Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 05.djvu/173

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


odbieram od nich dowody życzliwości? Ja mam uczucie, że tu chodzi nietyle o pieniądze, ile o mój honor. Coby oni powiedzieli, gdybym pod ich dachem, czy na ich terytorjum, układał sobie plany porozumienia z człowiekiem, którego oni nienawidzą, gardzą nim...
— Honor!... nienawiść!... pogarda!... Aj! oj! oj!... W co ty się plączesz? — zawołał Łoski, znowu chwytając się za głowę.
— W nic się nie wplątałem! — odparł podniecony Józef. — Czy już pan nie pamięta, że sam ostrzegał mnie, ażeby być ostrożnym z Nieznanym?...
— Prawda, ale wówczas myślałem, że ten pan Nieznany może być awanturnikiem, nawet hultajem. Obecnie jednak słyszę z różnych stron, że to człowiek uczciwy, że był najserdeczniejszym, jeżeli nie jedynym przyjacielem i opiekunem Władysława Turzyńskiego i że zapis jest najlegalniejszy. Zmarły chciał nietylko tego, ażeby Nieznany odziedziczył po nim cały majątek, ale jeszcze, ażeby Zygmunt Turzyński nie dostał nic po nim... To głęboko zawikłana historja i znowu na dnie leżą długi. Zygmunt niemało napożyczał od brata, nie dbał o niego, szykanował... Ale o tem nie mówi się.
— Więc cóż pan chce, ażebym robił? — pytał wzburzony Józef.
— Czekaj, nie śpiesz się... W tych czasach musi się wyjaśnić dużo rzeczy.
— Przecież gdyby Turzyńscy nie mieli prawa do spadku, nie występowaliby z procesem?
Łoski machnął ręką.
— Podnieca do procesu Dorohuska, która nie może wyobrazić sobie, ażeby Turzyce nie należały do Turzyńskich. Zresztą liczy baba na swoje, podobno ogromne, stosunki. A że jeszcze znalazł się adwokat w rodzaju Byvatakyego...
— Cóżto za facet?
— At! Podobno genjusz, gdy chodzi o matactwo. I kto