Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 05.djvu/178

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


kleryk, o którym nawet służka zaczyna szeptać, i dwa tysiące Komorowskiej, z powodu których mogą być jeszcze duże nieprzyjemności. Ale co mi się wydaje nienormalne u prezesowej, to te ciągłe powtarzanie słówka: arystokracja! Z kim u djabła zadaje się ta kobieta? Przecie znam ją nie od dzisiaj i nigdy tego nie słyszałem. Arystokracja i arystokracja!... zupełnie jakby się wychowała gdzieś w garderobie i przypadkiem została panią kamerdynerową w domu arystokratycznym. Tfu!... A cóż, kawalerze, miód?... Tylko pij go po kropelce!...
— Prawda, że miód jakiś dziwny! — odparł Józef, uśmiechając się. — Po pierwszym łyku opuścił go smutek, który przez parę godzin chodził za nim po parku, a po drugiej kropli chłopak nawet poczuł wesołość. „Co mi tam Zosia!“ — pomyślał.
— O! — zawołał Radcewicz. — Już służba staje przed sienią. Pewnie nadjeżdżają. Więc i my pójdźmy witać hrabiego Kajetanowicza.
— Pocóż my mamy go witać? — odezwał się Józef uśmiechnięty.
Radcewicz zmarszczył brwi i ostro spojrzał na Trawińskiego.
— Ja, widzisz kawalerze, muszę go witać, gdyż jestem sługą, a ty zrobisz, jak zechcesz. Na twojem jednak miejscu stanąłbym między innymi, ażeby zobaczyć coś naprawdę ciekawego.
— Taki dziwak? — wtrącił Łoski.
— Dziwak to za mało!... Wreszcie zobaczy go pan profesor i sam oceni. Według mego widzenia rzeczy, to on albo jest skończony warjat, albo gra komedję, nie wiem w jakim celu. Czy w ten sposób chce zbadać ludzi, którzy go otaczają, czy lęka się zdrady, czy naśladuje nieboszczyka Władysława Turzyńskiego, który też wyprawiał awantury, choć nie w tym