Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 05.djvu/218

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


niejednokrotnie oddawałem się z dobrej woli, które nawet zdecydowały o mojem powołaniu.
Podczas zeszłorocznych wakacyj — mówił Podolak — spadły na mnie wątpliwości. Kto tam widział Boga! — snuło mi się po głowie. Kto widział życie przyszłe! Dlaczego wreszcie tamten inny świat, jeżeli naprawdę istnieje, nie objawia się nam w jakiś sposób? Dlaczego naprzykład ja nie widziałem nigdy ducha mego ojca, a nadewszystko matki, która tak bardzo mnie kochała?
Słowem, zwątpienie gryzło mnie, jak podły robak drzewo; ale ponieważ odrazu poznałem sprawcę, więc, dla odpędzenia go, zacząłem medytować o piekle. Byłem bardzo rozdrażniony, mimo to zauważyłem pewną osobliwość. Oto, według wskazówek duchownych, piekło jest obszerną jaskinią, a właściwie jeziorem, wypełnionem ogniem i siarką gorejącą. Tymczasem ja, z nieznaną dotychczas wyrazistością, spostrzegłem olbrzymi, nieledwie bezgraniczny krajobraz. W górze niebo blade, jak twarz zmarła, na niem martwej siności chmury i słońce barwy ciemno-wiśniowej, którego blask wywoływał nieopisany ból oczu, a ciepło przypominało dotknięcia rozpalonem żelazem.
Pod tem szkaradnem niebem, ohydnemi obłokami i słońcem, które wylewało udręczenia, spostrzegłem ziemię, zamiast trawy, zasypaną ostremi kamieniami, zimniejszemi od lodu. Były tam pagórki, z których, zdawało się, że wychodzą krwawe wnętrzności; były ruiny nieznanych budowli, tu i owdzie wznosiły się szkielety olbrzymich drzew, odarte z liści, połamane, poszarpane...
Nagle zdało mi się, że słyszę wycia, gwizdy, łoskoty jakby wichru jesiennego, który potężniał, coraz większej nabierał wyrazistości i niepojętej rozmaitości. Naprawdę była to burza ludzkich jęków, płaczu, wzdychań, przekleństw, śmiechów... Albo ja wiem, czego tam nie było!...
Czułem, że mój wzrok stopniowo przyzwyczaja się do dziwnego oświetlenia, i że powoli, niby z poza mgły, wynu-