Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 05.djvu/058

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


IV.


Zaczęły się dla Józefa dni nudne, chwilami przykre. Wielkie gorąca lipcowe osłabiły go i odbierały chęć do pracy, a tymczasem, będąc na kondycji, należało nietylko samemu pracować, ale i zmuszać innych.
Staś i Kazio, jego cioteczni bracia a zarazem uczniowie, były to chłopaki dobre; nie odznaczali się jednak zbytecznem zamiłowaniem nauk szkolnych, a wakacje chcieli mieć swobodne. Tymczasem Trawiński, zobaczywszy, że mają wiele zadanych wypracowań, i że w ich trzyklasowych wiadomościach istnieją duże luki, zaczął z nimi systematycznie odrabiać lekcje. W poniedziałek z rana chłopcy żwawo zabrali się do... szukania książek i kajetów, co im sporo czasu pochłonęło; potem jednak usiedli i chętnie odpowiadali na pytania. Lecz już po południu Kazio w żaden sposób nie mógł znaleźć gramatyki łacińskiej, a Staś co kilka minut spoglądał na zegarek. Nazajutrz z rana obaj chłopcy byli bardzo nieuważni, zaś po południu Kazio nagle zniknął z pokoju, a Staś, który z własnej ochoty poszedł go szukać, także gdzieś się podział. Wrócili dopiero nad wieczorem, zmęczeni, potargani i posępni, a gdy Józef zapytał ich, gdzie byli, odpowiedział jeden przez drugiego:
— Byliśmy w Chojnatach. Mają być w tym roku wielkie urodzaje, więc we wszystkich folwarkach budują szopy na zboże i bardzo się spieszą.
— Dobrze — odpowiedział Józef — ale co was to obchodzi?