Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 05.djvu/158

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Józef chciał odpowiedzieć, że nader mało obchodzą go piękne nabożeństwa. Powstrzymał się jednak i odparł:
— Spostrzegłem, że pani jest jakby obrażona na mnie.
— Ja? na pana? — zdziwiła się dziewczynka. — Ale bo ta ciocia ze swemi poglądami!... I jeszcze przy kim je wygłasza? Przy kleryku!
— A cóżem ja temu winien?
— Już niech się pan nie tłomaczy! Odszedł pan, kiedy właśnie miałam powiedzieć coś ważnego... Niechże pan słucha. Ja muszę przed kimś wygadać się z moich wrażeń, no, muszę! Więc zawiążemy spisek. Kiedy w moim pokoju postawię na oknie bukiet, albo choćby wazonik (jeżeli zapomną mi przynieść kwiatów), to znak, że wyjdę i że mam coś do powiedzenia. Będzie pan w takim razie czekał?
— Wszystko zrobię, co pani każe.
— Wiem — mówiła Zosia — że z mojej strony jest to bardzo niewłaściwe, ale cóż zrobię? W domu naszym ciocia urządza formalną rewolucję; a ponieważ ja boję się tych zmian, mam złe przeczucia, więc muszę, ale to koniecznie muszę pogadać o nich z kimś dyskretnym. A pan jest bardzo dyskretny.
— Nacóż to, Zosiu, potrzebna ci dyskrecja pana Trawińskiego? — zapytała nagle panna Sobolewska.
— Chcę z kimś rozmawiać o wrażeniach, jakich obecnie doznaję. A że z pośród młodych ludzi, jacy tu są, nie wyłączając mego brata, pan Trawiński zachowuje się najpoważniej, więc — jego wybrałam na powiernika.
Panna Sobolewska chciała zrobić jakąś uwagę; ale powstrzymał ją Łoski, mówiąc:
— Z Antkiem, powtarzam pani, dam sobie radę, znajdę mu robotę i będzie się uczył w Warszawie. Ale ze Szczepankiem... nie wiem jak będzie! Bo jeżeli chłopiec ten zostanie nadal pastuchem, zmarnuje się z pewnością i będzie innych