Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 05.djvu/023

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wyraźniej przyniósł szmery, podobne do głosów ludzkich. Trawiński postanowił już nie wahać się: zacisnął pięści, zęby i wyciągniętym krokiem począł iść ku północy, uważając, aby słońce wciąż było z lewej strony. Tak maszerując, usłyszał jeszcze kilka wystrzałów coraz wyraźniejszych; nie można też było wątpić o głosach: tam naprawdę ktoś rozmawiał, śmiał się, wykrzykiwał!...
— Byłoby zabawne, gdybym trafił na ciotkę, wuja i tych sąsiadów, do których pojechali z wizytą!... A może, czy ja wiem, może to są owe złudzenia leśne, które dały początek bajkom o nimfach, satyrach, rusałkach?...
Jeszcze kilkadziesiąt kroków i Józef o mało nie wykrzyknął z radości: przed nim ciągnęła się droga, niezbyt szeroka i wygodna, lecz wyjeżdżona.
— No, teraz już nie zginę!