Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 05.djvu/239

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Takiemu magnatowi?
— Właśnie dlatego. Sfery arystokratyczne nie lubią, ażeby ich zbiorowy majątek spływał gdzieś na dół i — znikał, przynajmniej dla nich. Panna Krystyna dobrze wyjaśniła mi tę sprawę.
Józef zarumienił się i zbladł. Burza uczuć i myśli uderzyła mu do głowy. Chciał coś powiedzieć, zawahał się i po chwili rzekł niepewnym głosem:
— A gdyby naprzykład Staś, brat pani, zakochał się w panience niearystokratycznego pochodzenia, czy także nie miałby prawa ożenić się z nią?
Zosia machnęła ręką.
— Staś? — powtórzyła. — Stasiowi wszystko wolno, bo my już dziś nie jesteśmy... dawnymi Turzyńskimi.
Głos jej załamał się; spuściła oczy i zamilkła.
„Ona jednak bardzo żałuje tej swojej sfery!“ — pomyślał Józef, czując ściśnięcie serca. A głośno zapytał:
— Ale gdy państwo odzyskacie Turzyce, czy i wówczas Staś będzie wolny?
— To zależy od niego, choć wiem, że ciocia Dorohuska nigdy nie przebaczyłaby mezaljansu — odparła Zosia. — Ach, panie Trawiński, obowiązek względem nazwiska bywa niekiedy bardzo ciężki, a jednak... trzeba go spełnić!...
Mówiła, jak osoba dorosła, znająca świat i życie; mówiła wyraźnie i melodyjnie, jakgdyby z jej ust szlachetnych sypały się perły na tacę złotą. A każda z tych pereł uderzała — prosto w serce Józefa. Bladł i czerwienił się, oczy zasłaniał mu jakiś cień. Wreszcie rzekł głosem stłumionym:
— Czasami ciężkie chwile spadają na człowieka... Czasem chciałby nie patrzeć, nie słuchać, nie myśleć, nie czuć, ale zapaść pod ziemię, gdzieś tak głęboko, ażeby nawet jego prochy nigdy... nigdy nie wydobyły się na słońce...
— Skądże takie rozpaczliwe poglądy? — spytała zdziwiona Zosia.