mnie tutaj na wiosnę zdybał pan dziedzic z książką w garści, to mało o mnie kija nie połamał.
    — Co też ty pleciesz! — zawołał przerażony Łoski.
    — Mówię prawdę. Przecie jeszcze mam znaki. Teraz jużbym nigdy nie poszedł z książką w pole.
    Łoski chwycił się ręką za usta, jakby go zęby zabolały; pannie Sobolewskiej niewiele brakowało do rozpłakania się. Józef zaś spojrzał w oczy pannie Turzyńskiej i lekki uśmiech błysnął mu na twarzy.
    Ale Zosia wytrzymała drwiące spojrzenie, tylko pobladła jak papierek. Potem, zwróciwszy jasne oczy na Szczepanka, zapytała go:
    — Czy chciałbyś jeszcze uczyć się, kawalerze?
    — To się wie! — odpowiedział coraz mocniej zdziwiony chłopak.
    — W takim razie będziesz się uczył. Dopomoże ci pan dziedzic.
    Kiwnęła głową, odwróciła się i poszła w stronę dworku Wodnickich, a za nią reszta osób. Łoski zdjął kapelusz i rzekł: