Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 05.djvu/235

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Za kogóż mnie pan uważa? — odparła Zosia. — Kto, ale chyba pan, powinienby już wiedzieć, że jestem kobietą nową... Ale mniejsza o nich. Bardzo dziękuję, że pan przyszedł, bo mam dużo do opowiedzenia.
— Jestem szczęśliwy... — zaczął Józef; ale spostrzegłszy, że Zosia wzruszyła ramionami, zamilknął.
— Niech pan sobie wyobrazi, ile kłopotu narobił mi ten bukiet, który miał stać w oknie.
— Czy kto słyszał?
— Nikt niczego nie słyszał, ale ja miałam skrupuły. Naprzód, czy stosownie zrobiłam, powierzając panu moje troski...
— Ależ jestem najszczęśliwszy...
— Właśnie tak sobie powiedziałam, że pan jest dobrym człowiekiem, który lubi sprawiać ulgę bliźnim.
— No, nie każdemu!
— Z pewnością każdemu — mówiła Zosia tonem osoby bardzo dojrzałej i doświadczonej. — Pan siebie jeszcze nie zna!
— Ależ...
Panienka z politowaniem znowu wzruszyła ramionami.
— Powtóre, bałam się, że pan może nie zauważyć bukietu. Tak łatwo się zapomina...
— O, proszę pani!...
— Albo, że wczoraj upatrywał go pan i nie znalazł, więc mógł pomyśleć, że ja zmieniłam zamiar. Ale ja moich postanowień nigdy nie cofam.
— Czy da pani wiarę, że wczoraj naprawdę przez cały dzień upatrywałem bukietu, a dziś od rana opanował mnie taki niepokój, takie przeczucia...
— Przeczuciom nie trzeba zanadto wierzyć — mówiła Zosia tonem banalnie profesorskim.
Józef pomyślał, że jeszcze nigdy nie zdarzyło mu się słyszeć tak mądrych i głębokich poglądów.
— A teraz — ciągnęła Zosia — powiem panu, stosownie