Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 05.djvu/137

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nym siądzie Krystyna z Zosią, przy drugim Podolak ze Stasiem.
— Panie Trawiński! — zawołał Staś, chwytając za rękę Józefa — połącz się z naszą paczką, a cały Klejnot przewrócimy do góry nogami.
— A ponieważ Józiowi chodzi o to, ażeby Klejnot został we właściwem miejscu, dla ciebie — wtrącił Łoski — więc połączy się ze mną. A tobie radzę uspokoić się, gdyż pani Dorohuska ma bystre oko.
— Już pewnie ojciec musiał przed panem narobić plotek — odparł Staś.
— Nie. Tylko przypominam ci, że prawdziwy arystokrata musi panować nad swojemi odruchami.
Staś zmarszczył brwi i niecierpliwie rzucił głową; ale spoważniał i, zamiast wrócić do swoich przyjaciół pod okno, zaczął rozmawiać z Józefem, czy podobał mu się Klejnot.
— Nie wszystko widziałem — odpowiedział Józef. — Ale dotychczas największe, niezatarte wrażenie zrobiła na mnie kaplica.
Staś jeszcze bardziej spoważniał.
— O, ta kaplica! — rzekł zamyślony. — Nieraz pytam się, czyśmy jej warci.
— Już pytanie dowodzi, żeś pan jej wart — odpowiedział Józef.
Staś spojrzał na niego zdziwiony.
— Pierwszy raz słyszę podobną odpowiedź — szepnął, jakby do siebie, a po chwili dodał, rumieniąc się;
— To możebyśmy sobie mówili po imieniu, jeżeli pan chcesz?
Pocałowali się, a współcześnie lokaje otworzyli drzwi podwójne, w których ukazał się pan Turzyński, prowadząc pod rękę panią Dorohuską. Oboje byli czarno ubrani, jak i ich młodzi goście. Od strony poczekalni wszedł Permski, przyzwoicie odziany, ale ponury.