Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 05.djvu/163

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


XI.


Niebo zasłonięte chmurami ciemno-popielatej barwy; na ziemię pada deszcz rzadki i senny. Błoto w parku, błoto na dziedzińcu. Woda sadzawki z błękitnawej zrobiła się płową z niedobrym połyskiem; drzewa parku wyglądają niby ludzie w płaszczach ciemno-zielonych, przemoczeni i zmarznięci, których siwa mgła przygniata do ziemi.
Józefowi w murowanej oficynie pałacu było zimno, nudno i pusto. Na dziedzińcu zamarł wszelki ruch; tylko o ósmej rano zaturkotała kareta, odwożąca panią Dorohuską i Podolaka do kościoła, a w parę godzin później odezwała się po raz drugi, tym samym tonem, przywożąc ich napowrót.
W chwilę później chłopak wyszedł, chcąc niby rozejrzeć się. Lecz gdy spostrzegł, że w oknie Zosi niema bukietu i tylko deszcz spływa po szybach, jak łzy nieuleczalnego smutku, prędko wrócił do pokoju i zaczął czytać, po raz niewiadomo który, „Klub Pickwicka,“ który jednak dziś nie wydał mu się ani dowcipnym, ani nawet zajmującym.
Więc zamiast kartek książki widział pokój w Kamieniu, duży stół zarzucony podręcznikami szkolnemi i kajetami, tudzież swoich uczniów, Kazia i Stasia, którzy nawet paru minut nie byli w stanie usiedzieć bez kłótni, potrącań się i poszukiwań jakiejś zaginionej książki. Lecz w chwilę później — stół, podręczniki i chłopców zasłoniła mgła, mająca oczy Zosi i szarą barwę jej sukienki. I usłyszał, we własnem sercu, jakby westchnienie tęsknoty, może za spokojnym dworkiem wuja i zajęciami korepetytorskiemi!