Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 05.djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


się wyspać, a na łóżku potańcować. Szafa z lustrzanemi drzwiami... stolik nocny... Jedyną rzeczą, mającą wartość, jest ten klęcznik, na którym odmawiał pacierze jeszcze kasztelan Turzyński, pradziad naszego. Niegdyś w gabinecie wisiały gobeliny, a ściany sypialni były obite jedwabiem.
— I gdzie się to podziało? — zapytał Józef.
— Poszło trochę na konie, trochę na karty i ładne kobiety, a potem — znowu na ładne kobiety i karty. Karty, panie, to najżarłoczniejsze zwierzę pod słońcem, zaś ładne kobiety mają nadzwyczajną wartość. Tylko historja sreber jest inna. Naczynia srebrne sprzedał nasz pan, ażeby wydobyć z kłopotu swego kuzyna, który jakieś tam wekselki po... tego... ten... Uratował z kryminału człowieka, którego wyparł się własny ojciec.
— No, to jednak był niezwykły czyn — odezwał się Łoski.
— Pan Zygmunt miewa takie wybuchy — odparł Radcewicz, kiwając głową.
— A cóż się stało z tym kuzynem? — zapytał Józef. — Opamiętał się?
— Kuzyn, po wydobyciu go z niewoli babilońskiej — mówił, śmiejąc się, stary — na podziękowanie zamieszkał u nas, w Klejnocie i — przez wdzięczność — zaczął umizgać się do pani Zygmuntowej... Wyrzuciliśmy go za drzwi.
Tak rozmawiając, obeszli najważniejsze pokoje pałacu. Na pierwszem piętrze widzieli pokój panny Turzyńskiej, z białemi sprzętami i wcale dobrą kopją Madonny Rafaela nad klęcznikiem. Trawińskiemu zdawało się, że jest w świątyni, i nie mógł wydziwić się obojętności, z jaką Łoski patrzył na małe biureczko i skromne łóżko panienki, którą powinien był uwielbiać.
„A może on nie bałamuci panny Zofji?“ — pomyślał Józef. W tej samej chwili Łoski znowu wydał mu się najuczciwszym i najmędrszym człowiekiem na świecie.
Wkońcu obejrzeli wielką salę balową, gdzie był chórek