Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 05.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


cudowny, powietrze od tych jodłowych lasów upajające. Więc serce musiało przepełnić ci się radością i uściskałbyś nietylko taką jak ja pokrakę, ale cały świat...
A co się tyczy patrjotyzmu — dodał surowiej — radzę ci być mniej hojnym w rozdawaniu tego tytułu. Patrjotyzm to świętość, no a nam wszystkim bardzo do niej daleko. Chcesz jeść?
— Och, pan ma zwyczaj zaraz oblewać zimną wodą!
— Oblej się nią sam, tu, za parawanem, a ja tymczasem poproszę o śniadanie.
Józef ochłonął i rzucił okiem po pokoju. Były tu półki z książkami, dwa stoliki i parę krzeseł również zarzuconych książkami. Mimo to było widać, że podłoga jest codzień czysto zamiatana, wszystkie sprzęty wycierane z kurzu i że ktoś usiłuje nawet książki ustawiać symetrycznie, bodaj czy nie według koloru okładek.
Łoski dotknął elektrycznego dzwonka i po chwili weszła schludnie ubrana służąca z bukiecikiem niezapominajek w ręku.
— Całuję rączki panu profesorowi. Nasza panienka przysyła te kwiatki.
— Co? Państwo już wrócili?
— Nie — mówiła służąca — ale panienka, wyjeżdżając, kazała ten bukiecik oddać panu profesorowi.
Łoski uśmiechnął się jakby ze skromnym triumfem i chwiejąc głową, odparł:
— Proszę panience bardzo podziękować, jak wróci, i powiedzieć, że kwiatki są prześliczne. A teraz, Józiu, co będziesz pił? Kawę?... herbatę?...
— Nie mam apetytu — odpowiedział Trawiński za parawanem. Serce ścisnęło mu się w przykry sposób, gdy usłyszał, że Zosia kazała przysłać pęk niezapominajek Łoskiemu. Sam profesor jakby coś stracił ze swej wartości w jego oczach.