Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 05.djvu/116

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


„Nie wiedziałem, że ten święty człowiek bałamuci młode panienki!“ — pomyślał Józef.
— W takim razie proszę o dwie porcje kawy — rzekł Łoski do służącej. — I niech pani Katarzyna, z łaski swej, włoży te kwiatki w wodę...
Służąca włożyła bukiecik do szklanki i wyszła po kawę. Łoski zaś, powąchawszy kwiatki, postawił je na oknie, obok łóżka Józefa.
— Mnie się zdaje, że taki prezent powinien stać na pańskiem oknie — odezwał się z za parawana Trawiński.
— Na twojem jest mniej światła — odpowiedział Łoski, nieznacznie uśmiechając się.
Przyniesiono kawę w maszynce, śmietankę w porcelanowych garnuszkach, bułki na platerowanym koszyku z herbem, przedstawiającym głowę tura. Józef pił i jadł bez apetytu, częścią z powodu owych niezapominajek, przysłanych przez Zosię Łoskiemu, częścią dlatego, że kawa była mniej dobra, aniżeli u ciotki Wodnickiej. Tam przygotowywała ją sama gospodyni domu, tutaj kawiarka, albo klucznica.
Ustawiając naczynia i nalewając kawę, Katarzyna opowiadała Łoskiemu najświeższe wiadomości z Klejnotu. Więc naprzód, że państwo Turzyńscy i pani Dorohuska przyjadą do domu na obiad, który zapewne będzie wystawny, bo kucharz bardzo klnie. Więc pan Andrzej Turzyński i Zygmunt Pomorski bardzo wcześnie poszli na ryby, z zamiarem ułowienia czegoś na obiad. A nareszcie pan profesor Permski pojechał do miasteczka kupić odzież dla jakiegoś uczonego pastucha.
— Oho! — rzekł Łoski — to już pan Dymitr dowiedział się o Szczepanku?... Bodaj czy nie zacznie się nowa serja apostolstwa!
— A panowie Byvatakowie, ojciec i syn, wybrali się także naprzeciw pani Dorohuskiej, choć mówili, że tylko do miasteczka — opowiadała w dalszym ciągu Katarzyna.
— A panienki wstały już? — zapytał Łoski.