Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 05.djvu/125

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


łuje skierować pod starzejący się pałac. I jeszcze przyszło mu na myśl, że dwa, niegdyś bliźniacze, niegdyś kochające się gmachy: w Klejnocie i Turzycach, dzisiaj gotują się do stoczenia zajadłej walki.
Zalew podziemny, walka i ruina, a wśród tego — cicha, łagodna, idealnie dobra Zosia! Przecież ona nikomu nie zrobiła nic złego, zacóż więc gmach nieszczęść zwalić się ma na jej niewinną głowę?
— Muszę ją uratować, a przynajmniej ofiarować pomoc — szepnął Józef. — Ale w jaki sposób?... Przedewszystkiem nie łącząc się z jej nieprzyjaciołmi.
Od bramy rozległ się tętent konia, a po chwili wpadł galopem na dziedziniec Antek w swojej siwej ułance, wrzeszcząc:
— Jaśnie państwo przyjadą o pierwszej!... Już są u księdza dziekana!...
Pod kolumnami pałacu ukazał się Radcewicz, jeszcze w kamizelce, porozmawiał z Antkiem i wysłał go na folwark. Z rozmaitych drzwi wybiegło kilku służących w kubrakach i marynarkach i skierowali się do głównego wejścia. W jakiś kwadrans przybiegł z folwarku Antek, w towarzystwie dwu młodych ludzi, wyglądających na parobków, i wszyscy trzej znowu zniknęli pod kolumnadą. Potem dwie tęgie dziewuchy przyniosły z prawej oficyny do pałacu dwa ogromne tłomoki jakichś rzeczy, a później z pod kolumnady zaczęli wychodzić ludzie w granatowych frakach, białych spodniach i takichże pończochach, albo od stóp do głów odziani w granatową liberję ze srebrnemi guzikami.
Stuknęły drzwi pokoiku i ukazał się w nich Łoski, napół przytomny, którego oczywiście oderwano od czytania.
— Co to za hałasy? — zapytał Józefa, potrząsając głową, jakby chciał odpędzić resztkę marzeń.
— Jaśnie państwo przyjeżdżają o pierwszej! — uśmiechnął się Józef. — Czy mamy obowiązek witać ich?