Nowele, Obrazki i Fantazye/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Nowele, Obrazki i Fantazye
Data wydania 1908
Wydawnictwo S. Lewenthal
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


Józef Ignacy Kraszewski


Nowele, Obrazki
i Fantazye.
Poprzedzone wstępem krytycznym
PRZEZ
PIOTRA CHMIELOWSKIEGO.





WYDAWNICTWO
S. LEWENTHALA
WARSZAWA
SKŁAD GŁÓWNY
u  K.  FISZLERA
ul. Ś-to Krzyska Nr 5.








WSTĘP.
(Artyzm w powieściach Kraszewskiego.)

Nadużyto już nieraz w przytoczeniach i rozumowaniach znanego aforyzmu Buffona: styl to człowiek, ale gdy się zastanawia nad różnicami dzielącemi jednych autorów od drugich, trudno go raz jeszcze nie powtórzyć. Istotnie myśli, uczucia, stosunki mogą być spólne wielu znakomitym pisarzom, lecz co im indywidualną, wybitną cechę nadaje, to sposób wyrażenia owych myśli, uczuć i stosunków, to styl i układ w ich dziełach, wynikające z usposobienia przyrodzonego i charakteru wyrobionego w ciągu życia. Wybitny styl jest znamieniem wybitnéj osobistości pisarskiéj.
Temperament jest podstawą, na któréj rozwijają się wszystkie właściwości i uzdolnienia człowieka, a więc i styl jego, jeżeli posiada talent pisarski. Inaczéj tworzą ludzie z temperamentem gwałtownym i namiętnym, inaczéj — z łagodnym i spokojnym, inaczéj uczuciowi, inaczéj refleksyjni.
Kraszewski miał z natury usposobienie nadzwyczaj wrażliwe i drażliwe, ale nie posiadał przytém namiętności silnych, trwałych, dążących do czynu, do działania na zewnątrz. Wrażliwość jego, skupiając się w duszy, znajdowała ujście prawie wyłącznie tylko w pisaniu, w twórczości literackiéj, gdyż nawet nie czyniła go zbyt mownym. Stąd ów „niepohamowany popęd“ pisarski Kraszewskiego, stąd jego nadzwyczajna, prawdziwie fenomenalna płodność, stąd zarazem istotny charakter jego stylu, polegający nie na krasomówczym zapale, tylko na uczuciowo zabarwionéj ucinkowości, w któréj wielka obfitość spostrzeżeń, po większéj części luźnych, ściśle w pewne skombinowane wiązki idej nie splecionych, najodpowiedniejszy, najwłaściwszy znaléść mogła wyraz.
Styl ten składa się z samych niemal zdań krótkich, czasem prawie urwanych, obok siebie zestawionych za pomocą spójników łącznych, lub rozdzielonych za pomocą — rozłącznych. Tego, co nazywamy stylem peryodycznym, w jakim kochają się krasomówcy, prawie nie znajdujemy u Kraszewskiego, chyba w najprostszéj, nasuwającéj się sama przez się postaci. Jeszcze w samych początkach zawodu literackiego, widocznie pod wpływem stylu klasyków naszych, Kraszewski częściéj używał budowy okresowéj, niż późniéj, zwłaszcza pod koniec życia, kiedy nawet zewnętrznie, w bardzo licznych ustępach, (à capite), skłonność sobie przyrodzoną do wyrażania się w zdaniach krótkich uwydatniał.
Weźmy dla przykładu dwa krótkie kawałki z dwu okresów przedzielonych od siebie pięćdziesięciu laty.
W „Czterech weselach“ (r. 1834) bohaterka Julia tak odpowiada na pytanie Adolfa, czy można żyć z tym, kogo nie kochamy: „Czemu nie!... Ja bardzo lubię czytać romanse, wyobrażać sobie szczęście sielankowe, co się po licznych przeciwnościach zawiązuje u ołtarza i trwa niewzruszone do śmierci. Ale na świecie inaczéj się dzieje. Trzeba często szukać cieniu szczęścia w najdziwniejszych kryjówkach; żeby smakowało, trzeba go umiéć coraz inaczéj przyprawiać, coraz gdzieindziéj mieścić. Kobieta zręczna z każdym żyć potrafi; wié, gdzie pobłażać, a gdzie się oburzyć; mąż rozkazując nawet jéj słucha; żyjem z mężem dla kochanka, bo najlepszy kochanek nie może być dobrym mężem, i nic niepodobniejszego, jak żeby mąż mógł być kochankiem — chyba na bardzo krótko. Mężczyzna jest dziwném stworzeniem; nieraz przysięgając u ołtarza wierność żonie, okiem wodzi po kobietach, myślą biega za sposobami, któremi-by mógł je zwodzić“[1].
I w tym urywku mamy już zasadnicze znamię stylu Kraszewskiego, t. j. luźne zestawianie zdań, ale jeszcze gdzieniegdzie znajdują się ślady okresowéj budowy, które we wcześniejszych utworach np. w „Panu Walerym“ z r. 1831 są daleko częstsze. Tymczasem w nowelach pisanych pod koniec życia spotykamy już same rozkawałkowane zdania graficznie od siebie oddzielone.
W opowiadaniu p. t. „Psiarek” najczęściéj takie czytamy frazesy:
„Wzięto go do dworu przez miłosierdzie.
„Matki nie miał dawno, ojciec się puścił na żebry i jemu się kazał prowadzić, bo chociaż nie oślepł zupełnie, ale mało co widział, a robić nic już nie zdążał.
„Chodził więc boso, głodny, od wsi do wsi, od chaty do chaty, żyjąc suchym chleba kawałkiem i wodą.
„Sypiali latem pod płotem, zimą po szopach, rzadko w ciepłéj izbie.
„Psom się musiał opędzać, a ojciec znędzniały, zbolały, nie oszczędzał dziecka.
„Jednego dnia zaniemógł, idąc na gościńcu, położył się w rowie, przykrył siermięgą, otulił jak do snu, stęknął razy parę i nie wstał więcéj.”[2] i. d. i t. d.
Taki styl nadaje się wybornie do malowania rzeczy i ludzi drobnemi rysami, do kreślenia scen krótkich, urywanych, które sobie czytelnik zbierać w jednę całość musi, ażeby wytworzyć w wyobraźni szereg stosunków, które chciał dać poznać powieściopisarz. Styl taki może być bardzo żywym i obrazowym, jeżeli fantazya pisarza jest zasobna w barwy i trafne spostrzeżenia. Do kreślenia wspaniałych, zdumiewających przepychem zewnętrznym lub wylewem gwałtownych namiętności, scen i sytuacyj mniéj się on nadaje, bo zbyt rozdrabnia, atomizuje, że tak powiem, wrażenia czytelnika, utrudnia mu utworzenie jednolitego obrazu.
Fantazya Kraszewskiego była zdumiewająco obfitą i zasobną, tak, że nigdy nie popadł w to, co nazywamy „zmanierowaniem” pisarskiém, t. j. w powtarzanie siebie samego przy tworzeniu postaci, sytuacyj i motywów ich działania. Potrzebowała ona ciągłego zasilania przez obserwacyę i wtedy tworzyła rzeczy najlepsze; ilekroć zaś poeta, porwany przykładem poetów romantycznych, chciał tworzyć osoby, położenia, krajobrazy niewidziane zgoła, lub dokładnie w dokumentach nie przedstawione, tylekroć ukazywały się dzieła słabsze, widocznie z jakąś niepewnością czy przymusem kreślone. Dowodem tego są wszystkie tak zwane „fantazye” Kraszewskiego: wtedy są one w czytaniu znośne, gdy najbliżéj ziemi się trzymają; gdy zaś unoszą się w sfery nadobłoczne, gdy przedstawiają stosunki bardzo uogólnione i bardzo uidealizowane, jak np. w „Mogiłach,“ tracą plastyczność, jasność, stają się nieuchwytnemi widziadłami. Naodwrót, jakże świetne są te osobistości w jego utworach, których życie poznał w najdrobniejszych szczegółach podczas długoletniego pobytu na wsi; jak wyborni są jego ekonomowie, szlachta pomiernéj zamożności, zarówno w swoich starych jak i młodych przedstawicielach, żydzi arendarze, jarmarkowicze, księża, chłopi, dziewczęta z chaty i dworku, cyganie i cyganki, emeryci, przeciętna wreszcie inteligencya w gronie pisarzy, artystów i urzędników mianowicie starszéj daty!... Prawda, że ta plastyka odnosi się przedewszystkiém do zewnętrznéj osób postaci, ale w tym względzie jest niemal nieporównaną: kilkoma dobitnemi rysami umie Kraszewski lepiéj odmalować człowieka, aniżeli inny powieściopisarz całostronicowym opisem. Dlatego téż i krajobrazy znanych mu dobrze okolic celują prawdą, żywością i barwnością.
Do odtworzenia głębin duszy natur bardziéj złożonych nie brał się zazwyczaj Kraszewski, czując bezwątpienia słabość swoję w téj mierze. Jak prawdziwy plastyk przedstawiał swe postaci zzewnątrz, wraz z tém wszystkiém, co zewnętrznie mogło stan ich uwydatnić, a więc z wyrazem fizyognomii, giestami i charakterystyczną mową. Dla odtworzenia indywiduów prostych i średniéj miary cechy te wystarczały najzupełniéj, bo u nich, jak się mówi, serce jak na dłoni, ale były niedostatecznemi dla odmalowania charakterów wyższych, umiejących taić w sobie nawet najgłębsze uczucia i nie dających poznać ich zewnętrznemi znakami. Stąd to niéma ani jednego gienialnego umysłu w powieściach naszego pisarza, stąd nawet natury artystów, poetów średniego poziomu nie są zadawalniająco w nich nakreślone, pomimo że Kraszewski kilkakrotnie do tego tematu wracał, i tylko raz w „Demonie“ złudzenia wielkiéj twórczości umiejętnie a nawet niekiedy świetnie przedstawił. Ludzie chytrzy i przebiegli zazwyczaj są takiemi w określeniach, od powieściopisarza pochodzących, a nie w saméjże akcyi.
Porównania i przenośnie brane są przez Kraszewskiego najczęściéj, według wzorów najdawniejszych, wprost z natury otaczającéj, jako dla ogółu czytających najzrozumialsze, czasami z dziedziny sztuki, z którą długoletnio obcując, spoufalił się i za drugą naturę uważał, bardzo zaś rzadko z dziedziny nauki i wogóle ze sfery abstrakcyjnéj. Za nadzwyczajnością nie gonił, lubił posługiwać się znamiennemi wyrażeniami mowy potocznéj, a mimo to bardzo często znajdują się u niego zdania sformułowane oryginalnie a malowniczo. Nie obliczywszy dokładnie, niepododobna orzec stanowczo o zasobie jego słownikowym, ale jeżeli polegać zechcemy na wrażeniu osobistém, to nie przyznamy mu wielkiéj obfitości, i to nie dlatego, żeby nie znał języka doskonale, lub żeby nie czuł wagi wyrazów, lecz dlatego, że się ciągle śpieszył, pisząc szybko nie mógł długo nad doborem słów się zastanowić, lecz brał te, które mu się same na myśl nawijały.
Uczuciowość naszego powieściopisarza, tak jak fantazya jego, średniéj tylko dochodziła temperatury; ani apatyi krańcowéj, ani namiętnych wybuchów nie znała; wszystko zresztą, co w pośredniéj pomiędzy temi granicami strefie się znajduje, od nieśmiałego uczucia, czy téż uszczypliwego żartu, do rozgorzenia płomieniem miłości indywidualnéj lub ogólnéj, czy téż do szyderstwa i sarkazmu, wszystko umiał Kraszewski opowiedzieć, przedstawić, odmalować, nie pomijając pospolitszych patologicznych objawów. Wiedział on i wyznawał, że „namiętność, niepohamowany popęd“ jest jednym z „głównych warunków doskonałości dzieł poetycznych“[3] i w początkach zwłaszcza swojego zawodu starał się twórczość swą do téj zasady zastosować, lecz nie posiadając w głębi duszy zapasu wielkich namiętności, musiał poprzestać na malowaniu mniéj wydatnych, ale powszechniejszych zjawisk serca ludzkiego, umiejąc grać na skali uczuć, z wyjątkiem dwu krańców: kamiennego spokoju i tragicznéj podniosłości.
W kompozycyi, przy takich warunkach wyobraźni, uczuciowości i stylu, musiały oczywiście przeważać drobne obrazki, luźnie ze sobą połączone, bez należytego ich ześrodkowania, bez ustosunkowania części do całości. Przez czas tylko krótki pojawiały się w powieściach Kraszewskiego sceny szeroko, rozlegle kreślone, wyczerpujące do dna pewną sytuacyę; a wogóle urywkowe, niezbyt starannie wykonane, chociaż dobrze pomyślane scenki składają się na utwór, żyjący i zajmujący nie tyle artystycznemi zaletami układu, ile pojedyńczemi pięknościami w różnych utworu częściach rozsianemi. Nie robił zaś tego autor z rozmysłu, jak niektórzy powieściopisarze francuscy z „naturalistycznéj“ szkoły, lecz raczéj wskutek przyrodzonéj właściwości swego talentu działania na czytelnika drobnemi efektami. Gdyby nie to, że autor przez zapomnienie, bardzo długo przeciąga jednostajną sytuacyą, różniczkując ją słabo, takie traktowanie rzeczy nie raziłoby wcale, byłoby tylko właściwym artyście, a umiejętnie zużytkowanym środkiem pisarskim.
Cechy te tworzenia artystycznego w długoletnim okresie działalności naszego powieściopisarza rozmaicie się kombinowały, wytwarzając styl i kompozycyą, charakteryzujące pewną chwilę w rozwoju jego talentu. Chwil takich można oznaczyć cztery.
W pierwszéj, najwcześniejszéj, dającéj się chronologicznie określić datą 1830—1842, Kraszewski wyrabia sobie stopniowo, z bardzo wyraźném przerzucaniem się od jednéj formy do drugiéj, najodpowiedniejszy dla swego usposobienia sposób wyrażania myśli. Zacząwszy pisać bardzo młodo, musiał on pod względem artystycznym ulegać wpływowi wzorów swojskich i obcych, lubo w 20-ym roku życia zapewniał butnie o swéj samoistności. „Wypada mi teraz — pisał on wówczas[4] — zrobić wyznanie grzechów i, uderzywszy się w piersi, wymienić, kogo naśladowałem; śmiejcie się, gniewajcie się, róbcie, co chcecie, czytelnicy, ja do naśladowania się nie przyznaję. Źle czy dobrze, sam sobą się kontentuję i piszę. Wolno sądzić, co się podoba.“ Krytyka z téj wolności sądzenia skorzystała i wykazała, że Kraszewski, bezwiednie zapewne, ale ulegał wpływowi przedewszystkiém Fryderyka Skarbka i to dawniejszych jego utworów, w których on był naśladowcą Wawrzyńca Sterne’a [5].
I tak wspólne jest Kraszewskiemu ze Skarbkiem obieranie za bohaterów i ich towarzyszów — ludzi najpospolitszych, najzwyklejszych, nie będących nawet czémś szczególném w swojém nader ograniczoném kółku. Z tém umiłowaniem powszedniości łączył się naturalnie wstręt do deklamacyjnego przedstawiania uczuć, co u Kraszewskiego przemieniło się w początkach w zupełne prawie pomijanie malowania strony uczuciowéj, albo w zbywanie ich rysami nader powierzchownemi i pobieżnemi. Chęć wydrwienia dawnych patetycznych uniesień w romansach poprowadziła Skarbka i Kraszewskiego do przeplatania scen poważnych trywialnie komicznemi, które rzadko kiedy osiągają cel rozśmieszenia czytelnika. Zamiłowanie piękności przyrody zarówno u jednego jak u drugiego pisarza było teoretyczne tylko, wypowiadane w uwagach od autora pochodzących, ale w praktyce uwydatniało się bardzo ogólnikowo, gdyż pisarze zwracali głównie uwagę na powierzchowność mieszkań, ludzi i zwierząt. Kraszewski wprawdzie mówił: „Każdy promyk światła niestale przebijający się przez gałązki lub migający na gładkiéj wód powierzchni, cichy szelest gałązek i to powolne mruczenie leniwego strumyka pomykającego się w głębokim parowie, wszystko to mnie porusza i zachwyca“[6] — ale była to chyba uwaga nawiana zzewnątrz, a nie odczuta głęboko przez powieściopisarza, gdyż w całym tym utworze, z którego ustęp ten wyjęty, nie ma innych śladów przejęcia się wrażeniami od natury odbieranemi. — I w kompozycyi artystycznéj są ważne podobieństwa pomiędzy Skarbkiem a pierwszemi powieściami Kraszewskiego.
Przedewszystkiém brak im perspektywy, wszystkie postaci wchodzące do powieści traktowane są jednakowo, powtóre niéma w nich starania o całość: szereg drobnych wypadków, stawiających osoby powieściowe w różnych pozycyach, ale nie zestrzelonych w jedno ognisko, ani téż nie przyczyniających się do rozwoju charakterów wypełniają opowiadanie. Niejednokrotnie spotykają się zwroty indywidualne do pracy autorskiéj, nie będące w żadnym związku z przedstawianemi faktami.
Pod zaznaczonemi tu względami podobne są pierwsze utwory Kraszewskiego do tak zwanych humorystycznych powieści Skarbka; ale i w nich już znajdują się znamiona odrębne. Kraszewski daleko chętniéj przebywał wtedy wśród mieszczan niż wśród szlachty wiejskiéj, daleko częściéj prowadził do małego miasteczka niż do stolicy. Patrzył on na ten swój światek ironicznie, czuł swoję nad nim wyższość, upatrywał w nim wszędzie śmieszność, i tylko ze strony śmiesznéj go przedstawiał; ale osobistości w nim widziane, zewnętrzne kształty miejsc a mianowicie budynków i placów kreślił z prawdziwém zamiłowaniem, nadzwyczaj szczegółowo, ba, nawet drobiazgowo do zbytku. Było to dowodem bystrego zmysłu spostrzegawczego, który umiejętnie pokierowany i uprawiony miał nadać fantazyi autora jednę z zalet najwybitniejszych — plastyczność, nader rzadko spotykaną u powieściopisarzów poprzedzających Kraszewskiego.
Już w „Panu Karolu“ z r. 1833 widzimy pewne modyfikacye; już tu znajdujemy większą dbałość o pewny ciąg w opowiadaniu; sentencye i wszelkiego rodzaju uwagi, które dawniéj zajmowały dużo miejsca w powieści, znikły prawie zupełnie, tak, że mamy przed sobą postaci przedmiotowo postawione w rozmowie najczęściéj, rzadziéj w działaniu, bez żadnych osobistych autorskich rekomendacyj. Jako najważniejszego środka wywarcia wrażenia użył tu autor kontrastu, którego w poprzednich powieściach zgoła nie było. W wyrazach starał się powieściopisarz o osiągnięcie siły; każdy, choćby najgrubszy i najniesmaczniejszy, był dla niego dobry, jeżeli dobitnie rzecz malował.
Przez lat kilka ten tryb artystyczny obrabiania tematów panował w powieściach i szkicach Kraszewskiego, branych zarówno z owego świata drobnych bohaterów („Cztery wesela“, „Improwizacye dla moich przyjaciół“), jak i z wprost przeciwnego, samemi nadzwyczajnościami i nieprawdopobieństwami zapełnionego („Leon Leontyna“ w „Wędrówkach literackich“). W utworach ówczesnych nie dbał autor ani o moralność, ani o ideę, mając na względzie jedynie cel artystyczny wywołania efektu. W kompozycyi i stylu nie pilnował ładu estetycznego, o umotywowanie wypadków się nie starał: wszystkie braki zastąpić musiała fantazya i siła wyrażenia.
Oddanie się przez lat parę twórczości poetyckiéj w formie wierszowanéj oddziałało na uszlachetnienie pomysłów w zakresie powieściowym i samychże wyrazów; zaczął Kraszewski unikać słów zbyt jaskrawych, obrazów zbyt grubych, a malowidła ludzi i stosunków między niemi rozjaśniać blaskiem poezyi marzycielskiéj. Z początku robił to w sposób niezbyt smaczny, pisząc tak zwaną prozą poetyczną (np. „Było nas dwoje“, „Życie po śmierci, opowiadanie pijaka“), ale późniéj potrafił istotnie wyciągnąć z tego połączenia realizmu z idealizmem rzeczywistą korzyść dla swéj sztuki pisarskiéj, a jedném z najwcześniejszych świadectw w tym względzie jest powieść „Świat i poeta“ z taką pisana werwą jak żadna z późniejszych, a przeniknięta w całości ironią, która tu może najświetniejsze u Kraszewskiego znalazła uzewnętrznienie.
Jak w téj pierwszéj chwili artystycznego rozwoju przeważał w powieściopisarzu naszym nastrój satyryczny, bardzo chętnie posługujący się bronią zjadliwéj krytyki, bezwzględnego potępienia, ironii i sarkazmu, tak w drugiéj chwili od r. 1842—1850 następuje przewaga pierwiastku tęsknego, który dawniéj przelotnie się tylko pojawiał. Zapewne draźliwość autorska, zadraśnięta krytykami pojawiającemi się o jego dziełach, posuwanie się w wieku, które kazało tęskném spojrzeniem obejmować lata upłynione, dużo się przyczyniły do spotęgowania owego nastroju, ale może téż były jakieś zawody bliżéj nam dzisiaj nieznane, które żywo dotknęły naszego autora. Tęsknota pojawia się już we wspomnieniu akademickiém „Adam“ napisaném r. 1842 a drukowaném w „Radegaście“ Kirkora na r. 1843, silniéj się uwydatnia w fantazyi „Pod włoskiém niebem“ i w powieści historycznéj „Zygmuntowskie czasy,“ bujnie już się rozwija w „Pamiętnikach nieznajomego,“ w których skład weszło owo wspomnienie akademickie, a stałą już jest cechą dalszych utworów Kraszewskiego przez bardzo długi lat szereg. Było-to łzawe, tęskne rozrzewnienie, które się rodzi w duszy przy rozpamiętywaniu szczęśliwych chwil przeszłości, kiedy się wie, że one już wrócić nie mogą, był to wyraz owego miłego bólu, co jest łagodnym a trwałym i wywołuje w sercu uczucia miękkie, sympatyczne, łatwo idealizujące pewne przedmioty i pewnych ludzi. Przedmiotem takim staje się dla Kraszewskiego krajobraz wiejski, sztuka, a ludźmi takiemi poeci, artyści, marzyciele, biedni, uciśnieni. Nie stracił wprawdzie autor swego satyrycznego talentu, używał go owszem nieraz w sposób bardzo dotkliwy, ale już go nie stosował bezwzględnie do wszystkiego, co znajdował przed sobą. Nowy ten nastrój tak dalece zapanował w powieściach Kraszewskiego, że w mniemaniu inteligentnego ogółu stał się on wyłącznie charakterystycznym dla naszego autora, zupełnie w cień zasunąwszy poprzednią przeszło 12-letnią jego twórczość odmiennego usposobienia. Oczywiście przyczyniły się do tego i jaśniéj sformułowane myśli przewodnie i wydoskonalenie plastyki i mistrzowstwo w kreśleniu obrazków, chociaż kompozycya, jak i poprzednio, pozostała dość niespójną, z szeregu drobnych scen złożoną.
Cechą znamienną trzeciéj chwili rozwoju artystycznego u naszego powieściopisarza, którą można oznaczyć latami 1851—1862, jest właśnie zmiana w sposobie kreślenia sytuacyj. Było to zapewne wynikiem różnorodnych wpływów obcych i swojskich, ale że i sposób tworzenia Korzeniowskiego, od początku różny od maniery Kraszewskiego, miał w tém swój udział, to zdaje się nie ulegać wątpliwości. Powieściopisarz nasz porzucił naówczas dawniejszy tryb szkicowego malowania ludzi i rzeczy, a rozwinął natomiast szeroko stronę opisową i charakterystykę, z prawdziwém zamiłowaniem malarza rodzajowego, który każdym szczegółem, każdym drobiazgowym nawet rysem, mogącym znamiennie przedmiot jakiś nacechować, interesuje się gorąco i wzbogaca nim swój obraz. I w pierwszéj chwili swego rozwoju, jak to zaznaczyłem, okazywał on ten popęd do zbierania rysów drobnych, ale czynił to jeszcze bardzo nieudolnie, mieszając rysy ciekawe i ważne z nic nieznaczącemi, kreśląc swój opis sucho, i często karykaturalnie[7]. Późniéj lubił uwydatniać tylko strony jaskrawe, poprzestawał na opisie zwięzłym, dobitnym, na charakterystyce krótkiéj, jędrnéj. W trzeciéj chwili rozwoju powrócił do swego pierwotnego sposobu malowania, ale z nadzwyczajnie wzmożonym talentem, umiejąc wybrać rysy prawdziwie ważne i znamienne, nadać kolorytowi ciepło, opisom barwność i świetność niezrównaną, charakterystyce — trafność, dowcip, powab stylu. Jeżeli opisuje karczmę poleską, to robi to na kilkunastu kartach, które jednakże nie nużą, gdyż coraz to nową a zajmującą dla wyobraźni karm’ podają. Kiedy opowiada przyjazd króla Stanisława do możnego domu na Wołyniu, poświęca temu przedmiotowi pół tomu („Dyabeł“). Kiedy kreśli charakterystykę osób, to daje poznać częstokroć nie tylko te osoby, ale także ich ojców i dziadów. Kiedy maluje jakieś zebranie, to je nie tylko kreśli z téj strony, która ma oznaczyć dalszy rozwój akcyi powieściowéj, ale i samo w sobie, a więc wielostronnie, jakiém bywa w rzeczywistości. Opisy ludzi i rzeczy z tego czasu dochodzą niekiedy do mistrzowstwa, a są inne od opisów Korzeniowskiego. Kraszewski ozłaca i ogrzewa je uczuciem, liryzmem, silniejszém tchnieniem poetyckiém; albo obrzuca je szyderstwem, sarkazmem, przez co właśnie czyni je zajmującemi i pociągającemi. Takim podmiotowym pierwiastkiem szkodził wprawdzie ich objektywności, robiąc rzeczy i ludzi trochę lepszemi lub gorszemi, trochę prozaiczniejszemi lub poetyczniejszemi, niż były w rzeczywistości; ale dla przeciętnego ogółu czytelników, a nawet dla przeważnéj części inteligencyi nie stanowiło to wady, lecz powab, gdyż pociągało ich serca za sobą. Powieści utworzone w tym czasie, jakoto: „Komedyanci,“ „Dwa światy,“ „Powieść bez tytułu,“ „Interesa familijne,“ „Jermoła“ należały téż do najpoczytniejszych, i pod względem wyłącznie artystycznym rozważane, wyższe były od wszystkich poprzednich, zastanawiały bogactwem barw, nadzwyczajną plastyką i wyrobieniem stylu.
Czwarta wreszcie chwila rozwoju artystycznego (1863—1887) może być nazwana eklektyczną. Autor w różnych porach wracał do różnych dawniejszych sposobów tworzenia, wplatając w nie nowe pierwiastki, pod wpływem literatury francuskiéj, zwłaszcza naturalistycznéj wyrobione. Są w téj dobie powieści, całkiem szkicowo traktowane, jak np. cykl obrazków „kreślonych z natury“ pod pseudonimem Bolesławity, lub cykl wszystkich prawie opowiadań historycznych od czasów bajecznych aż do trzeciego Sasa włącznie. Są znowu inne, w których szeroko narysowane i w pewnym ciągu rozwijane sytuacye przeważają, zbliżając takie np. utwory jak szereg powieści z czasów Saskich („Hrabina Cosel,“ „Brühl,“ „Z siedmioletniéj wojny“ i t. d.) do najlepszych dzieł pisanych w trzeciéj dobie tworzenia. Są jeszcze i takie, które widocznie urodziły się pod wpływem kryminalnych romansów Gaboriau, jak np. „Emisaryusz,“ „Bezimienna,“ „Sprawa kryminalna,“ „Z życia awanturnika,“ „Czarna perełka,“ „Bratanki,“ „Zemsta Czokołdowa,“ część II „Zagadek“ itp., ale niezbyt udatnie się przedstawiają, ponieważ autor przyzwyczajony do malowania bardzo spokojnie toczącego się życia wiejskiego, nie miał dość giętkiéj wyobraźni, by obmyślać sytuacye z własnego tylko zasobu, ani téż dość cierpliwości, by obmyśliwszy nawet, sprawę zawikłaną, węzły jéj wobec czytelnika rozwiązywać zręcznie i w sposób zajmujący.
Z realizmem i naturalizmem francuskim zapoznał się Kraszewski wcześnie, podziwiał jego technikę, ale potępiał temata wstrętne przezeń ulubione. O studyowaniu najdrobniejszych nawet szczegółów z natury, nie mógł się, w myśl teoryi naturalistycznéj, kusić nawet, bo żył po za krajem i do badań takich nie miał ani sposobności, ani odpowiedniego uzdolnienia; musiał więc w tym względzie poprzestać na dawniejszym sposobie obserwowania zewnętrznych przeważnie stron ziomków, których spotykał w Dreźnie, lub w podróżach. O staranne wykończanie stylu nie tylko pod względem doboru wyrażeń, porównań, przenośni, ale nawet pod względem brzmienia dźwięków obok siebie stojących, nie mógł się również ubiegać pisarz, który tworzył conajmniéj za dziesięciu płodnych autorów. W kompozycyi naturaliści utwierdzili tylko Kraszewskiego, zarzucając sztuczną intrygę i starając się iść wiernie za naturalnym rozwojem charakterów i wypadków; chociaż nie przejęli go swoją w téj mierze zasadą, bo nasz powieściopisarz miał zawsze na widoku pewną zaokrągloną artystycznie osnowę, tylko w jéj rozsnuciu spuszczał się zazwyczaj na podszepty swobodnego kojarzenia się wyobrażeń, które mu nieraz kazały osnowę przerywać, nowe osoby dowolnie wprowadzać itp. Natomiast inną zasadę tworzenia realistycznego tj. przedmiotowość (objektywność) przyswoił sobie łatwiéj, lubo nie uczynił jéj hasłem swojém i prawidłem stałém; po większéj części obrazy jego w tym czasie mają cechę przedmiotowości; ale od czasu do czasu pojawiają się maksymy wprost od autora pochodzące, choć nie osobistego, lecz ogólniejszego charakteru. Równocześnie zniknął nastrój sentymentalnéj nieco tęsknoty, który przez lat 20 w pismach jego przeważał, a na jéj miejsce pojawiała się coraz częściéj, obok dawniejszego żartu i sarkazmu, łagodna ironia, uśmiechająca się pobłażliwie z wyżyn uspokojonego, do pewnéj równowagi przyprowadzonego poglądu na zabiegi i starania ludzkie, uważane przez interesowanych za bardzo ważne, a przez autora za błahe lub dziecinne. Nieraz w téj mierze dochodził do mistrzowstwa, że tylko przytoczę nowele: „Jak się pan Paweł żenił,“ „Z dziennika starego dziada,“ liczne ustępy w „Resurrecturi,“ w „Sekrecie pana Czuryły,“ w „Raptularzu Jasienieckiego,“ „W pocie czoła“ itd.
Ażeby wskazać dobitniéj te nowe cechy sposobu tworzenia, zastanowię się bliżéj nad nowelą „Z dziennika starego dziada,“ wydaną w r. 1879.
Nie jest to powieść w zwykłém znaczeniu tego wyrazu, a jednakże jestto utwór artystyczny zaokrąglony i w sobie skończony. Z wielkim talentem skreślił tu Kraszewski ustęp jeden z życia jednego z najmilszych „dziadów,“ o jakim sobie pomyśléć tylko można, a skreślił go własnemi jego słowami, przeniósłszy się niejako do wnętrza jego duszy. Mamy oto przed sobą wojskowego staréj daty, którego siódmy już krzyżyk przygniata, a przecież nietylko złamać go nie może, lecz nawet dobrego humoru, spokojnego usposobienia i pogodnego na świat poglądu odebrać mu nie potrafił. Nie jest to bynajmniéj zrzęda, któryby nie mógł znieść niczego, co jest dzisiejszém, co nie sięga epoki jego młodości. Młodość ta przeszła mu wprawdzie wesoło i nie bez figlów; to téż lubi ją sobie przypominać; ale to przypominanie nie wiedzie go do zgorzknienia, do obrzydzenia sobie rzeczy i ludzi, co są młodemi teraz, gdy on postarzał. Żyjąc z niewielkiego procentu (półtora tysiąca złotych), korzysta z zapasiku na „ekstraordynaryjne“ wypadki nie dla siebie, lecz dla bliźnich uboższych. Dzień przepędza nadzwyczaj regularnie, bo do tego nawykł od młodu w czasie służby wojskowéj. Przeniósłszy się ze wsi do Warszawy, ażeby nikomu „nie zawadzać,“ mieszka na trzeciém piętrze kamienicy Starego miasta wśród ubóstwa; jada obiady za niespełna dwa złote, chodzi na kawę do „Kazi,“ odbywa przechadzkę od domu do placu Św. Aleksandra.
To są rysy zwykłe, powszednie, któreby dziada naszego od mnóstwa innych dziadów wyróżnić nie zdołały. Ale nasz dziad ma jeszcze swoje specyalne znamiona, swoje szczególne zamiłowania i wstręty: śledzi on życie zwierząt, interesuje się wróblami, myszami, kotami; oburza się na Burego, który podstępem chwyta i zagryza biedne ptaszęta, niecierpliwi się nieregularném życiem jednéj myszki, któréj jeść dawał, lubuje się świergotem wróbelków i czyni spostrzeżenia nad ich obyczajami. Nie dosyć mu przecież tych stworzeń, tak niższych umysłowo od niego; serce pragnie ludzkiego serca. Stróż usługujący mu zachorował; gospodarz domu przysyła naszemu dziadowi Jóźka Czupurnego, prawdziwego warszawskiego łobuza, z włosem rozczochranym, nieumytego, w butach ogromnych a dziurawych, w spodeńkach krótkich a zatłuszczonych, w spencerku, którego koloru niktby dojść nie potrafił. Stary chciał go nauczyć czytać i pisać — szło to oporem, dopóki mu butów nie pokazał; po butach musiał obiecać spodnie, a potém zdawało mu się, że Józiek Czupurny oddawna już czytać umiał, tylko udawał nieznajomość, ażeby za naukę dostać jakie takie ubranie. Czy się starowina rozgniewał po takiém odkryciu? Bynajmniéj — usprawiedliwił chłopaka. Gdy wiosna nadeszła, a ubranie było w porządku lepszym niż dawniéj, Józiek Czupurny zemknął od swego dobrodzieja i, choć mu się różnie wiodło, nie wracał do niego. Nasz dziad nie miał mu i tego za złe, bo, jak zauważył w swoich notatkach, każdy człek potrzebuje swobody, świeżego powietrza.
Nawet nałogowe pijaństwo nie odtrąca starca, gdy widzi, że ktoś pije z nieszczęścia. Wśród jego znajomych był doktór bardzo uczony, wielce rozmowny, ale bez praktyki; brał on od naszego dziada zasiłki w ilości kilku dukatów i nazajutrz po dostaniu pożyczki, zjawiał się trochę napiły. Umarł niedługo — nasz stary sprawia mu pogrzeb i tęskni po nim.
Dobroć jego wystawiana była na ciągłe próby, a on wychodził z nich zawsze zwycięsko. Józkiem Czupurnym, chociaż uciekł od niego, interesuje się bezustannie, wypytuje o jego rodziców, dochodzi, że to jest właściwie syn senatora, dawnego kolegi; spotkawszy tego kolegę, mówi mu o nim, rozumie się nie wprost, ale okolicznie tylko, dostaje 25 rubli dla wisusa i pomaga mu niemi rozważnie. Wszyscy pożyczają od starca na wieczne nie oddanie; on na zawody nie zważa i dobréj o ludziach opinii nietraci. Jeden z jego przyjaciół, mający wioszczynę pod Warszawą, pożycza od niego kilka dukatów, gdyż jadąc do miasta, zapomniał wziąć ze sobą pieniędzy... następnie zaprasza do siebie niby na letnie mieszkanie, więc starzec rad z propozycyi — jedzie w gościnę. Umieszczają go w lamusie, gdzie nie może ani świecy, ani lulki zapalić, a w dodatku od szczurów doznaje ciągłych napaści. Widząc, że gospodyni jest oszczędna, wyrzeka się śniadania, nie dojada; a potém utrzymuje, że taka dyeta wyborna na słabość, kluski zaś z mlekiem wspomina jako specyał największy. Nie tylko nie narzeka na przyjaciela, ale go usprawiedliwia i serdecznie żałuje.
Sam będąc dobrodusznym, nie przypuszcza, ażeby ktoś inny był przebiegłym lub podłym. Chcąc wygodzić gospodarzowi domu, w którym mieszkał, odbiera swój skromny kapitalik z pewnéj lokacyi u Potockich i oddaje go na 8% swemu kupcowi, ciesząc się wyższą prowizyą dlatego, że będzie mógł skuteczniéj biednym pomagać. Niedługo jednak uprzejmi niegdyś gospodarstwo, zapraszający starca na kawę i wino, płacą rzetelnie procent; wkrótce bankrutują nieuczciwie. Staruszek zostaje w nędzy ostatniéj.
W takiém położeniu inni ludzie szaleją, zabijają się lub podlą. Dziad nasz znosi z rezygnacyą cios okropny, tłomaczy sobie, że bieda uczy rozumu, ogranicza jeszcze bardziéj swoje potrzeby, mieszka u przekupki w wilgotnym alkierzyku, wąchając dzień i noc całą zapach kwaszonéj kapusty; sam reparuje sobie odzież, rąbie skałki, przynosi wodę; wyrzeka się przechadzki, ażeby ubóstwem swém nie straszyć dawnych znajomych. Pomocy obcéj nie przyjmuje; gdy Józiek Czupurny, zostawszy chłopcem u kupca, chciał mu trzy talarki ofiarować, obrusza się na seryo. Najmniejszą natomiast oznakę dobrego serca wita z zapałem. Ów zbankrutowany kupiec przysyła mu z za granicy sto talarów za pożyczone niegdyś półtora tysiąca; to wystarcza naszemu poczciwemu dziadowi, ażeby uwierzyć w szlachetność bankruta. Dobroć jego i teraz nie zna granic: pomimo strasznego swego ubóstwa, nie waha się oddać ostatniéj posługi — zmarłéj przekupce.
Chwile jego przedzgonne ozłaca promyk wspomnienia świetlanéj przeszłości, bo dowiaduje się, że Paulinka, ideał jego lat młodych, jeszcze go do téj pory wspomina. Gdy się już wszystkie zapasy wyczerpały, piłuje drzewo, a zarobione w ten sposób kilka złotych większą go przejmują radością, niż dawniéj tysiąc. Ale praca, do któréj nie nawykł, brak ciepłéj strawy, wilgotne mieszkanie powaliły krzepkiego starca na łoże. Wtedy bohaterstwo jego do najwyższego dochodzi stopnia. Siły zupełnie go opuszczają, okrutne bóle go szarpią, a przecież nie chce niepokoić wdowy, u któréj mieszka; boć to rzecz nieprzyjemna miéć chorego pod bokiem... Więc mówi sobie starzec: „ani stęknę, ani drgnę, ani pisnę, ani się ruszę... Zimno w izbie, palce kostnieją, a obok dzieci huczą! Daj im Boże na zdrowie. Jakież to wesołe!... Coś mi jest bardzo, bardzo niedobrze; żebym mógł choć zasnąć!...“
I zasnął nazawsze. Pochowano go z miłosierdzia. Zapis całego majątku zrobiony przez Paulinę przyszedł zapóźno.
Forma opowiadania jest autobiograficzna. Wrażenia i myśli swoje spisuje sam bohater. Wypowiada je w niewielkich ustępach, bo do pióra nie nawykł; spostrzeżenia jego obracają się w kole powszedniém; wyrażenia odznaczają się niekiedy energią, nieraz rubasznością; uczuć nie wyjawia z emfazą, ale tém właśnie nas sobie zyskuje. Pobłażliwość jego, pogodny pogląd na świat powstały w nim wskutek miękkiego a szlachetnego serca, wskutek rozumu nie badającego głęboko przyczyn wypadków i motywów postępowania ludzkiego, i wskutek niezachwianéj wiary w Opatrzność.
Kraszewski obrawszy tę formę, umiał się utrzymać w jednakowym tonie, ani na chwilę nie rażąc dysonansem; a prostota, harmonia szczegółów, umiejętność grupowania drobnych wypadków życia dla wywołania uczuć bardzo rozmaitych, najcześciéj jednak rzewnych, czynią ten drobny rozmiarami utwór jedném z najcelniejszych dzieł naszego powieściopisarza.
Gdyby Kraszewski w większych swoich powieściach równie szczęśliwie jak w niektórych drobnych, do których zaliczyć należy np. prześliczny poemat żałobny „W oknie“ z ostatniéj doby życia i działalności pochodzący, umiał zachować harmonijny układ całości; gdyby je był starannie obrabiał; mielibyśmy do zaznaczenia wśród zdumiewającéj ilości jego tworów wiele także jakościowo pod względem formy celujących. Ale nadzwyczajna szybkość tworzenia stanęła mu tutaj na przeszkodzie; ledwie mógł dokończyć rozpoczętéj powieści, bo miał już plany gotowe do innych; dlatego téż początek[8] bywa pospolicie daleko lepszy aniżeli koniec. Był on jasnym i zrozumiałym zawsze, obrazowym zazwyczaj, ale o świetność i doskonałą poprawność wyrażeń i kompozycyi nie starał się, bo nie miał na to czasu.

∗             ∗

Zebrane w tym tomie nowele, obrazki i fantazye mogą uważnemu czytelnikowi dać sposobność śledzenia kolejnych zmian w metodzie artystycznéj Kraszewskiego od najpierwszych aż do ostatnich przedzgonnych niemal chwil, jestto bowiem Kraszewski w miniaturze. Pierwsza doba twórczości najobficiéj tu została uwzględniona, ażeby wykazać różnostronność kształcenia się młodego talentu; dwie dalsze, jako już odnoszące się do dziejów wyrobionego ducha, reprezentowane są przez najbardziéj znamienne utwory małych rozmiarów; czwarta wreszcie, eklektyczna, musiała, choć nie w tym stopniu co pierwsza, więcéj zająć miejsca. Znaczna część tu wydrukowanych rzeczy wyjęta została z pism peryodycznych, dziś już zapomnianych i z handlu księgarskiego wycofanych; starałem się bowiem jaknajwięcéj zamieścić tu takich utworów, które w zbiorach ogólnych się nie znajdują. A i te powiastki, które w zbiorach istnieją, dawałem w pierwotném ich brzmieniu, jak były po raz pierwszy ogłoszone w czasopismach. Wyjątek stanowi tylko szkic „Pińsk i Pińszczyzna“ podany w takiéj formie, w jakiéj się ukazały we „Wspomnieniach Wołynia“, a nie jak były wydrukowane w króciutkim zarysie w „Tygodniku Petersburskim.“ Wreszcie objaśnić winienem, że trzy ustępy wyjąłem z większych całości, mianowicie: „Maryą“ z „Kościoła Ś-to Michalskiego,“ „Leonią“ z „Mogił,“ a „Parocha“ z „Metamorfoz;“ wydały mi się one koniecznemi ze względów częścią artystycznych, częścią społecznych.

Piotr Chmielowski.




NOWELLE, OBRAZKI I FANTAZYE.

Biografia Sokalskiego Organisty.


Z tego to magazynu głębokich zacieków
Dobytą piękność, hojną rozsiewałem dłonią
W dziełach, które następne pokolenia wieków,
Uwielbiając, ich twórcę wawrzynem osłonią.

Bezimienny. Treny nad utratą licencyi poetyckiéj.

Są ludzie, którzy utrzymują, że wysokie powołanie, niezaprzeczone zasługi oddane krajowi, zalety osobiste i życie, które się nietylko krajowi lecz całemu światu należało, mają wyłączne prawo do biografii; ja zaś utrzymuję, że każdy człowiek raz przynajmniéj w swém życiu stał na stopniu, na którymby się nie zląkł oczu świata całego.
Wielkich tylko ludzi zajmować mogą opisy dzieł wielkich, które człowieka, w nizkim urodzonego stanie i żyjącego pod starą ojców swych strzechą, na przodków zagonie, oślepiają niejako wielkością swoją, i bardziéj mu upokarzający stan jego czuć dają, niżeli wznoszą i poprawują jego skłonności i umysł. Dla takich ludzi trzeba pisać biografie mężów, na widok których powiedziéćby mogli sami o sobie: Jesteśmy im równi, lub niemi być możem.




Pan Prosper Stokrotko urodził się z ojca introligatora, bardzo uczonego człowieka (w Sokalu), który nawet, jak niektórzy utrzymują, nieźle umiał po niemiecku, a w gronie kumów i kumoszek uchodził za cud mądrości i nauk. Miał biblioteczkę złożoną z ksiąg danych a nieodebranych z oprawy; z tych wiele było w polskim języku, między któremi ulubione mu były: Historya o Elefantynie, o Magiellonie, Miłostki Agnulfa i Floretty; Alfons Aragoński i Orystella Kreteńska i t. p. Stary pan Stokrotko miał sobie za prawidło, nigdy takich ksiąg nie brać do oprawy, którychby czytać nie mógł, a taniéj od innych oprawując i nie żałując pięknéj skórki i lipskiego papieru, powoli zebrał dostateczny na utrzymanie się fundusik. Nie porzucił jednak rzemiosła, boby z niém musiał i książki porzucić; na co nigdy z długiego nawyknienia odważyć się nie mógł.
Żona jego, zacna kobieta, córka ekonoma, czynna i niezmordowana w pracy, umiała dobrze czytać, czasem nawet udało się jéj nakreślić kilka kołyszących się liter, a co do ceny i rodzaju robót introligatorskich, męża nawet w erudycyi przewyższała.
Jegomość ubierał się co dzień, w papucie sfabrykowane ze starych butów, w długie domowéj roboty niemieckie pończochy, i krótki nankinowy podwłośnik, krajką przepasany; używał nakoniec mycki, która wedle pory roku niciana była lub flanelowa. Na twarzy przezacnego mieszczanina malował się rodzaj dumy; oczy miał okryte spuszczonemi brwiami, włosy z tyłu naprzód zaczesywał, dla pokrycia połyskującéj łysiny; fartuch zaś, wiszący na trzęsącym się brzuchu, tyle mu nadawał powagi, ile starożytna toga Rzymianom. Gdy obowiązki jego stanu zatrzymywały go nad stołem; jejmość tymczasem gadatliwa i ruchawa, wszystkie w domu kąty zwiedziła koleją. W lśniącym od używania szlafroczku, w przydeptanych trzewikach, o których kolorze przez hipotezę tylko sądzić było można, w czepku i chustce od niechcenia zarzuconéj na włosy, ukazywała się jak straszliwe zjawisko z miotłą lub dzbankiem w ręku, to w sieniach, to w spiżarni, to w alkierzu. Tam wygnała mrukliwego kota; gdzieindziéj zagrzmiała nad służącą rozmawiającą z chłopakiem; przechodząc mimo, duser jaki szepnęła mężowi na ucho, i niewstrzymana w swym biegu, jakby jaki zapalony zwolennik filozofii, z hałasem, szumem, wrzaskiem, leciała daléj a daléj. Przeciwnie stary Stokrotko nie poruszony siedział przed swoim stołem, zarzuconym księgami, zrzynkami i kawałkami papierów, z okularami na nosie, a igłą w ręku, trawił godziny, nieruchomy.
Żadna okoliczność najważniejsza od roboty go oderwać nie mogła, a jeśli sąsiad przychodził radzić go się, lub pytać; całemi czasem godzinami oczekiwać musiał na łaskawą odpowiedź. Ta stoicka wytrwałość zjednała mu wiele wziętości między mieszczanami, i nierzadko było usłyszéć, jak go filozofem nazywano.
Pytam tedy moich czytelników, czy Pitagoras nie miał słuszności?




Mój bohater, syn introligatora, od lat dziesięciu okazywać zaczął wielką do nauk skłonność, a gdy rówiennicy jego na równinach i pagórkach Sokala uganiali się za motylami, lub płatali figle, on szedł do ojcowskiego stolika i zgłoskował na rozrzuconych kartkach. Ta chęć do nauki była ojcu przepowiednią wielkich nadziei, powolność zaś jego nie bardzo matce przypadała do smaku. Tymczasem z lat postępem rosły wiadomości i nauki w głowie Prospera, który w szesnastym roku, przybrał postać pełną powagi nauczycielskiéj; zaczął nosić grubą laskę, sporą tabakierę, zaczął się tłómaczyć niepojętym stylem, nosił długi po pięty surdut i ze starszemi tylko obcować lubił. Towarzysze i rówiennicy mimowolnie zaczęli go szanować, a nauczyciel parafialnéj szkółki, osoba poważna, uważał go za młodzieńca wielkich zdolności. Ojciec się nim chlubił, matka nawykła powoli do uczonych jego grymasów, a skutkiem tego nasz Prosper wbił sobie w głowę, że jest czémś więcéj od drugich. Łacina, którą cokolwiek pomazał gębę, do reszty zawróciła mu głowę, bo jak tylko nauczył się przypadkowania i czasowania, zaczął pisać, jak można domyślać się, bardzo piękną łaciną. Pokoik jego był zupełnie uczony: ściany zdobiło mnóstwo map i jeometrycznych figur, a po kątach spoczywały stosy ksiąg różnego rodzaju. Ponieważ małe nawet rysy charakter okazują; muszę tu przywieść kilka przypisów, własną jego ręką nakreślonych. Na jednym starym egzemplarzu Kosmopolity dopisał: Księga uczona, erudycyi mnóstwo; przy jednym z listów w Polaku Sensacie zrobił uwagę, iż autorowi nie brak było twórczéj imaginacyi; a na poezyach Twardowskiego, gdzie autor wspomniał Europę, wielkiemi literami dodał: Europa graniczy z Azyą. Te i tym podobne zarysy wprawnego pióra wiele okazują zdatności i ducha. W młodości jeszcze widziałem, pochyłemi literami zaczęte przez niego dzieło, pod tytułem: Heroizm miłości własnéj, czyli wygórowane sentymenta ludzkości. Szczerze biorąc rzeczy, mój umysł nadto jest płaski, aby mógł pojąć myśl tak głęboką; lecz to wcale jéj doskonałości nie ubliża, iż jéj zrozumiéć nie można.




W ten sposób upływało życie tego męża wielkich nadziei, a coraz nowe zapasy przybywały w jego głowie. W miarę zaś jak się rozumniejszym coraz być sądził, zmieniał powierzchowną swoję postać.
Ciągłe siedzenie twarz jego do przyzwoitego stopnia wybledziło; na jarmarku kupił sobie okulary, do kija przydał rzemyk z kutasem, powiększył objętość tabakiery, surdut podłużył, coraz rzadziéj usta otwierał, a w końcu dla nieodbitéj tylko potrzeby wyraz jakiś z ust jego wychodził. W tym to czasie dosyć ważna w sposobie jego życia zaszła odmiana; ów milczący, ponury i poważny literat zakochał się, ujrzawszy przypadkiem Marysię, córkę młynarza. Niepojęte jakieś ogarnęło go uczucie na widok różanych ustek, niebieskich ocząt i zarumienionéj twarzyczki. Z podziwieniem i zapałem przypatrywał się małemu trzewiczkowi, gorsecikowi, jéj sukni, wstążkom i najmniejszym szczegółom; a to wszystko ze skrupulatnością, z jaką starożytnik ogląda piękny rękopism dawnych wieków. Pierwszy może raz w życiu niezgrabném ust ruszeniem na uśmiech dziewczyny odpowiedział, a ta, czy to z próżności, czy z upodobania, postanowiła korzystać z uczynionego wrażenia i pozyskać serce Prospera.
Wchodząc do swojéj izdebki po tém widzeniu, pierwszy raz uczuł pan Prosper, że mu czegoś brakowało; pierwszy raz udał się, prosząc o radę zaniedbanego lusterka, i pierwszy raz miłość własna protestowała się przeciw długiemu surdutowi, okularom, tabakierce i kijowi. Niespokojny chodził wzdłuż i wszerz po izbie, chwytał za zbutwiałe foliały, które dawniéj czytać i przerzucać lubił, ale nic mu smakować nie mogło: obraz nadobnej Marysi wszystkie zamiary niweczył. Tłómaczenie ulotnych Anakreonta poezyj wpadło mu do rąk, i raz pierwszy zrozumiał prawdziwe znaczenie i postrzegł piękność jego pieśni. Była to chwila stanowcza. Prosper uczuł, że jego dusza chce się wylać na papier, siadł i napisał wiersz, któremu dał tytuł: „Zatęsknienie się.“ Gieniusz jego naprzemian chwytając się polszczyzny i łaciny, zbierał kwiat obu języków i ułożył coś tak mistycznego i skomplikowanego, iż ludzie ograniczeni nie przyznaliby nawet sensu temu górnemu kawałkowi poezyi.
Po ułożeniu tego utworu natchnienia, poeta złożył pióro zwycięskie, i chciał wyjść na przechadzkę; ale głębsze zastanowienie się nad samym sobą ukazało mu, iż jego ubiór i postawa nie przystoją wcale zalotnikowi; postanowił tedy siedziéć w domu, póki-by powoli nie odmienił powierzchowności. Powiadają, iż sama tylko miłość daje popęd gieniuszom; nasz Prosper nowym jest tego dowodem, od czasu bowiem, jak się zakochał, zaczął więcéj pisać, i to rzeczy zabawniejszych, jakoto: logogryfów, akrostychonów, tryoletów i t. p. Marysia była to zupełna Ewa po zjedzeniu fatalnego jabłka, która tylko szukała, z kim-by się ostatkiem zakazanego owocu podzielić. Dowcip jéj zadziwiłby każdego, zręczna w udawaniu, łagodna i gniewliwa, powolna i trzpiotowata, umiała swój charakter przystosować do charakteru kochanka, i jak wyblakły atlas, który z każdéj strony innym połyskuje kolorom, tak ona przy każdym odmienną przybierała postać. Słuchała uczonych rozpraw i komplementów pana Prospera z dziwną cierpliwością, i niekiedy nawet lubiła okazywać, że z jego rozmów korzysta, a to do reszty podbiło serce uczonego.




Z odmianą stanu serca, zmieniać się także zaczęła powierzchowność; Prosper porzucił okulary, Marysia kij mu odebrała; kazał podciąć poły swego surduta, a gdy mu odkradziono tabakierkę, nie pytał się o nią. Z radością uważała matka tę odmianę; ojciec jéj nie spostrzegał, a Marysia śmiała się w duchu i pyszniła ze swojéj władzy.

Przebiegła ta dziewczyna tyle wymogła na powolném sercu uczonego, iż ten jednego poranku przyszedł do ojca zatrudnionego zwykłą swoją robotą (czego już od dawna nie czynił), siadł i zaczął głośno czytać napisane przez siebie wczoraj pochwały małżeństwa. Matka, przejęta wdziękiem kwiecistéj jego mowy, pierwszy raz w życiu cały kwadrans ustała spokojnie na miejscu, a potém ruszyła z hałasem i krzykiem, nagrodzić pospiechem opóźnienie. Czytał tymczasem daléj Prosper, ojciec go w końcu zapytał:
— Cóż to? czy nie myślisz waść wstąpić w stan małżeński?
— Tak jest — odpowiedział syn, przerywając czytanie, oczekuję tylko pozwolenia.
— A tego właśnie nie dostaniesz — zawołał poruszony ojciec, pierwszy raz w życiu porwawszy się ze stołka, tak szybko, iż Prosper odskoczył na kilka kroków.
Wieczorem tego samego dnia, nasz młodzieniec milcząc, z rozpaczą na twarzy, leciał jak szalony przez miasto. Zapał jego był tak wielki, iż nic przed sobą nie widział, ani słyszał; poły od surduta powiewały koło niego, kij miał w ręku, zgrzytał zębami, i nieczuły ani na śmiechy, ani na wołania, wstrzymać się nie chciał. Oczy jego obłąkane, były w górę wlepione; jakoż wkrótce nogi pozbawione swoich przewodników, wpadły prosto na stragan przekupki.
Runęły na ulice jabłka i gruszki przywalone ciężarem Prospera, padła broniąc swego towaru przekupka, a gdy zapalony młodzieniec wzniósł się i leciał daléj, parę tysięcy przekleństw posłała w pogoń za nim.
Nic to jednak nie pomogło, bo bardziéj jeszcze swoim przypadkiem rozjątrzony, coraz prędszym krokiem z miasta uciekał. Kij jego unosząc się w powietrzu stłukł kilka okien i kilku żydom spore guzy na pamiątkę podawał; uciekano od niego jak od opętanego, a tłum, z całego miasta zgromadzony, z okrzykami biegł za nim w przyzwoitém oddaleniu. Na drodze spotkał się właśnie z Marysią, ale na jéj czułe wyrazy nie odpowiedział, uciekając daléj a daléj. Policya, nie chcąc go puścić z miasta, rozkazała zamknąć rogatkę; jedném spojrzeniem dostrzegł on zawadę, i jakby wyższą siłą natchnięty, uniósł się, machnął kijem ponad głowami i przeskoczył. Od niepamiętnych wieków nie widziano w Sokalu takiego skoku; lud zdumiony stanął, a gdy z podziwienia przyszedł do siebie, już Prosper był daleko.
Otóżto skutki ślepéj miłości i odmówienia ojca, którém rozgniewany uczony postanowił nigdy więcéj nie zajrzéć do rodzinnego miasta. Tantae ne animis caelestibus irae?


— Pójdź sobie wasani precz ze swoją nauką.
— A waszeć idź szukaj syna, któregoś wypędził.
— Niech leci choćby na koniec świata; nie żal mi tego szaleńca.
— Pamiętaj Waszeć, że ten szaleniec był synem W. pana.
— Tak... — rzekł rozgniewany introligator, gdy wtém przybyły ojciec Marysi przerwał spory małżeńskie.
— Dobry wieczór, panie Stokrotko!
— Dobry wieczór.
— Skąd-że to waszeci przyszło tak ostro zabronić synowi swemu, żenić się z moją Marysią? — Cóż to myślisz, że pan Pytel nie da jéj posagu? He?
Introligator stał jak wryty i w końcu na nalegania młynarza odpowiedział:
— Może się to jeszcze ułożyć.
— Także mi i gadaj — rzekł poważnie pan Pytel — oświadczam tedy, że daję mojéj córce pięć tysięcy złotych posagu, a Prosperowi wyrobię miejsce organisty i nauczyciela naszéj szkółki. Zgoda?
— Zgoda! — zawołał ucieszony pomyślnym rzeczy obrotem pan Stokrotko, — ale gdzież mój syn? On uciekł podobno z miasta.
— Złapiem my go — rzekł młynarz — i woda ucieka, a jednak ja łapię ją do moich młynów.
To mówiąc wyszedł, a żona introligatora stanęła przed mężem, zabierając się do dotykalnéj wymówki, gdy tymczasem widząc grożące niebezpieczeństwo, mąż schwycił czapkę i wyszedł incognito.


W kilka dni potém wynaleziony Prosper został mężem swojéj kochanki, która będąc głową domu, stawała się poważniejszą i surowszą dla męża. Ten zaś nawzajem wrócił powoli do dawnych zwyczajów, zaczął nosić okulary, kij i tabakierkę, sprawił długą kapotę i został organistą, nauczycielem i kantorem w Sokalu. Umysł jego, nabrawszy więcéj jędrności, wylał się teraz w dziełach różnego rodzaju. Tu on opłakując porywczość swojéj żony, napisał: Lament po utracie dobréj myśli. Są także jego ręki śpiewy duchowne pod tytułem: Spirytualny kancyonalik ku użyciu kantorum wszelkiéj kondycyej, i świeckie pod równie stosowném nazwaniem: Wieniec pełnych odoru kwiatów, dla czystych piersi ku zabawie czyli zbiór pieśni światowych. W takich to i tym podobnych pracach, żył jednostajnie ów mąż uczony i zajmował się napisaniem Historyi Sokala, opierając się na wykrzykniku Symonowicza, o Sykulskie Muzy! które on usiłował przemienić na Sokalskie.
Im bardziéj w lata postępujem, tém więcéj doznawamy przykrości; doświadczył tego zacny Prosper Stokrotko, któremu żona ku końcowi nieznośną się stała; z tego to powodu, jako téż dla licznych kłótni z plebanem, zaczął nastawać na ludzi, a stąd znowu przyszło do tego, iż cały się oddał malowaniu złośliwemu charakterów. Pierwszą próbę pióra uczynił na określenie charakteru żony, ale się to pismo nam nie dostało, bo go jejmość przezorna, nie chcąc się w złym sposobie dostać potomności, spaliła. Inne płody, zależące w kilkunastu satyrycznych i bardzo dziwnych powieściach, zrządzeniem losu wpadły w moje ręce, z których kiedyś może na świat wyjdą. Umarł mąż ów zacny w 54 roku swego życia, a po nim długo niezajęta katedra sokalskiéj szkółki, dziś pono upadła. Przyjaciele, ceniący jego zalety, w miejscu, gdzie pochowanym został, położyli kamień z napisem:

D.    O.    M.

Pod. tym. głazem. odpoczywają. kości.
Urodzonego. Pana.
PROSPERA. STOKROTKI.
Organ. Pleb. Sokal. Nauczy. Kantor.
Auth. dzieł. licznych.
Żył. lat. 54. umarł. roku. 1759. 4. maij.
Amici. posuerunt.

Anno. 1761. 4. maij.

1830.




Wieczór czyli przypadki peruki.


Już w pałacu Belindy otwarte podwoje.
Wyszkowski.

— Zapalajcie świéce — mówił pan Talarko do sług swoich, chodząc po przygotowanych na wieczór pokojach. — Lichtarze stawić rzadko, to lepiéj oświeca, a przytém oszczędniéj. Ten stolik umieścić w kąciku, krzesła w półkole.
— I, nie kole! — odpowiedział sługa — to owszem bardzo miękkie krzesła.
— Ja ci mówię, ustawić w pół koła.
— Rozumiem, panie, rozumiem, to się znaczy koło ściany.
— Mówię ci przecie nie po niemiecku, czy mnie nie rozumiesz? tak, jak garki koło komina.
— Koło komina! a to co innego — odpowiedział służący i już zabierał się stawić krzesła koło komina, gdy pan Talarko zniecierpliwiony ruszył ramionami i z nową burzą tłómaczyć mu zaczął swoje żądanie.
— Już to, dobrodzieju — rzekł, namyśliwszy się potém stary sługa — któryś z nas dwóch musiał się pokropić; bo albo pan mówi bez sensu, albo ja nie mam sensu do zrozumienia. Bóg wié, co mi tam pan dysponuje, i kole i nie kole i koło ściany i koło komina; a co zrobisz, to źle. Już chyba jegomość będzie łaskaw, pozwoli mi pójść spać, bo mi się we łbie kręci, jakgdybym się upił.
— Marnotrawca! — zawołał z mimowolnym na ustach uśmiechem pan Talarko — idźże spać, a przyślij tu drugiego, żeby służył za ciebie. No proszę! — mówił potém gospodarz do siebie — ręczę, iż go pan Mączka upoił, kiedy chodził prosić go do mnie na wieczór. Poczciwy to człowiek. Hej! komodę wynieść do drugiego pokoju. Ale nieszczęśliwy z synem, któremu we łbie świta! Na piecu dosyć trzech lichtarzy. Już i goście pewno przyjdą niedługo.
— Witam! witam! — rzekł potém do wchodzącego wysmukłego panicza.
— Jak się pan miewa! cóż to? widzę, jeszcze nikogo niéma?
— Niedługo, mam nadzieję, iż się schodzić zaczną; posłuchaj-no pan tylko, czy nie słyszysz turkotu zajeżdżającego pojazdu?
— Tak! ktoś przyjechał, pośpieszajmy na spotkanie.
To mówiąc ów szarmant, wybiegł spojrzawszy jeszcze nawiasem w źwierciadło, a pan Talarko z miną poważną i trochę dumną, poprawił mankietki, perukę, guziczki u kamizelki, dewizki i zdmuchnął pył z sukni, posunął stolik, utarł świécę i udawał wielce zatrudnionego.
— Trzeba — myślał sobie w duchu — udawać coś większego niż zazwyczaj; ten kto wydaje wieczory, ma prawo trochę wysoko głowę nosić. Ale... ale.. nuż się tém goście obrażą? — myślał znowu. — O nie! owszem kontenci, że od tak wysokiego i bogatego człowieka, jakim ja jestem, mają honor być zaproszeni na tańcujący wieczór! Nastrójmy dobrą minę, już idą. Co za niegrzeczny kawaler z tego... fi! rozmawia z panną Benigną! z moją kochanką! bo zdaje mi się, że ją kocham? tak, kocham, serdecznie miłuję. Jéj ojciec niezły ma mająteczek, będzie miała ze sto tysięcy posagu, trzeba być grzecznym, trzeba być bardzo nadskakującym, panie Talarko! — Tak mówił gospodarz sam do siebie i mile do wchodzących gości się uśmiechał.
Nie jest powinnością żadnego pisarza powieści, ani téż moją, wyliczać cały szereg ludzi i ich nazwisk, gdy się oni zdaleka tylko pokazują czytelnikom. Nie myślę więc przerywać uwagi opisem przybyłych gości. Ze wszystkich osób, zgromadzonych w sali, najwięcéj hołdów i czułych oświadczeń odbierała znajoma już panna Benigna, o któréj myślał, jak to mówią, pan Talarko.
Miała ona tego wieczora ubiór cale piękny i modny; włosy jéj długie przepięto kilką strzałami pozłocistemi; kapelusz, na którym dowód zręczności dała pierwsza modniarka, kapelusz ten, mówię, wisiał na jéj ręku, a szal przepyszny spływał po ramionach. Może się kto zadziwi, iż ta sama Benisia, która niedawno siedziała w piekarskim sklepie przy bułeczkach, dziś jak bogata występuje pani? Nic w tém niéma szczególnego, bo zasady i sposób myślenia pana Mączki wszystko wytłómaczyć potrafią. Zacny ten piekarz chciał, żeby w domu była piekarką, a na wieczorach i tańcach żądał od niéj wielkiéj pani. To było upodobanie ojca, a że rodzice mają prawo nad dziećmi, cóż dziwnego, że panna Benigna miała szal kaszmirowy i przedawała bułeczki?
Stanęło koło do mazura, a pan Talarko, który przed piętnastą laty brał przez dwa tygodnie lekcye skoków, prosił z sobą panny Benigny. Nogi jego, poruszające się tam i sam, zdawały się przygotowywać do tańca, spoglądał po sobie, i od pół godziny stanąwszy w pierwszéj pozycyi, mocno ściskał rękę obranéj panny.
Zabrzmiała kapela; z zapałem w środek koła rzucił się gospodarz, ciągnąc za sobą ledwie zdążyć mogącą pannę. Ktoby go choć raz w życiu widział tańcującego, — ręczę, do śmierci-by nie zapomniał; głowę podnosił do góry, nogi stawiał prosto i sztywnie; a ręką, wlewo i prawo, kreślił w powietrzu koła, zagrażając bliżéj stojącym nosom i głowom. Przytomni powiadają, iż żywość charakteru i wino wypite przez pana gospodarza były przepowiednią strasznego jakiegoś wypadku, i utrzymują, że się w tym tańcu bez kozery obejść nie mogło. Za pierwszą jednak figurą, nic się nie stało, a pan Talarko był zupełnie kontent z siebie. W drugiéj, gdy ogień życia prędzéj popędził krew w żyłach tańcującego, gdy coraz gwałtowniéj, coraz silniéj cały jego korpus się poruszał; peruka spadła pod nogi panny Benigny i omało nie była przyczyną strasznego upadku tancerki.
Zagrzany tańcem, winem i radością, nie czuł gospodarz, iż głowa jego pozostała bez ochrony, łysa i połyskująca, kończył daléj figurę, a gdy własna jego ozdoba pod nogami mu się zaplątała, podrzucił ją ze śmiechem przytomnych, a peruka po gładkiéj posadzce wyśliznęła się za koło tańcujących.
Przytomni goście polegali od śmiechu, którego sobie gospodarz wytłómaczyć nie mógł, uważając go jedynie za oznakę wesołości.
Pan Talarko starannie do téj pory ukrywał, że nosił cudze włosy na głowie: do jakiego więc stopnia doszła zapalczywość marcowego kawalera, gdy mijając źwierciadło, ujrzał w niém postać swoję, utratą drogiego pokrycia zeszpeconą. W pierwszym gniewu zapale miał już straszne na ustach przekleństwo, i pięść na stłuczenie nieprzyjaznéj tafii zwróconą; ale go od tego przytomność wielu osób wstrzymała. Poszedł tedy krokiem niepewnym ku miejscu, gdzie, jak mu się zdawało, musiała leżéć jego zguba. Udawał, że chodzi tylko dla odpoczynku po tańcu, ale mocno się zarumienił, gdy ujrzał w ciemnym kątku dwa pieski szarpiące drogą, fryzowaną perukę. Ażeby większego nie wzbudzić śmiechu, z sercem pełném goryczy i niesmaku, udał się w kąt i zaczął odbierać należność swoję od natarczywych rabusiów.
— A fuj! a puść, ha! a nie pójdziesz! — mówił półgłosem, żeby go nie usłyszano.
Piesek odwrócił się, pokazał zęby i darł daléj. Gospodarz zaś nieśmiałą rękę posunął ku przedmiotowi poszukiwania i prędko ją cofnął, gdy pies trzymając silnie zdobycz, zawarczał przeraźliwie.
— Otóż to pożytek wieczorów — myślał zasmucony gospodarz — koszt, wydatek, wstyd i nic więcéj.
— Pójdź tu, Filon tu! — dał się słyszéć głos w blizkości, a pan gospodarz szybko psa zasłonił od wołającéj.
— Niech się sobie bawi! — rzekł drżącym głosem.
— Ach! — zawołała czule pani eksaktorowa — on podobno coś psuje.
— Ej nie — odparł gospodarz, nie chcąc na śmiech peruki wystawić — niech się bawi.
— Filon! pójdź tu! Filuś — i Filon wybiegł podskakując z za krzesła, z peruką w zębach.
— Co ja widzę! — rzekła z tragicznym przestrachem pani eksaktorowa — on psuje czyjąś perukę!
— Perukę! — mruknął gospodarz, unikając tłómaczenia — bodajby licho, ciebie i twego psa i peruki i wieczory!
Są niektóre tak upartéj natury stworzenia, że niełatwo dadzą sobie odebrać to, co się im raz w pyszczek dostanie, a z tego rodzaju było pieścidełko pani eksaktorowéj. Na żadne wołania, groźby i prośby nieczułe, spokojnie pobiegło po pokojach ze swoim łupem. Pani jego równie upartego musiała być humoru, bo za nim pobiegła; mąż jéj, chcąc się dowiedziéć, o co chodzi, zaczął ją gonić, gospodarz niespokojny pobiegł za eksaktorem, za nim pogonił się gagatek, kilkoro ciekawych dzieci poszło za tym ostatnim, za niemi znowu matki troskliwe i lękliwe niańki, a ciekawi, których, chwała Bogu, nigdy na świecie nie brakło, dopełnili rzędu, i cała ta procesya, poprzedzana od psa z peruką w zębach, ze śmiechem i gwarem wkoło pokojów obiegać zaczęła.
Jestto pewną cechą zwierząt, a czasem i ludzi, że tém prędzéj uciekają, im kto lepiéj goni, i Filuś téż miał dobre nogi, i zmykał jak najęty.
— Łapaj! goń! — krzyczano zewsząd, wśród śmiechów, a gospodarzowi tchu i mowy brakło.
Ale los uparty, nie wyczerpał był jeszcze wszystkich ciosów, któremi miał starego skępca obsypać; postanowił jeszcze jednego zrobić figla, a że jest słownym, więc swego dokonał. Na drodze tych gonitw, stał piękny stolik mahoniowy, na nim dwie świéce i cały porządek do herbaty. W tłumie i zamięszaniu, trącił ktoś stolik, nie wiem umyślnie czy przypadkiem, a wszystko, co na nim było, runęło pod nogi przechodzących. Woda z samowaru płynęła strumieniem po podłodze; cały serwis porcelanowy okrył szczątkami swemi miejsce pogoni, a świéce połamane leżały gorząc na ziemi. Co za straszny i poruszający widok! Krzyk, wrzask, zamięszanie, tumult, rozlegały się po pokojach. Pan Talarko znieść tego daléj nie mógł i mimo nóg będących w pewnych ścisłych stosunkach z podagrą, skoczył z okna w ogród i uciekł. Filuś zaś, korzystając z chwili, wymknął się na ulicę, unosząc drogą perukę.
1830.




Podróż po mojéj szkatułce.
(dziwactwo).


Kędy spojrzysz — rudera, pustki i zniszczenie.
Mickiewicz.

Zajrzałem do mojéj szkatułki!... Ach ileż wspomnień razem uderzyło mnie jak piorun za jéj otwarciem!! To pismo mojéj lubéj! to jéj włosy — to pamiątka od matki — to od ojca pamiątka — to siostr życzliwe wyrazy — to szczęśliwych lat młodości przypominki!
O! mój Boże, te włosy zwinięte w przezroczystym papierze, ucięte z jéj cudnego warkocza, ileż wspomnień uśpionych w mojém sercu wzbudziły. Jéj niéma... wilgotna ziemia pożarła ciało, które ludzie pożerali dawniéj oczyma — a reszta tych włosów służy dziś za poduszkę spróchniałéj czaszce jéj głowy!... A dusza! dusza uleciała jak ptak, który się na wolność wyrywa, kiedy się klatka rozbije!
I ja sercem w niebo lecąc za tobą, długo jeszcze robak mizerny po brudnéj ziemi czołgać się będę... póki... ach! .. i moja klatka wieki trwać nie może!!
Oto list — samém szczęściem oddycha — list pisany w czasach, kiedy młodsze serce i głowa wznosiły się dumnie, nie przeczuwając cierpień ciężaru, jakie nań spaść mogą. Teraz — co za odmiana! ja jutro będę tułaczem — wygnańcem — jutro te usta wydadzą głos na próżno... ten głos, jak hieroglif umarły, nie dojdzie do serca tych, którzy mnie będą otaczali... Oni obcy językowi memu i cierpieniom, słuchać będą mowy jak szmeru liści niezrozumiałego i śmiechem szyderskim w smutku pocieszać. Teraz za grobem nadzieje! Świat w marzeniach — ojciec — matka — przyjaciele — tylko wspomnienia!
Oto kartka z Wertera!... Był czas, kiedym się śmiał z niego, jak bankier, kiedy przed jego kantorem przechodzi ubogi... dziś może płakałbym nad nim. — Cierpienie litościwszym robi — chociaż Werter sam sobie był przyczyną cierpień — na cóż żądał za wiele?...
A to co? to rysunek — to widok naszego domu i ogródka... spokojny kątek... ciche gniazdko... do którego burza nie zagląda... ach! czemuż tam nie jestem! czemuż na zawsze być nie mogę! Taż sama ławeczka... ten dom... ogród... i okno mego spokojnego pokoiku i grzęda moich kwiatów — i sadzawka otoczona wyniosłemi topolami — i kamień pod drzewem, gdziem często siadał dumać wpatrując się w pogodne niebo i księżyc wschodzący.
List matki — tego czytać nie będę... boleść przypomnienia mnieby zabiła!
I ty smętarny Youngu w téj szkatułce? dobre wybrałeś miejsce... o! moje serce dawno stało się rolą, na któréj weselsze nad twoje myśli nie schodzą!
Oto bilet z teatru... a na nim ręką jéj wpięte zwiędłe listki kwiatka, który ją przeżył... Pamiątką być miał kwiatek. Czyż myślała, dając go, że kiedy nań spojrzę, nie ją, ale grób przypominać będę!...
Smutny flecik, niegdyś towarzysz naszych wieczornych przejażdżek po jeziorze... leży milczący i głuchy... niech do szczęśliwszych czasów śpią w nim obumarłe tony... w tych murach źleby się odbiła piosneczka... któréj tak mile towarzyszył niegdyś wieczorny szmer rozmawiającego z brzegami jeziora.
To imionnik! śpiżarnia papierowych przyjaciół!... życzenia... obrazki... zaklęcia i rady... wszystko pisały ręce... gdzież serce pisało?... ach! w jedném tylko miejscu... dwie litery... tylko dwie — ale one więcéj mi mówią, niż na urząd robione pochwały i oświadczenia dwustrofowe!!...
Jeszcze w głębi... widzę poszarpany tiulu od maski kawałek... a na nim krzyżyk, który zdarłem z piersi, kiedym raz pierwszy musiał się użalić, że niebo w téj piersi posiało moich cierpień nasiona... Odtąd nie włożyłem krzyżyka... na pierś boleścią rozdartą — lecz kiedy będzie tak zimna, jak była kiedyś... gdym był dziecięciem.., kiedy będzie iść do grobu z zasklepionemi ranami... wówczas — niech i on z nią idzie... jako pamiątka młodości i szczęścia... jak przepowiednia przyszłego pokoju!!

Grudzień 1831 r.





IMIENINY.
(OBRAZEK HISTORYCZNY).


Il n’y a point de héros pour
son valed de chambre.
Prov. Français.

Był to sobie dzień 19 marca 179... pogodny, mroźny; słońce już było zeszło, ósma godzina wybiła, kiedy hrabina Emilia, przeciw zwyczajowi swemu, obudziła się i nawet wstawać myślała, co w życiu kobiety wielkiego tonu było jeśli nie cudem, to arcy wielką rzadkością. Ledwie piękne czarne oczy otworzyła i białą rączką przetarła je od niechcenia, pociągnęła za sznurek dzwonka, wiszący nad ozdobném jéj łóżkiem i podniosła się z uśmiechem na ustach.
W chwilę lekki, ale szparki chód odezwał się w przedpokojach, słychać było otwieranie drzwi, i ładne dziewczę, garderobiana pani hrabinéj, weszła do pokoju, ubrana od niechcenia w biały ranny szlafroczek.
— Dzień dobry pani.
— Dzień dobry, moje dziecię. Podejmij firankę tego okna do połowy i powiedz mi, która godzina?
Lizetka spojrzała na zegareczek zawieszony u pasa i potrząsając głową, zbliżyła się do hrabinéj.
— Cóż to ósma?
— Ósma! dawno to już pani o téj godzinie wstawała, ale dziś... Służąca lękała się dokończyć słowami, figlarnym tylko uśmiechem, mającym w sobie ziarnko pochlebstwa, zamknęła mowę...
— Jakże téż dziś wyglądam, Lizetko?
— Przedziwnie, jakby w ośmnastym roku; jeśli mi pani nie uwierzy, może się zapytać źwierciadła...
— Czy przyniesiono już kwiaty z oranżeryi ministra P... — przerwała hrabina, odsuwając ręką źwierciadło, jakby go się lękała.
— Jeszcze nie...
— Jeszcze nie! — powtórzyła trochę nieukontentowana hrabina — prawdziwie! ci ludzie nigdy nic w czas nie robią!
Lizetka uśmiechnęła się nieznacznie zakrywając się szlafrokiem, który podawała swej pani, i pobiegła po śniadanie.
Hrabina poszła do źwierciadła, ziewnęła parę razy, spojrzała po pokoju i od niechcenia rzuciła się na sofę, przed którą stał ogromny stół mahoniowy, zastawiony różnego rodzaju zbytkownemi przedmiotami. Parę serwisów japońskiéj porcelany, kryształy, srebro, zadziwiającéj roboty alabastrowe urny i mnóstwo mniejszych rzeczy, leżało na nim bez ładu, obok widać było nierozpakowane jeszcze pudła na ziemi. Hrabina spojrzała na to wszystko, i uśmiech po pięknych jéj ustach przeleciał.
Weszła Lizetka, w jednym ręku trzyma tacę, z wrzącą czekolady filiżanką, w drugim maleńki bilecik.
— A toż co? — zawołała hrabina, pokazując na list.
— To od przyjaciółki pani.
— Przyjaciółki? — rzekła, podnosząc się nieco hrabina, trochę zmarszczona, jakgdyby chciała strofować swoję służącą. Piękne kobiety nie mają przyjaciółek, ale za to tylu przyjaciół...
Lizetka chciała żartować, a hrabina żartów nie lubi, bo się ich lęka.
— Od kogoż?
— Od hrabinéj Palmiry!
— Od Palmiry! — powtórzyła hrabina z niecierpliwością wyciągając rękę — podaj że go, dawaj!
I zaczęła czytać z wielkiém natężeniem umysłu, a list był zapisany na wszystkie cztery strony. Czasami wśród czytania, ruszała głową lub ramionami, czasem się uśmiechała dumnie, a Lizetka stała tylko i spoglądając po suficie, niecierpliwie czekała przeczytania listu, wreszcie nabrała odwagi i odezwała się z cicha:
— Czekolada ostygnie.
W kilka minut gorący napój i kilka biszkoptów zniknęły z tacy, lice hrabinéj zajaśniały żywszym rumieńcem... turkot pojazdu dał się słyszéć.
— Zobacz, zobacz, Lizetko, może to Palmira.
— Nie — odpowiedziała służąca spuszczając nazad zieloną firankę, którą była podjęła, żeby oknem zobaczyć. — To pan hrabia wyjeżdża zapewne do miasta, lub do króla na ranne wstanie — (petit léver).
— Mniejsza o to, niech jedzie, będzie tam pewno pochlebiał biskupowi jak wczoraj! całe miasto o tém gadało! Prawdziwie — dodała pogardliwym tonem — mizerne starostwo takiego poniżenia się nie warte!
— Ale bo téż pan hrabia!... — odezwała się Lizetka kiwając głową.
Znowu turkot na dziedzińcu, Lizetka wyjrzała.
— O! to paryska zielona kareta hrabinéj.
— Chwałaż Bogu — przerwała Emilia, poprawując nieco szlafroka i przelotnie spojrzawszy w źwierciadło. — Przygotuj czekolady, moje dziecię!
— Otóż idzie, idzie! — i to mówiąc, ogromny woal czarny zarzuciła na stół i pokryła nim rozłożone wytworne cacka.
Weszła hrabina Palmira; była to kobieta wysokiego wzrostu, ale już nie bardzo młoda; twarz jéj, nieco podobna do portretu pani de Maintenon, przetrwała młodość bez wielkiego szwanku. Czarne oczy, nos mały, usta ściśnięte, wszystkie rysy twarzy niezmiernie regularne, nadawały jéj minę bardziéj nakazującą poszanowanie, niż miłość. Hrabina Palmira była ładna, bardzo ładna, jak na swój wiek, ale zawsze były to tylko piękne ruiny Palmiry. Przeciwny zupełnie wyraz nosiła twarz Emilii; jéj wdzięki podobniejszą ją czyniły do Ninon de l’Enclos lub Maryi Stuart. Wiele dowcipu, wiele lubieżności i trochę miłego smutku, rozlanego po całéj twarzy, nagradzały sowicie mniéj regularne rysy twarzy.
— Dzień dobry!
— Dobry dzień!
I obie uścisnęły się serdecznie, z uśmiechem bardzo łagodnym, a potém rzuciły na siebie ukradkiem wzrok zazdrosny, jakby się zjeść chciały. I nie dziw: były to pojednane rywalki.
— Jakże dziś pięknie wyglądasz!
— Jak świeżą masz cerę!
Potém obie panie powtórzyły z małą odmianą znajomą scenę komedyi Moliera, a Lizetka, która uczyła się w przedpokoju hrabinéj kursu znajomości serca ludzkiego, śmiała się z nich w duchu.
— Wszystko się doskonale składa — odezwała się nareszcie Palmira. — Książę Józef nie przyjmuje dziś gości, wyjedzie gdzie może sam na kilka godzin, potém wróci wieczór do domu. Mój François namówił kamerdynera, dadzą nam znać.
— Będzie to wyborna siurpryza!
— Ach! doskonała! — To mówiąc Palmira rzuca wzrok ciekawy na stół, radaby przebić oczyma okrywającą go zasłonę, ale pani domu zwraca natychmiast rozmowę na dworskie nowiny...
— Król czy zdrów?
— Mówią, że chory po baraninie czwartkowego obiadu.
— A biskup! nudny biskup!
— Nie wspominaj mi o nim!
— A książę C... czy zawsze w sporach z gienerałem?...
— Wiecznie...
— A nasz poeta?
— Napisał odę do króla i t. d. i t. d.
Przeleciawszy w czwał po nowinach dworu, pomyślały dwie panie o swoim interesie...
— Co ty kupiłaś dla Józia?
— Ja? Bagatele!... kilka biustów, dwa stoliki perłową macicą wykładane i inne mniejsze cacka; a ty co?...
— Ja? prawdziwie, jedno nic!... widzisz to na tém stoliku, ale prawdziwie i patrzéć nie warto...
Palmira spojrzała, zagryzła usta, dygnęła i zwróciła się ku drzwiom.
— Będę więc czekać!...
— Bardzo dobrze!...
— Adieu!
— Adieu!...
...Około godziny czwartéj z południa, kiedy Emilia leżała na sofie, rozmyślając zapewne o pierwszym kochanku; turkot dał się słyszéć na dziedzińcu. Palmira weszła do pokoju.
— No już czas, moja duszo! każ spakować twoje sprawunki! Jedziemy! Książę Józef jest już w Łazienkach! Dziś obiad u króla był bardzo wcześnie!
Służąca weszła w téj chwili i przewodniczyła kilku lokajom do zabrania rzeczy rozrzuconych po stole; powynoszono paki, paczki, pudełka, założono niemi całą karetę i drugi pojazd jeszcze i dano znać nakoniec, że wszystko gotowe.
Obie panie wyszły.
— Do pałacu Pod Blachą! — zawołała Palmira na woźnicę.
— Do pałacu Pod Blachą! — powtórzyła Emilia, spuszczając firanki u karety — ruszaj!
— Wiész co?... — dodała ostatnia po chwili z westchnieniem. — Gdyby téż wiedziano, co my wyrabiamy!... Oto! Jedziemy same do domu księcia! jakgdybyśmy!... ach! Palmiro, jaka jest moc miłości!...
— Prawda! — dość ozięble odpowiedziała zagadniona — robimy szaleństwa! szaleństwa prawdziwe! gdyby téż nasi mężowie wiedzieli!
— Nasi mężowie? alboż nie wiedzą, że go obie kochamy, że obie mamy prawo do jego serca! Zresztą, trzeba gardzić przesądami!...
— Stój!... — odezwał się głos na ulicy.
— Ach!... — Palmira struchlała i zakryła oczy rękoma. Był to głos jéj męża. Woźnica posłuszny stanął; otwierają się drzwiczki karety. Palmira miała czas przybrać minę surową.
Na ulicy pokazuje się kilka osób otaczających karetę.
Otwierający drzwiczki mąż Palmiry był człowiek około pięćdziesiąt letni, małego wzrostu, obłysiały, koło oczu miał czerwoną obwódkę, zwykły order pijaków i lubieżników. Na piersiach obwieszony był wstęgami i orderami, dwie gwiazdy zabrudzone wisiały mu u boku; minę miał sowią, a z otwartéj gęby i poruszeń łatwo poznać było można, że wracał z obiadu, na którym wina nie brakło.
Za nim długi, suchy, żółty, kościsty, w białym płaszczu hiszpańskim stał mężczyzna, nieruchomy jak król Zygmunt na Krakowskiém Przedmieściu. Piersi jego okrywały także ordery, krajowe i zagraniczne, między niemi widać było order Maltański i Złotéj Ostrogi.
Za temi dwoma stało jeszcze kilka figur: małych i wielkich, żółtych i czerwonych, bez orderów i z orderami; wszyscy wracali z obiadu, wszyscy byli pijani, i nie po dzisiejszemu; nie temi winami, które jak ptaszek przelecą tylko i lekką mgłą mózg okryją, ale maderą, starém węgierskiém, napojami, które oburącz chwyciwszy za głowę, trzymają ją pół dnia w swoim uścisku i ciążą na niéj jak centnar ołowiu.
— A! dobry wieczór! — odezwał się otwiérający drzwiczki karety mąż hrabinéj Palmiry. — Dokądże się to panie wybrały?
— Na przejażdżkę! — odpowiedziała prędko i niecierpliwie nieco pomieszana żona, spoglądając na swoję towarzyszkę.
— Ależ mościa dobrodziejko! — odmruknął mąż podchmielony, oblizując się ze zwyczaju i odwracając się do tych, którzy za nim stali. — O takiéj porze! na przejażdżkę! zimno i śnieg pruszy!
— Mdło mi było, więc... chciałam użyć świeżego powietrza — odpowiedziała Palmira.
— A! i pani tu! — zawołał w téj chwili suchy i długi mąż Emilii — i pani jedzie na spacer! O! i pani! — powtórzył, zażywając tabakę z tabakiery emaliowanéj, z królewskim portretem.
— Jadę! — odpowiedziała cichuteńko Emilia.
— I dokądże przecie?
— Do... do... jeszcześmy się nie namyśliły, zapewne tak sobie... po mieście.
— Ha! to dobrze — rzekł tłusty hrabia — i nam właśnie potrzebne jest świéże powietrze; gotowiśmy towarzyszyć paniom moim.
— Ależ!... — prędko przerwała, uderzając po kolanie hrabina Palmira — mamy wstąpić do sklepów, do magazynów, do księgarni, do kościoła!... Bóg wié gdzie!
— O! o! to i my z wami. A przecież wart może z nas który, żeby dla nas to wstępowanie po wszystkich kątach na inny czas odłożyć!
— Nam pilno... bardzo pilno... to być nie może!
— Nie chcemy tego i kwita! — dodała druga.
— Ba! ba! mościa dobrodziejko! A jeśli nareszcie o wstępowanie chodzi, my, gdzie będziem mogli, wstąpim, lub podrzemiem, czekając was w karecie!
— Wszystkie te projekta na nic się nie zdały — przerwała popędliwie Palmira — mamy z sobą zabierać sprawunki, na które miejsca nie będzie, jeśli zechcecie posiadać i przykrość nam wyrządzić!
— No! moja duszko! — rzekł tłusty — kiedyż bo mnie nogi bolą. Śnieg pruszy, zamoczę się lub zaziębię i całą noc stękać będę na tę przeklętą podagrę. Wszak wiész sama, moja duszko!
— Na cóż bo było odsyłać swoję karetę! Tymczasem weź najemną.
— Nie mam pono pieniędzy, mościa hrabino! zgrałem się w maryasza z księdzem biskupem. Wystaw sobie, że w ostatniéj partyi miałem kralkę żołędną, panfila i...
— Oto masz mój woreczek — przerwała hrabina, z pośpiechem podając mu go. — A mąż wziął łapczywie, ukłonił się nizko i kładnąc do kieszeni, mrugnął na towarzyszów, szepcząc:
— Pójdziem na węgrzyna.
Lokaj przymknął drzwiczki karety, furman zaciął konie — mieli jechać...
— Stój! — odezwał się głos drugiego męża, z drugiéj strony — Stój! — Chudy mąż hrabiny Emilii otwiera drzwiczki.
— Mościa pani, kareta twoja, jak uważam, idzie z tyłu i zapewne ci niepotrzebna, bo jedziesz z hrabiną. Ja ją biorę!
— Ach! broń Boże! wiozę w niéj sprawunki dla księżnéj; pełna ich kareta.
— A to! do dyabła! — krzyknął, trzaskając drzwiczkami pan mąż.
Polecieli czwałem.
Odurzone jeszcze spotkaniem mężów, nie przemówiły ani słowa przez całą drogę dwie pojednane hrabine, rozmyślały tylko z oczyma wlepionemi w przednie okna karety.
Stanęły nakoniec przed pałacem.
Po cichu, ostrożnie, oglądając się, wysiadły obie panie, a naprzeciw nich wybiegł zaraz na wschody, uśmiechając się, ulubiony kamerdyner księcia.
Ubrany był w galonowany i całkiem zahaftowany złotem frak, w czarne spodnie, w pończochy i trzewiki z wielkiemi kameryzowanemi sprzączkami, świeżo i wytwornie ufryzowane miał włosy, a cały zlany był perfumami, które na kilka kroków od niego słychać było.
Nie można policzyć, ile razy i jak rozmaicie ukłonił się, nim wprowadził obie hrabine na szerokie, lśniące marmurowe wschody.
— Więc wyjechał? — zapytała Palmira.
— Wyjechał do Łazienek; powróci za godzin parę — odpowiedział, uśmiechając się białemi ząbkami Francuz.
— Wybornie!
— Doskonale! — odezwały się obie hrabine; a grzeczny Francuz, cały w podskokach, zastępując swego pana, wprowadził i przyjął gości.
Nie tracąc czasu, zaczęto natychmiast znosić paki i paczki, wyrzucać dawne meble, ustawiać nowe, nową porcelanę, źwierciadła, obrazy, srebra, biusta i mnóstwo tych bezużytecznych a pięknych drobnostek, które należą do ubrania wytwornego pokojów.
Obie panie rozkazywały z zapałem, pośpiechem, a co większa bez sporu, jak ich kosztowne podarunki ułożone być miały.
— Tylko prędko!
— Tylko prędko! — odzywały się obie, zawieszając firanki, ustawiając alabastry i naczynia, a na stołach porządkując porcelanę i imbryki, w których za chwilę przygotowane już napoje rozlane być miały.
— Teraz, mój drogi panie Alfonsie — odezwała się zadyszana hrabina, obracając się do kamerdynera, który się ciągle ze swego obowiązku uśmiechał — jak książę przyjedzie, proszę mu nic a nic, ani słowa nie mówić, żeśmy tu były, że jesteśmy. Karety każ wciągnąć do wozowni. Tylko księciu proszę nic nie mówić; daj mi słowo honoru, panie Alfonsie.
Pan Alfons dał słowo honoru, uradowany, że pani hrabina mówiła mu o honorze, o którym on sam nigdy nie myślał.
— O! ani słowa! bardzo dobrze! bardzo dobrze! — powtarzał — to pewno, za to ręczę!
I kłaniał się uradowany i uśmiechający, poprawując mankietki i karbowane żaboty batystowéj koszuli.
Teraz zobaczmy, co się dzieje z drogim, oczekiwanym, kochanym i miłym solenizantem. Po obiedzie u króla, książę z bólem głowy powrócił do pałacu Pod Blachą, spojrzał w źwierciadła ziewając kilka razy i przypomniawszy sobie, że się znudził w wielkiém towarzystwie, usznurowaném w etykietę — zadzwonił na kamerdynera.
— Alfonsie! — rzekł — poślij natychmiast do mego kuzyna, księcia biskupa, i oznajm mu, że dla chwilowéj, słabości nie będę na wieczorze, który był łaskaw dać dla mnie. Goście i beze mnie wypiją moje zdrowie! Powiész, że jestem chory na głowę, na nogi, na bok... powiész, co zechcesz! I każesz przeprosić, pięknie przeprosić.
— Bardzo dobrze!
— Każ mi podać karetę! karetę bez herbów; pojedzie ze mną służący bez liberyi. Nie lubię, żeby całe miasto wiedziało, gdzie się tylko ruszę. Przejadę się do Łazienek; jak ta zima trwa szalenie długo! Jeśliby kto przyszedł, powiész, że jestem chory i nikogo nie przyjmuję, choćby samego króla. Chcę być przecie sam jeden spokojny, bez tych hałasów, bez téj ciżby, która mię goni wszędzie.
Kamerdyner wyszedł. Książę się zamyślił. Książę był szlachetny, wspaniały, ognisty, odważny; przyrodzenie dało mu ciało mogące w sobie utrzymać duszę wielką, dało mu duszę, którą on nie poniżył nie długiém, lecz chwalebném życiem swojém. Lecz — możnaż nazwać słabością, że lubił kobiety!... Dewotki tylko stare a brzydkie, fanatycy i rygoryści robią z tego wielkiéj wagi przestępstwo; gdy tymczasem w tym, jak w innym chwilowym kaprysie, niéma nic złego.
Bywają przypadki — lecz pytam, którędy przypadki nie przychodzą? Ludzie umierają od zapachu kwiatów. Kłótnie, nieszczęścia zaczynają się często od niegodnych uwagi drobnostek. — O! i kobiety mogą poniżyć człowieka, zepsuć go, zrobić go nieszczęśliwym! Lecz książę nadto był dumny i cnotliwy, aby go kto poniżyć potrafił, nadto był stały, aby go jedna kobieta popsuć mogła, nadto nareszcie dogadzając swoim urojeniom pogardzał w duszy kobietami, aby się im aż do nieszczęścia dał doprowadzić. Książę się nigdy nie ożenił, lubił kobietę jak potrawę, jak suknię, jak konia, udawał, że kocha i śmiał się — była to cecha owego czasu — z takiemi uczuciami można było być bardzo szczęśliwym. Szkoda ciebie, złoty wieku XVIII, wieku filozofii Woltera i Rejencyi, niedowiarstwa we wszystkiém i wytwornéj, dobrego tonu rozpusty!
Książę lubił kobiety; kobiety lubiły księcia: był młody, bogaty, znaczący wiele, miły i uprzedzający. Dobijano się o niego; on śmiał się pocichu, a kochał się głośno, w obliczu całego miasta. Zaczynano naówczas wstyd przesądem nazywać!
Wyjechawszy do Łazienek, książę wstąpił na chwilę do pewnego domu, na pewnéj ulicy, a w tym domu na pierwszém piętrze w ozdobnych pokojach, mieszkała panna S... Może nie wiécie, co to za jedna była ta panna S...? At sobie! aktorka! zresztą bardzo ładne i potulne stworzenie.
Obwinięty w długi płaszcz szary, w swojéj czapeczce pąsowéj złotem wyszywanéj, nasuniętéj na oczy; książę wbiegł do jéj mieszkania. Chód jego pewny, trzaskania drzwiami i piosnka, którą nucił, odrazu dały poznać, że ten, co wchodził, być musiał księciem, lub przynajmniéj hrabią, albo nareszcie bogatym, bardzo bogatym liwerantem.
Panna S... siedziała na kanapie z gitarą, ubrana w białą suknię, spiętą wstęgą niebieską; a we włosach jéj ponad bogatym grzebieniem powiewała także niebieska wstążeczka. Była zupełnie ładna, z noskiem zadartym, z miną figlarną, podskakująca, zwinna, miała w sobie coś pośredniego między ptaszkiem a figurką tańcującą w jasełkach.
Książę wbiegł szybko, nie zdejmując czapki ani płaszcza i wpatrując się w nią z zapałem, zapytał:
— Czy grasz dziś w teatrze?
— Ach! ach! — wykrzyknęła naprzód udając przestraszoną bardzo biegle aktorka — ach! ale jakżeś w. książęca mość mię przeląkł! Serce tak mi bić zaczęło! myślałam, że się Bóg wié co stało!
— No! no! mów prędzéj! — zawołał książę tupiąc nogą niecierpliwie — czy grasz w teatrze?
— Gram, m. książę.
— No, to niech cię Zośka zastąpi, albo kto inny, albo niech dziś teatru nie grają!
— Książę! — mój benefis!
— A! mniejsza o to, niech dyabli wezmą teatr i twój benefis. Pojedziesz ze mną do Łazienek — i książę rzucił rulonik dukatów na stolik marmurowy.
Panna S... wybiegła nic nie mówiąc i powróciła wkrótce w kapeluszu i salopie.
— Służę księciu!... Mówiłam pannie Zofii.
— Jedziemy! — podchwycił nie słuchając książę — jedziemy!
I pobiegł tak prędko po wschodach, że biedna aktorka cała zadyszana, ledwie w kilka minut drobnemi kroczkami zdążyła za nim do karety.
— Do Łazienek! — zawołał kamerdyner do woźnicy i pojechali!
— Wiész co, moja droga — rzekł książę, podsadzając do karety pannę S..., kiedy już wracali z Łazienek — jedź ze mną do pałacu, do mnie. Napoję cię słodziuchném winem jak twoja buzia, pogadamy sobie, zaśpiewasz mi.
— Dobrze! najchętniéj, mości książę — odpowiedziała z uśmiechem panna S..., bylebyś mnie w. ks. mość odesłał nazad nie koczem, nie żadnym innym pojazdem, ale karetą.
— Choćby dwoma! — rzekł książę.
Pojechali znowu, przez ulice do pałacu Pod Blachą i zajechali szumnie na dziedziniec.
Wieczór już był późny, wokoło cichość. Książę wysiadał powoli.
— Cóż to jest? tyle światła w oknach? we wszystkich oknach! Ten Francuz upił się albo zwaryował. A! rozumiem — dodał po chwili. — To zapewne chciał mnie tak świetnie przyjąć dla imienin, chce kilka dukatów!
Kamerdyner biegł na spotkanie księcia po wschodach i śmiał się w duchu.
— Wysiadajże! — zawołał książę do panny S... i piękna aktorka lekką stopą sparła się niedbale na stopniach karety.
Kamerdyner spojrzał i struchlał, uśmiech skonał na szeroko otwartych ustach, oczy otworzyły się, jakby miały wyskoczyć z głowy — stał, patrzał i nie wiedział co począć.
— Cóż to ci jest, Alfonsie? — zapytał książę — zwaryowałeś zapewne, wszak znasz moję przyjaciółkę, pannę S...? Cóż to jest?...
— Nie! nic! na honor, m. książę, nic! tylko na honor! honor!
I stał zakłopotany, czy miał złamać urodzony dnia tego honor swój i oznajmić księciu, że dwie hrabine czekały go w sypialnym pokoju, i że tém samém przytomność panny S... była zupełnie zbyteczną? czy miał zamilczéć i dozwolić rzeczom iść według ich przeznaczenia?
Myślał jeszcze, a książę już był na górze z panną S...
— Siurpryza za siurpryzę! — pomyślał kamerdyner, biegnąc za księciem na górę — zdziwią się pięknie! na honor!
Książę otworzył drzwi i wszedł. Spojrzał na odmianę ozdób i mebli, na nowy przepych pokojów, zmarszczył brwi, obrócił się prędko do kamerdynera wchodzącego dopiéro i zapytał żywo:
— Co to jest? co to znaczy? co to za meble, co to za obrazy? skąd to? na co?
— Ja, ja, ja, panie, nic nie wiem! nic nie wiem — odpowiedział Francuz, i żeby nie być przymuszonym do dalszych tłomaczeń, a tém samém złamania słowa, uciekł jak szalony.
Książę nie mogąc się wydziwić odmianie, ruszając ramionami i stawając co chwila przypatrzyć się nowym ozdobom, poszedł daléj.
Minęli razem z panną S... kilka przepysznie przystrojonych pokojów i weszli nareszcie do sypialni. Byłto maleńki salonik z wyzłacaną misternie alkową, w któréj stało łóżko za pięknemi pąsowemi firankami. Ani się domyślał książę, że za firankami ukryły się dwie hrabine, chcąc korzystać i przypatrzyć się podziwieniu swego kochanka.
Ledwie za księciem ukazała się we drzwiach panna S..., z dwóch stron dwa przeraźliwe kobiece, ostre, gniewne dwa krzyki wyleciały. Palmira piérwsza, ukryta długą firanką, urwała ją popędliwie i z gniewem do szaleństwa dochodzącym stanęła nagle przed księciem.
Struchlał i on, widząc za nią wybiegającą drugą hrabinę z równym gniewem z drugiéj strony łóżka — struchlał i puścił rękę aktorki, która sobie także krzyknęła przeraźliwie, lecz mniéj arystokratycznie i wybiegła ukryć się w innych pokojach.
— Boże! — zawołała jedna.
— Cóżem widziała! — krzyknęła druga.
— Aktorka — podchwyciła Palmira — aktorka! Niewdzięczny! kiedy my żyjem tylko twoją myślą, kiedy się jednamy dla ciebie, ty! o Boże! aktorka!
Gniew zatamował jéj mowę. Druga dokończyła filipiki.
— Zdrajca! — zawołała, zrzucając serwis kryształowy ze stolika — on gardzi naszemi ofiarami, najdroższemi ofiarami honoru i miłości własnéj! o Boże! aktorka!
I w gniewie porwała alabastrowy zegar nocny i strzaskała go o przepyszne źwierciadło. To uderzenie było hasłem powszechnego zniszczenia. Co tylko znalazło się pod ręką: drogie sprzęty sprowadzone zdaleka, szkło, porcelana, gipsy, źwierciadła — wszystko leciało, pękało, wywracało się, gniotło, trzaskało na kawałki. Podłoga pokryła się szczątkami ozdób, które wprzódy pyszne ze swéj nowości i ceny oczekiwały księcia.
A książę stał jak niemy i próżno pokilkakroć, pomieszanym głosem starał się upamiętać dwie nieubłagane kochanki swoje.
— Ale pani! prawdziwie! na honor! pani hrabino! Palmiro! ale bo, wistocie! — Nic nie pomogło i (proszę wybaczyć za stare porównanie) jak wśród burzy morskiéj i huku bałwanów nikną słabe majtków głosy, tak wśród wrzasku, hałasu, trzasku dwóch rozgniewanych pań, niknął słaby głos księcia.
Niestało co tłuc, nie było co mówić, nie można było dłużéj pozostać, bo gniew mógł się uśmierzyć, obie więc wybiegły; karety nie było na podwórzu, musiały czekać na nią. Próżno stroskany książę na klęczkach prosił o przebaczenie, wymawiał się, zaklinał, ono uparły się i przebłagać się nie dały. Zaszły nareszcie karety, siadły prędko i uwiozły z sobą zazdrość i gniew za nieszczęśliwym trafem wyrządzoną obelgę.
Turkot odjeżdżających pojazdów zginął był w oddaleniu. Książę stał w sali i patrzał zdumiony, nie dowierzając swym oczom, na ruiny świetnych ozdób, które jak nagle i niespodziewanie przyszły, tak dziwnie zniszczone zostały.
Świéce z długiemi knotami płonęły po kątach, inne osadzone w połamanych kandelabrach gasły na podłodze, na sofach podarte firanki sztukami wisiały, a we drzwiach do drugiéj sali prowadzących wyglądał nosek zadarty i białe ząbki panny S...
W pewném oddaleniu stał niemy i przelękniony kamerdyner, zażywając pocichu tabakę z złotéj maleńkiéj tabakiereczki.
Książę po chwili podniósł głowę, rozśmiał się głośno sam do siebie i, podając rękę pannie S..., zawołał:
— Dawać wieczerzę! Alfons! Chodźmy, moja droga!

r. 1831. Wilno.





MARYA.


Pau Desaus siedział w swojéj izbie, przy ogromnym kominie, na którym palący się ogień resztę mieszkania oświecał.
Na zegarze kalwińskiego zboru wybiła już była dziewiąta, wiatr dojmował zimny, a kupiec chodził, chuchał w palce i ogrzewał się ze wszystkich stron przy kominie.
Izba była obszerna; dwa jéj okna na plac przed kościół Święto-Michalski wychodziły. Kilka sztychów: a między niemi Henryk IV i rzeź Ś. Bartłomieja zdobiły ściany; prócz tego stały dwie ogromne szafy, kilka stołów, stołków i łóżko, z firankami w niebieskie kwiaty.
Na jednym stole, tuż naprzeciw komina, leżała rozwarta księga, a przy niéj siedziała w milczeniu dziewica wysokiego wzrostu. Ciepła, długa, ciemnego koloru z galonem złotym, wedle ówczesnego zwyczaju, suknia okrywała ją. Blask ognia oświecał twarz jéj piękną, lecz napojoną wyrazem jakiéjś szczególniejszéj surowości, którą rzadko zobaczyć w kobiecie tego wieku; bo nieznajoma więcéj nad lat dwadzieścia miéć nie zdawała się. Oczy jéj, pełne ognia, rzucały wejrzenia do pogardliwych podobne, a usteczka wzniesione w górę, milcząc, zdawały się rozkazywać.
Była to panna Justyna Desaus.
Przy kominie siedział Mateuszek, z wielką księgą in folio na kolanach; czytał bardzo pilnie, a niekiedy ukradkiem rzucał wzrok szybki i przelotny na kupca i jego córkę... Panna Justyna poziewała szeroko, kupiec kaszlał i stękał, Mateuszek wzdychał półgłoskiem, zresztą zupełna cisza panowała wokoło. Nareszcie tonem oschłym i obojętnym odezwała się panna Justyna, wstając ze swego miejsca:
— Wszak-ci późno... możebyś się spać, panie ojcze, położył?
— I nie! — odpowiedział krótko kupiec — sen mnie coś nie bierze, jeszcze posiedzę.
— Jak ci się podoba — odpowiedziała Justyna. — Ale któż-to tak późno stuka do bramy? to chyba matka Marya przyszła przenocować: kilka dni jak już nie była.
— Może kto po wino — dodał kupiec — bo dość mocno stuka.
Nie śmiał jednak kazać otworzyć, póki Justyna, wyjrzawszy przez okno, nie odezwała się tonem nakazującym do chłopca:
— No! idź-że tam, otwórz.
Kupiec, który tylko wyroku córki czekał, bo jéj we wszystkiém ulegał i nic bez jéj wiedzy nie stanowił, powtórzył także za nią:
— No! a idź że, otwórz!
Chłopiec wyleciał jak opętany, i w chwilę drzwi się otworzyły i głos ponury ozwał się na progu:
— Niechże będzie pochwalony Jezus Chrystus! Sama sobie odpowiadać muszę: na wieki wieków amen! bo wy kalwini tego nie zrobicie.
Osoba, która te słowa wyrzekła, zasłoniona jeszcze była szerokim kapturem komina, lecz gdy parę kroków postąpiła, ukazała się przy blasku ognia kobieta wysokiego wzrostu i mocnéj ciała budowy.
Mateuszek poddmuchał przygasający ogień, a fantastyczna jéj postać błysnęła w całém świetle. Czarna wytarta suknia okrywała ją całkiem, a na głowie dumnie wzniesionéj unosiły się zeschłe kwiatów i krzewów gałązki; rysy jéj twarzy chociaż wiek zeszpecił, nosiły jednak cechę dawnéj piękności; oczy miała duże i czarne, nos mały, usta ściśnione i wpadłe, czoło wysokie, a nad niém zwijało się kilka puklów czarnych posiwiałych włosów. Wyraz jéj oczu i całéj postawy miał w sobie coś tak uderzającego, iż raz ją zobaczywszy, niepodobna było zapomniéć. Wejście jéj, długi olbrzymi cień postaci rysujący się na przeciwnéj ścianie, jéj słowa i mina stanowiły scenę godną lepszego pióra.
— Siadaj, matko — odezwała się Justyna — musiałaś zziębnąć na dworze, przyszłaś przenocować zapewne... wiatr być musi dojmujący na dworze.
— Dojmujący! — powtórzyła przybyła wyciągając długie, wyschłe ręce nad kominem — dojmujący; ale duszy nie przejmie, a kto ogień nosi w duszy, temu taki wiatr niczém!
Kiedy to mówiła, Francuz Desaus, zapewne do podobnych scen przywykły, mrugnął na chłopca i na palcach pocichu zgarbiony wyszedł z izby.
— Tak! zapewne — odpowiedziała Justyna Maryi — ale ten ogień duszy gaśnie z wiekiem.
— Może! może! — przerwała stara kiwając głową z powątpiewaniem — ale kiedyż moja młodość przeminie? O! moja panno — mówiła daléj — cóżbym nie dała, gdyby moje lice różowe na zmarszczone policzki kościelnéj baby zamienić i ten ogień na chłodne serce starości... a jednak nie mogę! bo Bóg za karę skazał mnie na młodość wieczną. Patrz! — dodała uśmiechając się okropnie — moje oczki, moje ząbki, moja kosa kruczych włosów, tak ładne jak przed laty! a serce tak młode jeszcze, jakbym dziś pierwszy raz kochać zacząć miała!... Nie dziw téż to, nie dziw, wszak dziewiętnasty mam roczek, ogień młodości napełnił piersi moje! pierwsza iskra zaświeciła w oczach, ale, ach! i to przeminąć musi.
Justyna słuchając téj mowy, ruszyła ramionami z politowania nad obłąkaną i odezwała się z cicha:
— Pójdź spać, matko!
— O! jeszcze nie czas — przerwała stara spoglądając wokoło. — Czekam na Stasia, przyjedzie koło północy, jak pierwszy kogut zapieje; usłałam jedno dla nas obojga łóżeczko, z pachnących ziółek zrobiłam posłanie, poduszkę z moich włosów, a to wszystko dla Stasia. Biedny! czy mróz, wicher czy słota, on zawsze przychodzi do mnie; a ogień, co przez dzień w sercu mojém przygaśnie, pocałunkami nanowo rozpali. Dobrze to miéć Stasia! dobrze to miéć dziewiętnasty roczek!...
Zegar zborowy dziesiątą w téj chwili uderzył, stara padła na kolana.
— Módl się, córko mojego serca — zawołała głośno — módl się! Bóg przypomina, że się modlić trzeba; ty się módl po swojemu, ja po swojemu; teraz, kiedy świat cały w cichości spoczywa, modły nasze polecą prosto do Boga!... W imię Ojca, i Syna, i...
Szelest jakiś dał się słyszéć na ulicy, stara porwała się z ziemi i zawołała:
— To mój Staś idzie! chwałaż Bogu! czekałam go tak długo, z nim razem zmówimy pacierze! on taki nabożny! zawsze mi o Bogu wspominał!...
— Kładnij się spać, matko! bo jutro zapewne rano, jak pierwszy dzwon się przebudzi, pójdziesz obchodzić kościoły swoim zwyczajem.
— Od północy do ranka — odpowiedziała stara poważnie — dwa wieki!... Można się urodzić, żyć i umrzéć w tym czasie! Jak się postarzejem, moja duszo, to będziem spać dłużéj... A ja, ja dziś ze Stasiem ślub brałam! Ach, żebyś wiedziała, sto świéc błyskało w kościele, muzyka brzmiała jak chór serafinów, pełno kobiet, rycerzy, kadzidła płyną w niebo niebieskiemi wstęgami. Ksiądz nas wiąże ze Stasiem: wiąże ręce... serca, kto inny powiązał przed laty, a tu... trumna w kościele a nieboszczyk w trumnie, jak miecz w pochwie rozciętéj na dwoje — na ustach znać jeszcze siny pocałunek śmierci, mróz na czole, oczy jak dwa wygasłe życia ogniska, w ręku jego krzyżyk matki... Ha! wesele, wesele! łoże nasze usiane, róże w głowach, w nogach róże, rozkosz ulata nad nami, aniołowie kołyszą nas w powietrzu. I grób zasypali, i garść ziemi pokryła ciało, które najpiękniejsza dziewica życiem swojém odżywićby chciała, i za nim zamknęła się ziemia na wieki, a na grobie... cóż na grobie? we dwa wieki stało łoże małżeńskie, a proszek z jego kości stał się pyłkiem różanym, a z jego oczu drogie kamienie, a z jego ciałka łodyga różana wyrosła, a z jego serca gałąź pokrzywy...


Dzień był pochmurny, niebo okryło się szarym płaszczem obłoków, silny wiatr zachodni łamał drzew gałęzie. Nad samą Wilią, niedaleko od Radziwiłłowskiego pałacu, stało kilka osób w długich płaszczach i czapkach nasuniętych na uszy, koło nóg uwijały się końce błyszczących szabel.
Zimno było dojmujące, a chociaż osoby stojące nad Wilią zdały się być z mowy i poruszeń nieco napiłe, zacierały jednak ręce i tuliły nosy pod płaszcze. Był to Zaranek z towarzyszami swemi, który wcale o swoich nie myśląc przygodach, śmiał się i rozmawiał obojętnie.
— Hola! — wołał on — a byłże kto z was na lekcyach w akademii, panowie akademicy?
— Ja posłałem skrypt księdzu Niedzielskiemu, żem chory — odezwał się jeden.
— Ja anim myślał!
— Ani ja téż!
— Ani ja!... — zawołał Zaranek, ale mnie chyba w ostatnim razie wyekskludują... Oho!... a wiecież panowie, że jest dawne postanowienie, że kto się trzy dni bez przyczyny na lekcye nie jawi, bywa ekskludowany. Ksiądz rektor nie sto razy nam to powtarzał.
— Pal ich trzysta dyabłów i z akademią i z rektorem! ona się nam na nic nie zdała. Potrzebna dla wojewódzkich, kasztelańskich synów, dla hetmaniców, podstoliców, starościców, ale nam urwipołciom lepsza nauka kolo kieliszka i dziewczyny.
— Chodźmy-no jeszcze się napić! mam trzy floreny...
— Ja nie pójdę — odpowiedział na wezwanie Zaranek — ja tu czekam... mają mi dać znać, jak najlepiéj tego kupca Francuza obyczyć... bo ja, och! ja jemu nie daruję! jego szkatułka musi się poznać ze mną... Ha! żebym ją miał, zarazbym sobie nowy żupan sprawił w kwiaty niebieskie, a kontusz piaskowy, jaki był u ś. p. ojca mego, szablę srebrem nabijaną i soboli kołpak i rysie... O! w rysiach wyglądałbym jak katedralny kanonik! szalałyby dziewki za mną!... U! ha!
— Ej, nie ciesz-no się tylko zawczasu, żebyś tego nie pożałował!...
— Tsyt!... — zawołał Zaranek, wskazując palcem na drogę do miasta z Antokola wiodącą; wszyscy zwrócili tam oczy, i ujrzeli jakąś czarną, długą figurę, sunącą się brzegiem drogi, owiniętą w suknię ciemną z futrem. Zaranek wlepił oczy i dodał pocichu: — To ksiądz rektor zborowy.
— Aha!... powtórzyli wszyscy, to on!
— Panowie bracia, schowajcie się za węgiel tego domu, ja mu zajdę drogę, a jak dam znak, przyjdziecie mi pomódz. Zabłocki, ty pilnuj się... trzeba się pomścić, rektor był u Desausa, kiedyśmy go napadli... on poduszcza na nas piechotę, on katolików prześladuje, on...
Nie dokończywszy Zaranek, wziął się pod boki, rozwinął płaszcz i gwiżdżąc pieśń kurkowych strzelców postąpił naprzód. Tymczasem zbliżał się ksiądz rektor, i spojrzawszy na jego zawadyacką minę, chciał ominąć, ale Zaranek, jakgdyby w téj chwili dopiero mu się przypatrzył, zawołał zdejmując czapkę i kłaniając się do saméj ziemi:
— Sługa i podnóżek księdza rektora!...
— Do nóg upadam!... Bóg z tobą!... — odpowiedział zaczepiony rzucając niespokojne wejrzenie i odskoczył na drugą stronę drogi, chcąc go ominąć.
Przebiegły Zaranek go uprzedził, znowu się ukłonił i zawołał:
— Sługa księdza rektora!...
— Najniższy!... najniższy!... — wybąknął rektor, wracając znowu na przeciwną stronę drogi, ale i tu nie miał pokoju. Zniecierpliwiony rektor, wyjął floren podwójny z kieszeni, nachmurzył czoło, rzucił go Zarankowi i dodał: — Dozwólże mi waszmość przejść! oto masz na podwieczorek.
— Ba! cha! cha! cha! wolne żarty! — przerwał Zaranek nakrywając głowę i zastępując ciągle tak zręcznie drogę księdzu, iż mu się wymknąć nie umiał. — To za mało! proszę o czerwony złoty!
— A toż co? czy napaść? — wykrzyknął kalwin oburzony. Nie jestem panem kopalni, w zborze nie płyną złote piaski, żebym tak pieniądze sypał po ulicy! Idź, idź, kontentuj się tém, co daję, bo krzyknę i piechota cię pochwyci.
— Nie trudź się darmo, księże rektorze — przerwał napastujący — szkoda ust twoich na próżne słowa, lepiéjbyś ich użył na... uwodzenie dziewcząt... rozumiész mnie!...
— Co!? — krzyknął obrażony do najwyższego stopnia kalwin. — Jak mi to śmiesz mówić!... mnie?... wiesz ty, kto ja jestem?... co ja mogę?
— Jesteś łotr i możesz wisiéć!... — odpowiedział bardzo spokojnie Zaranek.
Tu rektor, do tak szczerych wyznań nieprzywykły, chwycił go za piersi i zamierzał się dać mu policzek, gdy Zaranek wstrząsnął się, porwał go za szyję i zawołał:
— Hej!... bracia! chodźcie-no tu! ksiądz rektor zmęczył się przechadzką, pić mu się chce, zaniesiemy go do Wilii.
Na te słowa, posłuszna jego rozkazom wyszła reszta towarzyszów. Rektor pobladł jak trup i sięgając do kieszeni, zawołał pokorniejszym tonem, któremu starał się nadać wesołość i obojętność:
— Ale, mój panie, czy się to godzi tak sobie żartować... Na! proszę cię, weź ten czerwony złoty i napij się za moje zdrowie... ja pić nie chcę, śpieszę się do miasta, nie mam czasu. Bądź zdrów...
Chciał iść, ale Zaranek go nie puszczał i trzymał ciągle za szyję.
— Oj! nie tak to my się prędko pożegnamy, jak ci się zdaje, mój dobrodzieju, poczekaj-no trochę!... Ten czerwony złoty zda się, biorę go z najuniżeńszém podziękowaniem od wielce przewielebnego księdza rektora, który będzie łaskaw pójść ze mną jeszcze na chwilkę, ku brzegowi Wilii.
— No! no! dajże pokój! — zawołał struchlały kalwin, dobywając z kieszeni drugi czerwony złoty i dając go Zarankowi. — Proszę cię, nie żartuj, bo nie mam czasu.
— Drugim razem nie zejdziemy się tak paradnie jak dziś! — zawołał Zaranek — trzeba korzystać z pory... Co się tyczy tego czerwonego złotego, biorę go i wypiję za zdrowie wielce przewielebnego księdza rektora i dobrodzieja, a tymczasem chodźmy się ochłodzić... Widzę, zacny panie, pot, który zlewa twe świątobliwe skronie, widzę, że ci krew bije do głowy, rumienisz się i bledniejesz... a że praktykowałem przed kilku laty u doktora nadwornego księcia marszałka, domyślam się więc co to za choroba was dręczy, i troskliwy o wasze zdrowie, sam zajmę się przygotowaniem zimnéj wanny, która w tym razie jest nieodbicie potrzebna... hm!
— Ale no! no! daj pokój! — przerwał coraz niespokojniejszy rektor. Proszę cię, napij się sobie i puść mnie!...
To mówiąc, dał mu trzeciego dukata.
— Hm! — odezwał się niczém nieporuszony Zaranek — ja to biorę, to mi się przyda, to dobrze... wanna sobie pójdzie swoim porządkiem... Chory nigdy sam nie zna swojéj choroby; spuść się wasza wielebność na mnie... Ja ci ręczę, że to dla twego drogiego zdrowia koniecznie jest potrzebném... Śpieszmy się, towarzysze, weźcie pod ręce, bo sam z osłabienia widać, kroku się z miejsca nie ruszy.
— Ale... proszę mi dać pokój! — wrzasnął kalwin. — Cóż to? łotrze! śmiesz z mojéj powolności korzystać?... nie waż się postąpić krokiem... bo cię jutro powieszą na rynku, ciebie i twoich łotrów towarzyszy. Precz ode mnie, hołoto, bo krzyknę, piechota nadejdzie i...
— I!... tymczasem będziesz leżał w Wilii, nim tu kto nadbieży!... — rzekł Zaranek — o nas się nie turbuj... nie tak to łatwo wisiéć, jak się waszéj przewielebności marzy... Nie, nie, ja za siebie ręczę, że nie będę tańcował w powietrzu, jak nieboszczyk Absalon... i moi towarzysze także... Co się tyczy przywołania piechoty, to także uspokoić was muszę... możesz, księże, wrzeszczéć jak opętany, żywa dusza tu nie nadejdzie. Piechota przechadza się teraz po rynku!...
— No! puszczajcie, łotry!... — przerwał znowu kalwin — idę do wojewody... Wojewoda mnie czeka... wojewoda...
— Kiedy czeka, to nic! będzie jeszcze czas na wszystko! tym czasem umyć się nie zawadzi... Hrehory, weź pod rękę przewielebnego i ruszajmy; bo i ja i ksiądz rektor nie mamy czasu, trzeba się śpieszyć!...
Gdy to mówił, już Hrehory porwał go pod drugą rękę, i mimowoli pociągnęli go oba ku brzegowi Wilii.
Dreszcz śmiertelny przebiegł rektora, ale nie wiedział już sposobu uniknienia smutnego losu, który mu widocznie przeznaczono. Po groźbach nastąpiły znowu prośby, znowu do ostatniego grosza wyjął wszystko z kieszeni, i w zaklinaniach, w obietnicach dowlókł się do brzegu rzeki. Ale Zaranek zdawał się być niczém nieporuszony, z najzimniejszą krwią prowadził go do brzegu i zupełnie obojętnie słuchał najgorętszych jego modłów.
Za każdym dukatem, który przechodził do jego kieszeni, uśmiechał się wesoło, ale zresztą dary te nie wpływały ani trochę na zmianę jego zamiarów.
Stanęli nakoniec u samego brzegu rzeki, i tu ponowiły się prośby.
— Łaskawco! królu! weź, co chcesz, ale nie odbieraj mi życia!...
— A na cóżby mi się zdało?
— No! to puść!
— O! i tego także zrobić nie myślę, byłoby to wielkie głupstwo puścić cię z rąk naczczo. Dałeś nam na wino, my cię wodą napoim... Na co komu stanie! Ale woda naszéj Wilii, wierz mi, bardzo smaczna... decyduj się, panie rektorze. Hej! Hrehory! postronka!
Ledwie te słowa wymówił, z kieszeni kapoty wyjął Hrehory gruby postronek i chciał go zawiązać na szyi nieszczęśliwego, ale Zaranek go zatrzymał.
— Stój, co robisz! nie zawiązuj koło szyi... ksiądz łaskotek się boi!... pod ręce! pod ręce!
Wnet gruby postronek ścisnął drżącego kalwina, i głos jego wołał jeszcze nad brzegiem:
— Darujcie! puśćcie! — zostanę, czém sami chcecie!... katolikiem!
— Dla nas to całkiem obojętne, czém ty, psie niewierny, będziesz... Choćbyś i papieżem został, zgorzejesz w piekle za swoje łotrostwa, a ja o twoję duszę nie stoję ani odrobiny!
Już rektor był w rzece po kolana, groził, krzyczał, płakał, błagał, ale nic nie pomagało, nie miały żadnego skutku najgorętsze słowa, bo połowy nie słyszano, połowy słuchać nie chciano... Już tylko głowę nieszczęśliwego widać było nad powierzchnią wody; powiększył się krzyk rozpaczy z jednéj, śmiechy szyderskie z drugiéj strony.
Zaranek z barbarzyńską radością patrzał na swój tryumf i urągał się z nieszczęśliwego.
— Hej! rektorze! — wołał — póki jeszcze głowa nad wodą, krzycz na piechotę, wszak oni cię wyratować mogą, a nas łotrów powieszać... Czekają cię tam u wojewody na prymirę[9]. Hrehory! dajże mu się napić, widzisz, jak usta jego pragną wody... no!...
Na powierzchni rzeki pływały tylko poły, pod wodą słychać było targanie się i ostatnie wysilenia tonącego.
— Wyciągnijcie go!... zobaczym, jak wygląda! — zawołał Zaranek. O! ho!...
Tu pokazała się nad wodą obmokła, blada twarz kalwina, który pluł wodą, wrzeszczał i wyrywał się, wołając:
— A gdzież sprawiedliwość!... tfu! tfu!... takie bezprawia! kcha! tfu! ech!
— Wygląda jak nieboszczyk pies mój wierny Custos, którego raz rzucałem do wody, aby się wymył... ale mój pies był wierny, uczciwy pies, a ty!... do wody z nim!... do wody!...
— Zakli... — zawołał rektor, i nie mogąc dokończyć, ponurzył się w wodzie.
Po chwili wyciągniono go znowo, już mówić nie mógł, tylko bełkotał, woda płynęła z niego, oczy miał osłupiałe, otworzył usta, usiłował parę słów wymówić, lecz na znak nielitościwego swego oprawcy, po raz trzeci zanurzony został.
To trwało dłużéj niż pierwsze dwa razy; jeszcze jednakże rektor zupełnie zmysłów nie utracił. Wyciągnięto go na brzeg i rzucono nad drogą. Ów zmokły, wpół-umarły ze strachu i zimnéj kąpieli, z postronkiem pod rękoma, w stanie godnym politowania, został sam jeden na pustém przedmieściu, bezsilny, przy zbliżającéj się nocy.
Oprawcy oddalili się szybko, a męczennik ich za zmrokiem nie mógł nawet dostrzedz, w którą udali się stronę. Leżał bezsilny oczekując ratunku, bo sam nie wiedział, co miał począć z sobą. Wstać i z sznurem, którego sam odwiązać nie mógł, iść przez miasto? krzyczéć? czekać? Tak rozważał, gdy postać wielka, którą trudno było poznać po ciemku, staje przed nim i szyderskim głosem się odzywa:
— Ha! Stasiu! takiżto los cię spotkał! Ty, głowa różnowierców, jak ostatni winowajca przez oprawców w wodę trzykroć rzucony!... Kiedy tu leżysz i sapiesz, oni za twoje pieniądze piją w karczmie i ogłaszają przed światem hańbę twoję... a swoje zwycięstwo... Stasiu! Stasiu! do czegożeś przyszedł? Bóg cię za mnie karać zaczyna! tyś mnie zrobił nieszczęśliwą, o! bardzo, bardzo nieszczęśliwą... a jednak żal mi ciebie. Czy pamiętasz lat temu dwadzieścia, byłeś młody... ale serce twoje od urodzenia zepsutém być musiało! Tyś mnie zdradził, opuścił... i do czegoż przyprowadziła cię ta wielkość, któréj poświęciłeś wszystko!... Twoja wielkość leży z tobą razem w błocie!!
— Milcz! milcz! nie urągaj się memu nieszczęściu, straszna kobieto!
— Nie dość-że ci, mój drogi, że udaję wobec ludzi, iż cię nie znam, że między nami nigdy nic wspólnego nie było! Chcesz-że, abym i sam na sam zbliżyć się do ciebie nie mogła? Dziękuj jeszcze, że z litości nad tobą, któréj nie wart jesteś, w chwilach nawet, kiedy rozum boleść odgania, nie wspominam nigdy twych zbrodni!...
Rektor wstał powoli z ziemi i korzystając z powiększającego się zmroku, chciał umknąć, ale sznur, który miał na sobie, posłużył Maryi do zatrzymania go. Oczy jéj zaiskrzyły się, zapał dziki wyrył się na bladéj jéj twarzy.
— Stój!... — zawołała — posłuchaj! Muszę ci przypomniéć twoję zbrodnię... możeś zapomniał... ja ci ją odmaluję tak, jak ją noszę od lat dwudziestu w sercu mojém, żeby ten obraz utkwił na nowo w duszy twojéj i gryzł cię przez resztę życia!... Czy pamiętasz biedną Maryę... młodą, niewinną... kiedy mnie odmarli rodzice i powierzyli twojéj opiece? opiece wilka nad jagnięciem!... Dochowałżeś obietnic? oni i w grobie nie mają spoczynku...
— Kobieto! puść mnie...
— Pamiętasz, jak zdradnemi namowy, księgami, odwodziłeś mię od wiary przodków, od cnoty, których się sam zaparłeś?
— O! zlituj się!
— A miałżeś litość nade mną? Ty chwilę cierpisz! jam całe życie cierpieniem przeżyła... Czy pamiętasz tę Wilię... twój syn... moje dziecię... które-m ci powierzyła... popłynęło z tą wodą do nieba!... i ojciec własny...
— O Boże!... Maryo, puść mnie!...
— Tak, własny ojciec rzucił go w wodę i odebrał mu życie, którego nie dał bez Boga! A tym ojcem, zabójcą... ty jesteś, poczwaro!... Poczwaro! jam milczała długo... i po takiéj zbrodni, kiedy nazajutrz rybacy wyciągnęli martwe jego ciało, jam się nawet odezwać nie śmiała!... Alem wołała pomsty nieba, bom pomsty ludzkiéj nad tobą nie chciała... i stałam nad ciałem jego, wyzuta z uczuć matki... oczy moje były suche... ale serce!... o! nad męczarnię mego serca, w piekle większych nie znajdziesz, zbrodniarzu!...
Rektor szarpnął z wysileniem sznur i zniknął w ciemności; ona smutna poszła wzdłuż Wilii, spojrzała na miasto, siadła nad brzegiem i utonęła w myślach.


Przed kościołem bernardyńskim, na cmentarzu, w bramie kościołka świętéj Anny, kilku żołnierzy z wojewódzkiéj piechoty stało drżąc z przestrachu. Było ich sześciu i między niemi krył się Rakowski, sługa pana Piekarskiego, którego bojaźń wytrzeźwiła już nieco.
— No! chodźmy! — zawołał jeden wysokiego wzrostu i okropnéj twarzy. Wszyscy bernardyni pouciekali z klasztoru do dominikanów i franciszkanów... możem śmiało drzwi wyłamać i nieźle się pożywim.
— No! dobrze! ale cicho! tsyt! ostrożnie! bo jak kto posłyszy, ukamienują nas w kościele. A słyszycie! koło zboru jeszcze jak szturmowali, tak szturmują; lud, choć noc, nie odchodzi... No! prędzéj! podważyć! o! mocniéj! już i po zamku! My tu nic bez światła nie zrobimy, pójdźcie zapalcie latareńkę; drzwi zaprzyjmy, żeby tak na roścież nie stały, byle tylko wiatr nie otworzył.
Tak mówiąc weszli do bernardyńskiego kościoła i odgłos ich kroków obił się w oddaleniu o sklepienia, a każde słowo ich ust napełniało ich strachem, rozchodząc się po obszernym gmachu. Długo u drzwi czekali, aż jeden wszedł z latareńką i wszyscy z nim posunęli się na palcach ku wielkiemu ołtarzowi. Wtém jeden uderzył się o coś i stanął.
— A to co po środku?
— To trumna! — odpowiedział drugi podnosząc latarnię. — Wartoby obedrzéć trupa, jeśli jest co koło niego. Hej! panie bracie, wieko odejmij... latarnię postaw na ziemi!! Ho! co ja widzę? jakaś panienka! Ale co to za hałas koło zboru! Panie Boże! żeby nas tu te opętańce nie zeszli. Leży blada, jakby spała, a zimna jak kawał lodu! co to za paluszki w tych rączkach, białe, pulchne, musiała być bogata. Rączki te nie pracowały, bo bardzo ładne, jeszczem takich nie widział! o! otóż i zdobycz! pierścionek na palcu! przecież i to coś warto! ściągnę! a jucha! palce pobrzękły! ani weź! tfu! do dyabła!
To mówiąc, tak silnie pociągnął trupa za palec, że trumnę wywrócił i martwe ciało padło jak kawał drzewa opodal na posadzkę. Nie rozczulił się tém jednak bynajmniéj rabuś, posunął tylko bliżéj latarnię, uchwycił znowu za palec trupa, i targał nim silnie, póki nareszcie pierścienia nie zerwał.
— Ha! przecież! — zawołał z dzikim uśmiechem — pewno się nikt za życia tak nad tą panną nie wymęczył, jak ja po śmierci i to dla marnego pierścionka! a pierścionek... — rzekł zbliżając się do latarki — może i nie złoty, ale pewno go miała od kochanka, nieboraczka! na nim dwa serca i dwie rączyny! biedna! a teraz wala się po ziemi... Chodźmy, bracie Grzegorzu, nie traćmy czasu — dodał popchnąwszy nogą trupa, chodźmy do ołtarza i zakrystyi, tani więcéj złota znajdziemy.
I posunęli się ku wielkim drzwiom na lewo od wchodu w głębi będącym. Poodbijali szuflady, schowania, powyjmowali kielichy, patyny, monstrancye, wota; wszystko, co tylko w ich oczach jakąkolwiek miało cenę, nie uszło ich łapczywości. Kiedy się nareszcie przebrało, a powszednia cisza wróżyła, że bernardyni nie wracają lękając się napadu, bo od zboru lud jeszcze nie odchodził, jeden z nich zawołał:
— No! a gdybyć to jeszcze pójść do sklepów! nie jeden tam leży wojewoda, Pac, Radziwiłł, może jaki Sapieha! obedrzem pasy, buty, karabele, może znajdziem pierścienie, lub inne precyoza, to nie wadzi... Tędy łatwo odwaliwszy kamień!
— Tylko strach, żeby nas tu nieboszczyk jaki nie zatrzymał za kark i nie położył w trumnie na swojém miejscu.
— O! czyżeś ty takie dziecko, żebyś się bał upiora! Zresztą weźmiem święconéj wody, a do północy daleko, ledwie dziewiąta, uwiniem się i basta... o tu! tu! Chodźcie-no! pomóżcie mi kamień odwalić! tak! za ucho! weź z drugiéj strony! no!... mocniéj! pomóżcie no tam jemu, bo słaby jak gołąbek!... jeszcze! jeszcze! odwal na bok! powoli! nogi mi potłuczesz!... ot tak!
Kamień grobowy odwalił się z łoskotem, a jeden z łotrów, świecąc w otworze latarnią, zawołał:
— A czy są schody?... no! są! uważnie! chodźcie za mną, powoli, bo tu ślizko i zimno dyabelnie, zupełnie jakby w grobie!
— Pfe! co za smród! zgnilizna jakaś! dalibóg, gdyby nie pierścionki tych nieboszczyków, nigdybym tu za życia nie wlazł do téj dziury, a po śmierci jestem pewny że nie będę, bo bernardyni darmo do lochów nie wsadzą, a ja nie mam czém zapłacić! Powoli! to ostatni stopień, idźcie prosto za mną! Szelmy nietoperze! co ich tu lata nad głowami, a szczury... o tu im rozkosz! Hej! Mateusz, odemknij no wieko téj trumny! bogata! obita aksamitem pąsowym ze złotym galonem... nieboszczyk musi miéć choć pierścień lub spinkę, albo kawał złotogłowu!
— O! patrz jeno! sterczą czarne kościska jak pałki od maku, kiedy im główki pozrywają. Jaki łeb... a palce!... o! sygnet błyszczy na kościach. Jemu on nie potrzebny, daj go tu... zda się... poszukaj koło przegniłego kontusza, czy niéma tam spinki złotéj?
— Niéma!
— Szkoda!
— Nie zamykaj, niech się trupisko przewietrzy!
— Ot tu na prawo...
— Co?
— Jakaś błyszcząca trumna!
— Napisano coś na blasze!
— Podaj latarkę!
— Nie przeczytamy, bo nie umiemy, ale blacha srebrna, odedrzyjno ją; zobaczym, co w środku...
— Powoli! bo trumnę wywrócisz, a po ziemi trudno między kościskami szukać złota i drogich kamieni.
— Fiu! jaka gidya, rycht cepy te ręce! ale czółko ze złotogłowu... weź go...
— O! na ręku coś błyszczy... jeden, dwa, trzy pierścienie.
— Daj tu! tu! daj! ale jak poczerniała jéjmość nieboraczka! tfu! ktoby to uwierzył, że te kości i proch paskudny i śmierdzący był kiedyś kobietą, pewno ładną, kochaną... ktoś ją może nieraz w te ręczyska popróchniałe całował, aż mu po sercu chodziło! a teraz... ho! chodźmy daléj, panie Antoni!
Po pustych sklepieniach odbijały się kroki rabusiów, którzy tak od trumny do trumny się przechadzali i brali, co mogli, póki szelest jakiś na schodach prowadzących do lochów nie przerwał tego zatrudnienia.
— Tsyt! czy nie idzie kto?
Uciszyli się, ale prócz oddalonego gwaru ludu, który jeszcze zbór oblegał, bliżéj nic słychać nie było.
— No! chodźmy daléj! przywidziało się waszmości ze strachu! tu żywy duch nie zajrzy! możemy być spokojni, panie Marcinie!...
— Prosto! prosto przed siebie... do téj trumny trzeba zajrzéć.
— Hm! wieko zabite, nie oderwiem, bo jeszcze nie spróchniałe... niéma na co tracić czasu, a co tam?
— Tylko co nie padłem! czort mi pod nogi kości naniósł i jakąś głowę jak wiadro, pośliznąłem się na téj czaszce, i tylko co, żebym się za tę antabę nie chwycił, byłbym upadł szkaradnie, a co gorzéj zgasłaby nam latarnia!
— Ostrożnie! no! czy słyszysz? dalibóg, coś szeleści, jakgdyby kto chodził za nami... strach mię bierze!
Gdy to mówił, mimowolną przejęci bojaźnią, skupili się wszyscy sześciu między dwie trumny: najśmielszy wzniósł naprzód latarnią, spojrzeli i wzrok ich utonął w ciemnościach, a ucha doszły tylko oddalone, słabe głosy od zboru i nic więcéj...
— Próżno tylko straszysz nas, mosanie... to szczury chodzą, a tobie się zdaje, że ktoś idzie... Już ja ci ręczę, że tu nikt nie zajrzy...
— Zobaczymy jeszcze w téj trumnie... pięknie obita... napisy jakieś złocone... odwal wieko! ho! no! powoli, bo wyłamiesz! tak! rzuć go na bok... poświeć tu! jakiś zawadyaka! patrz no! nie spróchniał! biały jak wojewodzianka, która nigdy gołego słońca nie widzi, chyba przez zasłony. O! i ten dawno słońca nie musiał oglądać.
— Ale co za fatalna mina! wąsy! czupryna... oczy wpadłe... zobacz-no!... tam koło rąk i szyi... czy niéma nic... jest sygnet!
— A na czapce, którą dusi ten nieboszczyk pod pachą... spójrzno! hej! czy nie ma jakiéj spinki... jest! o! i pióro czaple!
— Mole objadły ze wszystkiém! szkoda! ale nieboszczyk nie był ubogi... a jak spokojnie leży... no! znowu coś słychać! dalibóg ktoś chodzi... uciekajmy! to upiór!
Gdy to mówił i z przestrachem toczył wzrok obłąkany po czarnych sklepieniach, na których gdzieniegdzie świecił błędny promyk latarki, od wchodu usłyszano wyraźnie czyjeś kroki; rabusie pobledli, włosy im stanęły na głowie.
Wtém postać biała błysnęła między trumnami, wszyscy krzyknęli i padli; latarka potoczyła się daleko między trumny i powoli błyskając jeszcze, oświeciła osobę jakąś wielką w bieli stojącą, błyszczące antaby i galony trumien, i zgasła.
— Czegoż się lękacie, bracia! — odezwał się głos od wchodu w téj chwili — czy nie znacie... matki Maryi? Weszłam tu za wami! ja tak lubię patrzéć na trupy!... szukam mojego synka między niemi!... Gdyby ludzie rośli w trumnach, onby był już dziś ładnym dwudziestoletnim... trupem! Nie bójcie się mnie!... ja przyszłam tylko popatrzyć na tych ludzi, co tu leżą, jakgdyby nigdy ludźmi nie byli! No! czegoż milczycie? odpowiadajcie przecie!... Jak tu chłodno!... ubrałam się w białą suknię téj panienki, co tam leży w kościele... a jéj oddałam moje... Jéj było tak chłodno w tych cienkich sukienkach tkanych z myśli i pajęczyny... a ja przywykłam... Wybrała się téż do grobu jak na tańce! byłaby uziębła nieboraczka! Trumna nie godowa sala... a ja przywykłam!... Ciemno!... gdzież się ci ludzie podzieli? musieli uciec! czego oni się boją? mój Boże! bezbronnéj kobiety, myśleli, żem upiór! Upiór! ach! czemuż upiór mego synka nie przyjdzie do mnie? Zmordowałam się! Och! dzisiejszy dzień wiele mnie kosztował! muszę usiąść.. Powoli! jakież tu piękne mam towarzystwo! ilu tu ludzi! jestto drugi świat... ale świat smutny, ciemny, ponury jak moja dusza! milczący!... to dla mnie, dla mnie świat! szkoda tylko, że nikt nie odpowie na moje pytania... Dawniéj, ach! dawniéj, młoda Marya nie chodziła w sukniach umarłych... nie szukała przyjaciół w grobach! bo ich miała na świecie! Stasiu! czémżeś zrobił moje życie?.. moje nieszczęście było twoją zabawą... biedny! jam myślała, że ty masz serce... a tyś miał tylko usta i mowę... O! prędzéj w jednym z tych spróchniałych trupów, od dwiestu lat rozsypane serce bić zacznie, niż twoje uderzy choć raz od litości!... Ale dość! czas pożegnać ten świat grobów!... Rabusie uciec musieli! I mnie już czas!... już północ!... pójdę do Justyny! Gdzież te schody! ha! znalazłam... Mój Boże! cóż to? oni poszli i z góry kamień zawalili! Jak ja stąd wyjdę?... Trzeba umrzéć, Maryo! włożyłaś białą suknię grobową! trzeba umrzéć! umrzéć! a cóż będzie po śmierci?... Po śmierci!... nie będzie Stasia, nie będzie syna, nie będzie świata.. cóż będzie, Maryo?... ach, te ręce niegdyś tak ładne, oczy, usta... w cóż się obrócą? w proch!... ha! a tym prochem wystrzelona dusza uleci... do nieba!... Chłodno! czyż ja stąd nigdy nie wyjdę? Nie!... bo któż mi ten kamień odwali! ten kamień jest moja śmierć... za tym kamieniem świat... Staś... syn... Wilia... za nim wszystko... a ja tu! tu same groby! tylko groby! pusto! głucho! bo dusze tych ciał poszły daleko... błądzą sobie po znajomych za życia miejscach!... A! ta trumna otwarta! jakgdyby dla mnie! Nie gniewaj się, nieboszczyku, że się koło ciebie położę!... Będzie dla nas dość miejsca dla obojga! Trzeba umrzéć! Ach! jak umrę, to mój duch poleci sobie nad Wilię, do domku, gdzie dawniéj młoda, ładna... ładna? czyż można piękność wspominać między trupami?... ale ja byłam ładna... byłam kochanką, biegałam po łąkach, za kwiatkiem, za motylkiem, za Stasiem... dziś leżę... w trumnie i cisnę do łona spróchniałe kości.. Czemuż umrzéć nie mogę! O! już umarłam! nie! mój Boże... Staś, mój syn!... usnę trochę, może śmierć we śnie mnie zaskoczy!... Przeklęty trup nie chce mi miejsca ustąpić! mnie tak ciasno!
Tu posunęła się matka Marya, wywróciła się trumna i potoczyła się w głębi. Jeden jęk tylko dał się słyszéć, a potém milczenie grobowe.

1832.





Majster i czeladnik.


Nie będzie uczeń nad mistrza.

Ogień palił się w piecu, przed nim siedział majster budowniczy Wojciech, sparłszy łokcie na kolanach, tuż przy nim na ławie pokrytéj kobiercem, zięć jego czeladnik Piotr i córka Marya. Cichość panowała uroczysta. Piotr czeladnik spuścił głowę, objął jedną ręką młodą swoję żonę, a druga trzymał maleńkiego synka. Stary Wojciech zdawał się ponury i gniewny.
— Słuchaj, Pietrze! — rzekł po chwili — ty mi tak drugi raz, jak dziś wobec ludzi, nie domawiaj! Szanuj moje siwe włosy! pamiętaj, że ta ręka i głowa wpoiły w ciebie to, co umiesz! Bo jak się drugi raz odważysz, won z moich oczu! precz! ty, żona twoja i dziecię! Wolę mieszkać sam jeden, jak widziéć cię pod bokiem urągającego się z mojéj starości!
— Jak ci tylko tu zawadzamy, panie teściu! — rzekł Piotr — tak najchętniéj się wyniesiem i choć zaraz! Nic na tom ci ja strawił pół wieku, ucząc się i starając, żebyście mnie potém mieli za partacza! A kiedy chcecie zobaczyć, co ja umiem, pozwólcie mi domurować tego nowego kościołka... wszakże ledwo fundamenta rzucono, niech przepadnę! jeśli jedna moja robota wszystkiéj waszéj nie zaćmi!...
— Ho! młokosie! łatwo gadać jak sroka, ale robić nie łatwo. Wierzaj staremu! — odezwał się majster Wojciech ze złośliwym uśmiechem. — Dobrze! odtąd ja i palcem nie tknę téj roboty... ani tam zajrzę nawet... jutro jadę do Smoleńska, i tam mnie czekają... a ty rób! to zobaczym, powrócę na sam koniec, powrócę śmiać się z ciebie, jak wyprowadzisz gołe ściany, krzywe okna i grube gzymsy. Oj! żebyś wówczas pełzał mi po nogach, żebrząc o pomoc, nic! nic! choćbyś się spiekł ze wstydu... lub we łzach utopił, nic! nic!
To mówiąc powstał stary i zamilkł, a Piotr czeladnik całując synka w czoło, odpowiedział:
— O tém, potém, panie teściu! ja o to tylko proszę, byś nie psował, a pomoc mi twoja nic nie nada.
— Zobaczym, kto w kunszcie sprawniejszy!
— Zobaczym!
— Mnie samo doświadczenie nauczyło! Spójrz, idź po miastach... wszędzie zdaleka czerwienieją mury mojéj roboty... a imię majstra Wojciecha Krzyżaka jest znane na Litwie i Rusi, jak drugie niczyje... Moje dzieci rozsypane są po wszystkich grodach wielkich... i prędzéj wymrze całe pokolenie twojego syna... niż jeden z tych kamiennych synów moich się powali!... Tyż to śmiesz się mierzyć ze mną, uczniu mizerny! ty chcesz mistrza ubiedz w sztuce?...
— Chcę — odparł żywo Piotr — i dopnę swego. — Przysięgam na moje Maryę drogą i na małe dziecię, że choćbym miał krwią własną wszystkie sklejać cegły, wystawię kościół, jakiego dotąd nie widziano. Będzie mały, ale mu wielkie ustąpią i twoja duma zawstydzona zostanie!
Pełen gniewu stary Wojciech wyszedł i drzwi za sobą drugiéj izby zatrzasnął; a Marya poprawując ogień na kominie, pocichu odezwała się do męża:
— A ty zawsze ze starym kłócić się musisz! fe! mój Pietrze! toć jemu niedługo żyć, na co truć jego ostatnie lata, on z twojéj przyczyny gryzie się bezustannie! A to ojciec mój, Pietrze! on cię tak kochał, on ci oddał mię wówczas, kiedy ty ubogi nic prócz rąk nie miałeś!
— A czémże ręce moje pośledniejsze od drugich? — zawołał Piotr. — Nie mogę znieść tego, aby moje imię ginęło ze mną razem, wówczas kiedy jego imię na szczytach zbudowanych kościołów idzie do przyszłych wieków! nie! nie! i ja, Maryo, muszę być sławny! choćby mi to życie kosztować miało! czuje, że mogę, że muszę pokazać, co umiem!
— Przed tobąż wszystko jeszcze, mój miły! — odpowiedziała Marya, grzejąc ręce u ognia — czego się śpieszyć? przyjdzie na każdego pora...
— A któż mi zaręczy — przerwał Piotr — że jutro nie umrę? dziś jest moje, jutro, Bóg wié!... Rad jestem, że mi roboty tego kościoła odstąpił!... Zawstydzi się stary, że mnie mało cenił. Piotr tyle wart, co i on! Bóg mi dopomoże!...
To mówiąc uściskał żonę, położył dziecię w kolebce i zaczął się szybko po izbie przechadzać.


∗             ∗

Był to smutny wieczór jesienny; mury nowego kościołka św. Anny, otoczone jeszcze rusztowaniem, zastanawiały już wszystkich. Tłumy ludu biegły, jak na zjawisko, mistrzowskiéj téj przypatrywać się budowie. Wszyscy wznosili pod niebiosa czeladnika Piotra i nie było tego, ktoby nie powiedział, że uczeń majstra przesadził. Radowała się dusza Piotra i oczy jego pasły się pochlebnym dlań widokiem, a w głowie snuły mu się już myśli sławy i nieśmiertelności.
Wieczór był chłodny; Piotr i Marya stali na smętarzu i poglądali oboje na kościołek. Piotr był wesół, ściskał żonę i wołał, ukazując jéj dzieło swoje:
— Patrz! czyś ty kiedy co takiego widziała? jutro rusztowania precz pójdą a wszystko błyśnie nową pięknością. O! żeby tylko stary jaknajprędzéj wrócił!... spojrzy on i dusza jego spadnie tak nizko, jak nizko moje sztukę cenił!...
Marya westchnęła i spuściła w dół oczy. Piotr pożerał wzrokiem kościołek; wtém zdala kroki czyjeś słyszéć się dały i nim się mieli czas obéjrzeć, stary Wojciech przyskoczył ku nim. Oczy jego iskrzące się od gniewu zwrócone były na nową budowę, usta sine drżały, trząsł się pełen złości i zaledwie zięcia i córkę zobaczył, zaczął wołać natychmiast:
— O! cieszycie się z mego upokorzenia, wyrodki! Toć to twoja wdzięczność, Pietrze! za to, żem ci dał dom i żonę wówczas, kiedyś ty nie miał gdzie położyć głowy?... Prawda! prawda! dwa razy już tu patrzéć kryjomo chodziłem! wyznaję, ja-m takiego nie postawił kościołka! cieszże się z wygranéj! Nie mógłżeś tego zrobić po mojéj śmierci?... wszak niedługo czekać było ci trzeba... chyli się już ta głowa do grobu... ale nie! obrzydłe stworzenie! chciało za życia mego jeszcze sławę moję wtrącić do grobu!
I starzec płakał, a przed nim w milczeniu stali zięć i córka. W oczach Piotra malowała się dzika radość, w oczach Maryi łzy połyskiwały.
— Przebacz, mój ojcze! — rzekła zcicha — wszakżeś mu sam budować kazał, a miałże źle budować?
— A na cóż tak budował, aby mnie zawstydzić? Nie! nie! ty psi synu! z dyabłem musiałeś miéć schadzki... on ci pomagał... a jak ksiądz święconą wodą ten mur pokropi... padną czartowskie gzymsy i łeb ci hardy rozbiją!...
To mówiąc starzec łzy otarł; gniew okropny wrzał w jego oczach, a Piotr i Marya spokojnie stali... W téj obwili z za chmur wszedł księżyc i oświecił tę scenę, przydając piękności nowemu kościołkowi.
Stary Wojciech zdawał się uspokajać i nagle głosem umiarkowanym rzekł do zięcia:
— Chodź, pokaż mi to zblizka... wejdziem na rusztowanie...
— Noc teraz, toć nie zobaczym! — rzekł Piotr — jutro rano obejrzéć będzie można.
— Nie bój się! moje oko i w nocy zobaczy to, nad czém wiek strawiło... Chodź, przypatrzę się twemu dziełu... pierwszemu i ostatniemu, bo ci czart pewno więcéj takich myśli nie nastarczy. Chodź!...
I oba poszli, a Marya, tuląc się od zimna w chustkę, patrzyła na nich, jak wdzierali się po drabinach na wierzch rusztowania. Księżyc świecił przepysznie, cisza panowała wokoło, słychać było każde słowo rozmawiających. Stary Wojciech im szedł daléj, tym groźniéj odzywał się do zięcia. Stanęli wreszcie na rusztowaniu przed frontem. Oczy starego zwróciły się na misterne okna, drobne gzymsy i ozdoby, zatrząsł się ze złości i obracając się do zięcia zawołał:
— Pietrze! przesadziłeś mnie... kiedyś tak zaczął, czy wiesz jak skończysz?
— Skończyłem tylko na upokorzeniu dumy, panie teściu! — a dawnoż to urągałeś się ze mnie? dawnoż to mówiłeś, że mi będzie potrzeba pomocy twojej?...
— Tak mówiłem! — krzyknął przeraźliwie majster — a teraz ci powiem, że ten, kto ci pomógł budować, niech cię przyjdzie ocalić!!
Nim wyrzekł te słowa, silną ręką chwycił Piotra za szyję i pchnął go uderzeniem nogi z rusztowania.
Krzyknął przeraźliwie biedny czeladnik i chwycił się jeszcze mocno rękoma za wiszącą u rusztowania deskę. Marya krzyknęła także i pobiegła jak szalona ku kościołowi, wołając:
— Ojcze! ojcze! to mąż mój! ojcze! ratuj!...
A Piotr chwiejącéj się deski trzymając, tracąc siły co chwila, wołał przytłumionym głosem:
— Ratuj! Maryo! ratujcie!...
Stary majster nic nie słyszał... nic nie chciał słyszéć... porwał ogromną cegłę z rusztowania, ugodził nią oburącz w głowę nieszczęśliwego, i ciało jego padło na kupę gruzów przed kościołkiem.

1833.




O BABIE KOŚCIELNÉJ.


I.
Jakaż mię przyszłość czeka, jakąż miéć nadzieję?
Że biédna, opuszczona — ach! cała truchleję!
Mąż i Żona.

— Ts!
— Cicho!
— Chodź stąd, bo ktokolwiek nas usłyszy.
— Ach! ja się boję!
— I czego się boisz?
— Ja nie wiem sama!
— Chodź! chodź tylko — tu ciemno, gołe ściany, wiatr przewiewa, ja cię zawiozę do siebie.
— Ale pani...
— Pani twoja musi się już z tobą pożegnać, jesteś moją.
— Tak! pańską!
— Nie nazywaj-że mnie panem!
— A jakże ja pana będę nazywać? — ja jestem biedna dziewczyna!
— Chodź, Marysiu!
— Doprawdy, ja się znowu boję; drżę cała, jakbym zrobiła co złego!
— Ach! nie bądź że dzieckiem!
— Idę, panie!
— Znowu panie! mówię ci, nazywaj mnie Antosiem!
— Dobrze, panie! ach! powoli! tak ciemno! nie trafim na schody. Pani czasem posłyszy, wyjdzie, ja się spalę ze wstydu.
— Chodź-że tylko prędko.
— Nie mogę trafić na schody, boję się stuknąć, pani wyjdzie.
— Ts! cicho! co ci się tam marzy, twoja pani śpi może; już po dziesiątéj!
— O! ona nie śpi! ona myśli, że ja mówię pacierze! powoli! aj! omało nie padłam, jestem biedna sierota! powoli! poręcza chwycić nie mogę!
Tak wołając, szli w ciemności po schodach. Pan Antoni prowadził młodą Marysię; która otulając się salopką, szła, jak mogła. W połowie schodów i prowadzącemu i prowadzonéj pośliznęły się nogi, padli z krzykiem oboje.
Nim mieli czasu powstać i uciekać, w górze otworzyło się kilkoro drzwi, błysnęły światła, tłum różnych osób stanął nad schodami, spoglądając w dół ciekawie na pana Antoniego i Marysię, z których pierwszy trzymał się za bok, druga zatulała oczy i kryła się za niego, ciągnąc go za połę, aby schodził prędzéj.
— Kto tam? — odezwała się z góry jéjmość jakaś w narzuconéj salopie na koszulę, wznosząc stoczek zielony po nad głową, — a! tfu! dali Pan! czy nie pan Antoni? a to! czy to ty błaźnica?
— Nie! to nie ona! — zawołał pełnym gniewu tonem pan Antoni.
Jéjmość w salopie ze stoczkiem pobiegła na dół i ukrywającéj się dziewczynie zajrzała w oczy.
— A! to ty! ha! — zawołała, chwytając drżącą Marysię za rękę — poczekaj-no! skromnisio! takie to twoje pacierze! niewiniątko!
Marysia tuliła oczy w salopę, pan Antoni się zżymał, widzowie nad schodami śmieli się i szeptali. Jéjmość w salopce łajała okropnie.
Pan Antoni nie mógł ścierpiéć i odezwał się nareszcie:
— Proszę nareszcie zaprzestać tych krzyków, ja jéj bronię!
— Ty oszuście! bezbożniku! libertynie! — wybuchnęła jéjmość w salopie — czy wiesz ty, co nieboszczyk mój mąż mówił, jaka kara na tych w Statucie, co dziewczęta uwodzą? Ha! a udawałeś skromnego! niewinny jak baranek! Sto rózeg dziewczynie! a wasan pamiętaj! żeby tu twoja noga nie postała! wiesz, co w Statucie napisano! Nos, uszy, ręce i nogi obcinają! Chodź-że wasanna!
Wzięła ją za rękę, ona się opierała, pan Antoni stanął groźno i odezwał się do jéjmości:
— Wasani nie masz żadnego prawa do téj dziewczyny, ja jestem jéj opiekunem przez ojca naznaczonym, ona tu dłużéj być nie może; chodź, Marysiu!
I wziął ją za rękę, a jéjmość w salopce krzyczała:
— Dobrał opiekuna! kot myszy pilnuje! dobrze spełniasz opiekę, bezbożniku! Ja ciebie nauczę; jutro dam znać do kwartału, do policyi, jutro tę dziewczynę wsadzę na chleb i wodę na rekolekcye!
Gdy ona to mówiła, oni już byli za bramą. Pan Antoni milczał, Marysia płakała. Po chwili on ją pocieszał, była już spokojniejszą, przyszli do domu — i Marysia ściskała opiekuna tak czule, że zapomniał o schodach, o jéjmości w salopce — i o tém, co tam napisano w Statucie.

II.

Wiatr wył okropnie! dzwony dzwoniły i zdawało się, że nie ręka ludzka, ale ręka burzy niemi włada.
Kondukt pogrzebowy szedł ulicą — pieli księża, grała muzyka — ale wiatr pogasił wszystkie światła, ciemno było i straszno. — Dziewczyna szła za trumną i rzewnie płakała, w ręku trzymała zgasłą od wiatru świecę i chustkę mokrą od łez i deszczu. Ona nie miała siły spojrzéć na trumnę; szła tylko, nie patrząc przed siebie, jakgdyby ją jaki instynkt prowadził, szła aż do kościoła, tam stanęła i znów płakała, a wszyscy patrzali na nią — i nikt cieszyć nie myślał. Jak księża skończyli śpiewać, wszyscy wyszli, ona stała; dziad ją za drzwi kościelne wyprowadził, zatrzasnął rygle i poszedł mrucząc: Wieczne odpocznienie. Wiatr wył, deszcz lał, ona stała jak wryta i płakała, oparłszy głowę o mur kościelny, ale nikt jęków nie słuchał, nikt na łzy nie patrzał, bo była noc — noc głucha — a na cmentarzu, po nocy, nikt nie chodzi, chyba duch.
Marysia płakała długo i siadła płakać na kamieniu, i zasnęła biedna.
Obudziła się rano, żeby spojrzéć, jak trumnę wynoszą, znowu pobiegła za trumną na cmentarz — pobiegła nad jamę, spojrzała w nią — a ten dół przez łzy błyszczące w oku wydał jéj się tak okropny! Usłyszała szmer sunącéj się po powrozach trumny — chciała się rzucić za nią, ludzie wstrzymali, potém sypała się ziemia — ona słyszała, ujrzała nad nim mogiłę z świeżego piasku, w głowie jéj przewróciło się, zaczęła śpiewać i tańcować na jego grobie! Ludzie poszli ruszając ramionami. Marysia została na grobie i tańcowała jak młoda topol wiatrem uginana, śpiewała wesoło, śmiała się okropnie, a jak zmrok przyszedł, położyła się obok mogiły, mówiąc sama do siebie: Antoś przyjdzie niedługo, on zawsze ze mną śpi razem! — Usnęła.
W północ obudziła się — koło jéj głowy stała latarka — koło niéj obok leżał trup kochanka — daléj stało dwóch jakichś ludzi, a trzeci równał mogiłę łopatą, mówiąc:
— E! panie doktorze! ani znaku nie będzie!
Trup jego był odarty do naga, ona rzuciła się na zimne ciało Antosia i krzyknęła — doktorowie poskoczyli ku niéj, grabarz cofnął się, jakby kto strzelił do niego.
— Kto to?
— Kto?
— W imię Ojca!
A ona odezwała się:
— Cha! cha! to ty panie doktorze! przyszedłeś leczyć Antosia! o! on zdrów — ja go wyleczyłam, on spał dziś ze mną! my pana nie potrzebujem.
Potém ściskała i całowała trupa.
Doktorowie osłupieli, grabarz stał drżący, jeden szeptał drugiemu:
— To ta dziewczyna, co była u niego, pamiętasz? musiała zwaryować! Nie traćmy czasu, bierzmy trupa i w nogi! no! na plecy go!
Dał znak grabarzowi. Ten się zbliżył, chciał wziąć trupa, ale dziewczyna nie puszczała kochanka i groziła, okropnie zgrzytając zębami, grabarzowi. Doktorowie stali i patrzali na to, jakby kto inny przyglądał się maryonetkom. Dziewczyna ciągnęła sobie trupa — grabarz sobie, nie było ratunku, stary uderzył ją silnie łopatą, żeby się jéj pozbyć, mrucząc pod nosem:
— Będzie dwa... zamiast jednego!
Dziewczyna krzyknęła boleśnie; młodszy doktór poskoczył, zgromił starego grabarza, wziął dziewczynę gwałtem za rękę i wodząc latarką koło jéj twarzy, zawołał:
— Wcale niczego! gdyby nie ten szał! ja ją gotów wziąć z sobą!
— I! porzuciłbyś te głupstwa! — przerwał drugi — blada jak upiór, chuda jak trzaska, weźmiem chyba na dysekcyą, lub dla spróbowania na niéj mocy sublimatu arszenikowego!
Marysia patrzyła na nich, usiłowała wyrwać rękę swoję z rąk doktora, a nie mogąc tego dokazać, ugryzła go za palec i krzyknęła:
— Ty nie Antoś!
Pan konsyliarz krzyknął, ale trzymał dziewczynę, grabarz naprzód szedł i niósł trupa.
Marysia gwałtem prawie wleczona, dociągnęła się do mieszkania doktora. Trupa położyli na stole, grabarz poszedł. Doktór zamknął dziewczynę w osobnym pokoju, dał jéj wina i chleba — a sam poszedł na dysekcyą.
Marysia nie jadła ani piła, chciała iść gwałtem do stołu, gdzie leżał Antoś, ale drzwi były zamknięte, ryczała prawie z boleści, a doktór palił cygaro i machał bisturem!
Potém ona przyłożyła oko do dziurki od klucza, widziała, jak jéj kochankowi odcięli głowę — jak mu poobrzynali ręce i nogi, i płakała, a potém padła na ziemię bez przytomności. Los sprawdził, choć po śmierci, wyrocznią Statutu!

Potém doktór poszedł z rękoma obluzganemi krwią oschłą trupa, i gładził ją, ciesząc, pod brodę, a szalona uśmiechała się do niego — a jak świéca zagasła, ona poszła spać spokojnie i tuliła się do doktora, wołając na swego Antosia i macała mu głowę i ręce, pytając, czy ten kat doprawdy mu ich nie poobcinał?

III.

Mróz dochodził do dwudziestu stopni, biedna, w obdartych łachmanach Marysia stała przeziębła u drzwi lichego domku.
W piersiach jéj brakło głosu do wzywania litości, dwie łzy do połowy zmarzłe toczyły się jéj po twarzy — te łzy mróz wycisnął, boleść na jéj sercu nic już działać nie mogła, bo to serce było przesiękłe, rozdarte cierpieniem.
Piersi jéj, śliczne niegdyś piersi, były obnażone, płachta podarta okrywała je do połowy, ręce miała stulone i przymarzłe prawie jedna do drugiéj, nogi bose i czarne, na jednéj trzewik, na drugiéj resztki wełnianéj pończochy.
Jęczała tylko — a w tym jęku nie było słowa, lecz była prośba — ten jęk obijał się o serce, jak konającego modlitwa do Boga — ludzie chodzili, ludzie jęki słyszeli — a jednak nikt jéj nie puścił do domu — stała biedna pode drzwiami — a mróz był tak okropny. Nieśmiało, powoli, otworzyła drzwiczki domku i jęknęła — z izby wyleciał głos:
— A czego tam łazisz! i izbę studzisz! do Dobroczynności! zamykaj! zamykajże!
Marysia jęknęła raz jeszcze — stary, czerwony mężczyzna w brudnym szlafroku wyleciał naprzeciw niéj, chciał łajać — spojrzał na piękną niegdyś twarz i stanął — ona jęczała — on słuchał — drzwi były odemknięte.
— No! no! ogrzéj się — chodź! a drzwi zamknij! izbę studzisz drwa kosztują drogo — Co ty za jedna?
Marysia weszła, stanęła u drzwi i tupała nóżkami, łzy jéj płynęły, czerwony jegomość stał i patrzał — potém założył pióro za ucho i kręcąc głową zawołał:
— Co ty za jedna?
Prócz jęku, nie było odpowiedzi — a jegomość nie rozumiał jęków i mruczał pod nosem:
— Musiała być ładna!
Był to ostatni może tryumf biednéj Marysi — pozwolono jéj się ogrzać, nie że była biedna, ale że była ładna. Ona siedziała przy piecu, czerwony jegomość zamknął drzwi na klucz — milczała i oddychała ciężko. Ciepło przejmowało jéj ciało, od dwóch dni skościałe, język jéj odmarzł, prosiła jeść. Czerwony jegomość dał jéj wódki i chleba z solą, ciągle mrucząc pod nosem:
— Musiała być ładna.
W kilka tygodni Marysia gospodarowała u tego jegomości, a on chodził z piórem za uchem, pisał pozwy, ruszał ramionami i dziwował się, że ona była ładna, a taka biedna! Było się czemu dziwować! Marysia nie zawsze była tak biedna i tego domyślał się czerwony jegomość, ale o tém nie mówił.
Potém czerwony jegomość został przeniesiony do innego miasta, a Marysia znowu marzła na ulicy.

IV.

— Na miłość Boga! jeden grosik, panie!
— Jeden grosz biednéj ubogiéj!
— Niech was Panna Marya Ostrobramska pocieszy!
— Zlitujcie się nade mną!
Tak odzywali się żebracy i żebraczki pod kościołem w niedzielę, siedząc rzędem w kruchcie i wyciągając ręce ku przechodniom.
Między ubogiemi siedziała jedna młoda, blada, z twarzą pokaleczoną ranami, okryta łachmanami obrzydliwemi; i ona wyciągniętą miała rękę, ale nie mówiła ani słowa, tylko drżała od zimna i z boleści. Kilku przechodniów dawało jałmużnę, lecz tłuste baby zawsze ją pochwyciły, na wychudłéj dłoni Marysi ani grosz nie postał, odpychali ją jeszcze żebracy od siebie, cisnąc się po grosz jałmużny, tak, że się ledwie na szczupłém siedzeniu pomieścić i usiedziéć mogła. Szło dwie osób na mszę — Marysia wlepiała w każdego czarne oczy łzami zeszpecone, wpadłe i nieruchome, lecz nikt nie uważał — ten dawał jałmużnę bliżéj siedzącym, ów rzucał ją dla oka trafem, dla pocieszenia się przyjemnym widokiem bitwy żebraków o grosz, inny mijał ich ruszając ramionami, inny łajał jeszcze. Ku południowi, przy końcu sumy, szedł jakiś tłusty jegomość do kościoła — żebraczka spojrzała na niego i boleśnie jęknęła — on obrócił głowę, spojrzał, zdawał się coś przypominać, potém dobył dziesiątkę z kieszeni i rzucił ją na wyciągnioną dłoń żebraczki, oddalając się śpiesznie.
Ona westchnęła i patrzyła długo za nim, a tymczasem obok siedząca stara kwoka porwała z jéj ręki dziesiętniczkę i śpiesznie ją schowała pod fartuch. Marysia nic nie uważała, nic nie widziała, z oczu jéj łzy się toczyły, usta miała skrzywione, patrzała przed siebie i drżała coraz mocniéj.
Tłum ludu wracał z sumy, Marysia patrzyła jeszcze, ale ten jegomość wymknął się tak, że go nie widziała, tylko jakiś bogobojny staruszek dał jéj pięciórkę, polecając, aby za duszę Anieli, zmówiła trzy Zdrowaś Marya!

1833.




RAJ I PIEKŁO.
(FANTASMAGORYA HISTORYCZNA. 1529 — 1749.)


I. Dwa domy.

W roku 1629 w Wilnie, na ulicy Niemieckiéj, idąc od ratusza ku Wileńskiéj Bramie, z prawéj strony, stały obok siebie dwie kamienice wielkie, piękne dwie kamienice z pozoru. Jedna wyższa i świeższa z wierzchu bliżéj ratusza, druga za nią czarniejsza i brudniejsza, ale równéj prawie z pierwszą wielkości.
Pierwszą z nich lud prosty nazywał Rajem, drugą obok Piekłem[10]. Te nazwiska nie były nadane bez przyczyny, bo zaraz w bramę tylko wszedłszy, znać było różnicę Piekła od Raju.
Wszedłszy do Raju widać było dziedziniec piaskiem wysypany, wschody na dwie strony czyste, okna szyb całe i wymyte, drzwi niepogruchotane, bruk wymieciony. Cicho było. Czasem który z mieszkańców przechodził spokojnie, modląc się, lub kobieta śpiesząc do roboty. Pięknych kilkoro dzieci bawiło się w pogodną porę piaskiem na dziedzińcu, w klatkach zawieszonych u galeryi świergotały ptaszki, daléj za domem był sadek z zieloną murawą, z drzewami i altaną. Panem Raju był karaim.
W Piekle inaczéj było. Wchodząc dawał się spostrzegać dziedziniec szeroki, brudny, śmiecisty; rynny sączące wiecznie pomyje; rynsztoki zapchane wyrzucanemi obrzynkami jarzyn i kości. Kilkoro psów wyło, siedząc nad rynsztokiem, drugie tyle skomlało u drzwi mieszkań. Gwar, krzyk, stukanie drzwiami, dzień i noc nie ustawały. Miauczały koty, warczały psy, krzyczały koguty, ryczały dwie krowy chude w obdartéj z dachu przybudówce, ale więcéj nad to krzyczeli i wrzeszczeli mieszkańcy.
Najgłośniejszym nad wszystkie głosy był głos właścicielki, pani Doroty Janówny, córki kupca, żony próżniaka, która cały dom i męża i dzieci i psy i koty i wszystko, co tylko w obręb jéj państwa wchodziło, za nos wodziła niemiłosiernie. Od rana, jak się obudziła, widać ją było w jednym trzewiku przydeptanym, drugą nogą boso, w roztwartéj jupce, z roztrząśnionemi włosami, biegającą po galeryach, kłócącą się z mieszkańcami, bijącą zwierzęta i dzieci, swoje i cudze.
Tak upływał czas do południa, a kiedy wszyscy do stołu lub garnka zasiedli, na kilka chwil milczenie panowało. Potém znowu i pani Dorota i jéj mąż i dzieci pół tuzina, i szewc z dołu i woźny trybunalski, i psy i koty, i krowy i koguty, krzyczéć, wrzeszczéć, ryczéć, wyć, piszczéć, warczéć, jęczéć, zaczynały do wieczora.
Wieczorem znowu na chwilę uspokajało się, zapalano światła, mało kto przebiegał po domu i dziedzińcu, prócz latających nietoperzów, szczurów snujących się i kotów i przemykających się kun.
W mieszkaniu pani Doroty słychać było krzątanie się i hałas głuchy, były to przygotowania do uczty i zabaw, które u niéj, w świątki i piątki, w posty i popielec bez różnicy, niemal codzień się odbywały. Zaczynały się ze zmrokiem schodzić postrojone, czerwone mieszczki, mieszczanie wąsacze, panowie rajcy, panowie burmistrze i ławnicy z trzech juryzdyk, wójtowie i kunsztów szlachetniejszych cechmistrze, panny wileńskie z fosforycznemi oczyma i młodzież gwiżdżąca, tłumno, gwarno, szumnie i wesoło. Jak się tylko wszyscy zeszli, zaczynała się żydowska muzyka, tańce, skoki, hałas, wrzaski.
Znów obudzone psy i koty krzyczały, pijani kłócili się, taczali po schodach, leżeli w rynsztokach, czepiali się ścian i drzwi, krzyczeli, bili się. Było to Piekło.
O tym czasie w Raju, mieszkańcy modlili się i pracowali przed ogniem, kobiety przędły, mężczyzni rozmawiali jedząc, lub kończyli dzień modlitwą, dzieci koło matek stały, rozmawiając z sobą pocichu, lub biegły chować się, szukać i znajdować po kątach.
Właściciel domu Benjamin z długą, siwą brodą, zwykle przy wrzasku dolatującym z Piekła, kończył skromną wieczerzę, opowiadając synowi i młodéj synowéj swojéj Racheli, własnego życia jednostajne dzieje, tym powagi pełnym biblijnym stylem wschodu, który pierwsze wieki świata i prostotę ich wspaniałą przypomina.
Kiedy wybiła siódma na półzegarzu godzina i na ratuszu gaszenie ognia przedzwoniono, sługi zalewały w kominach żar, światła gasły, dzieci kończyły pobożne modlitwy za rodziców, rodzice za dzieci, żona za męża, mąż za żonę, i po pracy spokojnie zasypiali.
Taka była różnica Raju i Piekła; ale nie ta jeszcze przyczyna ich nazwania.

II. Ślepy i jego córka.

Dawniéj, sto laty przed 1629 rokiem, dwóch ludzi mieszkało w tych dwóch domach, a te domy były drewniane, małe i stykały się oba, tak, jak się potém dwie murowane kamienice zetknęły. W Raju mieszkał starzec osiemdziesiątletni, w Piekle chłopiec, który miał lat dwadzieścia kilka.
Starzec był ślepy, stary, chory i z łóżka już nie wychodził, miał córkę jednę, która go doglądała w jego boleściach, pocieszała go, czytała mu księgi, przez które Bóg obiecał ludziom niebo, miała serce dobre, duszę ognistą, łzę w oku na każdy jęk starca, pomoc na każdą jego boleść, pociechę na żal każdy.
Ostatek dni ojca zgryzionego pamiątkami, które mu życie truły, i niemocą odbierającą mu wszystkie życia przyjemności, jeszcze się czasem złocił pociechą dobréj córki. W rannéj godzinie, kiedy go ból obudził, pierwszy dźwięk, spotykający jego ucho, był głos Maryi, i cały dzień ten tylko jeden aż do późnej snu godziny dźwięczał w jego uszach, jak głos anioła w grobie.
Obok mieszkał młody właściciel domu, nieżonaty, a imię jego było Bruno. Sierota od dzieciństwa, sam siebie prowadził po drodze życia, i to tylko widział dobrém, co mu na chwilę zmysły dobrém pokazywały. Wesoły jak ptak w powietrzu, niedbały o jutro, niepamiętny na wczoraj, z cudzego i swego nie korzystając doświadczenia, za hasło życia wziął był sobie: „Co chcę, być musi“. Przy nim, koło niego, było zawsze wiele młodzieży. Kości, wino i do dziewcząt umizgi, od rana do nocy były ich zabawą i jedyném zatrudnieniem. Nieraz szczęk rozbitego przez pijaków puharu, szumny odgłos chóralnéj pijaków pieśni, przez słabą ścianę dolatywał do łoża konającego tak długo starca. Był to jakby głos świata, śmiejący się szydersko z jego boleści. Nieraz córka, widząc cierpienie, jakie mu ten odgłos sprawiał, płakała lub starała się zagłuszyć go: ale jéj srebrny głosek niknął przy tamtych, i starca jęki mięszały się z pieśniami. Boleśna była to sprzeczność wesela i otwartego grobu, jęków i pieśni.
Bruno widział Maryę nieraz i jéj oczy zapłakane i pierś wzdętą, i różowe niby śmiejące się, bo do uśmiechu stworzone usta. Nieraz całego piekła wzywał na pomoc, aby ją dostać, potém, przy innych zabawach, kobietach, ludziach, zapominał o Maryi. Marya widywała go także, ale go nienawidziła. Ten człowiek wiecznie wesoły, z uśmiechem niezmazanym na ustach, wydawał się jéj szatanem. Ona przywykła widziéć cnotę cierpiącą, i jéj młode serce inaczéj sobie cnoty nie umiało wystawić, jak we łzach, smutną.
Raz na biesiadzie u Bruna, podochoceni towarzysze śmiać się z niego zaczęli, że słabego, ślepego starca córki, żyjąc od niéj o ścianę, uwieść nie umie. I tak dobrze wypiekali mu jego tchórzliwość, tak podwyższali cenę jéj wdzięków, że Bruno nakoniec zgrzytając zębami ze złości, krwią na twarzy z gniewu oblany, przysiągł im, że ją miéć będzie, ofiarując im zakład.
Był tam na téj biesiadzie, stary jeden szaleniec, którego zwano Czortubaćkiem, ten z uśmiechem przyjął zakład, i swoję z muru kamienicę, obok stojącą, ofiarował przeciw drewnianéj. Zakład rozbili z szumnym śmiechem towarzysze, a Bruno ich prosił, żeby miesiąc cały niczyja noga nic postała u niego. Ciekawi przyrzekli i dotrzymali.
W parę dni, zmieniwszy postać, spuściwszy oczy, przechadzać się zaczął Bruno mimo bramy Maryi, aby ją zobaczyć; do samego nawet domu zaglądał, pod tym lub owym pozorem, a dziewczyna oswojona powoli, przebiegając spoglądała na niego przyjaźniéj, bo go widziała smutniejszym, a serce jéj za powinność, za nałóg litość wzięło.
W tydzień, gdy wieczorem ojciec spał, a Marya w bramie siedziała na progu, wróciwszy z kościoła, Bruno znalazł sposób przemówienia do niéj. Zaczął jéj opowiadać, jak przeszłego swego życia żałuje; wspomniał jéj o ojcu, użalał się nad nim, czasem łzy udawał, śmiejąc się w duszy. Marya uwierzyła łzom i mowie, i tak się rozeszli.
Potém spotkali się znowu i coraz szczerzéj rozmawiać zaczęli. Niewinna i prosta dziewczyna opowiedziała mu, co tylko ciężyło jéj na sercu, on jéj żałował, cieszył ją, i nieznacznie wtrąconém opowiadaniem, ściśnieniem ręki, rzuceniem oka, starał się w niéj ogień, coraz głębiéj palący mu duszę, zapalić. A ona miała już rok dwudziesty i czuła potrzebę kochania, połączenia swojego losu i serca z kimś drugim, bo do tego mięszała się myśl, że we dwoje lepiéj ojcu dopomogą niż ona jedna.
I tak coraz częściéj się widywali, coraz poufaléj byli z sobą; a Bruno zaczynał powoli przemawiać o losie przyszłym i kochaniu.
Ona milczała, lecz umyśliła pomówić z ojcem. W wieczór, jednego dnia, siedziała u jego łoża. Chory był spokojniejszy, oddychał tylko ciężko, a wkoło cisza była. Po chwili zapytał chory, co się stało z sąsiadem, że taki pokój od niejakiego czasu panuje w tamtym domu?
Ona opowiadać zaczęła, ojciec milczał, powiedziała wszystko, jak się poprawił, jak się widują, nawet szepnęła coś o przywiązaniu, o losie przyszłym, o jego zamiarach. Potém zarumieniła się, wstała, wróciła, dorzuciła jeszcze słów kilka i czekała niespokojna. A ojciec stary milczał długo i coraz ciężéj oddychał.
— Słuchaj — odezwał się nareszcie — jesteś cnotliwa, Bóg ci twoję cnotę wynagrodzi. Ten człowiek, to szatan, on nie jest dla ciebie, tyś nadto dobra dla niego, on się nigdy nie poprawi, on tylko pod skórą owczą chciał ciebie uwieść, nie widuj go więcéj pod mojém błogosławieństwem, Maryo! Słuchaj mię, ja-m stary, mijaj, kiedy przechodzi, uciekaj, kiedy się zbliża. Znałem takich ludzi: zbrodniarz się skruszy, rozpustnik nigdy. Jego skrucha jak błyskawica przychodzi i mija, a za nią piorun idzie! Nie widuj go więcéj Maryo, proszę, zaklinam, pod błogosławieństwem mojém.
Marya słuchała słabego głosu ojca i drżała. Chciała Bruna tłómaczyć, wymawiać przed nim, ale on dodał jeszcze:
— Bóg ci da inne szczęście, ja, konający, ostatek siły zebrałbym jeszcze, żeby cię oderwać od niego, on piekło nosi z sobą, chceszże piekła i mego przekleństwa? Maryo! Maryo! nie widuj go więcéj!
Zamilkła na te słowa, myśląc tylko, że ojciec stary, znękany, zbolały, źle sądzi o ludziach, i nie znając go, tak mówi, a serce jéj biło mocno, i czuła już, że nie mogła go nie widziéć i widziéć nie mogła także, bo błogosławieństwo umierającego ojca zabraniało jéj tego nazawsze. Noc na mękach strasznych przeszła, ranek spłynął ze łzami, w dzień oknem go tylko widziała i biło jéj serce i ręce drżały. Bruno przechodził często koło okna, miała jednak tyle siły, że ku niemu nie wyszła. Ojciec coraz był słabszy.
Nazajutrz spał pół dnia stary, ona wybiegła na chwilę, mówiąc sobie sto razy, że go nie spotka, że go spotkać nie może, a chcąc jednak mimowoli spotkać się z nim, zobaczyć go.
Szatan czatował i spotkał ją. Chciała uciekać, uchwycił i zatrzymał; chciała mu wszystko powiedziéć, pożegnać, odpędzić, i słów nie znalazła. Rozmowa była krótka, żywa, ale ona pierwszy raz im pokazała, że należą do siebie.
W nocy nowe męki przyszły, straszniejsze stokroć od pierwszych, na jawie ojca przekleństwo, we śnie piekło i męki i płacz i rozpacz szarpały jéj duszę. Budziła się i myślała:
— Jestem przeklęta za to, żem go widziała, cóż mam do stracenia? Ojciec mię przeklął, mogę go teraz widziéć, kochać, miéć go, wszak więcéj nic być nie może nad to, co jest? przekleństwo ojca...
Po tych strasznych słowach, któremi się uspokoić starając, zabiła siebie i wydała sama wyrok swojéj zguby, Marya nie unikała już od niego, spotykali się znowu coraz częściéj, byli razem, a Marya powtarzała w duszy, dla uśmierzenia wewnętrznych zgryzot:
— Cóż więcéj będzie nad to, co jest?
W trzecim tygodniu po zakładzie, często biedny starzec, dręczony boleścią, tarzał się po łóżku, próżno wołając córki. Pół dnia nie było jéj w domu. W mieszkaniu Bruna, w jego uścisku przepędzała dni i noce.
Zakład był wygrany, ale Bruno nic jeszcze towarzyszom nie mówił.
Stary ojciec poznał swoje nieszczęście, konał coraz prędzéj, przyciśniony wiekiem, chorobą i żalem po córce, i przypomnieniem swego przekleństwa, które wisiało nad jéj głową.
Rano jeszcze czasem obudzona zgryzotami, z objęcia szatana wyrywała się dziewczyna biedz do ojca ze łzami. Służyła mu chwil kilka, płakała i żałowała swego występku. Ale zaledwie głos zwodziciela dał się słyszéć, szelest jego sukni, chód jego; porzucała ojca i leciała ku niemu, do niego, za nim! A wówczas, kiedy z nim była, jęk konającego ojca, który przebijał ścianę i dźwięczył w jéj uszach, nie mógł jéj oderwać od niego. Słyszała, jak się tam ojciec męczył sam jeden, przewracał po łożu, wołał jéj, płacząc, prosił o kroplę wody na ugaszenie pragnienia, zaklinał, jęczał, słyszała i nie szła. Przeklęta od ojca mimowoli, w objęciu zwodziciela, nie miała serca tylko na jego pieszczoty; uszu, tylko na jego słowa. Kiedy go nie było, płakała rzewnie i gryzła się swoją zbrodnią; kiedy przychodził, jak niewolnica za panem szła za nim. Głos ojca, jęk, boleści, nic, nic ją nie zwróciło nazad. Oczy jéj paliły się, drżały ręce, serce biło, usta gorzały. Przy dźwięku religijnym i grobowym, modłów i westchnień przenikających ojca, ona całowała i ściskała zwodziciela, i mówiła sobie:
— Czegoż mam się obawiać więcéj? wszystko się już spełniło na mnie, ojciec mnie przeklął!
Kończył się czwarty tydzień po zakładzie. Czortubaćko śmiał się w duchu, a Bruno czekał ostatniego dnia.
Przyszedł ten dzień.
Tego dnia wieczorem biesiada szumna huczała w jednym domu, a przy Brunie, wśród biesiadników, siedziała Marya z uśmiechem na ustach, z kubkiem w ręku, z bezwstydem na czole. Obok przez ścianę konał jéj ojciec sam jeden, wołając o kroplę wody przy skonaniu, o córkę, jęczał, wyciągał suche ręce, chwytał powietrze zimne i mroźne niepalonéj izby, — nikt nie przychodził.
Nie było iskry ognia w domu na przenikające zimno, kropli wody na pragnienie, jednego słówka pociechy na serce. Zrzucał z siebie nakrycia, tarzał się, jęczał, gryzł ręce sobie i spragniony, krew z ran wysysał. Tłukł siwą głową o ścianę, aby ją prędzéj rozbić i umrzéć przynajmniéj — umrzéć nie mógł. Rozpacz rozdzierała go, nagle powstał z łóżka, na którém od lat dziesięciu leżał; włosy mu się najeżyły; wytężyły nogi i ręce, jakby były z kamienia; ślepe oczy przewrócił strasznie i szedł omackiem do sąsiedniego domu, szedł bliżéj, coraz bliżéj, słyszał głos córki, pieśni, hałas, — pot lał mu się po ciele, serce biło, wrzało, krew przewracała się po żyłach, głowa pękać się zdawała, a reszta zębów zgrzytała w otwartych ustach. Stanął przede drzwiami, psy Bruna obskoczyły go, padł u progu bezsilny, skoczyły mu na piersi, szarpały twarz, rwały włosy. On konał słysząc głos Maryi, który szarpał duszę, jak psy wyschłe ciało starca. Otworzyły się drzwi izby na hałas psów, porwał się jeszcze, powstał i wbiegł. Choć ślepy, uczuł jednak kolące go w oczy światło, usłyszał także śmiechy, pieśni, brzęki, potém krzyk długi, i wszystko ustało, głos Maryi nawet. On stał przed biesiadnikami blady jak trup, poszarpany od psów, w rozdartéj koszuli, z ślepemi oczyma, z całą powagą skonania i śmierci, z przekleństwem na ustach.
— Przekląłem cię, Maryo! — zawołał — i ciebie przeklinam, człowieku, coś mi ją odebrał! Oddaję cię piekłu z nią razem. I ten dach, pod którym zbrodnia twoja mieszkała z tobą, niech będzie przeklęty! Niech wnuki twoje, niech każdy, co tu wejdzie i żyć będzie, zginie! Niech ten dom będzie piekłem! Za moje piekło, Bóg wam nim odpłaci, przeklinam!
Upadł i skonał.
— Cóż mam do stracenia? — wołała Marya, wieszając się na szyi kochanka.
Już nic, nawet cnoty nie miała do stracenia.
Trupa wynieśli i biesiada szła daléj.
Nazajutrz, kiedy trumnę starca wynosili z domu, Marya siedziała w oknie zwieszona na szyi Bruna, śpiewając.
W rok wypędził ją Bruno z domu i umarła wkrótce od wściekłego psa pokąsana. Bruna konie, gdy szedł pijany, rozbiły na ulicy przed własnym domem.

III. Skutki i koniec.

Odtąd wisiało konającego przekleństwo nad tym domem, a niebo, jakby na sprzeczność stawiało zawsze obok — cnotę, pokój i szczęście. Zabójstwo, kłótnie, rozpusta, mieszkały w Piekle. Próżno zmieniali się mieszkańcy i dom stanął nowy — przekleństwo wisiało.
W roku 1629 mieszkała tam, jakeśmy powiedzieli, pani Dorota Janówna, a obok karaim Benjamin. Tegoż roku córka szewca na dole udusiła dziecię swoje; żona struła męża na pierwszém piętrze; ojciec zepchnął syna z okna na poddaszu. I kiedy który pogrzeb wychodził z jękami i płaczem z Piekła; kiedy stamtąd prowadzili winowajców na ścięcie, umarłych do grobu: do Raju zawsze wówczas widać było idące wesele, lub słychać było śpiew matki nad kolebką dziecka, modlitwę starca do Boga, błogosławieństwo dziada nad wnukami.
Lud omijał Piekło, lecz byli zawsze ludzie, co się tam mieszkać nie lękali, a żaden szczęśliwie nie uszedł. Zbrodnia za zbrodnią, za nieszczęściem nieszczęście w ten dom biegło.
W roku 1748 dnia 11 czerwca o godzinie 9 rano pożar, który całe miasto, ratusz, kilkanaście zniszczył kościołów i kilkadziesiąt pałaców, spalił Raj i Piekło, ludzie z nich jednak uciekli. W przeciągu roku potrafili go nakryć i mieszkalnym uczynić znowu. Panią podówczas była Joachimowa wdowa[11]. Zły los mieszkańców zdawał się mniéj prześladować, kłótnie tylko i swary bezustannie mieszkały jeszcze w Piekle.
Lecz w następnym roku 1749 dnia 8 czerwca drugi okropny pożar, gdy niszczył miasto, a z Raju wszyscy uciekli i mienie swoje wynieśli, tak, że szkody nie mieli: w Piekle śpiący ludzie pogorzeli razem z majątkami, inni na ulicę wyrwawszy się, strzaskanych murów kawałkami pobici, inni uratowawszy się ze strachu poumierali, kilku przez resztę życia żebrało w kalectwie, i wdowa sama, pani domu, w budce pod Dominikanami umarła, prosząc jałmużny.
Równo z tym pożarem znikły ślady przekleństwa starca i nazwisko Raju i Piekła. Odtąd żyją tam jak gdzieindziéj spokojnie, i ani Raj lepszy od innych domów sąsiednich, ani Piekło jest gorsze.

1834.




Było nas dwoje.
(improwizacya fantastyczna).


O, złote sny młodości! o, brylantowe marzenia moje! chodźcie tu do mnie, chodźcie, siądźcie na brzegu kielicha, zamąćcie skrzydłami napój i ulatujcie koło mnie na dymach wonnych Lataqué, Hawanny. Bez was tęskno na duszy i serce próżne kurczy się, wysycha, boli; bez was jestem sam jeden, z wami jest nas dwoje.
Co za rozkosz być we dwoje! — nic tak, jak wy pary tego świata, co ciałem blizko a sercem daleko! Kiedy jedno z was patrzy na lewo, drugie się w prawo obraca, — nie tak; ale tak we dwoje, jak powój z topolą, jak liście z drzewem, jak piorun z chmurą! tak we dwoje, jak krew i serce człowieka, jak zęby tygrysa i ciało jego pastwy, jak!... Wy mnie nie zrozumiecie! mniejsza o to; czyż na to się pisze, żeby rozumiano? — nie! tylko żeby czytali. Więc nie rozumiejcie sobie wy wszyscy, a ja będę pisał dlatego...
Ja i moje marzenia jesteśmy dwoje, jak kochankowie; pieścim się z sobą, ściskamy i tęsknim po sobie, kiedy nas zimny świat żelazną ręką rozdzieli, i wracamy do siebie znowu i znowu jesteśmy szczęśliwi.
Kiedyś, było nas dwoje, inaczéj. Nie było jeszcze marzeń, ale rzeczywistość rozkoszna jak marzenie, jak marzenie zmienna.
Było nas dwoje w niebie; graliśmy sobie na tym szerokim błękicie, graliśmy o gwiazdy i robiliśmy z nich bukiety dla kogoś, — o, nie powiem dla kogo! Wówczas było nas dwoje, nie mieliśmy nazwiska ani postaci, byliśmy jak jedno, a było nas dwoje i było nas w jedném dwoje.
Potém, przez ciemną jakąś noc boleści rozdzieleni, znaleźliśmy się dwoje nizko na ziemi, — i było nas dwoje, ale rozdzielonych mgłą, czasem, ludźmi, światem, życiem. A czuliśmy z daleka, że nas było dwoje i pociemku szukaliśmy siebie długo. I znaleźliśmy się i spojrzeli i nie śmieli się witać; bo poubierani w piękne dziecinne sukienki, nie poznaliśmy się oczyma, tylko duszą. A było nas dwoje tych samych, co w niebie.
O! Boże, jakże długo czekać było trzeba, nimeśmy powtórzyli znajome w niebie wyrazy: kocham ciebie, nim padliśmy w objęcia i skleili usta i zjednoczyli serca, nim znaleźliśmy się znowu dwoje jak jedno, dwoje jak w niebie.
Było tak, nie wiem, czy długo. Pachniały kwiaty, świeciła noc długa nad naszemi głowy i ptaszek śpiewał i wiatr dmuchał i niebo jasne, czyste i sklnące błyszczało nad naszemi głowami i wszystko to: kwiaty, ptaszki, niebo, wszystkie rozkosze były w naszém sercu, bo nie mieliśmy tylko jedno wielkie serce na nas dwoje!...
Potém przyszła, po téj nocy, druga noc czarna z burzą, z piorunem, z chmurami, drżeliśmy jeszcze i szliśmy razem. Piorun uderzył — czy uwierzysz? — z nieba! i zabił jedno z nas dwojga, połowę, ją, a z nią moje serce, bo było tylko jedno na nas dwoje. Zostałem się sam jedn, bez serca, i patrzyłem w niebo z rozpaczą, nie widziałem nieba tylko chmury — i byłem już znowu sam jeden, strasznie jeden, jeden jak jedno piekło, jak jeden Feniks, jak samotna szczęścia godzina, jeden jak robak okuty skałą, który nigdy świata nie zobaczy, który nigdy nie będzie we dwoje.
A wy nie wiecie, co to jest sam jeden! Patrzcie na nędzarza, który zgnił do połowy patrząc na wasze złoto, który sam jeden walczy z chorobą, głodem, zimnem, śmiercią! — ja byłem tak sam jeden, i gorzéj, bo nie miałem serca.
A wy nie wiecie, co to jest nie miéć serca? Jest-to być tak jak nóż lekarza, jak trucizna, jak źwierciadło, jak bogacz, jak kobieta, jak kamień. Jest to śmiać się a nie czuć śmiechu, płakać bez smutku, spać bez snów, budzić się ziewaniem, jeść bez ochoty, głodzić bez męki, zabijać bez zgryzot, kochać bez pocałunku. Jest-to być zimnym szatanem, który ma zapaloną smołę w miejscu, gdzie bywa serce, albo jaszczurkę, albo kawał kamienia.
Przysięgam, że mnie nie rozumiecie i myślicie, że ja siebie nie rozumiem; mniejsza o to; ja nie mam serca.
Byłem więc sam jeden; a wkoło były tysiące ludzi, a ja byłem sam jeden, tak, jak w worku zboża sam jeden jest robak.
Wiecie, com wówczas zrobił? O, pewno nie! Postawiłem sobie szklankę w piersiach zamiast serca i fajkę, potém położyłem się do góry nosem, jak po obiedzie, i zacząłem drzemać.
Przyszła kobieta taka piękna jak ona! różowa, biała, tysiące gwiazd miała w oku niebieskiém, a w sercu młynek, który tak latał prędko, prędko, a miał skrzydła motyle, a mlił... o, nie powiem, co mlił, bo nie wiem, dosyć, że mlił.
Westchnęła. Westchnąłem. Spojrzała w niebo. Ja — na ziemię.
— Jak się masz?
— Bądź zdrowa.
I poszła sobie. Widocznie nie miałem serca.
Przyszedł przyjaciel; w głowie pełno miał błota, w sercu dukaty, w ręku nadzieję; przyszedł i ukłonił się.
— Dzień dobry.
— Dobra noc.
— Jak się masz?
— Bądź zdrów.
Musiał pójść także — i zostałem znowu sam jeden.
Przyszedł ubogi; w sercu miał łzy, w głowie rozpacz, w ręku kij, a torbę na plecach.
— Pomóż!
— Spać mi się chce.
— Ratuj!
— Która godzina?
— Umieram!
— Bądź zdrów.
Poszedł i ten; nie miałem serca, leżałem sobie i piłem i latałem na obłokach dymu i byłem zawsze sam jeden, — a niebo było czarne i wiatr gderał i piorun łajał i błyskawica śmiała się szydersko... A ja się nie bałem, bo nie miałem serca, tylkom się nudził, bo nudno bez niego, i ziewałem, a zasnąć nie mogłem i czasem pamięć jak latarnia złodzieja błyskała mi w głowie przypomnieniem, że nas było dwoje!
Było nas dwoje... kiedyś dawno!... i jedno serce mieliśmy i jedno szczęście patrzaliśmy w jedno niebo i było nas dwoje w jedném... ale to dawno, dawno!...
Nudno było bez serca. Poszukam — myślałem — i kupię sobie za pieniądze i wprawię w piersi.
Wziąłem surdut, laskę, kapelusz i poszedłem serca szukać.
Zastukałem do pałacu. Było tam dużo ludzi i światła i sług i koni. Wszedłem na salę.
— Co tu robisz?
— Szukam serca.
— Gdzie? na balu?...
— Chcę kupić sobie; moje mi piorun spalił.
— Biedny człowiek. Proszę do tańca.
— Bardzo dziękuję.
Zbliżyłem się do jednéj panny, zastukałem do piersi i pokazałem worek.
— Czego chcesz?
— Serca na przedaż.
— Serca? — i zarumieniła się.
— Przeda ci piersi, jeśli chcesz — zawołał jakiś stary — ale serca nie, bo go nie ma.
Ukłoniłem się i poszedłem do staréj matrony, dałem jéj tabaki i pokazałem worek.
— Proszę siadać — rzekła z uśmiechem.
— Ach! z największą chęcią, oddawna go mam na zbyciu, nie było kupca; troszkę tylko zwiędniało, ale...
— A! ja nie chcę zwiędłego; upadam do nóg.
Poszedłem do jakiegoś jegomości. Był on wielki i rumiany. Musi miéć serce — myślałem — zapytałem go o nie.
— Zgodzim się o cenę — odpowiedział — śliczne serce, jak stryjaszka kocham; tylko go sobie trochę odczyścisz, bo wczoraj upadłem w błoto i powalałem.
— O, bardzo dziękuję! — odpowiedziałem uciekając. — Gdybym chciał błota, znalazłbym go dosyć.
Wyszedłem z pałacu, wszedłem do chatki.
— Otwórzcie w imię boże!
— Bóg z wami, a czego chcecie?
— Serca, matulu.
— Miała go Fruzia, ale go pan Leon wziął i pojechał z niém do Warszawy, może gdzie zgubił po drodze. Dobranoc.
Z chatki biegłem do domku szlachcica.
— Przedajcie mi choć jedno serduszko!
— Co? przedajcie?! — fuknął ojciec. — Szlachcic miałby frymarczyć, handlować! Precz stąd, bo ci uszy obetnę.
Uciekłem, alem się dowiedział, że mi go tam nie przedali, bo się gdzieś zawalało między stare sprzęty, że go oddawna napróżno szukali.
Pójdę choć do klasztoru — myślałem.
Laudetur.
In saecula. A co powiecie?
— Czy nie macie jakiego serca na przedaż?
— Wszystkie nasze odesłaliśmy do nieba; jest tylko jedno u ojca Dominika, ale go zostawił gdzieś w sklepie.
— Bądźcie zdrowi.
— Zamykaj furtę za sobą.
Poszedłem odpocząć i myślałem: Oczywiście, ja tu nigdzie nie dostanę serca, chybabym sobie kazał zrobić umyślnie; ale to znowu nikt nie potrafi. Ach! biéda, biéda! Lepiéj było we dwoje z jedném sercem, we dwoje jak w niebie!
Pewno się jeszcze nie domyślacie, jak-em sobie poradził. Myślałem długo i prawdziwie było nad czém. Nareszcie poszedłem do cukiernika i kazałem sobie zrobić serce z cukru. Będzie słodkie, to mnie pocieszy!... Dostałem je, ale prędko poznałem, jak-em się omylił. Było tylko nudne, i każdy kto się tylko we mnie go domyślił, ziewał, przewracał oczyma i uciekał...
Osobliwsza rzecz! z czego téż je zrobić, kiedy z cukru nie dobre? Kogo się tu zapytać? Hm! doktora! żeby téż doktór tego nie wiedział!... Zapłaciłem dukata i wyłożył mi jasno całą teoryę cyrkulacyi i wszystkie funkcye serca, dodał nawet, odprowadzając mnie za drzwi, domysł ten fałszywy francuskiego fizyologa, który w niém widząc organ męstwa, wielkości jego odwagę przypisywał.
Tym sposobem, chyba sobie jakie ukradnę ze słoja z anatomicznéj sali. Możeż być lepiéj zakonserwowane? w spirytusie!... Dobra myśl! Pobiegłem, udawałem, że patrzę, a doprawdy ukradłem — tak wiele ludzi robi. Przyszedłem do domu pełen radości, włożyłem je w piersi i pobiegłem na miasto popisać się z niém, jak drudzy z nowym frakiem uszytym na kredyt. Ożyło w piersiach, puka! Małom nie oszalał z radości! Będę więc mógł kochać znowu — i znowu będzie nas dwoje tak, jak to dawniéj było, choć nie tych samych dwoje, ale dwoje; czyż nie dosyć? — dwoje! dwoje!
Wkrótce jednak, jak się serce w piersiach rozruszało, poznałem, co to jest pożyczać. Uczułem wprawdzie, że mógłbym kochać, ale jakaś stara miłość odezwała się w tém marynowaném sercu drżąca, bojaźliwa, brudna. Cóż było robić? Lepiéj taka jak żadna!... I szukałem kobiéty, ale kobiéty żadnéj kochać nie mogłem. Licho nadało, żebym się pomylił i kobiece serce wziął z anatomicznego gabinetu!...
Poszedłem po drugie. Cóż znowu? nigdyż nie znajdę takiego, jak było moje pierwsze, jedno w nas dwojgu? nigdy? — ani kupię, ani znajdę, ani ukradnę?... Spróbowałem drugiego: młode było i męskie, ale jak zaczęło mi stukać w piersiach, tylko co mi ich nie rozbiło. To dobrze — myślałem — niech się tylko ustatkuje!... Trzebaż było jeszcze nieszczęścia, żeby mi go nieuważnemu złodziej jakiś odkradł na balu, — tak to kradzione nie idzie w pożytek!
Mnie i to jeszcze nie zraziło. Wziąłem znowu worek pieniędzy i poszedłem. Po drodze psa spotkałem.
— Jak się masz?
— Zdrów jestem.
— Dokąd bieżysz?
— Pieczeń czuję.
— A pan twój gdzie?
— Idzie za mną.
— A ty z nim idziesz, czy do pieczeni?
— Razem, umiem to pogodzić.
— Kochasz pana?
— Trochę mniéj od pieczeni.
— Jesteś z nim szczęśliwy?
— Uciął mi ogon i uszy.
— A tyś go nie porzucił, wierny Kastorze?
— Cóż? kiedy mnie karmił.
— A gdyby cię głodził?
— Poszedłbym szukać drugiego.
— Przedaj mi swoje serce; słyszałem, że je bardzo chwalono.
— O! najchętniéj; tylko w tym momencie serce moje jest w pieczeni, którą słyszę; potém...
Już reszty słuchać nie chciałem. Zamyśliłem się, u jakiego stworzenia serca sobie dostać. Zajęcze? — będę tchórz; krucze? — będę złodziejem; tygrysie? — będę bardzo zły; jagnięce? — to to samo co cukrowe. Pójdę do sowy; kto wié, jakie serce u niéj. Czekałem do nocy; w nocy poszedłem w las do starych zwalisk, stolicy sów. Już zdala ujrzałem ich tłum po świecących oczach; siedziały w rząd, na wpółspalonym dachu i śpiewały pieśń zgliszcza i smutku.
„Jak się świat cały spali — śpiewały — my usiądziem na popiołach i na węglach, upieczem sobie mnóstwo wróbli i będziem jeść i śpiewać i panować“.
— Upadam do nóg.
— A kto tam?
— Uczciwy człowiek, który sobie szuka serca do kupienia.
— A wiele wróbli przyniosłeś?
— Żadnego, ale mam pieniądze.
— Co mi dasz za serce? — zawołała jedna.
— Ten worek.
— Zgoda; ale za niego kup mi wróbli i piękny stary zamek spalony, w którymbym panować sobie mogła.
Jak tylko dostałem serce sowie, stałem się ponury, lunatyk i strasznie mądry, mądry do tego stopnia, że wiedziałem, jakiego koloru były rzemyki u koturnów Juliusza Cezara... Ale ja i pantofle tego bohatera nie byliśmy dwoje i nie mogłem być rad z sowiego serca; wyrzuciwszy je więc, siadłem na progu domu i zacząłem płakać, bo byłem sam jeden na całym świecie!...
Żadne nie mogło mego młodego serca zastąpić; żadna kobiéta mojéj pary, nas dwojga, dosztukować; byłem sam jeden; a na niebie było czarno i północ biła we wszystkich miastach świata po kolei, tak żem ją słyszał od południa do południa; — a zawsze dla mnie była północ, ta godzina samotników...
Nagle, jakgdyby mi się oczy otworzyły, myśl złota skoczyła do głowy: pójdę do grobu i wyjmę stamtąd moje serce. Zimne już było, suche i stare; włożyłem do piersi, moje własne a biło w nich jak cudze i musiałem w duchu pomyśléć, że serce jest sercem póty tylko, póki jest młode.
Poszedłem na świat, chciałem się niém z jakąkolwiek kobiétą podzielić; wszystkie chciały młodego, a moje w grobie leżąc długo, stęchło i postarzało; połowę nawet podobno szczury zjadły.
O! moja luba, tam w niebie, dokąd powrócim znowu dwoje, dadzą nam nowe serce, które zawsze będzie młode, jak było nasze na chwilę tylko tutaj na ziemi. O! moja luba, czekaj tam na mnie, tam będziem dwoje, dwoje w jedném, jak-eśmy byli wówczas, kiedyśmy wiązali z gwiazd bukiety! O! moja luba, powrócim tam kiedyś razem i nazawsze i będziem mieli jedno serce a dwoje dusz sklejonych, uściśnionych z sobą na wieki, złączonych jak dwa skrzydła motyla — jedném sercem! O! moja luba, czekaj tam na mnie, a ja tymczasem pójdę na obiad i upiję się sobie, bo cóż robić, kiedy serce takie zwiędłe i stare...

18 września 1835. Wilno.




Pożar zamku wileńskiego.
(szkic historyczny).


Ten krzyczał: gaście ogień, tamten: ogień gaście.
Krasicki.

Król Jegomość Zygmunt trzeci walczył z wojskami na granicy, a królowa Konstancya z maleńkim synem Kazimierzem, zdana na opiekę swoich urzędników dworu i starszych panów litewskich pozostałych w domu, bawiła w Wilnie, aby bliżéj być teatru wojny i męża, który przeprowadziwszy ją powolnie z wyraźném ociąganiem do Wilna, dał powód swoją ociężałością i przywiązaniem do żony, szemrania przeciw sobie współczesnym i późniejszym, którzy na kartach historyi zapisali potém świadectwo, że Zygmunt więcéj kochał żonę, niż swój kraj przybrany.
Był to wieczór, a nabożna królowa wracała właśnie z nieszporów z zamkowego kościoła. Zmierzch padał — cicho było w mieście, tylko wiatr zachodnio-północny wył i szumiał w dziedzińcach i korytarzach zamkowych, powiewając czarną suknią królowéj i długiemi zasłony panien jéj fraucymeru. Ona spieszyła przez dziedziniec do pomieszkania swego naprzeciw kościoła, spoglądając czasem niespokojnie na niebo czarne, na którego tle zachodniém, czerwoném, wisiała ciemna ogromna chmura, od ostatnich słońca promieni zakrwawiona u spodu.
Królowa patrzała na ten straszny zachód i żegnając się powoli, odezwała się cicho do ochmistrza swojego dworu, który szedł za nią:
— Nie będzie nic podobno z jutrzejszéj naszéj pobożnéj przechadzki.
A ochmistrz obejrzał się wkoło posępnie, jakby się gniewał na niebo i wzrokiem chciał mu grozić, a potém odpowiedział pokaszlując:
— Do jutra daleko jeszcze, Najjaśniejsza Pani!
— Nie wiemy ani dnia ani godziny — szepnęła królowa, wchodząc na schodki prowadzące do jéj mieszkania. — Możemy dziś pomrzéć jeszcze! pomrzéć! pomrzéć! — i z głębokiém westchnieniem powtarzała ten wyraz wiszący nad jéj duszą rozkrwawioną, jak owa chmura na zachodzie. — Niech się Bóg duszy naszéj przynajmniéj zlituje — dodała ciszéj i umilkła.
Potém w religijném zamyśleniu szli po schodach marmurowych, a ochmistrz prowadził ją poważnie pod rękę, oglądając się czasem na panny fraucymeru niedyskretnie szepczące i świergocące między sobą może o jego cienkich nogach i niezgrabnym chodzie, z którego zwykły były żartować zawsze.
Uciszyły się jednak wkrótce, bo je posępna powierzchowność ciemnych i milczących korytarzy, po których zimny wiatr chodził stukając otwartemi oknami, z wesołości wyprowadziła.
W oddaleniu odzywały się dzwony pacierzy, smutno, powoli — cały dwór ukląkł zmówić Anioł Pański i znowu cicho było — cicho jak w grobie.
Są czasem takie chwile uciszenia smutne i poważne — straszne w mieście, bo zdaje się, że cała jego ludność wymarła i zostały tylko mury i ziemia pusta bez ludzi, bez zwierząt, bez ruchu i życia.
Fraucymer królowéj po połowie z Niemek i Polek złożony, ciągnął się za nią daléj. Wszędzie przy zmroku widać było w krucyfiksach, obrazach świętych, napisach biblijnych, naczyniach do święconéj wody, pobożność królowéj, która na klasztor zmieniła wesoły zamek Zygmunta Augusta.
Potém otworzyły się szeroko drzwi komnat królowéj i weszła ona, a z nią ochmistrz i panny — w drugiéj sali pozostali mężczyzni, a część dworu poszła daléj z królową, tam gdzie ona jak najśpieszniéj dążyła do kolebki dziecięcia swego. Pochylona nad nią, z całą matczyną troskliwością patrzała na sen spokojny dzieciny, która na miękkich poduszkach różowych, osłoniona, kołysana, zasypiała snem zdrowia i pokoju.
O! gdyby jéj był kto wówczas losy tego ulubionego syna powiedział, które z nim spały jeszcze na miękkich poduszkach wyszywanych w snopki Wazów, lwy szwedzkie i korony!... Ona nie przeczuwała, że za ciemną zasłoną przyszłości leżały jego księże suknie, korona, którą miał zrzucić z głowy i grób w dalekiéj obcéj krainie przy nieznanéj światu kobiécie, która mu miała słodzić ciężkie rządów, wojen i nieszczęść wspomnienia.
Po chwili wróciła królowa do swojéj komnaty, zrzuciła z siebie czarne wierzchnie suknie, które nosiła na oznakę smutku po po odjeździe męża, zdjęła różaniec, kazała złożyć na ołtarzyku pokojowym swoje księgi do nabożeństwa, błyszczące bogatemi klamrami, i usiadła. Fraucymer powoli się rozszedł, zostały tylko trzy panny, dwie Niemki, jedna Polka — lecz wkrótce nadszedł ojciec jezuita, przełożony domu professów, i z tym zawiązała się długa pobożna rozmowa[12].
A zmierzch się powiększał i dnia ostatki tonęły w nadchodzącéj nocy — krwawa czerwoność nieba na zachodzie zmieniła się w złotą bladość coraz ginącą — wiatr wył coraz mocniéj, a chmura czarna płynęła po niebie, rozpędzona wiatrem po całym widnokręgu. — Dano świéce w pokoju królowéj, jezuita wyszedł, a panny powróciły.
Nowe modły zaczęły się przed nadchodzącą nocą. Królowa sama uklękła na poduszce u ołtarza, a lektor czytał modlitwy, które za nim półgłosem wszyscy powtarzali. Skończyło się na długich litaniach, przerywanych niekiedy biciem wiatrów w drobne szyby okien i dalekim chmur szumem.
Po modlitwach wszyscy wyszli, prócz dwóch panien, które układły królową do łóżka — drugie dwie u progu przy łóżkach, na których sypiały, mówiły jeszcze resztę wieczornych pacierzy, a w czasie rozbierania się do snu, jedna jeszcze czytała głośno i powoli żywot świętéj Kunegundy.
Nakoniec i te ostatnie głosy ucichły. Królowa położyła się, ucałowawszy relikwie nad głowami łóżka wiszące, i lampa tylko błyskała przed obrazem Najświętszéj Panny. Na dworze noc była i wszyscy usypiali. U dolnych mieszkań chodziła warta miejska w milczeniu — zdala odzywały się grzechotki stróżów nocnych i szum młynów, niedaleko stojących — świeciły światła migające w wysokiéj latarni zamkowej i oknach domu halabartników, część straży utrzymujących, którzy grą i piciem odpędzali sen gwałtem cisnący się do oczu.
Tymczasem, gdy zamek spał cały, prócz czuwającéj latarni i halabartników, w mieście gwar i szum się począł. Dwa domy na Zamkowéj ulicy ogniem się zajęły — nieprędko rozbudzeni mieszkańcy o ratunek wołać zaczęli, a wiatr zachodni rozdmuchiwał ognisko i z dwóch cztery, ze czterech kilkadziesiąt domów się zajęło! A na chmurze, płynącéj po niebie wysoko, już się pożar odbijał, czerwieniało niebo, leciały iskry, zbiegali się z hakami i wiadrami ludzie, krzyki rosły, rosła ciżba i jęki, przybiegła straż miejska ratować, obudziły się dzwony, wzywając litości dla pogorzelców.
Wiatr śmiał się z ich starań i krzyków, pożar świszcząc, łamiąc dachy, mury, drewniane kletki, kościelne blachy topiąc szedł groźny, rozszerzał się w tę, drugą i trzecią stronę, rósł i leciał pędem piorunu. Spiący płonęli w ogniu, a ci, co się pobudzili, krzyczeli płacząc nad sobą i mieniem, które tonęło w strudze ognistéj. Gdyby Wilii wody wystąpiły były z brzegów na zalanie pożaru, nie byłyby go już zmogły, tak się prędko rozciągnął, urósł w siłę i jednym ciągłym sznurem pogorzelisk dymiących połączony, szedł daléj ze śmiercią i nędzą! Czasem wicher chwytał belkę, lub kawał dachu zapalony, niósł go ponad miastem i rzucał na drugą ulicę i mieszkania oddalone, bezpieczne napozór, a w téjże chwili, z drugiego końca, rodził się pożar, wznosił i szedł łączyć z wielkiém ogniskiem.
Straszna to noc była Wilnu, kiedy jego mieszkańcy w pierwszym twardym śnie schwyceni, ujrzeli wkoło siebie nieprzełamane wały płomieni i nie wiedząc gdzie biedz z ratunkiem, nigdzie nie biegli i nie ratowali. Wśród czarnéj nocy, buchało ogniem wielkie miasto, jakby się ziemia otworzyła i podpaliła je całe w jednéj chwili.
Cała ludność była na ulicach; starzy, dzieci, kobiéty ze snu porwawszy się, bez odzieży, bez przytomności patrzali na domy i majętność swoję płonącą i płakali; słychać było jęki zamkniętych w płomieniach — czasem blade ich twarze pokazywały się z dymu buchającego przez okna, czasem śmielszy z nich padał z wysoka i rozbijał się na bruku.
Kościoły pełne były ludu, z zapalonych wynosili księża i lud krzyże, chorągwie, świętości, złote i srebrne naczynia, księgi i skarby — do nietkniętych ogniem jeszcze; znosili mieszczanie resztę ocalonych rzeczy rzucając je pod boską opiekę. Dzwony dzwoniły, szczęk, hałas, krzyki, trzask palących się domów, rozchodził się wkoło. Do ratusza mieszczanie, rajcy, burmistrze, ławnicy, wójt miasta biegli ocalać swoje przywileje. Cechy unosiły chorągwie patronów, żydzi modlili się w pół spalonéj szkole, rabusie kradli i zabijali korzystając z zamieszania — powozy i konie panów, kufry, posłania, sprzęty, księgi, zawalały rynki i ulice.
Straszna to noc była!
Już pożar z dwóch stron obejmował zamek i miał go zupełnie opasać płomienistą zaporą, już z bliższych domów wynosili się mieszkańcy, a w zamku cisza jeszcze była, jakby wszyscy pomarli, kilku halabartników kręciło się po pierwszym dziedzińcu, a królowa i dwór jéj w oddalonych trzeciego podwórza komnatach spali jeszcze głęboko.
Niepojęty był ten sen wśród wrzasku i huku wznoszącego się potężnie pod niebo — a jednak tak było — i stało się, że chcący potém z zamku uciekać już nigdzie uciekać nie mogli, chyba za rzekę, bo z téj strony całe miasto było wielkiém ogniskiem.
Kiedy płomienie przez szczyt kościoła świętego Stanisława i zabudowania zamkowe zaglądać poczęły i bić czerwonym blaskiem w okna królowéj, dopiéro jedna z panien obudziła się. Przetarła oczy i ujrzała światło, usłyszała zgiełk daleki i krzyki i szum i mocne stukanie do kilku drzwi. Myślała, że to dzień jaśniał tak czerwono, miasto huczało, a która z panien stukała. Ale podniósłszy się trochę, ujrzała przez okno na niebie czarném iskry i czerwone dymy słupiące się ku górze, rozpoznała, że głosy oddalone nie były radośnym krzykiem przebudzenia i wołaniem życia, ale jękiem śmiertelnym, a u drzwi posłyszała drżący głos ochmistrza dworu:
— Pożar! pożar! Budzić Najjaśniejszą Panią!
Nagle z drugiéj strony od pokojów fraucymeru królowéj, z rozpuszczonemi włosami, w pół nocnym, pół rannym stroju, wbiegło pocichu panien kilka, — jedna z nich ze zwykłą w takich razach kobiecą prędkością, wołać zaczęła do przebudzonéj:
— Pożar objął z dwóch stron! już niéma prawie dokąd uciekać — całe miasto w ogniu — trzeba obudzić królową, trzeba iść stąd, prędko — prędko!!
I wszystkie pobiegły do łoża królowéj — ona spała mocno utrudzona modłami całodziennemi. Jedna śmielsza chwyciła Konstancyą za rękę, — i wnet królowa podniosła się, żegnając machinalnie i wielkie czarne nagle otwierając oczy.
—  Ranek — zawołała — czas na mszą? jaka pogoda?
— Pożar! pożar! — przerwały jéj panny razem wszystkie, — pożar! dochodzi już do zamku, Najjaśniejsza Pani. Oto łuna świeci w oknach — trzeba uciekać — całe miasto się pali — trzeba uciekać za rzekę.
— Mój syn! królewicz! — zawołała, porywając się królowa, i gdy połowa panien się rozbiegła, ona wyskoczyła z łóżka i klękła przed relikwiami — pierwsze jéj poruszenia było do Boga, ale łuna czerwieniejąca na ścianach przez okna, i krzyki rosnące i zbliżające się nie dały jéj się modlić. Wszystkie panny razem ubierały ją, ona wołała o syna i nim się odziała do ucieczki, wszedł ochmistrz blady i niespokojny, wniesiono królewicza w pieluchach, włóczyli się dworscy z pochodniami drżący i milczący. W komnatach zgiełk i ruch powstał prędko, zabierano sprzęty, dziedziniec napłynął ludźmi, z okien zamkowych rzucono kufry, pudła, pościele, obicia — po schodach zbiegały panny w bieli i załamywały ręce, patrząc, jak ognisty deszcz iskier sypał się na przeciwległy kościół świętego Stanisława, jak głownie padały wśród dziedzińca, a wiatr unosił dym czarny, gorący, i wył przeraźliwie. W tém wyciu słychać było krzyki zlane w jeden wielki, a wyżéj nad wszystkie głosy dźwięczały dzwony rozmawiające z sobą z wierzchołków wież kościelnych, głosem przerywanym trzaskiem pękających murów.
Wnet po pannach, które do królowéj nazad z doniesieniami pobiegły, wyszedł z jéj rozkazu kapelan ubrany w komżę i stułę, z wielkim krzyżem srebrnym, w którym zamknięta była część Drzewa Krzyża Świętego — przed nim niesiono obraz Najświętszéj Panny wzięty z pokojowego ołtarza. Trzykroć kapłan żegnał płomienie w imię boże — i nie ustąpiły — słowa jego i zaklęcia tonęły w wrzasku i szumie a na komżę pryskały iskry — bo już i część jedna zamku z przerażającą szybkością płonęła.
Nic nie pomogło! taka była wola Boga, i ogień się przybliżał...
Zostawiwszy ratunek zamku i ruchomości reszcie swojego dworu, wyszła nakoniec królowa Konstancya z całym fraucymerem swoim, aby się ucieczką ratować. Ją i królewicza nieśli w lektyce, panny biegły za nią popłoszone, a suknie ich białe świeciły i migały wśród nocy na ogrodach, któremi prędko śpieszyli do Wilii, aby się przez nią na drugi brzeg koło młynów przeprawić.
Oglądały się za siebie i widziały zamek i kościół opasany płomieniami, i niebo, jasne w środku, po brzegach czarne, i płomień płynący po dachach wzdłuż, wpoprzek, jak rzeka ognista.
Stanęli u brzegu — koło młynów — do mostu Zielonego[13] daleko jeszcze było, a i tam pożar już się wcisnął. Królowa chciała się przeprawić, ale nikt wprzódy nie pomyślał o przygotowaniu łódki dla niéj. Wyskoczyła Konstancya z lektyki załamując ręce, płomień już był blizko, iskry z dymem goniły za niemi, w Wilii świeciła łuna odbita z czerwonych obłoków — łódki nie było.
Rozbiegli się dworzanie — oczekiwanie było straszne i długiém się wydało; wszystkie kobiéty klękły na brzegu i modliły się jęczącym głosem boleści do Boga, do świętych patronów swoich, przerywając mowę krzykami, obracając mimowoli oczy na miasto — na brzeg przeciwny Wilii — łódki nie było jeszcze — strach i pożar coraz bliżéj. Oczekiwanie było krótkie, lecz wiekiem się wydało przelęknionym, których serce przez oczy patrzało na brzeg zbawienia, zasypany mieszkańcami przedmieścia, proszącemi Boga, aby od nich tę klęskę odwrócił.
 Wołano na nich, aby łódkę podali, pokazywano królową, lecz oni nie słyszeli wśród huku i wrzasku, giestów nie rozumieli, a fraucymer biało ubrany brali za procesyą dominikanów.
Żadnéj łódki na rzece. Królowa wśród modłów i rozpaczy tuląc syna do siebie, widząc gęściéj padające wokoło iskry, głownie i szmaty zapalonych dachów, chciała już biedz do mostu, lecz most się palił. Wtém nad brzegiem pokazało się kilku ludzi niosących łódź i wiosła, ale jednę łódź tylko.
Nic nie pytano, nie mówiono, przewoźnik usiadł, za nim królowa poszła i dziecię — chciały siadać panny, lecz dwom tylko miejsce zostało, a wszystkie się cisnęły płacząc. Królowa chciała wybrać towarzyszki, ale już posłuszeństwa nie było, spieszniejsze wskoczyły do łodzi, a przewoźnik odbił od brzegu, przy którym reszta dworu została.
I nikt w tym przestrachu nie widział, jak biegła łódź królowéj, jak się przechylała dla ciągłych poruszeń siedzących w niéj osób, jak ją pęd rzeki unosił, jak królowa wznosiła ręce, jak się zbliżyli do brzegu i przybili nareszcie, jak usiadła i uklękła dziękować Bogu.
Potém panny wszystkie razem ujrzały łódź idącą ku sobie i milczały — a oczy ich błyskały okropnie — zazdrość, niespokojność, chęć życia, przestrach świeciły w nich. Przewoźnik stanął u brzegu; kilka ich wskoczyło odpychając drugie — łódź odbiła, płynęła, chytała się — i przepłynęła. Potém wróciła nazad i tak dwa razy szczęśliwie się udało. Ale panien było wiele, a łódź jedna; przewoźnik, coraz bardziéj zmęczony i słabszy, poglądał na dom swój, lękając się o żonę i dzieci, trzeba było wiele złota i więcéj zaklęć jeszcze, aby go do dłuższego przewożenia zniewolić. Za trzecim razem ledwie władał rękoma, a panien siedziało więcéj niż zwykle, łódź nurzała się po same brzegi; w środku Wilii pochwycona pędem przechyliła się, przestraszone rzuciły się w drugą stronę, przewróciły ją i wszystko zatonęło... Przewoźnik jeden umiał pływać, białe suknie panien migały tylko chwilę nad wodami i ręce ich i głowy pokazywały się czasem — potém woda płynęła spokojnie i nic nie widać było. Nikt nie ratował — potonęły.
Jeszcze kilka łódek pokazało się potém, lecz wiele z nich dla zbytniego przeładowania i przestrachu przewożących potonęło, tak, iż w téj przeprawie znaczna część panien fraucymeru królowéj życie straciła.
Miasto po tym pożarze, dnia 1 lipca 1610 roku, na długo zostało tylko zgliszczem popiołów. Spłonęło domów, jak piszą, 4,700, a dziesięć kościołów, z których katolickich siedem, a trzy reformowane[14]. Niższy zamek prawie cały. Przypisywano niechęciom narodowym i wojnie przyczynę pożaru, który według tego z podpalenia miał powstać. Pamiątka jego pozostała w książeczce Jana Eysymonta pod tytułem:
Threnodia, albo żałosne pienie o zgorzeniu Wilna stolicy W. X. Lith. które się stało dnia 1 lipca 1610 z wielkim żalem wszystkich obywatelów, etc. etc. etc.

1836.




Pińsk i Pińszczyzna.


I.

Gdy gdzieindziéj potrzeba dla odkrycia nowych i nieopisanych krain płynąć jak Ross przez lody, lub iść do źródeł Nilu, gdzie już tylu zginęło; kiedy gdzieindziéj podróżni zmuszeni są bardzo dawno wiadome, widziane, opisane, oklepane rzeczy powtarzać coraz na inszy sposób, kiedy już aż do znużenia wymalowane są, objaśnione, upoetyzowane i brzegi Renu i góry Szkocyi i biedne chaty wieśniaków Irlandyi (gorsze daleko od naszych); kiedy nowych zwierząt naturaliści muszą szukać w głębi ziemi (mamuty), nowych roślin na dnie morza (algi): — u nas, w krajach słowiańskich, wszystko jest jeszcze w stanie dziewiczym do opisu, do wynalezienia i odkrycia przed światem. Stern czy Pallas, Humboldt czy miss Trollope, Basil-Hall i książę Pückler-Muskau, każdyby tu swój rodzaj podróży mógł z korzyścią przedsięwziąć, do każdéj z nich znajdują się jeszcze nietknięte materyały. Proszę naprzykład, kto opisał Pińsk i Pińszczyznę, choćby tylko pod względem malowniczym? kto ocenił także wartość handlową tego zakątka? Dotąd nikt podobno, a nasz opis jest tak lekką próbką, że i po nas można będzie odpowiedziéć: nikt jeszcze.
Nie mogę opisywać podróży mojéj z Prużanéj do Pińska, boby to była najnudniejsza frazomachia, jakąście w życiu czytali, a ja pisałem. Cóż? kraj lasu, piasków, błota, ubogiego ludu, żydzi brudni, odarci i odzierający, karczmy śmierdzące, mosty drżące i pogruchotane, groble, po których jadąc, trzeba zębami dzwonić ze strachu, żeby się wszystkie kości nie potrzaskały — lasy smutne sosnowe, sosny nawet rachityczne, garbate, kulawe, pełno korzeni na drodze, czasem krzyż na rozstaju, cerkiewka stara podparta na kulach. A wsi! Chaty do pół w ziemi, psy chude, lud chudy i pół nagi uwędzony w dymie, żółty; dzieci z rozczochranemi włosami, nareszcie nic doprawdy ciekawego. W miasteczku tylko Chomsku nowy kościół, podobny zupełnie do rondelka z pokrywą, któremu rękojeści braknie, a mógłby się wybornie przydać do odsmażenia podwieczorka Gargantuy. Koło Bezdzieża pomnik zabitemu wojownikowi.
Nareszcie zbliżamy się do Pińska, gwiazdy swoich okolic, miasta, które z Białém i Czarném morzem ma związki, siedzącego jak żyd bankier na wielkim gościńcu, po kolana w błocie, na worku soli, z trzosem rubli. Zdaleka naprzód pokazuje się wieża eksjezuickiego kościoła. Jedziesz po piasku, oglądasz się, sterty, karczmy, topole, zdaleka nad drogą niby wiatraki uwiązane na pokucie, niby domy z pięćdziesięcią kominami, nakoniec wielki słup wprawo z rzeźbami P. Jezusa, N. Panny i ś. Jana. Chcę wyczytać napis chorągiewki, datę pamiątki, napróżno — hieroglify jakieś.
Zbliżamy się do rogatek. — Stój! — Przychodzi Izraelita z wielkim rożnem, pakuje go pod brzuch tobie, twojéj bryce, tłómokowi, szuka i wącha wódki. Nie wolno jéj bowiem wwieść chyba w żołądku. Obejrzany wjeżdżasz nareszcie w ulicę szeroką, błotnistą, między dwoma rzędami domów. Gdzieniegdzie murowany, gdzieniegdzie nowy drewniany, reszta schylone, stare, koszlawe. A wkoło idą procesye długie czumackich furmanek, furmanek z pod Kobrynia, Prużanéj, z całéj okolicy na kilkadziesiąt mil wokoło, które tu zboże wiozą, a sól, dziegieć i t. p. stąd nazad transportują, koło nich, handlu tutejszego przewodnicy żydzi plączą się i kręcą w lisach, szopach, popielicach, baranach, z brodami żółtemi, krwawemi, szaremi, czarnemi, białemi, bez bród, w czapkach, kapeluszach, pończochach, boso, w butach dziurawych, w trzewikach i całych pantoflach etc. Jedziesz daléj przez rynek ożywiony, a naprawo od ciebie wznosi się facyata eks-jezuickiego kościoła i wały niegdyś zamczyska. To nam przypomina, że powinniśmy choć kilka rysów historyi miasta i okolicy rzucić tutaj.

II.

Obszerniejsze jest daleko Polesie, niżeli ta część kraju, którą pod jego imieniem opisujemy. Jest raczéj kilka jeśli nie więcéj Polesiów, a historya śledząc w nich dawnéj posady Jaćwieżów, Jazygów, Metanastów, Getów, nie wié nawet, dla rozciągłości kraju zwanego Polesiem, gdzie ich właściwie szukać. Kraj, pod imieniem Polesia znany, rozciągał się od Rusi i Wołynia, ku Prusom, Mazowszu i Litwie, zajmując dawne województwa podlaskie, brzeskie, nowogrodzkie i ziemię chełmską. Część województwa brzeskiego zwała się długo Polesiem. Témże imieniem zowie Kromer Podlasie dzisiejsze, a Stryjkowski mieszając Podlasie i Polesie, wołyńskie już Polesie Podlasiem nazywa. Ziemia chełmska ma swoje Polesie od Chełma idąc ku Ratnowi. Jest także Polesie nowogrodzkie sąsiednie Pińszczyznie i Mozyrowi. Pińszczyzna sama zwała się Polesiem litewskiém. Naruszewicz wnosi dla tego tylko imienia, że w całéj rozciągłości Polesia siedzieli Jaćwieże. Jednakże dla imienia, pochodzącego z położenia naturalnego, nie zdaje się być podobna siedziby ich tak daleko rozciągać, gdy skądinąd znajdujem na brzegach Polesia wołyńskiego i litewskiego, Krywiczan i Drewlan.
Znaczną jednak część Polesiów zajmowali niechybnie Jaćwieże, późniéj tak zniszczeni, że ich śladu już na téj ziemi nie zostało, ani języka, który musiał być cale różny od słowiańskich, a więcéj litewskim podobny, ani obyczajów, które cale obce będąc, mogłyby się odznaczać jeszcze.
Jaćwieże - poleszuki napastowani od Polaków i Rusi, dwoma wiekami przed Kazimierzem W. ścieśniać się podbojami sąsiadów zaczęli. Włodzimierz Swentosławowicz w X-tym wieku wziął od nich część Polesia wołyńskiego i odtąd, jak się zdaje, poczęło tu wchodzić wyznanie greckie. Bolesław Chrobry szarpnął ich od Prus; tenże idąc na Kijów i dobywając go, zabrał u Rusi podbite przez nich Polesie. Jarosław, książę kijowski, który ku Mazowszu ciągnął za Mieczysława II, część podlaskiego Polesia osadził Rusinami. I to ma być początkiem Rusi na Podlasiu.
Kazimierz I, Mnich, zbiwszy Poleszuków z Masławem sprzymierzonych, przywrócił Polsce dawne polskie Polesie. Późniéj Swentopełk kijowski znowu się przyłożył do zniszczenia Poleszuków. Zajął on Polesie wołyńskie. Nareszcie Polesie przeszło całkiem do Polski. Lecz do roku 1520 Polesie litewskie nie rozdzielone należało do juryzdykcyi wojewody trockiego. Dopiéro o tym czasie Zygmunt I w Toruniu stworzył województwo podlaskie i w niém część Polesia zamknął. Inne Polesia do Wołynia, a z Wołyniem do Korony należały.
W XII-ym wieku sławna była wyprawa Kazimierza Sprawiedliwego na Jaćwieżów - poleszuków w r. 1192. Wtargnął on z wojskami w część Polesia podlaskiego, mimo oporu, jaki mu stawiły niedostępne biota i puszcze. Wypadek i szczegóły téj wyprawy ducha i charakter Jaćwieżów pokazują. Gdy mszcząc się pustoszeń na Mazowszu szedł już do Drohiczyna Kazimierz, zlękli się napozór Jaćwieże o swoje głowy i bożnice. Wyszli ofiarując mu pokój, poddaństwo, a dla pewności — zakładników.
Uspokojony, przyjął ich Kazimierz, wojsko się rozłożyło nieostrożnie, a czas upływał. Tymczasem Jaćwieże korzystając z przewłoki, porobili w miejscach niektórych zasadzki, na jakie zdobyć się mogli, popodcinali drzewa, pozawalali drogi, i lekce ważąc życie zakładników, gdyż wierzyli w nieśmiertelność, wpadli na Polaków. Trzeba się było ratować ucieczką, — a ta ze wszech stron była zamknięta, zewsząd stali Poleszucy broniąc przejścia, wycinając w pień wojsko. Tém do ostateczności przywiedzeni Polacy rzucili się na tłumy barbarzyńców, co tak dzielnie swego kraju broniły, i pobili ich. Królik ich złożył podarunki i przysiągł na wierność.
Nieustanne wojny, a potém najazdy zniszczyły Jaćwieżów do szczętu i kraj ten wyludniły. Sąsiednia Ruś osiedliła się w nim.
Następnie jednak imię Polesia, z wycięciem lasów i większém zaludnieniem kraju, nowemi jego podziały do większéj już części ziemi stosować się zaczęło. To Polesie, którego tu niektóre rysy skreślamy, przejrzeliśmy od Pińska do Łucka i Ołyki.
Nazwisko ogólne kraju samo w sobie ma łatwą etymologię naturalną, i nie wiem, skąd się mogło wymarzyć cudzoziemcowi Malte-Brun, albo skąd wziął pomyłkę, którą w swoim obrazie ziem niegdyś polskich popełnił, pisząc: — „Błota, któremi jest zalane, podobne do morza, dały mu imię Polesia“ (??).

III.

Otaczające Pińsk błota nad Piną i Jasiołdą, mnóstwo rzek i rzeczułek przerzynających je dały powód jednéj z najosobliwszych bajek, jakie kiedy stworzyć mogły domyślność ludzka i niespokojna ciekawość. Bajka ta urosła z położenia kraju i z pozoru jego w czasie niezmiernych wylewów wiosennych, zatapiających ogromne przestrzenie błot i łęgów. Podanie to głosi, iż kiedyś, bardzo dawno, morze Czarne (Pontus Euxinus) aż pod Pińsk podchodziło, lecz kiedyś, jakiś potężny monarcha kijowski rozciął góry, spuścił zatrzymane wody, i zostały się tylko błota. Lepiéjże już było morze zostawić niż błota! Na dowód tego cytują kotwice pługiem wyorywane po polach, ale gdzie, kiedy, przez kogo — tego nie piszą.
Pierwsze wspomnienie Pińczuków u Nestora znajduje się około r. 1097, gdy ich z Brześcianami Mścisław syn Swentopełka, do obrony Włodzimierza od Dawida wezwał i z niemi się złączył. Ktoby zaś był założycielem Pińska, jaka to była pierwotna osada? — nie piszą. Trzeba wyznać, że cudownym instynktem u zbiegu tylu rzek, w miejscu na przyszłość dla handlu tak mogącém być ważném, położyła się.
W XIII wieku Pińsk był schronieniem Wolstynika i zabójców Towciwiłła, Wolstynika, którego tak okropna śmierć czekała wkrótce we Włodzimierzu, z ręki ks. Leona (1267). W tym czasie mowa jest u kronikarzy o monasterze greckim pińskim, nie wiadomo, czyli tak nazwanym dla tego, że był w samym Pińsku, czy tylko w okolicach. Wnosim, że już tu także obronne być musiało zamczysko, które wody więcéj od wszystkiego bronić mogły. W połowie blizko XIV wieku stolica małego księstewka, składającego się z Mozyra, Pińszczyzny właściwéj i Polesia wołyńskiego, dostaje się w dziale Narymundowi, synowi Gedymina, urodzonemu z Widy w r. 1277. Ten Narymund, książę piński, wedle ruskich kronik w bitwie z Tatarami wzięty, wykupiony przez Iwana, księcia moskiewskiego, chrzci się pod imieniem Hleba, zdaje się, że około Nowogrodu przesiaduje i umiera około 1340 r. Synem jego zapewne jest Jerzy Narymundowicz, książę bełski.
Drugi Narymund, książę piński także, pokazuje się synem Olgerda a bratem Jagiełły; powieszony pod Wilnem i rozstrzelany przez krzyżaków. Miał na chrzcie imię Wasil. Tak się podpisał na przysiędze posłuszeństwa i wierności Władysławowi Jagielle w r. 1386 w Łucku. On téż oddawał Halicz królowi Jagielle w r. 1387. Wszędzie pisał się: Dux de Pińsko. Po nim chociaż z tym tytułem znajdziem jeszcze kilku książąt, wkrótce księstwo do województwa brzeskiego, z całą niegdyś dzielnicą, a z niém do Wołynia przechodzi.
Pod Pińskiem a przynajmniéj w blizkości jego, w r. 1527 książę Konstanty ostrogski pobił dwadzieścia kilka tysięcy Tatarów, którzy wprzód okolice Pińska i samo podobno miasto splądrowali i zniszczyli.
Za buntów kozackich ciężkiego losu doznało miasto, a mianowicie w r. 1648, za przeniewierstwo i utrzymywanie strony buntowniczéj spalone.
Późniejsi dają mu 4,000 ludności i wspominają tu o kupcach, handel z Moskwą i z Niemcami wiodących, Rusinach. Starowolski mianowicie handel nawet zbożowy, dziś tak ważny dla Pińska, wzmiankuje.
Starodawna tutejsza katedra grecka nie dość ma wyjaśnioną historyę. Kronika Mitrofaniusza, czernca pińskiego, bardzo dawna, już tu się monasteru domyślać każe, popierając niejako wspomnienie kronikarzy o nim za czasów Wolstynika.
W r. 1146 już czytamy episkopem pińskim i turowskim Joachima Władykę. Powtórna a raczéj nowa biskupstwa ruskiego fundacya przez Witolda uczyniona została, a przez Kazimierza Jagiełłę potwierdzona w r. 1448. Daléj siedzieli na téj katedrze znaczniejsi: Eutymiusz Okuszko, Leontius Pelczycki Jastrzębiec w r. 1592, Jan Hohoł unita 1596, Grzegorz Lis Michałowicz 1624, Rafał Korsak-Korczak 1632, Marcin Białłozor Wieniawa koło 1640, Orański, Antoni z Łubie Żółkiewski 1700, Ciechanowicz, Teofil Godebski Godziemba 1728, Jerzy Bułhak archimandryta supraślski i leszczyński, Horbacki 1 i 2 i t. d.
Pińsk miał kilka kościołów i klasztorów jakoto: franciszkanów bardzo dawnéj fundacyi, a podobno katolicki najdawniejszy konwent tutaj, parafialnym kościołem, bratanków czyli komunistów, dominikanów, których mury dotąd nieskończone stoją, jezuitów kościół i kaplice, bazylianów i t. d.
Z tych zakonów, jak wszędzie tak i tu najpotężniejszy był jezuicki, wielki zakon Lojoli. Ich kościoła mury ogromne i dziś jeszcze panując nad miastem uchodzą w okolicy za cudo architektury, chociaż wistocie jest to tylko masa wielka cegieł w smaku XVIII wieku zrzucona. Ogrom tylko zastanawia. Ale ten zakon wszędzie, nawet w budowach swoich cechę wyższości piętnował. Ujrzysz gdzie wielce ozdobny, duży, panujący nad wszystkiemi kościół, postawiony tak, aby uwagę zwracał, nie pytaj, czyj jest — pewno był jezuickim. Przytém mieli oni sobie tylko właściwy rodzaj architektury giętéj, floresowanéj, wieszającéj drobne ozdoby na wielkich murach, — po któréj poznać ich łatwo.
Zastanowił mnie tu jeden rys, malujący także charakter zakonu. W połowie kościelnego okna zamurowanego od ulicy, wymalowano dwie figury niby rozmawiające. Kogoż myślicie? dwóch księży? O! nie wcale. — Dwóch Turków w oknie kościoła. Niektórzy mówią, że to są dwaj czeladnicy zabici w czasie budowy kościoła, lecz ich ubiór zupełnie się temu sprzeciwia. Była zapewne myśl, która do tego rysunku powodowała, był to sposób powiedzenia przechodniom: My nawracamy Turków. Wistocie roczniki jezuitów litewskich pełne są podobnych nawróceń. Jeden z tych niewiernych w białym z różowém zawoju, niby świeży jeszcze przybylec, drugi już dawniejszy katechumen ubogo, szaro ubrany. Giesta ich pokazują żywą rozmowę, zdają się dziwić potędze zakonu i z uwielbieniem poglądać na mury i błotnistą pod nogami ulicę. Ci dwaj Turcy mocno mnie zastanowili, pomyślałem, że kościół musiał pewnie tercyak lub braciszek koadjutor malować, bo obcy nie przejąłby się tak duchem familii.
Jezuickie kolegium założone tu zostało przez księcia Stanisława Radziwiłła, biskupa wileńskiego, kanclerza w. ks. lit. Tę fundacyę potwierdziła konstytucya 1635 r. Oni mieli tu drukarnię swoję, lecz jeszcze w XVII wieku wiele dzieł, z okoliczności drukowanych, pińskie kolegium wydawało w Wilnie, co jak uważa Bandtkie, stąd zapewne pochodzi, że tu okazalszych typów i wytwornych ozdób drukarskich nie było.
W tymże kościele jezuitów leżało ciało św. Andrzeja Boboli S. J., które do Połocka za pozwoleniem rządu uwieźli z sobą po kasacie. Św. Andrzej Bobola S. Jesu urodził się w r. 1591, wstąpił do zakonu w r. 1611. Odprawił nowicyat w Wilnie. Teatrem jego prac apostolskich i śmierci był Janów i cały powiat piński, gdzie przez 26 lat nawracał po wsiach i miasteczkach. W r. 1657, za buntów kozackich w Janowie wszystkich katolików wycięto, w Pińsku i Nieświeżu sześciu jezuitów zabito. Andrzej Bobola znajdował się podówczas we wsi Mohilnie pod samym Janowem, gdzie go kozactwo odprawującego mszę świętą zastało i mordersko zamęczyło. Ciało jego długo leżało w grobach i nie myślano o kanonizacyi. Ksiądz Godebski, rektor w Pińsku, a potém biskup łucki Aleksander Wyhowski pierwsi o tém pomyśleli. Ostatni ciało Boboli w r. 1712 z grobu pospolitego, do osobnego, mniéj wilgotnego przewieść kazał. Synod łucki w r. 1726 wspomina już to ciało ś. Andrzeja Boboli w Pińsku, o którego kanonizacyę starali się jezuici u Benedykta XIII. Lecz proces trwał jeszcze i za Benedykta XIV: dopiéro go męczennikiem i świętym uznano. August II w r. 1726, przyciśniony boleścią w nodze, ofiarował do jego grobu szczerozłotą nogę.
Jeszcze jedno podanie z czasów budowy jezuickiego kościoła; bo gdzież, byleby ich szukać, podania się nie znajdą? Kiedyś, jak się jeszcze budowało kolegium, był tu laik, braciszek, jezuita świętobliwy, który wiele cudów robił, aż mu ks. rektor, czy przez zazdrość, czy przez pokorę zakonną nie żądającą sławy, zakazał ich więcéj. Posłuszny ustał, lecz gdy raz mija fabrykę, pada z rusztowania robotnik.
— Ratujcie! ratuj! — wołają wszyscy do niego — ratuj!
— Nie mam na to pozwolenia — rzekł pokornie laik — ale czekajcie, pójdę o nie poproszę.
Wistocie gdy wymówił — czekajcie — robotnik zawisł w powietrzu i czekał aż laik powrócił od rektora z pozwoleniem uratowania go. Naówczas braciszek się pomodlił i mularz został ocalony. Czy zaś do góry powrócił, czy lekko spuścił się na ziemię, o tém już podanie wcale nie wzmiankuje.
Pozostała po kolegium biblioteka i rękopisma dostały się szkołom pińskim. Te ostatnie podobno same ascetyczne traktaty zawierają.

IV.

Część miasta przeciwna naszemu wjazdowi zowie się Karolinem; jest to suplement Pińska, tak jak on sam błotnisty. Lecz trzeba się tam dostać, aby widziéć Brzeg, najważniejsze w Pińsku miejsce i jedyne w naszym kraju. Tu to przybijają statki z solą, a odbijają z wódką, zbożem, węglami, obręczami i t. d. Spojrzenie nań przypomni każdemu jeden z tych sławnych widoków chmurnych brzegów Holandyi, tak znajomych wszystkim, przynajmniéj z rysunków. Sterczą oschłe i pogruchotane statki z obnażonemi masztami, na suchéj ziemi stojące, mnóstwo łodzi, obijaników, czółen, bark, Pińczuków w szarych opończach, w czarnych pasach, z krzesiwem w ręku, z lulką w zębach, z kołtunem długim i grubym, opartych na wiosłach. Żydzi czatują u brzegu na gości wysiadających z obijaników okrytych poklatem i nie krytych, żydówki zapraszają do karczem poblizkich.
Za tło do tego obrazu błoto, woda, a daléj piaski i chmurne niebo, jakby Holandyi, i powietrze ciężkie a prawie solą przesiękłe, prawie słone. Życzyłbym któremu z naszych malarzy czującemu się na siłach, zamiast kopii nic nie znaczącéj flamandzkiéj karczemki, zrobić obraz tego miejsca tak oryginalnego — na wiosnę, gdy lody puściły, kry przeszły, handel ożył; kiedy się tłumy zbierają na brzegu, a tratwy i barki płyną witane i błogosławione przez właścicieli; kiedy cala brudna i zabłocona populacya Pińska stoi nad wodą i ożywa ruchem przemysłu i handlu. Do tego dodaćby potrzeba otwartą a wielce brudną karczmę, co najwięcéj różnych żydów, kowala w czarnym skórzanym fartuchu, stojącego i gawroniącego z obcęgami w ręku; dzieci i bachurów, kilka chudych psów i jednego Izraelitę w koczu, w sobolach, króla tego handlu i ruchu, poglądającego dumnie, z góry, na płynące nadzieje.
Byłby to obraz godny pędzla, gdyby go zbytnia jednostajność charakterów fizyognomii nie psuła monotonią. Bo cóż innego wyczytasz na tych twarzach nad chęć niepohamowaną zysku, nad łakomstwo, nad chciwość? Od starego żebraka, którego jedyna barka rozbiła się kiedyś z nadziejami razem i losem, któremu został tylko kij, torba, żal i wspomnienie, aż do dziecka bachura wyglądającego chwili, kiedy z pod szpektorskiego kułaka wyjdzie na świat i zacznie handlować, — wszystko oddycha zyskiem, pieniędzmi, solą, wódką, skórami, żytem i nadzieją przedaży korzystnéj.
Kramy w Pińsku są tak zasobne jak rzadko, galanteryjny sklep Nisiela, wiele ma i wielką rozmaitość towarów.
Dawnym zwyczajem wielu obywateli poblizkich ma tu swoje domy w Pińsku. Jeden z nich nawet p. Skirmunta murowany, dość piękny, a może nadto na Pińsk nawet, zdaje się jak elegant na wsi, wstydzić się swojéj zbyt pretensyonalnéj architektury, przy innych domkach, które stoją bez ceremonii jak skrzyneczki na półkach. Prócz tego mają tu domy książęta Lubeccy i wielu innych.
Ach! — ależ tylko com nie zapomniał o największéj w Pińsku osobliwości, o której niezawodnie wspomną każdemu nowo przybyłemu. Jestto palladyum Pińska, osobliwość, starożytność, ciekawość, ciekawsza od najciekawszych ciekawości; od paryskiego ourang-outanga i słonia-fontanny, od lwów królewskiego ogrodu, od braci syamskich, od psa Munito, od Albinosa, od niedźwiedzi berneńskich — od wszystkiego, co jest i będzie ciekawém. Jestto stworzenie tu dość pospolite, ale tutejsze, oryginalne, właściwe, — wjun, wąż-ryba, mieszkaniec błot i rowów nadprypeckich, wjun, król wjunów, prapradziad wszystkich, sięgający czasów kiedy tu w gościnę morze Czarne przychodziło — wjun na łańcuchu, gdzieś, u jakiegoś mostu będący.
Jeżeli w prostocie ducha uwierzysz téj powieści, którą z największą seryo będzie ci Pińczuk opowiadał; z jakąż to radością, on, co się téj mistyfikacyi od prapradziadów nauczył, będzie z tobą brnął po całém mieście, chodził i krążył, niby zawsze szukając tego sławnego wjuna; z jakim nareszcie śmiechem, umęczywszy cię, powie — prima aprilis!
Każdego prawie, kto tylko był w Pińsku, musiano spróbować, czy się tym sposobem zwieść nie da, jest to starodawne, jak widać miejscowe podanie téj krainy wjunów. I wieluż to już prostodusznych dało się złapać na wędkę, gotując tryumf Pińczukom!
Wjun czyli piskorz w wielkiéj ilości znajduje się po błotach i rowach Pińszczyzny i Polesia. Pisze Rzączyński i potwierdzają naoczni świadkowie, że wysuszony używa się jak pochodnia do oświecania, w niektórych miejscach. Z tego powodu wspomniéć muszę, że na bezleśnym Wołyniu i Ukrainie chłopi używają do oświecania łodyg ziela dziewanny, które moczą jak konopie, suszą i odzierają z kory, a rdzeń zostawują i palą jak świéce. Koło Pińska także stolica żółwiów.
Chłopi tutejsi, szczerze mówiąc, nie mają wysokiéj reputacyi rozumu, oni swój Pińsk, jak Chińczycy Pekin, za środek świata przywykli uważać, przez pół roku utrudnione mając zalewem związki z resztą świata, w pół dziko żyją. Sławna jest anegdota.
— A s kul czełowik?
— Ja ne czełowik, ja pyńczuk.
I stąd zwykle zowią ich nie ludźmi, tylko Pińczukami. Ileż to tutaj jeszcze cywilizacya będzie miała do czynienia! Lecz jest nadzieja, że za magazynami i fortepianami wejdzie tu i coś pożądańszego, powszechniejsza oświata. Może przemysł otworzy do tego drogę, przemysł, który tu już świta. Fabryki cukru, sukna, płócien, otwierają się. Jest téż próba sklepu kompanii akcyonaryuszów, ale ta podobno nie ze wszystkiém się udała. Wszakże sklep trwa dotąd, że mamy nadzieję, iż się nie da zabić żydom, którzy usiłują bezwątpienia tę próbę zniweczyć.

V.

Piński powiat dzieli się na dwie części: Zarzecze i Zahorodzie, między któremi w środku Pińsk, Liwerpool litewski, który niedługo może zupełnie na to nazwisko będzie mógł zasłużyć, siedzi poważnie z brodą i workiem soli. Zarzecze najpuściejsza i niedostępna często część powiatu, jest tém samém najciekawsza. Dzielą ją rzeki opasujące zewsząd i krzyżujące się wśród niezmiernych błot i zarośli.
Mnóstwo rzek, rzeczułek, odnóg, strumyków, kanałów, przerzyna ten kraik. Naliczysz tu, że inne ominę, Styr, Pinę, Prypeć, Stublo, Słucz, Stochód, Strumień. Do Piny pod Pińsk zbiegają się od wschodu, Jasiołda, Horyń, Wetlica, Turya, od zachodu Styr, Stochod, Łukowicz, Lany, Herodeczka. Te wszystkie połączone razem zowią się Prypecią. Prócz żółwi i wjunów, stolica to raków także, dawniéj czółen ich cały kosztował tylko grosz imperyalny, a kopę kupić było można za szeląg.
Kamyki w rakach znajdowane, które oczyma rakowemi zowią, pisze Rzączyński, tak tu obficie zbierano, że jeden szlachcic z pod Pińska, zawiózł ich 200 kamieni do Gdańska. Te kamyki dawniéj empiryczna medycyna za lekarstwo wielkie uważała od ukąszeń jadowitych, od moru, od gorączek i w zastępstwie bezoaru.
Prypeć szeroko, jak Wisła, rozlewająca, wpada do Dniepru. Poławiają się w niéj jesiotry.
Zalewy wiosenne i jesienne niekiedy, na długo utrudniające komunikacye, czynią ten zakąt dzikszym od sąsiednich, ale czas, ten wielki twórca cudów, i tu powoli wniesie oświatę. Dziś jednak jeszcze, dawny opis Starowolskiego przed 200 laty zrobiony zastosuje się fizycznie i moralnie do tego kraju, mało odmiennego od tamtych czasów. Widziałem już ten zakąt we wszystkich czterech porach roku, a zawsze mi się dzikie, samotne i ciche Zarzecze równie poetyczném wydało. Bezwątpienia gdy przyjdzie pożądany handel, wypłoszy poezyę, ale ludzie tak się bez niéj wygodnie obchodzą!...
I teraz nawet któż jéj tu szuka, kto ją widzi w tych łozach, czerotach, w téj wodzie snującéj się po niezmiernych błotach zasianych stogami, któż ją odgadnie w śpiewie żałobnym knihy, łożniuchy i bąków? w słupach komarów stojących nad błotami na pogodę; — kto ją uczuje płynąc wiosną, w nocy po zalanych dokoła i morzem stojących błotach?? O! dla mnie przesuwanie się nocne po téj wodzie rozlanéj, spokojnéj, zasianéj pławicami i obijanikami ładownemi śpieszącemi na targ, odbijającéj księżyc pełny stojący na niebie jak far tego kilkotygodniowego morza, ta żegluga cicha, w tak nowym kraju, miała nieporównany, niewypowiedziany powab. A kiedym nocą jeszcze dopływał do brzegu pod starém zamczyskiem tak historyczném, którego tylko wały zostały, kiedym ujrzał olbrzyma jezuickiego o trzech wieżach i stu pierzastych kominach, a zdala bark maszty z chorągiewkami, byłem tak uradowany, jak inny podróżny, dosięgający oczekiwanych ruin Akropolis.
Gdy zaś weszło słońce, targ się otworzył, a mnóstwo czółen rzędem ustawionych na brzegu, rozpoczęło targ na siano, drwa i inne zapasy, patrzyłem z podziwieniem na ten ruch, to życie, a z większém jeszcze przypatrywałem się tym śmiałkom, którzy wśród wielkiéj fali i wiatru na cienkiéj i wyszczerbionéj pławiczce puszczali się na jezioro stojąc i robiąc wiosłem żwawo, a nie zważając, choć pod ich nogami uginała się i przechylała jak liść łódka. Tak wodnisty kraj ma téż mnóstwo rodzajów czółen do przejeżdżania i przewozu produktów, których grzechem byłoby nie poznać, chcącemu znać Pińszczyznę. One razem z wodami należą do jéj składu. Najmniejsza łódź zowie się pławiczka, płaska, z jednego drzewa, w któréj jeden człowiek stojąc powozi się. Ta nic prawie ciężaru nic bierze. Większa trochę jest pławica, a mianowicie dłuższa od poprzedzającéj.
Najpowszechniéj używany do małych transportów i podróży, jest średni obijanik, inaczéj zwany szuhaleją, albo téż gienerycznie czółnem. Robi się on z jednego rozparzonego dębu, z obojnikami czyli obłożynami sosnowemi, a w środku wybija się szkabkami i wylewa smołą. Taki obijanik może unieść ciężaru od 100 do 300 pudów. Wielkie obijaniki zwane dębami czarnobylskiemi unoszą do 400 pudów. Gdy takim obijanikiem jedzie pan obywatel do Pińska, natenczas kładną w pośrodku dla ochrony od deszczu, wilgoci, lub skwaru budę zwaną poklat Skład jéj jest prosty, kilka zgiętych kijów umocowanych w poprzek innemi, na to płótno, skóra, a na sam wierzch rohoże plecione z sitniku. Ta trawa, gdy jest jeszcze bardzo młodą, służy także chłopom za rodzaj pokarmu, wysysają z niéj słodycz, któréj koniec młodego wypustka dostarcza.
Czerot (trzcina), który tu tak ogromne błot przestrzenie porasta, ma także swój użytek, daleko bowiem lepiéj od słomy dachy pokrywa, a prócz tego daje, ścięty w zimie po lodach, wyborny opał. Fura jego w Pińsku kosztuje do dwóch złotych.
Po obijaniku następuje barka, daleko od niego większa, mająca wyraźny nos i tył, niosąca od 3,000 do 5,000 pudów ciężaru. Obijanik najszerszy ledwie trzy łokcie w poprzek we środku trzyma, barka zaś i więcéj znacznie bierze wody i szerszą jest bardzo. Służy ona do przewozu garnków, beczek, zboża, a przy bajdakach do lichtunku i holowania to jest ulżenia im ciężaru tam, gdzie dla płycizny i odmiału (mielizny) iść nie mogą.
Bajdak największy ze wszystkich tutejszych ambarkacyj, niesie ładunku od 9,000 do 13,000 pudów i ma już trzy, a czasem cztery maszty. Takie bajdaki zwykle chodzą do Krzemieńczuka z wódką, zbożem, drwami, węglami, klepką, obręczami nawet, a wracają z solą. Żegluga tutejsza ma swoje właściwe wyrazy; mówi się: czółen pędzić, czółen staje, woda zowie się goła, gdy w niéj ryb niéma, przód czółna zowie się nosem. Ludzie płynący z drzewem towarném, z balami, belkami, klepką, wańczosami, zowią się flisami, na czółnach i choćby na płytach drzewa do opału, zowią się powoźnikami. Na barkach i bajdakach powoźnicy od miejsc, w których stoją, biorą jeszcze inne specyalne nazwiska. Język tutejszy jest mięszaniną polskiego i małoruskiego, niekiedy akcent wołyński się przebija.
Małe rzeczułki i odnogi, choć nie wszystkie, mają swe nazwiska. Od Sernik do Pińska płynąc Stubłem i Styrem przepływałem Medweży Berch, gdzie dawno niéma niedźwiedzi, Dubieniec, bez jednego dębu, Podmostnik, gdzie ani śladu mostu żadnego, z tych dopiéro wybrałem się na Prypeć, Strumień i Pinę.
Na ryby, których tu naturalnie mnóstwo, zastawują tak zwane tutaj: węcierze, żaki, nerety, sieżniki; ale ryby tutejsze, wedle znawców, błotem trącą.
Sól ma swoję osobną wagę zwaną wies, do rzeczy sypkich używają gdzieniegdzie miary czaszą zwanéj, 12 garncy trzymającéj, i będącéj 12-tą częścią beczki. Do płynnych i sypkich rzeczy jest tu aż trzy rodzaje garnców, ku pożytkowi żydów, — koronny, kazienny i komisyjny, na pierwszy żydzi kupują, a na ostatni często przedają, i tak prócz ceny wielki jeszcze zysk mają na mierze.
Pospolitą chorobą, równie jak na Pokuciu, jest w Pińszczyznie kołtun (plica polonica), który się téż trafia u Tatarów i w Węgrzech, a nawet w Belgium i ponad Renem, jeśli mamy wierzyć Bonfigliemu. Szukali w nim starzy medycy jakichś cząstek siarczanych, inni go uznali za prosty skutek nieochędóstwa, inni jeszcze początek kołtunu odnoszą do napadów tatarskich i zatrutych przez nich wód, a nareszcie przypisują go także użyciu zbytecznemu wódki i dymnym chatom. Na Pokuciu pospolity, kołtun przeniósł się wojną z Rusi do Polski. Zwierzęta nawet téj chorobie objawiającéj się na włosach podlegają, co zdaje się okazywać, że jest przywiązaną do miejsca i wypływa z przyczyn lokalnych. Wszakże, że jest w blizkiém obcowaniu zaraźliwa i dziedziczna, a niezmiernie trudna do wykurowania, wątpliwości nie ulega. Jéj szkodliwe skutki włosami się nie ograniczają, humory, które ją sprawują, często kaleczą okropnie i nieznośnych bywają przyczyną boleści.
P. Narbutt cytuje piosnkę o bożku Lubiczu Lubczyku, śpiewaną niegdyś w Pińszczyznie, którą, że się do tych stron stosuje, przywodzę.

O ty Lubicu
Wwedy w łożnicu
Zapaliwszy świcu
Moju hołubicu.

Nie mogę się domyślić, po co tu ta świéca, bez któréj dość niewdzięczne twarze Pińczuków mogłyby się były obejść wybornie — widać, że rym jéj koniecznie potrzebował.
Jako pendant do niéj, mogę tu zacytować drugą złapaną w Pińszczyznie, z innego wprawdzie całkiem rodzaju, lecz popularną dykteryjkę stanowiącą, dość charakterystyczną. Jest to opisanie bankietu, który teraz, za panowania dzisiejszego Szyttlera, już się nie praktykuje.

Czapla ryby łowiła, a bocian sprawował,
A dudaszek,
Mały ptaszek,
Do stołu gotował.

Bądź jak bądź — à propos dudka powiedziéć trzeba, że i tu królestwo brzucha się rozciąga, nikt tu po czapli i dudku jeść nie zechce. Gdybyć przynajmniéj karmiąc lepiéj żołądek chcieli pamiętać o duszy i głowie! Ach! panowie wielbiciele Szyttlera, zlitujcie się i nad niemi!!

VI.

O kilka mil od Pińska za Dzikowiczami, osadą ubogiéj zagonowéj szlachty nad Styrem, jest karczma dość na Zarzecze porządna, stojąca u brzegu rzeki, tak właśnie, jak u nas lądowców stoją karczmy nad drogami.
Błota kępiaste i ogromne przestrzenie czerotów otaczają ją dokoła, kilka ledwie dojrzanych drożynek prowadzi do niéj, żadnéj wsi bliżéj nad milę — pusto dokoła. Cały jéj dochód z flisaków, którzy płyną rzeką, bo tu kończą się drogi lądowe i dalej w głąb' Zarzecza już inaczéj jak czółnem się nie dostaniesz. W téj to Horwasie czekać mnie miał obijanik.
Droga do téj karczmy niewypowiedzianie smutna. Od Żytniewicz do Chojna, do przewozu na rzece, piaski i błota jak zajrzysz, monotonia nudna, przypominająca a przynajmniéj dająca wyobrażenie tym, którzy niedaleko za dom wyjrzeli, czém to być dopiéro muszą owe pustynie, gdzie nawet czerotu i osoki braknie.
Ach! jak długo czekałem w Horwasie na obijanik! Żyd, żydówka, kot, pastuch, kobyła ze zrzebięciem, dwie krowy i chłopiec mały dotrzymywali mi, jak mogli, towarzystwa na przemiany. Musiałem z niemi wszystkiemi w ich języku rozmawiać, a nakoniec do Chojna po ludzi posyłać, aby daléj płynąć, nie tracąc czasu. Nareszcie wystarałem się jakoś obijanika i popłynąłem.
Nie wiem, kogo mam prosić o pożyczenie pióra na opisanie téj pustyni czerotów i łozy, którą kilka mil płynąłem. Wystawcie sobie las trzciny splecionéj, związanéj jak włosy w pińskim kołtunie, a ten las bez granic jak morze, przecięty tylko gdzie-niegdzie korytem rzeki, która wąziuchno jakby za wielkiém pozwoleniem przepływa zastępy czerotu. W tych czerotach, że to była jesień, ani nawet komara, ani muchy, ani żywéj duszy, ani innego dźwięku nad szelest poschłych łodyg i liści. W lecie tłumy, wojska, ćmy komarów nad rzekami i błotami temi się snują. Silvio Pellico gdyby je zobaczył, nie wiem, czyby nie uznał, że są równie dokuczne, jak te, które go dręczyły pod Piombami Wenecyi. Ale w téj porze, w któréj odbywałem moję podróż, byłbym zapłacił za stworzenie, któremubym się mógł przypatrzyć, któreby brzękiem lub postacią, okropną jednostajność téj pustyni rozerwało. W niedostatku przedmiotu musiałem analizować ubiór i fizyognomię wioślarzy, budowę czółna, pochylenie liści na trzcinie, i warkocze poschłe czerotu i listki w wodzie pływające i chmury na niebie. Niekiedy przysłuchiwałem się rozmowie i wiecznym na stan swój narzekaniom przewoźników. Oni zachęcali się do popychania czółna na mieliznach i odgłos — A nu! — a szcze! nu! nu! ciszę przynajmniéj przerywał. Kołysanie się łodzi kleiło oczy — ale zasnąć nie mogłem. Znudzony obróciłem się na bok, żeby z drugiéj strony swój nos obejrzéć, gdy — o cudo! ujrzałem wśród téj pustyni karczemkę!
Stanęliśmy odpocząć! Karczemka była wcale niepospolita. Stała opasana dokoła czerotem, łozą, krzakami, które tu już się poczynały i zwały pompatycznie lasem — mała, garbata, schylona, nogami w wodzie, głową nad krzaki nie sięgająca. Od rzeki do progu jéj prowadziło kilka schodów, a kilka czółen odpoczywało pod brzegiem.
Słysząc przybijających do portu, gospodarz, któremu zapewne także towarzystwo czerotów naprzykrzyć się musiało, wyszedł z wódką na schodki. Starzec siwy, garbaty, stary jak chatka, a tak do niéj stosowny, tak w niéj konieczną część składający, że wyglądałem tylko, azali za nim jeszcze, jak w bajce dziecinnéj, nie pokaże się stara o jednym zębie baba, oparta na kiju. Na ten raz baby nie było — wielka szkoda! byłbym ich oboje z tą chatką odrysował za winietę do téj sławnéj klechdy — Był sobie dziad i baba.
Pożegnawszy staruszka, płynęliśmy daléj. Znowu taż sama monotonia, czeroty, łozy, woda, błoto i żywego ducha. Nareszcie usłyszałem głos ludzki, obijanik po mnie wysłany spotkał nas, przesiadamy się, pakujem i znowu płyniem, ach! znowu tak samo! Na moję pociechę niedługo spotkaliśmy znowu podróżnego; płynął jak ja obijanikiem, przed nim stał okuty kufer, a że go myśli czy napój rozegrzały, mimo chłodu, w jednéj tylko spał koszuli. Ludzie przewoźnicy przywitali się, czółna minęły. Znów płyniem.
A! przecież wieś nad brzegiem! odpoczynek. Cały obraz ten składał się z kilku chat mizernych (bo chłopi tam się najgorzéj budują, gdzie najłatwiéj dobrze), z karczmy, żyda arędarza w niebieskich pończochach spacerującego po brzegu, za nim gęsi, kaczki, bachury, chłopcy i z dwóch bab piorących chusty. Ten widok, jakkolwiek jeden z najpospolitszych, wydał mi się pełnym życia, po łozach i czerocie, które mi już w gardle stały.
A jednak znowu niemi płynąłem. Tylko w dodatku, że to było blizko wsi, miałem kilka srok arcypoufałych. Niektóre z nich jechały na grzbietach psów i świń chodzących spokojnie. Myślałem sobie, czemu żadna wrona, sroka, przywykła do siadania na karku zwierzęcia, nie spróbuje siąść na człowieku? Długo bawiłem się postrzeganiem poufałości tych zwierząt. Sroka siadała na świni tak poważnie, jak kornak na słoniu, arab na wielbłądzie, elegant na klaczce angielskiéj, ale wcale nie w celu popisywania się z jazdą. Patrzyła tylko uważnie, czém się rumak jéj pasł i chciała mu jego pastwę pochwycić, co się jéj nie udawało. To samo zdarzało mi się widziéć ze psem, który kilka razy chciał dociec, co kury jedzą na śmiecisku i widząc je dziobiące, podbiegał, patrzał, wąchał, odchodził zasmucony i kilka razy zakradłszy się, powracał. I mówże potém, iż zwierzęta nie rezonują, że instynkt jest niechybny.
Prawdziwie, trudno się wstrzymać od śmiechu, myśląc, jak historya naturalna jest błędnie co do ducha traktowana, jak mało jeszcze wniknęliśmy w istotę zwierząt, a jak się z tego, co nie umiemy, chwalim.
W tych i tym podobnych uwagach płynąłem daléj, lecz resztę téj podróży, muszę wam darować — bo była nudna jak ta kraina, posępna jak wieczór jesienny, jednostajna a długa jak godziny próżnowania. Trwało to bez końca — jak stary romans, nareszcie dał się słyszéć zdaleka szczek psa, krzyk dzieci, szum młyna, zbliżałem się do noclegu!
Jak oazis w pustyni, jak karawanserail wśród drogi, jak wszystko, co jest oczekiwane długo i niecierpliwie, smakowały mi te głosy coraz rosnące, wyraźniejsze. Wypłynęliśmy z odnóg na Styr, ujrzałem na jego brzegu wieś, ludzi, świat, życie. Na prawo szumiał młyn pływak, w lewo dymiły chaty, kilka czółen się mignęło — ładowano cegłę na obijanik. Tu przecie było życie! Powitałem serdecznie Iwańczyce. Sądzę, że i wam już czytelnicy były one potrzebne? nieprawdaż?

VII.

Lecz trzeba mi było widziéć jeszcze pustynie Zarzecza, te błota ogromne — zimą, kiedy je biały śnieg pokryje, kiedy w górze białe śniegi nad niemi zawisną, kiedy fale śnieżyste otaczają podróżnego, i człowiek jadący lub idący, według tutejszego wyrażenia, znajduje się wśród téj jednostajnéj białości jak w jajku. Jest coś osobliwego w położeniu i uczuciach podróżnego, który dokoła siebie, nad sobą, przed sobą, nic, prócz téj jednostajnéj białości, nie widzi. Wyobrażenie niebezpieczeństwa, które istotnie jest wielkie, jeśli się jedzie temi błotami wśród zawiei, ta nieskończona jednostajność, wiatr i śnieg wionące na niego, dziwnie go cieszą — może dlatego, że się czuje silnym przeciw nim wszystkim, tak jak rycerz stający do boju. Tym, którzyby, nie wierząc w rzeczywistość niebezpieczeństwa, mieli ochotę śmiać się z niego, możnaby zacytować aż nadto często przykłady ludzi obłąkanych w zawiei i zmarzłych o kilkadziesiąt kroków od domu, którego dojrzéć, przeczuć, ani się domyśléć nie mogli.
Kiedy wiatr ze śniegiem suchym podniosą się w powietrze i zabielą cały świat, nikt się w drogę nie rusza, wszyscy siedzą, gdzie ich zastała zawierucha — a kogo konieczność wypchnie z domu, ten ufa w Opatrzność, że go jak nurka z głębi przepaści wyciągnie. Zawieja najmniéj jest straszna w lasach, bo się tam, rozbita drzewami, prawie czuć nie daje; lecz w miejscach odkrytych, zasypując drogi i znaki wszystkie, po których poznaćby można położenie miejsca, zasłaniając przedmioty nawet mało oddalone, na oślep, instynktem puszczać się przymusza. Najbezpieczniéj w takim razie uważać kierunek wiatru, aby zawsze w jednostajną jechać stronę, lecz i w tym razie przez jego zmianę można zupełnie stracić drogę. Na szerokich pińskich błotach straszna jest zawieja, bo gdy nawet czasem blizko stóg się pokaże, i ten nic nie wskazuje, gdyż ich jest ogromna liczba rozproszonych po błotach. Trzeba dla wybrania się w taką podróż być albo zakochanym, albo kupcem, albo szalonym. Tak mi mówił jeden nieznajomy podróżny, któregom wśród zawiei spotkał na błotach.
Tu, jak w lecie płyną, tak zimą jadą po rzekach, one najlepiéj trakt wskazują. Można się wprawdzie załamać na oparzelisku i utonąć, ale któżby na taką fraszkę uważał? Ogromne szeregi furmanek ciągną się nieraz mimo odwilży, po kostki w wodzie przez rzeki i jeziora chruszczące pod nogami, czasem się topią, ale jadą dlatego.
Warto choć raz w życiu tą drogą jechać wśród zamieci dla uczucia widoku tego nieskończonéj białości, nieprzerwanéj niczém, przestrzeni zewsząd jednakiéj, którą chyba we śnie gorączkowym wymarzyćby można nie widząc.
— Co znaczą te krzyże u brzegu rzeki? — pytałem woźnicy. — Czy tu kto utonął?
— Nie, panie — odpowiedział mi. — Ludzie, flisaki płynący z drzewem do Gdańska, stawią je na pamiątkę w miejscu, gdzie święta wielkonocne odbywali.
Piękny to zwyczaj naszych pobożnych ludzi, który dowodzi ich poetycznego uczucia religii.
Wieluż to rzeczy znaczenia równie jak tych krzyżów nie wiemy? Co znaczą naprzykład koła na tyczkach przed chatą? — pannę na wydaniu. A kupy chróstu na rozstajach? — mogiły nagle zmarłych. A czaszki końskie zawieszane często na płotach przed chałupami, lub rzucane od niechcenia niby po drogach? — te wskazują trakt i gospodę złodziejom na konie, cyganom, żydom i t. p.

1837.





Tatarzy na weselu.
(historyjka).


Czémże to są nasze dzisiejsze wesela w miarę dawnych? Śmiesznemi tylko parodyami. Nie przywiązujem już do nich téj wagi, jaką miały przed laty, ani tego sakramentalnego znaczenia, ani tak wielkiéj pamiątki. Dawniéj raz się człek rodził, raz żenił, raz umierał, ślub był węzłem nierozerwanym, to téż wesele wiodło za sobą obrzęd tak wielki i tak uroczysty jak urodziny lub śmierć. Prawda, że dawniéj tylko dla formy mówiono na weselu o sercu, lecz wyobrażenia religijne, przekonanie o obowiązkach, sposób życia zapewniały pokój, zgodę, i to ciche, a stałe przywiązanie, które jeszcze widzim czasem w parach nierozłącznych staruszków, służących tylko za pośmiewisko ludziom naszego wieku.
Przed kilkuset laty, a jeszcze na dworze wielkich panów, to to były wesela! Samo ich wspomnienie świeciło jak gwiazda w życiu pary pobranéj do dni ich schyłku. Były to gody wesołe, szumne, pyszne, mające swój rytuał narodowy, niewzruszony i upoważniony odwiecznym zwyczajem, rytuał pełen symbolów, które dziś już tylko u niższych klas ludu pozostały.
Właśnie o jedném z takich wesel dawnych chciałbym wam powiedziéć. Nie, żebym je opisywał, bo któż się odrazu całego obrzędu nie domyśla? i oracyj, i bankietu i huku dział, i muzyki i rozczulającego błogosławieństwa starych? — lecz dla jednego godnego w niém pamięci szczegółu.
Książę Konstanty Bazyli Ostrogski, wojewoda kijowski, marszałek wołyński, starosta włodzimierski, pan sławny ze swych bogactw i pobożności, dziedzic ogromnego księstwa, gotował się sprawić w jednym ze swoich zamków, dubieńskim, wesele księżnie Beacie Dolskiéj, powinowatéj i wychowanicy swojéj, którą wydawał za księcia Solomereckiego. Obie te książęce rodziny, dziś zgasłe i zapomniane, wówczas jeszcze świeciły i zdawały się obiecywać długie pasmo potomków sławnych. Ciężka ręka losu padła na nie i — zgaśli z tylą innemi!
Wszystko gotowe było do tego uroczystego obrzędu, mającego się odbyć na zamku dubieńskim. Liczny zjazd gości sproszonych zdaleka, krewnych, przyjaciół, sąsiadów, szlachty drobnéj życzliwéj domowi książąt Ostrogskich, zawalał końmi, kolebkami i ciżbą pacholąt podwórce zamkowe. Niektórzy jeszcze cisnęli się i zbierali z różnych ulic miasta, nie dając nawet przyskrzypnąć wrót zamku. Był to sam ranek dnia weselnego, ranek grudniowy, śnieżysty i ponury, powietrze niosło z sobą wilgoć, wyziewy ziemi i ciężyło w piersiach. Słońca nawet nie widać było za mglistą oponą chmur jednostajnie szarych; bo natura nigdy nie stosuje się do czynności i uczuć, choćby najznakomitszych ludzi. Rzadko bardzo ulubieńcom losu świeci słońce pogodne w ich dni uroczyste i to historya między cuda swoje zapisuje. Kurczyli się od zimna przenikliwego słudzy na podwórcu i u wrót zamku, pokrzepiając się suto dostarczanym trunkiem. W ich rozmowach znać było i usposobienie do smutku pochodzące od pory i wesołość sztuczną, jaką trunek wymusza na biednych, słabych głowach ludzkich.
Wszyscy gotowali się do wesela: nie było kąta, gdzieby go znać i czuć nie było; wszystko się ruszało, kręciło, gadało, stroiło, szykowało, zacząwszy od kuchni pałającéj ogromném ogniskiem, gdzie kuchmistrz spocony chrypł od krzyku nad czterma sosami, aż do komnat panny młodéj i pana młodego.
Mężczyzni zebrani, gadali, śmieli się i pokrzepiali śniadaniem, a że nie było we zwyczaju XVI wieku u wyższéj klasy, grać w kości albo się od rana upijać, skromny tylko brali posiłek, o wojnie, turniejach i koniach rozprawiając. Książę Solomerecki, blady, młody, niebieskooki, chudy i cienki mężczyzna, rzadko się do rozmowy wtrącał i spokojnie tylko na wszystko się uśmiechał. Coraz poprawiał na sobie paradnego ubioru, na którym guzy brylantowe i złote błyszczały kutasy; ściskał rękojeść suto kameryzowanéj karabeli, odrzucał wyloty i chodził wzdłuż komnaty. Maleńki jego wymuskany wąsik poruszał się uśmiechem, którym odpowiadał na wszystkie pytania.
U progu stał w nieładzie podróżnym zbrojny kozak ukrainiec, z sełedcem zwieszonym, zbrojny w koszulę drucianą, szablę, rusznicę, jańczarkę, łuk i strzały, z nożem u pasa, z workiem kul, z chustką paradną w wielkie kwiaty, z worem skórzanym na wodę, sabełtasem, nahajką, długim sznurem jedwabnym, prochownicą, i mnóstwem innych drobnostek, składających dawne uzbrojenie kozaka. Mowę miał posępną i zamyśloną, wszyscy go pytali i zaczepiali, a on zwolna, lecz śmiało w swoim rodzinnym języku odpowiadał.
— I jakże — odezwał się ktoś z tłumu — są wieści o Tatarach?
— Tak jak każdéj prawie zimy, gdy wody staną — odparł kozak — gadają o nich i wygadają. Ciągną się gdzie dolinami chyłkiem.
— Którędy?
— Kto ich wić! Bóg jeden, co tę plagę zsyła. Jak przyjdą, będzie się dymić za niemi i mogiłami drogę wysypią. Teraz ryją się gdzieś jak krety, postrzedz ich nie można. Może się już ciągną złodziejską doliną.
— Wieleż ich być może?
— Jak zawsze, tyle co szarańczy, a więcéj jeszcze koni niż ludzi, bo u nich i konie się biją, gdy u nas ludzie nie wszyscy potrafią.
— Widział ich kto? czy to tylko słuchy zimowe?
— Do téj pory słuchy tylko, ale kto się boi, daleko widzi.
— U stracha wielkie oczy — dołożył ksiądz Makary kapelan. — Niech książę pan pośle po język.
I na tém ucięła się rozmowa, a odprawiony ukrainiec wyszedł. Książę zaś zaraz polecił swoich kilkudziesiąt kozaków wysłać na zwiady dolinami i zwykłym Tatarów szlakiem.
Wieść o Tatarach, spadła wśród samych przygotowań weselnych, prędko po całym rozniosła się zamku. I znowu od komnaty panny młodéj aż do kuchni i zwodzonego mostu, wszystko ją powtarzało i wszystko drżało od niéj; bo Tatarzy, co tyle razy ogniem i mieczem zniszczyli tę ziemię, gorsi byli dla niéj nad wszystkie plagi zagniewanego nieba.
Ażeby wesela nie zamroczyć, zakazał książę wojewoda mówić o tém kobietom. Zakazał; — był to właśnie sposób doprowadzenia jaknajprędzéj téj wieści do ich uszu. Wszyscy tak mieli tajemnicze miny, tak cicho szeptali, tak rękoma machali, tak szable ostrzyli, broń opatrywali i tak umieli pokazać gryzącą ich w głębi tajemnicę, że nareszcie domyślne z natury poczuły ją kobiety. Żony od mężów prędko się pod sekretem dowiedziały, o co idzie, potém przyjaciółki przyjaciółkom jak zaczęły podawać z ust do ust wiadomość tajemną, doszła ona aż do komnaty panny młodéj, gdzie właśnie księżnie Beacie czarne jéj długie rozpuszczano włosy dawnym zwyczajem słowiańskim.
Nie wiem, jak wam opisać pannę młodą. Nie była ona ani piękna, ani wdzięczna, wysoka, blada, czarnobrewa, poważna, choć młoda jeszcze, zupełnie się różniła od męża, który przy niéj podobny był przebranéj niewieście. W oczach jéj tylko błyskał niezwykły ogień zapału, męstwa, wytrwania, stałości. Czoło wzniosłe, gładkie, spokojne, zdawało się wielkie myśli i piękną dusze pokrywać, usta małe, ściśnione, blade, oszczędne w wyrazy, nie otwierały się na próżne słowa, a rzadziéj jeszcze na uśmiech. Cóż mogło łączyć tak różnorodną nowożeńców parę?? Oto — wola krewnych. W ich sercach nic się nie działo, nic nie biło, nic nie wrzało, żadna namiętność, żaden pociąg. Ich ręce nie spotkały się i nie zadrżały przed związaniem u ołtarza; byli sobie obojętni, ale szli do tego związku spokojnie, bo nie mieli trującéj przyszłość przeszłości, ani wstrętu do siebie; a ówczesny zwyczaj dawno ich do podobnego połączenia przygotował.
Kiedy panny służebne i drużki gwarzyć około księżnéj Beaty zaczęły i przestraszone Tatarami, zapomniały złotych szpilek w aksamitnych poduszkach, spoglądając po sobie ze drżeniem, księżna Beata, jakby ocucona z myśli głębokiéj, zapytała:
— Cóż się stało?
— Nic dotąd, księżna pani — odpowiedziała zająkując się — ale, ale mówią, choć książę wojewoda mówić o tém zakazał, że Tatarzy idą.
— Tu idą?
— Ach! zapewne tu! Ćma, słyszę, niezliczona! Ja się tak strasznie boję Tatarów! — szczebiotała daléj. — Takie poczwary ogorzałe, z przypłaszczonemi nosami, ze ślepiami czarnemi, z odstającemi uszami, co się rodzą ślepemi, jak szczenięta, żyją końskiém mięsem i w Ś. Trójcę nie wierzą! o jak ja się ich boję!
— A ja nie — odpowiedziała panna młoda, odrzucając włosy — bo pierwszego, coby do mnie śmiał przystąpić, pewniebym zadusiła.
Wszystkie zamilkły i wszystkie uwierzyły.
— Wzięliby nas i odesłali do seraju sułtana swojego, ci ohydni poganie — mówiła drużka — a choć cuda o nich prawią, niech nas Bóg wcielony od tych rozkoszy broni, a naprzód od ich wiary pogańskiéj, wedle któréj, jak ksiądz Makary powiada, kobiéty nie mają duszy.
— Nie mają duszy, panno Stanisławo — zawołała księżna — a czémżeby żyły! prawdziwie pogańska ślepota!
— I takim to ludziom możemy się dostać w ręce! — szeptały panny.
— Kto? my? — znowu odpowiedziała księżna. — Alboż tu niéma zamku, dział i ludzi, alboż niéma wody w Ikwie i pasa u sukni, żeby się w ich oczach udusić.
— Ale ich tylu!
— Nas mało, ale z nami Bóg chrześcijan i walczyć będziem na swoich śmieciskach!
Na te słowa pełne zapału a tak niezwyczajne w ustach kobiety, wszedł książę wojewoda.
Vivat heroina! — zawołał, całując ją w czoło — tak mówić, tak myśléć trzeba, a nigdy u nas Tatar nie będzie. Ale zresztą, moja panno, jeszcze oni zapewne daleko, bo to są tylko głuche wieści. My tymczasem myślmy o weselu. Jak utną z dział zamkowych na vivat, niech wówczas idą a przyjmiem ich dobrze, na rany Chrystusa!
Wistocie nie bardzo było czego się bać w Dubnie, bo na ówczesny sposób wojowania, ta warownia, któréj późniéj Chmielnicki próbować nawet nie chciał zdobycia — była dość mocna. Dokoła oblana wodą Ikwy, wielkiemi stawami otoczona, niezbyt wprawdzie wyniosła, ale dla murowanych a wysokich fos niedostępna, mogła się długo bronić wojsku, któreby jéj burzyć działami polowemi nie mogło. Trudno także było zapaśne zamczysko dostać głodem, a Tatarzy, którym śpiesznym był powrót, nigdy tego próbować nie mogli.
Tymczasem gdy w zamku rozprawiają o Tatarach; gdy się śnieżyste tumany rozrzedzają i dzień wyjaśniać zaczyna; gdy wysłani po język wyjeżdżają z miasta, strasząc po drodze mieszczan i żydów: w cerkwi zamkowéj stroją ołtarz do ślubu, a w zamku ucztę, która ma ślub poprzedzić, gotują.
Ach, gdzież się podziały te dawne gościnne biesiady, na których pan, sługa jego, koń i pies, jak zesłańcy od Boga przyjmowani byli, czém stało, co było! Dzisiejsi dawnych Słowian potomkowie przyjęli już obce obyczaje, handlarskie, nikczemne, skąpe i zimne — ale szkoda dawnych, bo dawne nie były europejskie, nie były tak wykwintne, a szczersze za to i poczciwsze. Dawniéj egoizm musiał się ukrywać i wstydzić, dziś się z siebie chlubi i wysoko wynosi. Lecz dajmy temu pokój.
Miarkujcie, jaka być mogła biesiada księcia wojewody, pana na Ostrogu, który miał dziesięć milionów rocznego dochodu, który za marszałka dworu trzymał jednego ze starszych wojewodów, płacąc mu siedemdziesiąt tysięcy złotych, żeby stał za jego krzesłem w dni uroczyste, którego orszak zwyczajny dwa tysiące doborowéj szlacheckiéj młodzieży składało.
W wielkiéj sali godowéj, po któréj ścianach rozwieszone były obrazy familijne i niektóre trofea wojenne, zastawiono długie stoły nakształt podkowy, okryte trzema wedle zwyczaju leżącemi na sobie obrusami szytemi, na których kurzyło się już pierwsze danie. W oddaleniu nieco połyskiwał niezmierną mocą sreber kredens za balustradą, przed którym stały stosy talerzy, półmisków, puharów i złocistych roztruchanów.
Nad wielkiemi drzwiami wchodu, na wysokiéj galeryi, ustawiona była muzyka i śpiewacy chłopięta.
Przy jedném z okien sali, osobno zastawiono stolik suto założony mięsiwem dla nadwornego żarłoka Bohdana, który na dzień za trzydziestu zjadał, i ze trzydziestu w potrzebie mógł się mierzyć. Było tam także mnóstwo mięsiwa pieczonego i gotowanego, że ledwie uwierzyć było można, iż to wszystko poźre jeden miernego wzrostu człowiek niezbyt nawet otyły.
Goście weszli do sali jadalnéj — panna młoda tylko się nie pokazała. Za niemi słudzy i dworzanie wtoczyli się, mający stanąć za stołkami panów. Podano naprzód gościom z kolei wielką złocistą miednicę i nalewkę podobną, do umycia rąk, a nareszcie ręcznik suto po końcach szyty perłami. Marszałek dworu rozsadził ich wedle dostojeństwa, i tak przystąpiono do pierwszego dania, które składały pływające we czterech sosach: żółtym, różowym, czarnym i szarym, spore mięsa kawałki. Trzech krajczych u każdego stołu posługiwało. Oprócz tego, rozstawione było pieczyste i przyprawy korzenne, licząc w nie narodowy chrzan z octem, kapustę kwaśną i ogórki. Goście mało co przedtém śniadawszy, niewiele jedli sami, lecz nakładali zgórą talerze i oddawali je sługom stojącym za niemi, którzy tuż zaraz za ich krzesłami głośno podane potrawy spożywali. Przed każdym z siedzących był talerz srebrny nakryty maleńką serwetką i łyżka srebrna pozłocista. Popijano piwo tylko w długich kielichach szklanych.
Po pierwszém daniu zdjęto je razem z pierwszym obrusem, a drugie zastawiono z samych pieczeni różnego rodzaju składające się, zwierzyny, ptastwa i ryb. Mimo wspaniałości uczty, spostrzedz można było także na stole dziś bardzo wzgardzony groch ze słoniną i kaszę krajową. Nakoniec nastąpiło trzecie danie z samych łakoci złożone. Tu dopiéro zaczęły się toasty za przyszłe powodzenie państwa młodych.
Gdy już do ust niesiono kielichy, a muzyka i moździerze połączyły się z wykrzykiem: — Pierwsze zdrowie! — nagle z dziedzińca ozwał się głos — nie vivat wykrzykujący, nie radośne hura! lecz krzyk przestrachu, który stłumiwszy wszystkie, skamienił gości i wytrącił z rąk ich puhary.
Wybladły kozak wpadł do sali.
— Książę — zawołał — Tatarzy! — i padł z osłabienia i przestrachu.
Wszyscy porwali się od stołu; gwar, krzyk, zamięszanie, ścisk i zgiełk się zrobił po całym zamku. Wszyscy wołali: — Tatarzy! Tatarzy! — Książę Sołomerecki pobiegł do narzeczonéj swojéj.
— Idź do szabli i konia! — odpowiedziała i znikła.
Strwożony wyjrzał oknem. Na błoniu za lodami Ikwy, pod lasem, warczał i rozwijał się zagon niezliczony Tatarów, który złodziejską doliną blizko Dubna niepostrzeżony doszedłszy, nagle wpadł pod miasto pędząc przed sobą kozaków wysłanych po język. W oddaleniu rozeznać nie można było liczby, powiększonéj końmi luźnemi, które Tatarowie zwykli byli z sobą prowadzić dla odmiany — szarzał tylko ten tłum posuwając się coraz bliżéj.
Książę zbiegł na dziedzińce.
Tu siodłano konie, wyciągano działa, zwodzono mosty, lud z miasta i przedmieść cisnął się w bramy tłumnie, krzycząc i wiodąc z sobą bydło, konie, wozy. W monasterze świętego Krzyża bił dzwon na trwogę ponuro a śpiesznie — przestrach był nie do opisania.
Książę wojewoda zimny, nieporuszony stał na podwórcu i dawał rozkazy gładząc brodę. Niewielkie hufce gromadziły się kolejno w milczeniu; wszyscy służalcy przybyłych gości siadali na koń, gotowali oręż. Książę Sołomerecki milczący stanął przy nim i patrzał mu w oczy.
Tymczasem tłuszcz tatarska coraz się zbliżała pod zamek z krzykiem, a raczéj piskiem okropnym, nieregularnym tłumem postępując, opasywała warownię, zapuszczając się w opuszczone już prawie przez mieszkańców przedmieścia. Niektórzy murzowie z oddziałami podbiegali pod mury, które oczyma mierzyli, a strzały ich, jak posłańce boju, padały nawet na podwórzec zamkowy; inni potrząsając długie sznury przygotowane na jeńców, pokazywali je stojącym na zamku.
Tabor z wozów siadał na dolinie, rozbijano kilka lichych nad wozami namiotów. Wszystko to działo się z nieporównaną szybkością, ale mieszkańce zamku dość spokojnie na przygotowania patrzyli. Sposobiono kamienie, wodę wrzącą, nabijano działa, rozstawiano naokół straże, mocniejsze po bastyonach i bramach, a hufce tam, gdzie grubsze lody mogły dopomódz do wdarcia się na zamek Tatarom.
Z téj uczty weselnéj, wrzącéj wesołością, w jednę chwilę zrobiło się przygotowanie do boju smutne a przynajmniéj poważne i posępne. Panny i kobiety modliły się po oddalonych komnatach i w cerkwi — modliły się i łamiąc ręce płakały.
Gdy się to dzieje, a strzały Tatar coraz gęściéj jakby na urągowisko pod nogi oblężonym padają, wszyscy jeszcze wyraźniejszéj czekając zaczepki, stoją w milczeniu. Nagle ze wschodów bieży ktoś, w czarnéj sukni, na dziedziniec, wpada między stojących i woła:
— Tu strzały świszczą, a wy stoicie jeszcze?
Na te wyrazy głośno wymówione, wszyscy się obracają, nawet książę wojewoda.
— Kto je wyrzekł?
— Panna młoda.
Ona zaplotła kosy, wdziała suknię żałobną, uzbroiła się w miecz znaleziony gdzieś w opuszczonych komnatach i pierwsza z zapaloném okiem bieży do działa stojącego z otwartą na dolinę paszczą.
Przed nią rozwija się cały ten straszny obóz tatarski, do jéj uszu dolatują głosy ich dzikie, widzi ich łuki napięte i szable błyszczące, i wozy i konie, i wśród téj zgrai wznoszący się namiot hana, który w blasku zachodzącego już słońca świeci się purpurą, rozpina się, siada i z księżycem na czole, grozić się zdaje krzyżom kościołów i cerkwi.
Na ten widok staje księżna Beata, patrzy długo i myśli, i zdaje się, jakby się pocichu modliła. Wszyscy milczą, tylko Bohdan żarłok nabija działo. Księżna celuje niém, wyrywa lont zapalony z ręku puszkarza, przykłada....
I wystrzał głośny rozbija się w powietrzu, huczy, grzmi, a kula świszcząc leci w dolinę. Za dymem nic nie widać — lecz wiatr zachodni rozpędza go. Księżna Beata klaska w dłonie.
— Niéma namiotu hana, księżyc złoty leży na ziemi, kula go obaliła!
Z obozu Tatarów wrzask okropny słyszéć się daje, widać, jak się kupią i gromadzą i jak ruszają z nową wściekłością ku zamkowi.
— Księżno! — odzywa się ktoś z tłumu — zabiłaś im hana, oni nas wszystkich w pień wytną!
Beata spojrzała w milczeniu z pogardą i kazała nabijać działo; a Tatarzy, którzy się tak byli rzucili ku zamkowi, zaczęli zaraz ściągać się, kupić, nareszcie obóz łamać, wozy zaprzęgać i śpiesznie daléj zagon popędzili.
A kiedy w oddaleniu przy księżycu widać już tylko było czerniejącą ich zgraję, księżna, otrząsając pył z sukni i ocierając czoło, zawołała do wojewody:
— Teraz czas do cerkwi!
— Idźmy! — powtórzyli wszyscy z zapałem.
Resztę wesela niech kto chce opisze, ja nie mogę.

Dubno, 1837, wrzesień.




Iako Sathan kusił pustelnika na puszcze.
(Legenda, kthorą opowiedał Pan Mikołay Rey z Nagłowice u Pana Pszonki na Babinie).


Piérwszy ieno krok trudny.

Kiedy sie thak[15] owo na thy duszne igraszki a czudny zabaweczki wszyscy po szczypcie zrzucać mamy, y iać wam powiem iednę — pry Pan Rey z Nagłowice powstaiąc a siwego muskaiąc wąsa — ale mi dacie śliwek neckę, Panie Stanisławie, żebym sobie gadaiąc gardziele przeciérał, a z garniec miodu lubelskiego od Mathyasza z Winiawy, boć wiecie, że ia nie rad na czczo gadać pocznę.
Skinął hnet Pan Pszonka, a pachołkowie mu wino y antypasthy z owocmi przynieśli, kthore koley oszedszy, przed Panem Reiem sie zastanowiły. Dopiéroż zabłyszczał mu on iego żarłoczny żołądek przez océ, y thak prawić począł, często gardło płucząc a przeciérając.
Zabyłem, gdziech to czedł, bo rzecz nie moiey głowy, alboć to w żywociech Świętych, kthory zową Legendy, albo mi to zasię ongi iaki klecha abo mnich z ambony w uszé włożył. A ta mi sie bayka czy prawda spodobała, ażem ią w pamiętaniu zachował, chocia bez imion a miesc własnych, kthore sobie każdy niechay dołoży iako chce.
A miało sie thak:
Był ongi na puszcze iedyn świąty pustelniczek, trawiąc dni swoie na rozmyślaniu a modlitwiech iako prawy Cenobita. A był thak wielkim swoiego ciała ba wszelkiey cielesności nieprzyacielem, że żył ono zioły a korzonkami, iakie na oney puszcze naydował, nie bacząc o wygodę, chodząc w skórze zwierzęcey, bez wszelakiego schronienia a dachu nawet od słoty i złey pory. Y był przyszedł do tego stopnia mocy nad sobą, iż w dumie swey powiedział w duszy swoiey: Otoć-em wolen od grzechu y żaden mnie szathan nie skusi.
Rzekł to, aliści go Bóg usłyszał i zesłał nań czarta, aby go kusił, a było mu imie Mephistophilis, kthory iest ieden z duków piekielnych abo starszych, a przeto przebiegleyszy a chytrzeyszy od inych, iako to theologom wiadomo. Y skrobał sie w głowę szathan a myślał iakoby gi pożył, i nie widział słabey strony, y zayczći nie mógł w iego serce, z kąd by go ranił, thak sie był on świąthy człowieczek ode światha odwiązał. Aleć iuż go nie puszczał ani na chwilę, tylko krok w krok za onym pustelniczkiem chodził a szpiegował gi. Wszakże długo bezskutecznie, bo głosu iego słyszeć nie mógł, a przeto serca spełna nie poznał. Nie zraził sie iednak szathan, a kończył swoie y rok thak iuż z onym świętym na puszcze przemieszkawszy, począł mocnieyszych szukać śrzodków, iako by go w utratę cnothy wwiódł.
A stało się thak, iż on świąty człowiek wyszedł raz na brzeg lasu y modlił sie patrząc na zachodzące słońce. Y spodobał mu sie widok świata, iakiego nie miał dawno. A był wieczór wiosenny, woniejący y czudny y cichość iaka przed nocą bywa uroczysta a dumaniom pochopna. Znienaczka więc za sprawą szathańską, iął dumać przestawszy modlitwy on świąthy człowiek, a cofając sie myślą młodość swoię przypomniał. Bo ile razy człowiek duma a rozważa w duszy swoiey, zawsze wróci do wiosny życia, iako do źrzodeł wracaią wody po długim zakręcie, obiegszy prawie świat cały.
A thak przybyły mu na myśl młody iego latha, iako sie wychowywał u Pana Rodzicza y u drogiey macierze swey, y odnowiły mu sie w myśli pola oyczyste, rowniny y niwy, kthorych był dawno zapomniał. Y zdało mu sie, iako by był mały y iakoby ieszcze na matczynych ręku spoczywał, y zdało mu sie słyszeć oycowskie słowa y braci y siostr głoski. Aż z myśli do myśli przyszedł do tego, iako był chłopięciem a ociec mu konia darował, kthory był mały a czudnie rzeski, y znał gi iako pies abo ptak hodowany właśnie.
A thak wspomnienie to znowu serce iego ku ziemi skłoniło y iął żałować przeszłości swey y mimo woley wyrwały mu sie słowa: O, gdybych teraz mógł choć widzieć thakiego konika! A szathan, kthory go nigdy nie opuszczał y okazyey ono szukał, poleciał a przyniosł konia z siądzeniem: thakiego właśnie, iakiego on świąthy wspominał y w tey chwili pożądał. Zdumiał sie świąthy człowiek uźrzawszy gi przed sobą, alić sie czartowskiey sztuki nie spodział y myślał, ano mu Bóg w ciężkim życiu zesłał tę nagrodę; y iął Bogu dziękować, a rozpłakał sie iako dzieci na widok ten y cały myślą w przeszłości sie utopił. Patrzał, obchodził a oglądał konia y głaskał gi ręką, całował a obłapiał, iako był przywykł za młodu, aż z tey pieszczoty chęć go wzięła przeiechać się na nim trochę, y nie postrzegł sie, że dusza iego iuż sie była od nieba dla ziemskiey acz niewinney rozkosze oderwała.
Y siadł na koń ów pustelnik, aż oto Szathan, co sie był w konia przedzierzgnął, aby go kusił, prędkim lotem uniósł go w powietrze wysoko y thak szybko, że wprzód całą ziemią, potym zasię y ziemie iuż nie uźrzał. A że gi strach przeiął wielki y począł drżeć y myśleć, czo sie z nim sstalo; a upamiętać sie nie mógł, mieniąc, że iest iako drugi Eliasz żywcem do nieba porwan.
Wtym Szathan ozwał sie doń przez konia: Swiąty człowiecze, pry, aboć-em nie skusił? A toć iest fortel szathański, a teraz w mocy moiey iesteś y uczynię z tobą, co sam zechcę.
A on pustelniczek rzekł drżący: Cożem ci uczynił, abyś mnie thak srodze prześladował?
Sam to Pan, nie ja, zesłał mnie, pry czart, abym cię upokorzył, iż rzekłeś w dusze swoiey, że nie masz grzechu, a szathan mocy nad tobą.
Przyznaię sie, iżem słaby iako ludzka istota, rzekł świąthy.
Aleć na tym nie dość, bo w tym, coś dotąd uczynił, nie ma grzechu, a ia do grzechu wprowadzić cię postanowiłem y nie puszczę cię, a o ziemię rozbiię, z tey wyżyny upuściwszy, ieśli mi grzechu popełnić nie poprzysiężesz.
A świąthy iął gorzko płakać y lamentować mówiąc: O, na coż mnie ty myśli y żądania przywiodły! Otoć iestem w ręku szathańskim y grzechu blisko y utracę niebo, na kthorem całe życie pracował. Puść mnie, szathanie, lub rozbiy, a do grzechu mnie nie wwiedziesz.
Dobrze, rzekł czart, toć sie z tym nie spieszmy. A spoyrz ono pod nogi swoie y obacz śmierć owę, o kthorą prosisz.
I ukazał mu Szathan sztuką swoją dyabelską prawie pod nogami iego naprzód chmury czarne y straszliwe pioruny w nich ukryte, a niżey onych przeglądaiące skały ostre iako noże y naieżone w górę, a morze pod nimi. A uyrzawszy to świąthy ów zaląkł sie wielmi y począł trząść się mówiąc: O Boże moy, nie dozwol mnie themu nieczystemu sathanowi do grzechu dowieśdź!
A Sathan śmiał sie y mówił: A toć eś w ręku moich i z onych nie wydziesz bez szwanku, albo cię oto rozgruchocę thak że lat dziesięć y siedem kroć dziesięć będziesz padał z góry y widział śmierć swoię co chwila, niżeli umrzesz; albo mi przysiąż, iż zgrzeszysz.
A świąthy z wielkiego przestrachu począł mówić do Sathana: Duchu nieczysty, ponieważ cię Bóg na moie upokorzenie zesłał, iakiegoż chcesz grzechu po mnie?
Oto, rzekł Sathan naśmiewaiąc się nieszczęśliwemu, daię ci prze łaskę moię trzy grzechy do wyboru, pierwszy, abyś sie upił, wtory, abyś cudzą żonę na grzech przywiódł, trzeci, abyś mężobóystwo popełnił.
A świąthy z onego obrzydzenia iakie miał do grzechu, począł sie wzdrygać y wołać: O szathanie! azaliż ci niedość, abyś mię do grzechu przywiódł, trzebaż ci ieszcze thak srogie y ciężkie występki dawać mi do wyboru?
A on Mephistophilis pry na to: Jesteś w mocy moiey, a przedsię rób iako chcesz!
Y  myślał świąthy, a zdało mu sie, że chocia piiaństwo iest rzeczą barzo sprosną a grzechem wielkim, boć duszę naszę nieśmiertelną plami y onę w sobie wrzkomo topi, iednakże rozumiałł aby to miał bydź z tych trzech grzechów namnieyszy, y rzek, szathanu: Ano kiedy thaka wola Boża nade mną, wybieram piiaństwo.
Y rzekł mu Szathan: Dobrze iest.
Abowiem widział, iż od tego grzechu wszelki iny iakoby ze źrzódła początek swoy biorą, czego świąthy nie rozumiał, a nie spodział sie.
Y rzekł mu Szathan: Przysiąż mi na duszę swoię, że ten grzech popełnisz.
A świąthy rzekł: Przysięgam.
Aż w owey chwili koń y z nim spuszczać sie począł lekko ku ziemi. A była iuż noc; ono xiężyc świécił y gwiazdy pałały na niebiesiech. Y powoli uyrzał on ziemią, a na niey światła w miastach y po wsiach y ludzi iakoby mrowie przechodzące po nich. A potym uczuł dym ziemie y szum, gwar, szelest, aż spuścili sie i stanęli z koniem. Lecz zasię nie na pustyni, ale w mieście, a grodzie wielmi wielkim, przed samymi drzwiami a wrotyma gospody.
Y rzekł mu Szathan: Wniydź y upiy sie, abowiem związałeś sie przysięgą, a ia pilnować cię będę y krokiem cię nie odstąpię, aż grzechu dopełnisz.
Y świąthy rzekł: Aboż thak nagi wnidę na pośmiewisko do gospody?
Abowiem iuż go była bliskość świata myślami y wstydem światowym owionęła, a Szathan ciesząc się rzekł mu: Oto odzienę cię w szaty bogate i dam ci trzos w pasie ze złotem, abyś za grzech twoy zapłacił.
Y thak sie sstało, że on świąthy wszedł do gospody upokorzony, mysląc o upadku a wielkim nieszczęściu swoim. Y byli tam kupce, kthorzy za stołem siedzieli i pili i inych ludzi różnych wiele, iako bywa więc w gospodzie, kędy różnego narodu schodzi sie ciżba, a każdy w niey pan, ktho ieno płaci. Jedni rozprawiali o oszukaństwach, drudzy o inych wszeteczeństwach swych iako prawi iawnogrzesznicy, ini bawili sie z niewiastami fraucymeru ś. Marka[16]; a wszystko sie działo tak szkaradnie, iż sie serce świąthemu pustelniczkowi na on widok wzdrygało. Y chciał był nawracać onę zgraię, lecz wspomniawszy, iż y sam nie był wolen grzechu, a przyszedł, aby go popełnił, siadł a milczał.
Aż poyrzawszy na szaty iego, nadeszła k niemu gospodyni domu, młoda a chędoga białogłowa, pytając go, czegoby pragnął.
A on rzekł: Wina.
Y poszła ona kobieta, a przyniosła mu go, dobrego a nalepszego. Owoż kiedy hippokras ów z żołądka do głowy mocno skutkować a burzyć się począł, iako to więc u tych bywa, co samę wodę piią, świat iakoby inszy stanął przed oczyma iego ze wszytką Mammony pięknością, y zagasłe w sercu pustelniczym żądania a myśli iakoby cudowną mocą szathańską odrosły. A thak piiąc ulubował sobie iuż piiaństwo i co z początku mimo swey woli czynił, to iuż kończył z ochotą y roskoszą, aż drugi dzban onego przedniego wina podać rozkazał.
Tym czasem ona gospodyni kręciła sie po izbie. A była młoda i hoża niewiasta, iakom rzekł, iako ony bywają, co po gospodach siedząc, wymowny, szczebiotliwy, zalotnicy prawe wdziękami swymi szynkują.
I świąthy on uyrzał w oney wdzięki wszytki y dziwił się im y myślą szukał sposobu, iako by ich używał, thak go było ono wino odurzyło a Boga zapomnieć dało. Toż kupce i ini owi ludzie, iacy byli w gospodzie, na nocleg do koniech swych a wielblądziech poszli, ini po izbiech sie rozeszli; a on sam świąthy z gospodynią został, czym ieszcze śmielszy a prętszy do grzechu a złego sstał sie. Aż nareszcie, skuszony sam od czarta, skusił y niewiastę do wielkiego grzechu pieniędzmi, które mu był dał czart. A tak sstało sie, iż sie układli a spali w grzechu.
A ona niewiasta rzekła: Gdybyż mąż a pan móy powrócił, zabiłby mię.
I rzekł on świąthy: Nie bóy sie, boć nie przybędzie, a gdyby przybył, ia cię obronię.
Y w tym pospali sie.
Aż oto stuk sie zrobił wielki y światło ocykaiąc sie uyrzeli przed sobą, a nad łożem stał mąż oney białeygłowy krzycząc a wywiiaiąc mieczem. On świąthy ze snu porwawszy sie, szukał, czymby sie bronił, aż napadł topor pod ręką i tym machaiąc na obie stronie, thak sie mężnie potykał, iż ciąwszy męża niewiasty trupem gi położył. Toż krzyk powstał niezmierny y kupce a ludzie oni nocleżanie sie zbiegli y sąsiady i sędziowie onego miasta y pochwycili gi y związali. A iemu iakoby nagle otworzyły sie oczy y uyrzał szkaradę swoich grzechów y przypomniał, iż za ieden, kthoren był przysiągł szathanowi, trzy wszytki, iakie żądał, popełnił. Y wielkim głosem iął płakać y narzekać, wołaiąc, aby go na śmierć wiedziono było. Y opowiedał swoię historyą wszytkim y o śmierć prosił, kthorzy ulitowawszy sie, wolno gi puścili. Z tąd że powrócił na puszczą y płacząc a narzekaiąc nad slepotą swą, Pana Boga miłościwego przebłagał.

1837.





Życie po śmierci.
(powieść pijaka).


Czy umiérał z was który? wiecie wy, jakto przykro umiérać? Och! okropnie! okropnie! Ten, kto za życia umiał myśléć, a nie potrafił wierzyć, o jakże boleśnie umiéra, jak boleśnie patrzy na świat oczyma, które ostatni raz posługują jego duszy, jak smutnie myśli ta głowa, która wkrótce pusta i bezduszna, jak arfa bez strun, będzie gniazdem robactwa! Ona, która koronowała to wielkie dzieło, zwane człowiekiem, ten cud przyrodzenia, który okazawszy, do jakiéj dojść może doskonałości, ginie potém na wieki z tego świata. Piękna to była, na ów wiek, myśl, z którą usypiali Stoicy (St. Augustinus: De civitate Dei, Lib. XII. Cap. XIII), ostatniém spojrzeniem mówiąc jeszcze ukochanemu światu: — do zobaczenia z tobą! — Bo ludzie, ludzie i wówczas potrzebowali nieśmiertelności; w ich sercach ta żądza wmurowana jest na wieki — i ten nawet, co sobie życie odbiéra, myśli jeszcze o życiu swego imienia na świecie, a duszy, gdzież? — może w niebie. Stoicy marzyli, że lata kręcąc się wkoło, przyjdą znowu do tego miejsca, na którém wprzód stały; że oni znów się jak wprzódy urodzą, będą żyć jak wprzódy w tych samych ciałach, w tym samym kraju; z temiż co wprzódy osobami. To się nazywało u nich wielkim peryodycznym rokiem. Lecz jakże smutne było takie przekonanie! Nieszczęśliwy, płakać musiał stokrotnie umierając, że był nim i że nim jeszcze będzie tyle razy! — Teraz z wiarą niebieską Chrystusa, otworzyły się dla wszystkich wrota nieśmiertelności — lecz iluż jest niedowiarków, którzy inną roją nieśmiertelność, lub nawet żadnéj! Posłuchajcie, co mi się raz śniło na jawie, kiedym się upił na stypie. — Czułem, że umiéram. Przykro, boleśnie, umiérać było, kiedy na świecie zostawał drugi koniec ogniwa, którym wiązaliśmy się ze światem; druga osoba, rzeczy i zamiary i szczęście wpół tylko dokonane, tylko zaczęte. A tu śmierć szła, i od świata, od szczęścia rzucała mnie w dół głęboko. Lecz wy nie wiécie, co to jest tam w grobie, was pewno nigdy nie chowano, wyście nie umierali.
Zdawało mi się, żem był chory, chory mocno, między życiem a śmiercią. Zawieszony na włosku, czekałem, skąd wiatr wionie i czy mnie nazad do świata, czy tam daleko w nieznane kraje wyrzuci.
Nagle, zdawało mi się, żem wpadł w katalepsyą, bo ciało moje zupełnie pozór życia straciło. Wyobraźcie sobie zegarek, którego koła przestały poruszać skazówką, — kola idą — zegar stanął. Tak i ze mną wówczas się działo; dusza moja żyła w ciele, ale ciało nie słuchało jéj rozkazów i wszyscy osądzili mnie umarłym. Ja leżałem z otwartemi oczyma, nie mogąc niemi poruszyć, z rękoma, a bez władzy, bez ruchu, bez oddechu; — żadne ludzkie sposoby, ani życia we mnie dojrzéć, ani go wskrzesić nie mogły. Koło mego łóżka widziałem stojącą żonę z — suchemi oczyma, z założonemi rękoma. Ach! jéj niedokończone szczęście szło ze mną do grobu — żałowała szczęścia — swojego. A mnie? nie wiem! — Doktor powiedział, żem umarł i sam swoją ręką wdział otwarte moje powieki na oczy — odemknąć ich już nie mogłem!
Potém słyszałem, jak wkoło mnie odzywały się jakieś szepty — był to paciérz za moję duszę. Potém wszystko ucichło i ja, którego tak pielęgnowano w słabości, teraz kilka godzin porzucony, sam jeden leżałem. Zapomniano o mnie! Serce mi z bólu pękało — ale nie pękło. Słyszałem głosy różne koło siebie, — śmiechy, śpiewy i obojętne żarty. Nie miał-żem boléć nad sobą? Jeszczem nie zgnił, a już mnie zapomniano, już nie byłem sobą.
Ubrano mnie tak, jak do grobu — pożałowali sukni. Dali najstarszą a i ci, którzy ją na mnie wciągali, nie wiedząc o tém sami zapewne, nielitościwie mnie dręczyli. Przyszła żona moja, i czułem, jak z mego palca zdejmowała ślubny pierścionek, bo ja nie byłem już jéj mężem, wolno jéj było po ostatnich umarłego uściskach, rzucić się na łono innego; pierścień i przysięga nie sięgają za groby, wiara kończy się z życiem — miłość? — nie wiem. Moja żona zdjęła swój pierścionek.
Przecież skończyły się ubierania, leżałem na tapczanie. Wkoło świece stały. Pamiętam je, bo jedna z nich piekła mię w głowę, druga w nogę, piekły mnie mocno, a ja czując to, ani się ruszyć, ani dać poznać, że czuję, nie mogłem. Dopiéro, kiedy się przepalił stary trzewik i pończocha, kiedy ciało moje przysmalać się zaczęło, ktoś odstawił przeklętą świécę.
Księża śpiewali nade mną długo, jedno i jedno, przerywając czasami — gawędką i milczeniem, czasem — chrapaniem nabożném, czasem niezrozumiałe odśpiewując słowa jednostajnie i smutno.
Zacząłem myśléć. Cóż to były za myśli! Czegóżbym nie dał, gdybym je sobie teraz mógł przypomniéć! Lecz nie — nie powiedziałbym ich wam, ludziom tego świata, bo-byście ich nie zrozumieli. Myślałem o żonie, o świecie — o sobie, wiele i smutno! A każda myśl, jak kropla wody po dachu, płynęła po ubiegłych latach, spływała w grób i weń wsiąkała na zawsze. Wszystko się na nim kończyło.
Ciasno mi było w trumnie, poduszkę miałem z wiórów stolarskich, twardą poduszkę trupa na sen wieczny, obszytą starym atłasem i frendzlą. Wieka nad sobą nie czułem, tylko kiedy mnie brano na ramiona i wynoszono z domu, uderzyło się raz ciało moje o nie — chciałem krzyknąć — nie mogłem. I posłyszałżeby kto krzyk piersi umarłego, zabitego wiekiem w trumnie? — zamkniętego w paku, w którym płynie na świat drugi! Zgnilizna dopiéro miała mi otworzyć to więzienie!
Wkoło mnie słychać było śpiewy — płaczu nie słyszałem; tylko ci, co mnie nieśli na ramionach, uskarżali się, żem był ciężki. Przykrępowanego potém do wozu wieźli do kościoła. Noc była zimna; kolo mnie szczury, kościelni gospodarze, biegały piszcząc po wieku trumny, ogryzały obicie i drzewo. 0! jak-żem im zazdrościł — one żyły, ruszały się, chodziły — ja byłem umarły! Rano znowu usłyszałem śpiewy głośne, a z niemi organ szumny, potém cichość; potém głos czyjsiś mocny, czysty. — Nikt nie płakał — gdzież była żona moja??
Śpiewy znowu, znowu jechałem na wozie, potém stanęliśmy, poruszono trumnę, kołysała się, a w niéj ciało moje jak kawał drzewa, — kołysała się, szła, szła, szła i stanęła nagle, kołysząc się jeszcze.
Usłyszałem huk, jakby grad bił o okna, były to kamienie i piasek sypiące się na trumnę moję. Z was pewno przez ciąg najburzliwszego życia żaden podobnego uczucia nie doznał, jakie moję duszę poruszyło, kiedy mnie także wrzucili do ziemi jak kamień, i zasypali ziemią — tego, który już po niéj chodzić nie mógł, i zrobili go częścią ziemi. Kazali mu wydać soki pożywne robactwu i roślinom — zginąć na wieki, rozsypać się w drobne cząstki bez imienia, podobne cząstkom zgniłego zwierza, zgniłéj rośliny — cząstki, na których nawet ręka przyrodzenia nie napisała, że kiedyś składały człowieka!
Zasypali mnie i już nic nie słyszałem, nastąpiła cichość grobowa. Na świecie nikt jéj z was nie pojmie; na świecie wśród największego milczenia, szumi jeszcze powietrze, kołysząc się w przestrzeniach — tu nie było przestrzeni, nie było powietrza — nic! nic! Ciągle ta sama cichość, ta sama ciemność, ta sama twarda poduszka pod głową — okropne milczenie! Zdawało mi się, że ze mną cały świat umrzéć musiał. — Jak długo to trwało, nie wiem. Czém-że miałem czas mierzyć, nic nie robiąc, nic nie słysząc, nic nie widząc. Dla mnie wiek i chwila, godzina i wieczność równe były. Ciemność ciągła, ciągłe milczenie! Potém uczułem straszne zimno, rozchodzące się po całém ciele, przejmujące, ściskające. Zaczęło się od nóg, głowy i twarzy. Zdawało się, jakby wiatr mroźny chodził po kościach i dmuchał w żyły i dął w piersi i latał po głowie. A w téj chwili, na któréj opisanie nie wystarczyłyby cienie wszystkich świata języków, w téj chwili przychodziły mi jeszcze myśli straszne, wspomnienia młodości, miłości, żony — rozkoszy. — A zimno było tak okropne, tak ściskało za serce! — Widziałem przed sobą siwego ojca i domek nasz mały i kominek, przy którym siadaliśmy z Marynią marzyć o wczorajszych cierpieniach, o jutrzejszém szczęściu, o  wieczności, — — ach, takaż to będzie wieczność? myślałem. Długo bardzo marzłem od tego zimna, potém uczułem, jakby mnóstwo mrówek chodziło po mojém ciele i boleść lekką rozciągającą się po mnie, jakgdyby kto przykrył całe ciało drucianą koszulą i wbijał ją w ciało; — uczułem potém, jak suknia, w któréj przechodziłem lat kilkadziesiąt od kolebki, opadać ze mnie zaczęła i zmieniła się w milion robactwa. To robactwo było dziecięciem mego ciała — pełno go było, pełzały po nagich już kościach. Część mnie samego przemieniła się w nie, cząstka mojéj duszy poszła za każdą cząstką ciała, reszta tylko trzymała się przy kościach, sprężynach machiny, z któréj zdjęto zasłony i  maskę. Ja nie byłem już sobą, przemieniłem się w robactwo, dusza wprzódy silna i jedna, rozdrobiła się teraz na tysiąc części, rozlała się po kościach, po robakach — po próchnie — a ja żyłem, — straszne to było życie!
Przyszły szczury i myszy z kościołka, gryzły reszty pozostałe mego trupa; nie czułem bolu. Wyjadły mi reszty serca, mózgu, oczu, najdroższe organizmu ludzkiego klejnoty — poniosły je i poszły.
Potém wpełzły żaby mieścić się w szczelinach próżnych mego wązkiego mieszkania. Rzędem usiadły koło nóg, koło głowy, na głowie, na piersiach — napełniły wszystkie zakątki i usiadłszy skrzeczały czasem smutnie nade mną moję pieśń śmierci. Oczy ich świeciły w ciemności, jasne, błyszczące, a one same siedziały nieruchome długim rzędem z obu stron i nuciły, nuciły — zdało mi się, żem je rozumiał:
„Otóż śpisz i śpisz na wieki — a twoi cię opuścili, a ciało twoje, poszło od ciebie, i świat zniknął i nadzieja i wszystko, — a serce twoje gryzą myszy i wspomnienia, — a żona twoja skacze wesoła — a krewni twoi zrzucili żałobę, a grób twój trawą porasta, — a ty śpisz i śpisz na wieki!“
 Robaczki, którym ja dałem życie, znikły już były i przemieniły się w proch. Z całego dawnego mnie, zostały tylko kości białe, rozsypane jak paciorki, których sznurek wiążący rozerwał się w ręku pobożnéj kobiety — rozsypały się i leżały. W czaszce mojéj siedziała królowa żab i spała w mieszkaniu próżném mego zgasłego rozumu. Potém poszły i żaby, a ja zostałem sam jeden. Przyszła ziemia, zawaliwszy do reszty wieko trumny, przyszła i ścisnęła kości moje matka ukochana, z któréj łona wyszedłem, która mnie karmiła, która, gdym już był ludziom nieużyteczny, nie odrzuciła i wzięła mnie nazad do siebie na wieki — matka prawdziwa!
A ja żyłem, żyłem ciągle — wkoło mnie ziemia i kamienie, duszy mojéj ostatki kryły się po kościach, obsypanych żółtym piaskiem dokoła, kamieniami i kośćmi, takich jak ja cmentarnych mieszkańców.
Potém wreszcie i kości moje rozsypywać się zaczęły na proch a biédna i biédna dusza znowu rozdrabiać się musiała, aby każdy proszek ożywić. Prochy moje zmieszały się z ziemią, rozbiegłem się na wszystkie strony. Jedne cząstki poszły w powietrze, drugie zostały w ziemi, czekając swego przeznaczenia, inne wyszły powoli nad jéj powierzchnią.
Potém jedne z nich wcisnęły się przez łodygę do kwiatu i błyszczały na jego kielichu, drugie z powietrzem weszły w ludzi, inne wędrowne przelatywały po ziemi, szukając schronienia i przytułku.
I rozeszły się daleko, kwiat w jednę, człowiek w drugą, a pył w trzecią stronę — dusza z niemi — poszła — poszła daleko po kawałeczku. Części jéj nie poznając się nawet, potrącały się w powietrzu, spotykały się w wodzie, w kamieniu, w roślinie, w zwierzęciu, przebiegały tysiące przemian, tysiące życia, śmierci tysiące — i żadna nie zginęła. Szły tylko wędrowne szukać coraz innego bytu, innych uczuć, innéj śmierci!
Obijały się nieraz o dom, w którym mieszkałem, o wody moje niegdyś ulubione, o drzewa, które sadziłem, a w które potém weszła część mnie samego.
I z jednego życia ludzkiego przeszedłem w tyle maleńkich krótkich, jednostajnych, iż byłem rozerwany, jak serce dziewczyny w chwili, gdy chce kochać i nie wié, kogo ma obrać. Tułałem się wędrownik po słońcu, po gwiazdach, w piorunach i chmurach, a potém — potém — — wylano zimnéj wody wiadro na głowę i — wytrzeźwiłem się. To najprawdziwsza rzecz z całéj mojéj historyi.

Omelno d. 11 sierpnia 1838.




Pracownia Suchodolskiego.


Im rzadsi są u nas wielcy artyści, poeci, pisarze, tém więcéj zajmują oni tych niewielu wybranych, których nauki, sztuka, poezya wiarę i wyznanie stanowią; im z większemi trudnościami i zawodami spotykać się muszą na drodze swojéj, tém większego uwielbienia warci, gdy wytrwają do końca. Jeszcze malarze mówią przynajmniéj jednym językiem, całemu światu zrozumiałym, ich dzieła wszyscy rozumieją; lecz biedni pisarze rzuceni od losu wśród małéj garstki współtowarzyszów jednym językiem i myślami z niemi mówiących, a potrzebujący słuchaczów i odgłosu, jakże cierpiéć muszą, ograniczeni do szczupłéj często garstki słuchaczy, którą jeszcze ścieśnia przesąd, moda i uprzedzenia koteryj. Lecz cóż robić? mówimy jak Turcy: „tak było napisano“. Tak — dla nich napisany był los taki w księdze żywota, kazano im być głosem wołającego na puszczy, pieśnią umarłą wśród głuchéj nocy!
— Cóż robić!
Tak myślałem, przez Saski ogród, ogołocony z liści, idąc i kierując się ku pracowni jedynego może w kraju malarza oryginalnego, Januarego Suchodolskiego, którego dzieła namiętnie poznać chciałem — i artystę, razem pół-wojskowego, pół malarza, pół-szlachcica, który porzuciwszy to życie swojéj braci-szlachty próżniackie i niezapełnione, nie wahał się z swojém piękném imieniem wziąć pędzel w ręce. Cześć mu niech będzie, że zrozumiał tak dobrze, iż syn Skarbnego W. Ks. Litewskiego nie straci na tytule artysty. Chciałem poznać, powtarzam, i artystę i dzieła, bo nie widziałem jeszcze artysty swojaka; możnaż bowiem to imię dać wyrobnikom bez duszy i myśli, którzy niewolniczo wzory, często mierne bardzo, kopiują? Cieszyłem się, że poznam Suchodolskiego, którego za granicą cenią, co w kraju u nas — o cudo! — w kraju nawet już chwalić zaczynają. Szedłem do niego na chwilę tylko, nie mając żadnego tytułu, któryby mi serce i względy jego otworzył, ale ufałem trochę w los, a nareszcie w gościnność naszę krajową, któréj, jakem miał nadzieję, pobyt pod obcém niebem nie zatarł.
Jużeśmy byli we drzwiach domu, niepozornego wcale, ale czystego, i szliśmy po wschodach, mijając drzwi konsulatu austryackiego i kierując się wyżéj jeszcze. U progu przyjął nas brat artysty i śliczny pies duński, faworyt dzieci i ich obrońca zapewne.
Potém weszliśmy do ślicznego saloniku pięknemi malowidłami ozdobionego. Nie powiem nic o przyjęciu, bo na co to opisywać? A potém, mówiłem już, zdaje mi się, że nie miałem żadnego tytułu do lepszego od innych natrętów przyjęcia, których tylu często bardzo nudnych, a zawsze przynajmniéj pracującemu nie potrzebnych, kosztem drogiego czasu, przyjmować musi malarz w swojéj pracowni.
Lecz śpieszmy mówić o obrazach. Nad kanapą wisiała próba widoku morza, rozbijającego się o brzegi, z falami wzdętemi i rozpryśniętemi; tuż, dwie sceny życia wieśniaków toskańskich, przypominające wybornie tamten lud, jego fizyonomie i charakter. Z drugiéj strony drzwi podmalowany obraz dziecięcia z psem faworytem, który nas przy drzwiach przywitał. Drzwi te nalewo salonu prowadziły do świątyni artysty, do któréj, dzięki mojéj przewodniczce, i ja się dostałem.
Był to mały pokój. — Ale naprzód o samym malarzu. Człowiek średniego wieku, blady, coś wojskowego w twarzy i ruchu, wąsy tępo ucięte, uśmiech smutny i spokojny, ułożenie ujmujące i miłe, ubiór poufały i wygodny, zaniedbany, twarz wcale nie cudzoziemska, owszem, jeden z typów często u nas spotykanych. Zaledwie nas wprowadził do pracowni, sam usiadł do roboty, nie mogąc sobie przerywać, a myśmy ani śmieli mu przeszkadzać; — tak krótkie dni zimowe! tak drogie są chwile pracy! a obcy ludzie często tak nudni! Ja byłem obcy. — Patrzaliśmy zatém w milczeniu, sami sobie tłomacząc.
Jedno okno dość wysokie oświecało pokój z góry, dwa inne zasłonione były obrazami. Na kozłach stało wzięcie Achałcyku, sławne w dziejach ostatnich kampanij rosyjskich, wielki i piękny obraz, któremu podobny nieco mniejszy, a już skończony, stał obok. I pejzaż i okoliczności téj nocnéj bitwy przyłożyły się do uczynienia tego obrazu jedném z najmocniéj zajmujących dzieł artysty.
Widać na nim fortecę ze swemi kopułami i wieżyczkami bizantyjskiemi, z kilką dachami na płomienistém niebie, oświeconém ogniem wystrzałów działowych i pożaru, rzucających gorące światło na cały obraz. Żołnierze idą do szturmu, widać wodza zachęcającego ich i mówiącego im — naprzód! Turków broniących się zajadle na wyłomie. Wszystko to w czarnych a wyraźnych grupach maluje się na tle ognistém. Wpatrując się w obraz téj walki nocnéj, przy któréj płomieniach niknie blask świecącego spokojnie w obłoku księżyca, czuć się daje przerażająca prawdziwość, z jaką malarz oddał tę walkę, któréj tylko brakuje głosu, aby całkiem ożyła. Długo patrząc, zdawało mi się, jakbym słyszał wystrzały i krzyki i mimowolnie podniosłem oczy na malarza, który z fajeczką wojskową w ustach, spokojnie kończył wściekłego Turka, wspominając sobie może, że nie jednéj podobnéj walki był uczestnikiem i świadkiem. W tém zapewne jest tajemnica prawdziwości obrazu; któż lepiéj odmaluje bitwę nad tego, który był w niéj?
Wzięcie Achałcyku zachwyciło mnie. Większy obraz, kończący się jeszcze i stojący na kozłach, o bardzo wiele zdał mi się przewyższać ukończony mniejszy. Artysta w nim jeszcze śmieléj rzucił ogień i łunę na niebo i pejzaż, a walkę zażartszą jeszcze wystawił.
Poniosłem oczy z téj sceny na całkiem inną, wszakże na drugą bitwę, odległą od téj o kilka wieków, bitwę pod Grunwaldem. Chwila obrana nie zdaje się być bardzo korzystną. Można było w téj walce stanowczéj i pamiętnéj obrać inną, daleko bardziéj ożywioną, stosowniejszą niezaprzeczonemu talentowi artysty. Lepiéj może było wystawić sam ogień walki na skrzydle lewém lub jeden z epizodów dość obszernie opisanych w kronikach, to mnóstwo powiewających krzyżackich chorągwi z tylą godłami i herby, zamięszanie, w którém wodzowie sami się znajdowali, i bohaterów tego dnia: Jagiełłę, Witolda, Zyndrama Maskowskiego, nie patrzących na trupa Ulrycha Jungingen, nie słuchających obelg Markarda Salizbach i Sumberga, lecz walczących i nadstawujących piersi, w pojedyńczym boju, jak prości żołnierze. To charakteryzuje wiek i wojnę owych czasów, lepiéj daleko, niż zimna chwila rozwiązania dramatu, wobec trupa Mistrza i upokorzonych książąt Szczecina i Pomorza.
Z tém wszystkiém mimo niekorzystnie obranéj chwili, co może być nie winą artysty, lecz tego, co nie mając wyobrażenia zbyt dokładnego rzeczy, żądał obrazu i zmusił artystę do wystawienia tego właśnie momentu, jestto piękna karta historyczna, chociaż zimniejsza, niżby być mogła, gdyby to była bitwa, nie po bitwie. Dodajmy, że pejzaż, domyślony tylko, nie odpowiada dokładności, z jaką wykonane są stroje.
Drugi téjże miary obraz, odpowiadający zapewne pierwszemu, wyobraża spotkanie Jana III z Leopoldem, pod Wiedniem. Któż nie wie o tém ceremonialném spotkaniu? Kto o niém nie czytał? Kto go nie rysował? lub w książce rysowanego nie widział? Przedmiot ten, tak niewdzięczny i oklepany, także podobno przyjąć musiał artysta, nie sam go obrał; lecz w niedostatku ruchu i życia, którego téj scenie niepodobna nadać było, ozdobił go malarz cudnie bogatą kompozycyą, pełną rozmaitości i po mistrzowsku ułożoną. Można powiedziéć, że oklepany ten przedmiot stał się nowym pod jego pędzlem. Żal nam, że malarz nie miał więcéj jeszcze współczesnych portretów towarzyszy króla Jana, lecz i tak główne twarze są historyczne, a niedostatek reszty artysta pełnemi charakteru fizyonomiami zapełnił. Oba orszaki cesarza i króla są pełne typów rodowych i zupełnie się różnią fizyonomią i wyrazem. W oddaleniu widać siniejący Wiedeń.
Podnosząc oczy z tego obrazu, ujrzałem na ścianie szkic, który wyobraża i przypomina Suchodolskiemu pracownię jego mistrza, Verneta. Wyobraża on ogromną izbę bez sufitu, nieporządną; w niéj kilku uczniów pracujących, w środku zaś Verneta, dziwacznie ubranego, z bębnem na szyi zawieszonym, na którego psy szczekają. Któżby się domyślił, że ten bęben stanowił ulubioną rozrywkę malarza! Tak jednak było.
Całe ściany malarni Suchodolskiego okryte są szkicami maleńkiemi, widokami okolic włoskich; gór, chmur, nieba chwytanego w kilku chwilach, póki się nie zmieniło, uderzającemi trafnością; różnemi prócz tego drobnemi urywki, które są jakby dziennikiem życia malarza i miłém wspomnieniem. Jest tam i osiołek, co jego żonę nosił po górach, i wieśniacy włoscy, i głowy koni, i drzewa, i domki, i — bo czegóż tam niéma!? Wyznam, że wielką miałem pokusę jednę z tych drobnostek unieść na pamiątkę. Tyle ich tam jest! może-by nie postrzeżono! Wszak tak jakiś amator jedynego Rafaela wyniósł z Wilanowa, po którym tylko smutne ramki zostały... Lecz nareszcie przemogła pokusę uczciwość i nic stąd nie wyniosłem, prócz bardzo miłego wspomnienia.
Wpatrując się w jedno z zasłonionych okien, znalazłem na niém szkic pełen ognia, wyobrażający Araba pędzącego na koniu, z głową zabitego nieprzyjaciela, bladą i skrwawioną. W tym rysunku był cały poemat i ze dwa romanse. A jednak, na ostatniéj wystawie, jak słyszałem, tłum nie pojął tego szkicu piękności, i niektórzy go jak grzech artyście wyrzucali. Wielcy znawcy zaiste!!
Przechodząc od szkicu do szkicu po ścianach, zatrzymując się dłużéj przy niektórych, przypatrując się z gliny modelowanemu jeźdźcowi i zaczętéj budowie lilipuckiego okrętu, nie wiem, wiele tak czasu zjadłem. Człowiek najmniéj czuje czas, gdy go potrzebuje najwięcéj. Nareszcie obróciłem się i ujrzałem zdala przez dwa pokoje świecący obraz. Pobiegłem więc patrzéć jeszcze, czegom nie widział.
Był to Napoleon na górze Ś-go Bernarda, przy klasztorze stojącym w tych odwiecznych śniegach, w krainie lawin, wiatru i śmierci, przez którą tylko mogła prowadzić chęć chwały i uporczywa stałość bohatera, nielicząca przeszkód w niczém.
Góry pełne są wojska wijącego się po śniegach i zamieciach wszystko się rusza, tam Napoleon w swoim szarym surducie, otoczony sztabem rozprawia, tu grenadyery, paląc fajki, grzeją się u skąpego ognia, inni ciągną działa. Scena ta zaleca się nietylko wszystkiemi zaletami historycznego obrazu, lecz téż przezwyciężeniem trudności oryginalnego całkiem pejzażu. Tylko ci, co malują, pojmą, jak trudne jest światło wśród jednostajnych białych śniegów, pokrywających cały widok, i nieba równie prawie białego, przepełnionego tumanami śniegu.
Śmiesznie to może, ale wśród tak wielkiéj historycznéj sceny uderzył mnie drobny rys, pełen naturalności i wyrazu, którego może w obliczu Napoleona wspominać się nie godzi; widać tam mnicha wychodzącego z klasztoru, przeciw któremu niesie parobek wiązkę drew; w giestach mnicha tak widoczna jest wymówka za opóźnienie, że nawet myśląc o Napoleonie, patrząc na bohaterskie twarze jego staréj gwardyi, niepodobna wstrzymać uśmiechu, na widok tego epizodu. To dowodzi, że artysta pojął, iż aby obraz był całkowicie prawdziwym i naturalnym, nie dość w nim wielkich rzeczy; — potrzeba małych, lecz żywcem schwyconych z prawdziwego świata. Podobnie trafne epizody znaleźliśmy zresztą i w innych obrazach Suchodolskiego.
Wychodząc z tego pokoju, gdzie kilka jeszcze litografij nieprzyjemnie obok tak znakomitego obrazu swoją błahością uderza — szedłem spojrzéć w oczy dwóm cudownym Arabom, lecącym przez pustynię; jeden mianowicie, za którym powiewa palma, przed którym świecą kości zasypanéj karawany, uderzył mnie poetyczną koncepcyą i prostotą swoją. Lecz to wszystko potrzeba widziéć, nie czytać — pióro bardzo jest zimne, gdy walczy z pędzlem, bo pióra tak nadużyto, że dziś wszystkie wyrazy wypłowiały, wszystkie zdają się słabe, i naginane nie do myśli, lecz do frazesów, straciły władzę, sparaliżowały się, znikczemniały; przywykliśmy po większéj części słuchać nie myśląc, czytać nie przywiązując ściśle znaczenia prawdziwego do wyrazów; — biedny téż teraz, kto pisze.
Tak-em znów myślał, wychodząc z żalem z pracowni naszego Verneta — czas już było! A tyle tam jeszcze szkiców zostało na ścianach nie obejrzanych, tyle zapewne rysunków po szufladach, w których zapewne miło-by ścigać było myśl artysty i historyą jego obrazów. Ale obcy i natręt, musiałem wychodzić, a gdy znowu ujrzałem przed sobą owego duńskiego psa w przedpokoju, zdało mi się, żem się z rzadkiego snu przebudził. Gdyby mi na pociechę został był choć kawałek papieru zarysowany i podjęty z podróży! — ale nawet ani tego.

Warszawa, październik 1838.





Jarmark w Janówce.


Zacznijmy od jarmarku, téj gminnéj uroczystości tak wesołéj, tak charakterystycznéj u nas. Na co mamy cyrklować tę książkę wspomnień? idźmy gdzie nas oczy poniosą.
Oto jesteśmy w małéj mieścinie Polesia wołyńskiego Janówce. Mało kto zapewne zna ją, prócz sąsiadów, bo bardzo maleńka, zasuniona w lasy i ustronie, siedzi na piasku cały rok spokojna, a ożywia się dopiéro na wielki jarmark w dzień św. Szymona i Judy w październiku. Należała ona niegdyś podobno do możnéj a dziś upadłéj prawie rodziny Sapiehów. Sławny jéj jarmark przynajmniéj promieniem sześciu mil dokoła ściąga żydów, wieśniaków, ekonomów i drobnych właścicieli z wołami, końmi, lub po woły, konie i t. d. Woły jednakże zowiące się tu wszędzie towarem per excellentiam, wistocie najważniejszą część targu stanowią.
Nie zachwyca wcale położenie zupełnie poleskie Janówki; trudno aby w niém najbardziéj uprzedzone oko znalazło piękność jaką (jakkolwiek piękność w stosunku do smaku jest względną). To pewna, że trzebaby się urodzić w Janowce, żeby się piękną wydała. Kilkanaście chat na piaszczystém polu rozłożonych, jedna karczma pusta, pusty także a dość obszerny kościół z klasztorom Bernardynów, rynek szeroki, który rok cały trawą zarasta, nim go w październiku wydepczą, kramiki drewniane raz w rok tylko zajęte, młynek mały nareszcie, — wszystko to nie jest malowniczém na równinie i piasku wśród bajrakowatych i pokrzywionych sosen; lecz dzień jarmarku, dzień wielki i uroczysty dla arendarza, nadaje téj pustyni poleskiéj pozór ożywiony i charakterystyczny.
Po wszystkich drogach wiodących do miasteczka, ciągną się furmanki liczne, wozy, bryczki kryte i niekryte, jeźdźcy, pieszaki, budy płócienne nadziewane żydami i rodziny poleszuków, w których twarzy próżno szukasz śladów pomięszanych plemion, jakie dawniéj zajmowały Polesie.
Rynek cały napełnia się aż pod kościół i wylewa aż za płoty. Liczne wozy ściskają się jedne koło drugich, a te, jak łatwo się domyślić, stają się ogniskiem jarmarku, mianowicie przy karczmie, gdzie pożądany spija się mohorycz. Mohorycz jest-to gdzieindziéj zwany borysz, dodatek do ceny towaru, poczastka, bez któréj wieśniak nie przeda nigdy, a gdy go kupujący odmówi, targ nawet zrywa.
Ku południowi coraz zgiełk się powiększa, ze wszystkich stron słychać żywe rozmowy i najrozmaitsze odgłosy. Tam wół ryczy, tu koń rży i wierzga w bok przechodzącym, piszczą wieprze poprzywiązywane na wozach rzucając się, a wielka liczba kóz, które się tu dobrze płacą, łączy swój głos z tysiącem innych, w których jednak głos pana świata — człowieka, zawsze prawie górę trzyma. Trudno jest odmalować rozmaitość postaci, głosów, rozmów, charakterów, fizyonomij, ubiorów, jaka się tu ściska i kręci. Żydzi z bezmianami na plecach, jak z bronią swoją, włóczą się za lnem, grzybami i woskiem; poleszucy w białych sukmanach z pasami czerwonemi lub z czarnéj skóry, z kalitką, krzesiwem, papużą tytuniu i nieodstępną fajką w zębach, kopcącą co chwila i piliponi w wysokich kapeluszach i ogromnych butach, wzrostem i strojem w tłumie widoczni, żydówki brudne, odarte i chciwe, kobiety poleskie w chustkach z uśmiechem na ustach a kurami na ręku, holenderki w dziwacznych płaszczykach z paskowatych kolorowych spodnic; holendrzy ze swoją rodzimą fizyonomią, cyganie z czarnemi rozczochranemi włosami i t. d. Nareszcie nieocenione figury panów ekonomów w czapkach uszatych, w surdutach szarych, z kijami w ręku, z pogardliwą miną. A wszystko to w niepojętym ruchu i ożywieniu wszystkich części ciała; zacząwszy od pierników i obwarzanków, aż do wołów i koni wszystko się porusza i żyje. Wszędzie brzęczą piéniądze, na twarzach pali się chęć zysku, nadzieja, lub zaspokojona radość.
Pod namiotem nad powózkami zaimprowizowanym wśród rynku, ruski kupiec z Łucka rozwiesza swoje kolorowe towary, zdaleka mile jaśniejące oczom poleszanek. Tu ciśnie się ciekawie i chciwie pożerając oczyma chustki i perkale, żeńska połowa jarmarku, rozwiązuje starannie węzełki dla kupienia niedrogiego stroju ceną kilku kur, lub staréj faworyty kozy, którą już żydek przemyślny zarznął wśród rynku.
Obok przemyślne żydki w kramikach siedząc nie odurzeni natłokiem osób, wrzawą i krzykiem, wszystkich wołają, nęcą, proszą, ciągną do siebie, kłócą się, targują, biją nawet i razem zdają jeszcze resztę, uważając, żeby jak najgładsze oddawać złotówki — z zadziwiającą przytomnością wszechstronną i talentem nieocenionym. Między wielomównym żydem a cichym kupcem ruskim, waha się żeńska połowa; bo żyd ma swoje przyciągnienia sposoby, zna serce ludzkie tradycyonalnie, uczył się go razem z talmudem od ojca, wié szerokie drogi i kręte ścieżki, któremi do niego wejść można, ma tysiąc środków na pokonanie ludzi tak bezbronnych, gdy im chodzi o zrobienie przyjemności sobie. Przyciągając do kupna, łechce próżność, wabi oczy, pociąga serce i durzy głowę nieboraka. Nie jeden sam nie wié dlaczego i na co kupuje, a nie umié się oprzéć urokowi żydowskich zachęceń.
— Nu! czy to ty zginiesz, jak kupisz! aj wéj! tak mała rzecz! Tu wasza ekonomowa kupowała ten sam cyc i drożéj zapłaciła, a ja wam taniéj oddam po znajomości. Bodajbym zginął, kiedy nie na stratę. Ale to reszta. Albo to ty nie możesz tego miéć co ekonomowa? a wéj! a ty siebie nie poznasz, jak się ubierzesz? Nu! nu, bierz, już ja odmierzył, na, masz!
— Kiedy nie ma pieniędzy.
— Jak to nie ma? to może ty co masz na przedaż, czy to ty nic nie przedał? i t. d. A podusznego przysięgli poczekają, ty jeszcze zbierzesz, a wéj!
Nieco daléj kupa sukman, świtek, burek, płaszczów, przy wielkiéj skrzyni leżąca otoczona jest gromadą kupujących, którzy się dziwią sobie ubrawszy się, i uśmiéchają na zwodnicze pochwały przedającego.
— A! a! ty inszy człowiek! to ty dom kupujesz nie suknią, a jaka ciepłość, a jaka to moc, a wéj! Nu, co ty targujesz, ja tylko dla ciebie za tę cenę przedaję. Ty stary znajomy! nu, nu, bierz a płać!
Trochę daléj znowu, stoi wóz z kożuchami, gdzie podobna powtarza się scena. Za nim drugi, nad którym wytknięto wysoką tyczkę z parą butów; ten jest sklepem naprędce urządzonym rozmaitego obuwia, gdzie bogatsi poleszucy długie czarne, za kolana zachodzące buty kupują.
Tuż druga tyczka nad wozem wywieszona wysoko z roztrzepaną papużą tytuniu wabi wieśniaków do ulubionego im przysmaku.
Wielki sklep czapek rozmaitych, rozwieszony na ścianie karczmy, zachwyca chłopów, otwierających przed nim gęby. Stoją przed nim w swoich obdartych białych czapeczkach sukiennych lub wyszarzanych barankowych, pretendenci do nowych probują, patrzą, zaglądają; uśmiechają się, naradzają, a kupiwszy wreszcie odchodzą, ciesząc się, poprawując i oglądając się, czy cały jarmark patrzy na ich nową czapkę. To tak samo jak w Warszawie.
Daléj jeszcze w szynku dymią się ogniska, koło których jesienném zimnem skosniałe ręce grzeją poleszuki i fajeczki swoje zapalają i garnki przystawują, śpiewając wesoło. Poleszuk bowiem gdziekolwiek stanie, cokolwiek robi, tak lubi ogień i dym, że w lipcu nawet zapala ognisko przez nałóg, a razem dla ulubionéj swojéj fajki, która mu ciągle gaśnie. Pod ściśnionemi w rynku wozami, leżą długie trąby drewniane osikowe, których przeznaczenia trudno obcemu na piérwszy rzut oka odgadnąć. Są to dymniki czyli kominy chat poleskich, które pijani śmiejąc się armatami nazywają. W wozach same gospodynie na workach siedząc, czekają kupców, a gospodarze najczęściéj w karczmie siedzą lub za pokupką się włóczą. Nie małym towarem są tu koła obodne, łyka na postoły, łapcie czyli kurpie, które pękami powiązane wiszą na wozach.
U płotów stoi większa część wołów przeznaczonych na przedaż, żując chciwie zarzuconą im garść słomy; koło nich kręcą się żydki i panowie wolarze. Droga idąca od młynka do klasztoru zowie się uliczką końską, przez nią nieustannie chłopi ze swojemi chmyzami, ekonomowie z odpasionemi kalekami, żydzi z wypracowanemi szkapami przejeżdżają się klaskając z bicza. Kiedy niekiedy targ ich zatrzymuje, znawca opatruje, maca gruczołków pod gardłem, ogląda nogi, zęby, uśmiecha się i targuje.
A w targu jest sztuka i wielka sztuka. Kto nie umié kupować, ten i przepłaciwszy nie kupi, trzeba miéć doświadczenie i zimną krew kupca z profesyi, żeby dobrze kupić, a nadewszystko potrzeba cierpliwości. Nawet strój właściwy przykłada się do dobrego kupna, bo kupiec powinien być dosyć obszarpany, w baraniéj czapce, z kijem w ręku i minę mieć zbiednioną. Zwyczajny targ od trzeciéj części ceny się zaczyna i zarywa na kłótnią, która powoli potém się uśmierza, aż do ugody przyjdzie!
Ku południu zwiększa się liczba ichmościów, którzy z fajkami w ustach, z laskami w ręku, najpoważniejszą część jarmarku stanowią, pań także i panienek kapeluszowo-szlafrokowych, które się niespokojnie oglądają, czy kto młody przystojny na nie nie patrzy. Niektóre fizyonomie dobrze dokonana przedaż ożywia, inne dobre kupno, inne jeszcze dobry trunek, smutnie tylko ziewają ci, którym na wyjezdném z domu stara baba z próżném wiadrem przeszła drogę, i którzy dlatego nic zrobić na jarmarku nie mogli.
Na końskiéj uliczce koło wołów, ku wieczorowi dopiéro brzęczą pieniądze, bo każdy kupujący w nadziei, że przedający spuści z ceny, czeka z kupnem do wieczora. Wieczorem obraz jarmarku całkiem się odmienia.
Jak wszystko, co się kończy, jak bal, gdy świéce gasną, jak gra, gdy stolik odstawują, jak wszelki szał, gdy po nim tylko usta spalone zostaną, tak i jarmark smutny jest przy końcu. Niestety! wszystko się kończyć musi.
Tam pijani pokrwawieni trochę, lub tylko pobłoceni taczają się z babami, za ręce trzymając i śpiewając chrypliwie, powoli i cicho. Żydzi śpiesznie pakują resztę towarów, zmiérzch pada. W karczmie rozbite kieliszki i szklanki, pobluzgane stoły; błota pełno, pijacy śpią pod ławami. Na rynku drzémią przygasłe ogniska, walają się szczątki jadła, stare łapcie i szmaty, tam i owdzie krew zabitych baranów psy liżą spokojnie. Koło płotów znać po śladach woły, których już nie ma, kołki z nich powyrywane, gdzieniegdzie wytratowana ziemia, tam coś rozsypanego, tam rozlanego. Po drodze wozy różnie sprzężone końmi, wołami, wracają. Wszyscy weseli, bo wszyscy prawie pijani prócz żydów. Cygan z żoną i synową, czarny, zasmolony, odarty, któremu koszula przez kożuch z boku wygląda, gada jeszcze w kącie z chłopem, tajemnie i pocichu. Ten czapkę nową nasunąwszy na uszy, z fajką zagasłą w zębach, z krzesiwem w ręku, które z kalitki dobył, krzesze ogień po palcach i skrzesać nie może. Dwie cyganki z czarnemi włosami, a białemi zębami otaczają go ze dwóch stron i gładząc pod brodę starają się przekonać.
Wszystko się pakuje, wyjeżdża i śpieszy do domu, przed chatami mieszczan żegnają się z niemi ich krewni, powinowaci, kumy, swaty i znajomi, ze wsi sąsiednich, całują się i rozchodzą. Ta scena jest najczystsza i najczulsza ze wszystkich obrazów jarmarkowych.
— Dziękujem za wszystko — wołają odchodząc.
— Wybaczajcie — odpowiadają gospodarze.
Dobrze wybaczyć najadłszy się! — Jest-to dosłowna forma dowcipnéj odpowiedzi, którą sto razy śmiechem naiwnym i prostym przyjmują i zawsze jak gdyby nową. Poczém gospodarze ukłony jeszcze z daleka przesyłając, wracają do chaty. A może ciekawi jesteście jak siedziba poleszuka zamożnego wygląda?
Podwórko otoczone jest chléwkami różnego kształtu i wielkości, błotniste, ścieżką wydeptaną przedzielone, prowadzącą do sieni, w których duży wieprz karmny poufale chodzi i mruczy, znając, że jest faworytem domu. Kilka kur sadowi się na belce do snu i trzepiocze układając skrzydła.
Przez wysoki próg wchodzi się do białéj izby, izby paradnéj, gdzie jest piec, na którego przodzie palą się skałki smolne, koło pieca ława, w głębi poczęte krośna, kołyska dziecka i stół także otoczony ławami. Ściany dokoła opasują ławy. Ku drzwiom stoi ceber, rażka, garnki na półkach i kwarta stara. W głębi, w kątku pod obrazem dzieża chlebna szanowna, poważne zajmuje miejsce pod opieką błyszczącéj N. Panny roztaczającéj nad nią swój płaszcz gwiaździsty.
Nade drzwiami i oknami krzyże i symboliczne słowiańskie charaktery wejścia wszelkiemu złemu bronią, wycięte pobożną ręką dziaka, który dla wiecznéj pamiątki dodał na średniéj belce rok 1790.
Próżnoby tu kto szukał śladu podłogi, nie ma jéj, tylko ubita ziemia. Okna maleńkie, w części z okrągłych szybek złożone, a przemyślny gospodarz ściany swoje czysto wybielone, glinką żółtą do połowy od spodu, żeby mu nowéj świty nie bieliły, pociągnął.
Na ławie pod piecem siedzi stara kobieta z fajeczką w zębach, z oczyma wlepionemi w garnki, koło drzwi szczepie drewka wysoki parobek z fajką także, młoda kobieta kołysze dziecko, drzémie i śpiéwa.
Takie jest wnętrze chaty Janowskiéj.
Tymczasem na drodze wiodącéj ku młynkowi, rozmijają się bryczki, wózki, konni i wszystko opuszcza miejsce jarmarku, na cały rok puste znowu jak przedtém, aż do św. Szymona i Judy.

1839.





Ossowa Felińskiego.


Przebywszy długie i szerokie lasy, trochę piasku, trochę biota, napatrzywszy się sosen, któremi się tak brzydzę jak czerotem i piaskiem, zbliżałem się wreszcie do Ossowéj. Po drodze mijałem Stepanhorod, osadę wśród najdzikszego Polesia leżącą, prawdziwie nie piękną, lub tak przynajmniéj dziwnie piękną, że jéj wdzięku dopatrzyć się trudno, cały bowiem ten obraz składa się tylko z głównych pierwiastków piasku, błota i sosen. Z tego materyału żaden jeniusz w świecie, nic prócz pustyni nie utworzy. Ożyw ją, czém chcesz, budowami, ludźmi, zwierzęty, będzie to zawsze smutna tylko pustynia. Ale daj mi brzozy, dęby, doliny, wzgórza, staw lub rzeczułkę czystą; choćby tam ludzi, choćby tam muchy nie było, już to pustynia nie będzie. Na nieszczęście w głuchém Polesiu rzadko ujrzéć innego składu obraz, wszędzie piasek, błoto i sosny zajmują na przemian przestrzenie i szpecą.
Często dzień cały, podróżny nie ma gdzie okiem spocząć na czém weselszém. To czyni podróż niektóremi stronami Polesia bardzo nudną. Spojrzysz w dół, pod twemi nogami obsuwa się piasek żółty, nagi, nie pokryty żadną roślinką, posypany tylko zwierzchu żółtemi igłami i szyszkami sosen. Przed tobą wyciągają się długie groble i tak zwane nakoty, a po obu ich stronach kępiaste puste błoto, na którém stożyska lub stogi pojedyńczo stoją i trawa gruba, szorstka kołysze się powoli od wiatru. Gdzieniegdzie przez rów pluszcze się wąż lub piskorz, a nad nim ulatuje sroka, wrona, krzykliwy bekas lub żałobliwie piszcząca czajka. Sosny, które otaczają błoto, nie są to owe piękne drzewa proste, bez gałęzi od spodu, z wierzchu uwieńczone koroną gęsto splecionych gałęzi; lecz krzywe, chore, mdłe; najczęściéj podsmalone pożarem od spodu, pół-czarne, pół-bladozielone, wynędzniałe jak ludzie na złym karmie i w złéj doli. Zważcie tedy, czy te strony Polesia, w których pejzaż składa się z tych tylko jednostajnych pierwiastków, mogą być piękne? Lecz razem nie myślcie, żeby całe Polesie takiém było. Są w niém i bardzo piękne miejsca; pierwsza Ossowa, do któréj już jedziem, wcale jest niepodobna do poprzedzającego opisu okolic Stepanhoroda.
Dla profanów, którzy lubéj Ossowéj znać wewnątrz i kochać nie mogą, jak ja ją kocham dla jéj mieszkańców, muszę powiedziéć, aby wzbudzić zajęcie, że była dawniéj własnością Aloizego Felińskiego, autora Barbary. Stoi tu jeszcze jego domek i jest jego pokoik, w którym swoje arcydzieło urodził.
Ossowa położona jest piękniéj nad inne okolice poleskie; dwór stoi na wzgórku nad przepływającą w dolinie rzeczką Bereżanką, nad którą rozrzucone są stare olchy. Nalewo gaj z dębów, klonów i lip starych cudnie zasłania niemiły widok na sosnowe lasy. Naprawo wieś się długo rozciąga aż do młyna i stawu, wśród któréj stara cerkiewka ocieniona drzewami się wychyla. Wszystko to opiéra się na tle oddaloném lasów. W tyle domu widać także wśród trzebieży wieś Kidry, wzgórza, laski, pola, a wreszcie las, opasujący każdy widok poleski.
Któż nie słyszał o Felińskim, kto nie czytał jego patetycznéj Barbary, jego gładkich, bo niestety, gładkich tylko gładkiego Delila przekładów? Ale mało kto zna jego życie i jego Ossowę. Wybór Delila i Alfierego dość charakterystycznie pokazuje smak jego i teoryą literacką. Feliński nie był to jeniusz, ani nawet wielki poeta, ale w wysokim stopniu odgadł i wyuczył się mechanizmu języka, miał wielką wprawę we władaniu nim i wiele cierpliwości w odrabianiu i szlifowaniu swoich robót. Zbyt zimny na poetę, nawet w swojéj oryginalnéj Barbarze, jakże jest przejęty manierą Alfierego, jak mało dał jéj ruchu, a jak wiele słów!
W jego gabinecie, nad kominem jest jakby wydarty ze stereotypowéj edycyi Didota portret czyli biust uwieńczony, a raczéj tłusta karykatura Wirgiliusza. Pokój ten, w którym pracował, ma jedno okno, drzwi szklane na ogród, jest zimny, długi i smutny, trochę go tylko ożywia kominek.
Feliński dostał Ossowę w spadku, miał na niéj nadzieję wielkich spekulacyj. Położona w ogromnych lasach, naówczas jeszcze nie tkniętych, które większą część dwóchset kilkudziesiąt włók obszerności majątku tego zajmowały, — zdawała mu się nie bez przyczyny zdatną do zasilenia długiego handlu drzewnego, który w owym czasie właśnie się ożywiał. Jakoż zaniedbawszy zwyczajne gospodarstwo, wziął się Feliński szczerze do wyrabiania lasu, balów, klepki, potażu, najmował ludzi, kupował charcz, zaciągnął długi, a że wszystkiemu chciał sam podołać razem, i pisał Barbarę, ciął las, robił klepkę i tłómaczył Delila, nie bardzo dobrze poszły spekulacye. Dodajmy do tego, że zły obrót użytych do przedaży komisantów, złe lata, słowem fatum zrządziło, że kilkakrotne, kilkoletnie próby, nic mu prócz coraz rzeczywistszych strat nie przyniosły. Zrażony naówczas, porzuciwszy spekulatorstwo, przyjąć musiał posadę naukową w Liceum Krzemienieckiém, daleko dla niego korzystniejszą od wyrabiania lasu. Feliński miał syna, ale ten kąpiąc się w rzece utonął, miał dwóch braci i familia jego żyje jeszcze.
Dowiedziawszy się niektórych szczegółów jego życia, ze smutkiem myślałem o nim. Był on lubiony w sąsiedztwie, które bardzo umiało cenić jego talenta, litując się jak nad słabością, nad szczególną manią spekulacyi, któréj złe skutki przewidywali wszyscy. Nieszczęściem, jeden talent zawsze prawie daje człowiekowi mniemanie, że może być zdatnym do wszystkiego, gdy tymczasem nic prawdziwszego nad to, że podział talentów prowadzi za sobą podział pracy. Niezmiernie mało jest ludzi, których można uważać za zdatnych do wszystkiego; — a i ci, albo w czémś jedném są najznamienitsi, albo we wszystkiém, co czynią, znośnie tylko mierni. Nie pojmujem, jak Feliński spodziéwał się pogodzić skutecznie zatrudnienia spekulatora i poety; — te dwa stany umysłu tak sobie przeciwne jak dwa bieguny. Spekulacye zostawione są tym ludziom z nizkiém czołem, o świecących oczach, o chudéj twarzy i skrzywioném ciele, którzy do niczego więcéj za to nie są zdatni, prócz do robienia pieniędzy. Tacy ludzie są czasem potrzebni raz w kilkaset lat na podkrzepienie upadającéj fortuny lub wzniesienie jakiéj nieznanéj familii, mającéj zająć miejsce innéj znikłéj. Lecz poeta mógłżeby kiedy zniżyć się aż do spekulacyi, aż do drobnostkowych rachub zysku, którym poddać się tylko może głowa, rozum i oczy takie, dla których świat cały i niebo zakryte są holenderskim dukatem.
Spójrzcie na tych co się dorobili lub dorabiają majątku — któż oni są? pewnie nie poeci. W ich żyłach płynie krew zimna, skrzepła, gęsta, serce bije powoli, oczy się tylko i to czasem iskrzą. W ich przodkach naliczysz dawnych przerodzonych wychodźców Judei, szczątki krwi giermańskiéj, kroplę wędrowną z żył John Bulla, lub gałąź szczepu włoskiego skarlałego od lat kilkuset. Spekulator żyje w pieniądzu, jego oko widzi grosz pod ziemią, w wodzie, w drzewie, w niebie i na każdém miejscu, widzi go we krwi własnych dzieci, w uśmiechu własnéj żony; gdyby mógł go z siebie wyciągnąć dla siebie, samby wlazł w alembik. I takim to się udaje; przytomność umysłu zwróconego przez całe życie w jeden punkt, wprawa, szalbierstwo, instynkt, wszystko im pomaga. Ale człowiek prosty, poczciwy, człowiek poeta jeszcze! bardziéj niż kto inny nie wyjdzie na spekulacyach, chyba osobliwszym przypadkiem. Jeśli sobie przyswoi za prawą rękę spekulatora jakiego, spekulator go odrze, oszuka, ukłoni się i pójdzie. Biédny Feliński!
Jeśli w jego dziełach, niezbyt popularnych, nie ma on dość upowszechnionéj pamięci u świata, została przynajmniéj po nim językowi w puściźnie jota, którą on wskrzesił, za którą krzyczano na niego w niebogłosy, którą nareszcie przyjęto powszechnie. Zdaje mi się, że piérwszy Tygodnik Warszawski ośmielił się jéj użyć; — a z jakąż zgrozą patrzała Warszawa, sarkało Wilno, na ten ogon! Wydobyto zapylone biblie XVI wieku szukając tam joty, zapisano tyle papieru; zmarnowano tyle czasu, a nakoniec przyjęto. Czy nie lepiéj było zacząć od tego, na czém miano skończyć? Prawda, że wszystko na świecie, nim wejdzie w upowszechnienie, musi przychodzić krwawo jak ta jota, bo człek jest schylony pod panowaniem nałogu, pod ciężarem przesądu, pod brzemieniem uporu, a to wszystko czas tylko leczy.
Kilka listów Felińskiego, które mi się zdarzyło czytać, okazywać się zdają wielką żywość charakteru, pisane prędko, wprawnie, niedbale, płynęły jak myśl. Znać w nich człowieka, który się śpieszy i ceni swój czas. Wielkie litery, ręka wprawna, frazesa pospolite, ale żywe. Jest w nich wesołość i życie, — łatwo uwierzyć tym, którzy powiadają znając go, iż był żywy, wesół, poruszający łatwo towarzystwo, czuły i dość wielomówny.
W listach, których wyjątki dała nam panna Tańska, często o swojéj Ossowie wspomina, i o projektach, jakie miał na nią, wynurza się nawet z upodobaniem, jakie miał dla niéj[17].
W r. 1796 tak pisze o niéj: „Oprócz tego wypuszcza mi matka i nieintratną wioseczkę w Polesiu Ossowę, z któréj ja jednak bardzo kontent jestem. Będę w niéj gospodarował á la dziedzic, to jest mając wzgląd nadal i spodziéwam się znaléźć tam dość zatrudnienia przyjemnego i nieprzyjemnego, dosyć wygody i zupełną spokojność. Tak dzieląc mój czas na mieszkanie w Klepaczach, w Ossowie i w Wojutynie, na przejażdżki czasem do Lwowa, do Zasławia, nie rozumiem, żebym się nudził, a jeśli się to zdarzy, to będzie moja wina“.
Tegoż roku w grudniu tak swoję Ossowę opisywał: „Postawiłem tego lata domek tu w Ossowie, i mam już jeden pokoik skończony, w którym mieszkam. Domek nie tak wielki jak w Wojutynie, ale zdaje mi się, że wygodniejszy, może dlatego, że go sam stawiałem. Chcę na nim napisać, co Ariost napisał na swoim: Parva sed apta mihi, sed nulli obnoxia, sed non sordida; ale nie śmiem dodawać: parta meo sit tamen sera domus, bo mi matka na niego daje pieniędzy.
„Z Klepacz niewiele jeszcze uzbierałem, bo choć mam dosyć zboża, ale teraz nie płaci, a Ossowa wiész, że nie bardzo intratna. Pisząc ci tak wiele o téj Ossowie, która podobno ma odtąd zostać moją wsią rezydencyonalną, kiedy mam w niéj domek, ogródek i książki, muszę ci dać o niéj jakieżkolwiek wyobrażenie. Jest to wioseczka mająca tylko ośm dusz męskich[18], ma rzeczki, gaiki i wiele położeń romansowych, ale chleba dosyć mało, leży o dwie mile od Dąbrowicy, miasteczka położonego nad Horyniem“.
W r. 1800 już pokończył był ulepszenia w Ossowie i tak o niej pisał: „Wioseczkę dziedziczną Ossowę, na którą mam dymisyą od matki, oporządzam, jak mogę. Skończyłem domek, założyłem ogródek, poprzyrabiałem łanów; pobiłem rowy w miejscach mokrych, poprostowałem drogi i w przeszłym roku odgraniczyłem się i okopczyłem, skończywszy szczęśliwie sprawę w trybunale graniczną, przez lat kilkanaście od mego ojca popieraną. To jest wszystko dobrze“.
Prawda, że dobrze, bo Feliński na wioseczkę, która w r. 1796 miała ośm dusz męskich, dostał powierzchni ziemi dwieście kilkadziesiąt włók, w większéj części pod najpiękniejszym lasem towarnym. W roku 1805 otworzyły się projekta handlowe. „Téj jesieni — pisze — skończyłem dział z bracią (miał ich dwóch). Na mnie wypadła Ossowa. Mam tedy teraz dwa dziedzictwa o trzydzieści mil od siebie odległe i Ossowę i część Wołosowa (po żonie); wypada więc jedno przedać albo puścić dzierżawą. Tak wypadnie zapewne, że będziemy mieszkać w Ossowie, gdzie już przywykłem i trochę udoskonaliłem. Potém, że lepsza wioska odrębna i spokojna, niż część we wsi z sąsiadami. Będę téż miał fabryczkę balów i klepek, które tam popłacają. Może dla ich przedania pojadę do Gdańska i wstąpię do was“.
W r. 1809 w marcu przyjmował w Ossowie Feliński autora Ludgardy, Ks. Antonowicza i hrabię Tarnowskiego. Tak czas jego w pracy podwójnéj, korespondencyi i zajęciu ciągłém, upływał. W roku 1811 posłał Feliński Barbarę napisaną w Ossowie, w pokoiku swoim, przyjaciołom i wyprawił ją stąd na świat.
W r. 1814 puścił Ossowę Józefowi Stachowskiemu, późniejszemu jéj nabywcy, w posesyą, — lecz nie bez żalu, który w liście jego w grudniu z Ossowéj jeszcze pisanym wydaje się: — „Interesa, po śmierci stryja i brata mojéj żony na mnie spadłe, przymuszają mnie opuścić na czas jakiś Ossowę. Zadzierżawiłem ją na trzy lata, a sam z familią przenoszę się do drugiego małego dziedzictwa o dwie mile od Żytomierza. Żegnając to lube miejsce, ten ogród, który sam zaszczepiłem, ten dom, który zbudowałem i gdziem lat ośmnaście przyjemnie spędził, żegnając moich szczęśliwych sąsiadów, żegnam i ciebie“.
W r. 1817 już Ossowa była sprzedana: „Przedałem — pisze — Ossowę dla spłacenia posagu siostrom i dla uniknienia szkód nieuchronnych, jakich przez zadzierżawienie albo przez odległe gospodarstwo ciągle doznawałem“. Niestety! straty te winien był Feliński swoim nieszczęsnym widokom handlowym, które go w długi wpędziły. Otóż i cała historya Ossowéj Felińskiego.
Znajomi Felińskiego żyją tu jeszcze i mile go wspominają. Powiadają, że miał coś w sobie okazującego wyższość umysłową, jaka tylko ludziom niepospolitym jest dana. Swoje poezye niegodziwie czytał. Mówią, że gdy swoję Barbarę przed starą matką deklamował, téj ku końcowi tak się żal losu młodéj królowéj zrobiło, że zaczęła go najmocniéj prosić, aby inny, szczęśliwszy jéj dał koniec. „Wszak to od ciebie zależy — rzekła — zróbże ją szczęśliwą!“
Co za naiwny dowód czucia i przejęcia się stworzonym przez poetę światem! Feliński czytywał zwykle wieczorami swojéj staréj matce książki pospolicie francuskie, a że staruszka nie umiała tego języka, z największą cierpliwością czytając tłomaczył. To dowodzi, jak patryarchalnie był do niéj przywiązany.

1839.





Osada Sérnicka.


.... Ku wieczorowi się miało, gdym przybył do miejsca osobliwego, które wam tu opisywać będę; a wieczór dnia siódmego kwietnia był już niby wiosennym. Niby, bo jeszcze ledwie niektóre wierzb gatunki puściły kotki, na polach ledwie gdzieniegdzie drobne listki zieleniéć zaczynały, trawa brzegiem wód puszczała, a bydło, wyzwolone na paszę, szukało z trudnością większych nieco liści, aby je wargami zająć mogło. Kozy ogryzały gałązki, muflony wszelakiéj barwy: białe, srokate, rude, czarne, plamiste, po kolana w wodzie zajadały smaczno paszę, któraby nasze drogie merynosy potruła. Dojeżdżaliśmy groblą, potém częścią wsi pana Skirmunta do osady sérnickiéj szlachty, którą chociaż już przedtém widziałem, nigdy mi się jednak tak dziwnie oryginalną nie wydała jak teraz. Leży ona wśród błot pińskich nad rzeczką Stublem, latem tak wysychającą, że ją kury przejść mogą, lecz na wiosnę niosącą obijaniki, a nawet barki na sobie.
Osada ta licząca do 240 dymów szlachty zatrudniającéj się rolnictwem, najmem do robót gospodarskich i t. d., siedzi u samego brzegu rzeczki. Wioska pana Skirmunta za mostem; przedzielona od niéj rzeką, jest porządnie pod sznur zbudowana, a nawet nieco wykwintnie; — osada zaś szlachecka nie ma prawie ulic, każdy w niéj mieszka i buduje się, gdzie chce, na swoim zagonie, każda obórka w inną się stronę obraca, każdy dom gdzieindziéj patrzy, każdy dziedziniec w inny bok się otwiéra, prawdziwy obraz nieładu i swobody szlacheckiéj. Wśród tego kafarnaum budowli, włóczą się postaci podobne wieśniakom z ubioru, a czasem i twarzy, kobiety bose, żółte, chude, dzieci pół nagie — to są wszystko panowie szlachta!
Tam i sam wyglądają z pomiędzy chat karczmy, a naprzód dwie najsławniejsze: Łachmana i Chiela, inne walą się ze starości lub ciężko na podporach jak na kulach stoją. Te karczmy są tu dla szlachty, czém dawniéj były w miastach Ratusze i Rady, a arędarze mogą się nazwać wielkorządcami téj osady, bo bez nich nic się nie dzieje.
Kiedyśmy przybywszy potrzebowali nająć czółno, żeby nas stąd daléj przeniosło na Styr, radziłem śpiesznie z tém żądaniem udać się do szlachty, ale mój towarzysz podróży, znający miejscowość, odpowiedział mi:
— Szlachta sama nie najmuje czółen swoich i siebie bez arędarza wszechwładnącego Łachmana. On ich godzi, kłóci, najmuje i połowę najmu sobie bierze. Żaden szlachcic nie ma obijanika, a gdyby go miał, żydzi, którzy przy sobie utrzymują monopolium żeglugi, zaraz-by go odkupili. Żyd tutaj jest-to osoba wszystko mogąca, wszystko znacząca, a panowie szlachta, mimo całéj swéj dumy, słuchają go jak pana. Łachman każe iść, idą, każe nie iść, nie pójdą, swata ich, żeni — godzi, kłóci, bogaci i obdziéra — słowem jego to kraj i zawojowana prowincya, on z téj strony Stubla, z drugiéj pan Skirmunt, jednakowo panują!
Ruszyłem ramionami, myśląc o władzy, jaką oni ruchliwym umysłem, kwaterką i pochlebstwem wyrobić sobie umieją. Tymczasem, z łaski i namowy pana Łachmana, ruszyła szlachta, napiwszy się wódki, gotować nam czółno, z którego wylewano wodę, zaściełano słomą i wiszarem we środku. Reszta próżnujących a ciekawych otaczała nas, prowadząc żywą rozmowę.
Na samym przedzie kolumny, stał pan Hor..., mający, jak było widać, reputacyą dowcipu i rozumu; nieco podpiły i bardzo wesoły. Jego oczki świécące i zęby ciągle wystawione na jaw, dowodziły, że humoru nie brak mu było. Cały w konceptach, śpieszył się z gadaniem, chcąc jak widać wysypać przed nami wszystko, co miał w głowie.
— Wszystko prędko będzie; niech się panowie obywatele nie turbują. Szlachta sérnicka nie odmówi przysługi dla swojego sąsiada. Żwawo, chłopcze — zawołał na wylewającego wodę z czółna. To dobry chłopiec — obrócił się do nas — o, będziecie z niego panowie obywatele kontenci — to krew moja! to krew moja, a familia Hor... nie zawodzi.
Uśmiéchnąłem się na te słowa, które mi przypomniały słyszane niedawno od jednego wołyńskiego magnata, z równą dumą jak z ust sérnickiego szlachcica wyszłe — podobne wyrazy zupełnie jednéj myśli z temi.
Potém pan Hor... ciekawy o mnie, kto jestem, bo mnie nigdy nie widział, póty chodził, póki się nie dowiedział nazwiska i znajomości nie zabrał. Nareszcie przymówił się niezgrabnie do garstki tureckiego tytuniu i zaczął narzekać na zerwaną groblę na części gościńca pocztowego należącéj do Sérnik pod Lubiaziem.
— Ach, panie, co za czasy! co za czasy! kiedyś to i ja tamtędy wodziłem pana gienerała Beningsena, a nie kazali grobli reperować choć dla tak wielkiéj figury; tylko kołkami wytknięta była droga. Między niemi trzeba było jechać, a krok w bok to i zginiesz. No — a ja przeprowadził.
Potém poprawiwszy pasa, utarłszy nosa po szlachecku, tak daléj prowadził, nie mogąc zamilknąć:
— Niéma czém panów obywateli przyjąć szlachta sérnicka, dla panów obywateli to wiele potrzeba.
— Ot — odezwaliśmy się — dobrém sercem i gawędką przyjmujesz.
— A może — odezwał się drugi z tylu — panów to gadanie napiłych obraża.
— Bynajmniéj, owszem bawi.
— Nie — nie może obrażać!
— I pewno nie — zawołał Hor... — czemuby obrażać miało? Szlachcic na zagrodzie — równy wojewodzie, mosanie. Szlachcic w łapciach a człowiek! (co do słowa).
Mój towarzysz chcąc zażartować, odezwał się:
— Ależ żartujesz, panie Hor..., że nie masz czém przyjąć, macie takie piękne szlachcianki.
— O! o! o! co tego to niéma! dalbóg niéma; o nie! — rzekł nadstawując się dumnie, a reszta szlachty potakując rozśmiała się.
— Waść się śmiejesz — odparł Hor... do jednego, który miał dwie łysiny z dwóch stron nieogolonéj brody — aleć to wiadomo, choćby WPana żonka była jak ładna!... kiedy Sampana, to jéj niéma dla nikogo.
Wszyscy kiwnęli głowami, pan Hor... się uśmiéchnął i napędzał do gotowania czółna.
Gdyśmy tak rozprawiali, przyrządzono do drogi obijanik i żegnając szlachtę siedliśmy do niego.
Powoli odbito od brzegu. Mijając chaty szlacheckie i karczmy nadbrzeżne, płynęliśmy Stubłem ku Styrowi, a na brzegu widzieliśmy jeszcze stojącą szlachtę nad wielką barką naładowaną garnkami.
Myślałem wtedy o téj dziwnéj osadzie, o jéj obyczajach i życiu tak nędzném, które łatwo poznać z samego ich ubrania. Najbogatsi Machnowicze, z których jeden piastował dostojny urząd kluczwójta, a spadek po nim nie dawno żwawe obudził spory, reszta, mnogie rodziny Sérnickich, Poluchowiczów, Dubinów, Szołomyckich, Szuszków, Boryczewskicb, Kudernickich i t. d:, żyją ze swoich zagonów, z najmu na czółna, do kośby i żniwa w okolicy. Przy całém tém ubóstwie jest w nich jednakże rodzaj dumy, który ich od chłopów odróżnia. Krój nawet ubioru mają odmienny. Wprawdzie siermięgi sérnickich są biało jak u chłopów, ale mają niby kształt kapot, kołnierze małe innym krojem, pasy nie czerwone, ale czarne, na nogach łapcie takież, jak noszą wieśniacy, lecz przy nich często rzemyki zastępują sznury. Szlachcianki chyba w wielkie święta gorset i trzewiki kładą, i to nie wszystkie, zresztą ich ubiór niczém od chłopianek się nie różni.
Charakter płci obojéj, a nawet rysy twarzy znamionują ich i oddzielają, niektórych miny poważne, włosy siwe i bez kołtuna, prześliczne łysiny, z pod których wygląda guz dumy bardzo wyraźny, jak-em to miał zręczność na głowie jednego z Machnowiczów opatrzyć.
Wszyscy są dziś wyznania greckiego; zabobony ich wspólne z chłopami, o których ocierając się, mimo dumy wrodzonéj, przejąć musieli od nich wiele mniemań i zwyczajów. Słyszałem, jak jeden z wiozących nas Hor..., rozpowiadał o młodym chłopcu, po którym właśnie dzwoniono w cerkwi, a dźwięk ten, towarzyszący powieści, miał w sobie coś nadzwyczaj poetycznego — bo i księżyc świecił i wody szumiały i dzwon pogrzebny zwolna się odzywał. — Ten chłopiec — mówił — swatał się do jednéj szlachcianki, i jakoś się sobie nie podobali, on wkrótce zachorzał i zaraz umarł z tego.
Stary, łysy Machnowicz rozśmiał się i rzekł:
— Zabobony!
Szlachta mówi językiem ruskim chłopów wołyńskich, mieszając weń słowa polskie, a czasem i przysłowie stare, zabytek ich pochodzenia i ślad cywilizacyi. Ich spory i kłótnie zażarte są także piętnem właściwém, dowodzącém pochodzenia; zachowali w nich upór i zajadłość taką, że czasem zabicie kaczki lub kury bywa przyczyną niewygasłéj kłótni między familiami całemi.
Gdyśmy się coraz, płynąc, oddalali od Sérnik, prowadził nas bieg wody między zrzadka stojące po brzegach krzaki karłowate olszyny. Jedni z drugich śmieli się przewoźnicy, że to ich puszcza, a wskazując na pniaki stare, od których chude puszczały latorośle, wmawiali sobie dumnie:
— I to olcha, Sampanie.
— A cóż, panie Antoni, alboż nie puszcza, wszak tędy nie dawno szedł łoś od Mikołajewa.
— A tak, panie Janie, łoś!
Widok tych ludzi zajął mię i zasmucił razem. Stan ich barbarzyńskiéj ciemnoty, a przytém pomięszane jakieś wspomnienia arystokratyczne lepszego rodu; duma w każdém ruszeniu i słowie, smutno od siebie i od ubóstwa ich odbijały. Przez jakież to koleje ci ludzie doszli do takiego stanu, takiéj ślepoty!
Powieść miejscowa, nie wiem o ile prawdziwa, niesie, że sérniccy szlachta noszą jeden herb i mają go nadanym od królowéj Bony. O co chcesz spytaj u nas, o zamek, o nadanie, kościół, lud ci zawsze tę Bonę przypomni. Smutny to dowód, jak sławę często niesłusznie świat daje, jak imiona, często najmniéj pamięci godne, wyżéj siedzą od najgodniejszych wspomnienia.
Wszystko jéj teraz przyznają, czego ona nie zrobiła; królowa Bona z całego szeregu królów Polski jest niezawodnie najpopularniejszą, a tę sławę pozyskało jéj kilku zamków i kościołów budowa, i nadania prawa magdeburskiego miasteczkom, które do niéj docześnie należały.
Herbu Sérnickich nie znajdziesz w Niesieckim. Pomiędzy szlachtą mieści się i nieszlachta, wyzwoleńcy, którzy od panów uwolnieni tu zagony kupują — i takich liberowanych jest kilka familij. W okolicach Sérnik kilka jest jeszcze podobnych osad szlacheckich: że innych nie wspomnę, — Dzikowicka wśród niedostępnych błot bliżéj Pińska położona, ale zdaje się, że szlachta tamtejsza straciła więcéj charakterystycznéj dumy. Kto wié, jaki jest ich ród i pochodzenie? Jestli to tylko rozrodzona familia szlachecka, czy resztki jakiego ludu rozsypanego, przychodniego, któremu nadano swobody, jak się to często zdarzało? Zostawiamy to dalszym badaniom.

1839.





Karczmy, Żydzi, Drogi.


Powiadają, że dwie są drogi w życiu, jedna gładka i wesoła do piekła, druga ciężka i ciasna do nieba. Jeśli tak, to poleskie drogi wprost do królestwa niebieskiego prowadzić muszą, i to pewna, że tam już niejednego zaprowadzić musiały. Wystawcie sobie naprzykład drożynę wyłożoną wozami chłopskiemi, kręto, po korzeniach, wśród pni i gałęzi, lasem. Trudno się nią wykręcić, gdzieniegdzie woda powybijała doły dla tém pewniejszego wywrotu, tam i sam strumyk błędny sącząc się, wieczną grzęzawicę robi. Nareszcie przez błoto trzeba grobli. Ale gdzież zaś obojętny poleszuk tyle może miéć czasu, żeby groble sypał? Cóż więc? Oto natnie drzewa i pokładzie na drodze, żeby koła nie tonęły w błocie. Wygodna droga po takich nakotach! Jeśli przez osobliwsze miłosierdzie nad podróżnemi nasypie na wierzch chróstu, ten się rozpełznie, wbije w ziemię, a nakoty zostaną, jak były. Często ogromne przestrzenie błot po takiéj drodze przebywać trzeba. Ale otóż i mostek. Godzien drogi, wązki naprzód, dziurawy powtóre, trzęsący się na palach, to trzecie i ostatnie. Gdyby zaś pod nim była przepaść na sto sążni, a długość jego była Bóg wié jaka; nie znajdziesz nigdzie poręczy, jest-to luxus, którego sobie poleszuk nigdy nie pozwala. Ciągle więc zdawszy się na Opatrzność i furmana, musisz jechać pod strachem.
Nad drogi poleskie, nie znam nic straszniejszego, chyba poleskie karczmy. Ach! wszystkie pięć zmysłów i drugie pięć, gdyby je miał człowiek, cierpiałyby męczarnię najwyrafinowańszą w tych jaskiniach swędu i niechlujstwa.
Już widzę, jak się podróżny zdaleka cieszy, gdy mu powiedzą, że będzie wkrótce karczma. Wygląda on, niespokoi się — i widzi nareszcie światło błyszczące zdaleka przez okno pobite, pozaklejane, pozatykane. Stój! Dach się chyli, komin wali, wjazd zawalony błotem, stajnia bydłem, wozami i saniami. W izbie dymią okropnie fajki poleskie, słychać gwar głuchy pijackiéj rozmowy. Pytasz o osobną izbę — żydzi ci się w oczy śmieją.
Rad nie rad, ciemno, późno, słota, wchodzisz do jedynéj! Ach! pod nogami twemi plączą się bachury, gęsi, kury, błoto; głowa twoja zawadza o lichtarz siedmioramienny, wiszący z pułapu i kapiący łojem, w nos twój zapach gorzałki, dymu fajek, swędu właściwego żydom, kwasu, czadu, łoju, dziegciu, błota, wpada i uderza o uszy twoje gwar pomięszany beku dzieci, krzyku kur, kaczek, gęsi, żydówek, brzęku kwart i pieśni chłopskich. Na dobitkę, w jednym kącie żydzi rzną kozę wśród izby, w drugim szpektor uczy dziecko, ponuro powtarzając — Gecher! Uciekasz do alkierza! W alkierzu na betach i piernatach żydzi mieszą bułki i łokszyn, wisi kołyska, stoi stół kulawy, włóczy się kotka z kociętami, skaczą kozy po ławach, zawala drogę worek z owsem, w kącie śmierdzi rzepa i brukiew, a w drugim leży kupa kartofli. Ani sposobu! — Gdzież ja będę nocował! — myśli biédny podróżny.
Żyd, jako bardzo przebiegły, wybiega naprzód do stajni zobaczyć, czém podróżny przyjechał. Od tego zależy przyjęcie.
Jeśli parą końmi, nie krytym wózkiem, a żyd ma kilkaset rubli, traktuje podróżnego de puissance en puissance, en égal, kładzie ręce w kieszenie, pluje, zapala fajkę (tu wszyscy żydzi fajkę palą) i chodzi w czapce. Jeśli konie zaprzężone w szwarc, z trochę większą dystynkcyą, jeśli jedziesz ze dzwonkiem, najwyższy respekt, jeśli masz kocz i brykę, wypędza chłopów i oczyszcza ci piérwszą izbę. Daje ci świécę chorą, leżącą na bok w lichtarzu, gospodyni zmiata stoły i ławy fartuchem, podłogę posypują piaskiem. Ale któż cię wybawi od całéj historyi naturalnéj, wijącéj się po ścianach, jakby naumyślnie do obserwacyi, od smrodów, któremi już ściany przesiękły, od krzyku z sąsiedniéj wylatającego izby bachurów, kotów, żydów, szpektora i t. d.
Nic obrzydliwszego na świecie nad karczmę poleską, nic podobniejszego do czysca nad nocleg w niéj, nic przytém nudniejszego, nad żydów jéj mieszkańców, którzy pijawczanym sposobem siedząc w każdéj wsi, ssą chłopów, odzierają podróżnych i wypłacają się rozmaicie panom swoim, często dziedzicznie po lat dwieście, w jednéj familii, jednę karczmę sobie podając.
Nic szkodliwszego przytém dla gospodarstwa nad nich. Oni bliżéj z wieśniakiem w stosunkach zostając, wiedzą o wszystkiém, co on ma, każdy jego snopek policzony u nich, każda sztuka bydła zapisana w pamięci. Co tylko można za pół ceny wziąć w długu, to wezmą — zboże, bydło, aż do najdrobniejszych rzeczy, aż do ruchomości gospodarskich, które opilcy odnoszą wreszcie arędarzowi. Zważmy i chciejmy się przekonać o szkodach niezliczonych z zajęcia karczem przez żydów, chciejmy nareszcie rzucić oczyma na swoje położenie i zrzucić to jarzmo ohydne. Co za osobliwszy wdzięk, co za czary mają żydzi, że przy tylu niedogodnościach, tylu oczywistych krzywdach, siedzą wszędzie tak spokojnie?
Policzmy, ile to oni szkodzą przedaży wódki swojemi gorzelenkami, przy każdéj nieuchronnemi karczmie, ile psują cenę wołów, stawiąc ich tyle wszędzie, jak zniżają cenę wódki, szynkując ją złą miarą i złym gatunkiem, jak niszczą chłopa zmuszonego im oddawać za dług, co ma, i w takiéj cenie, która chociaż się powierzchownie zdaje słuszna, jest istotnie z jego krzywdą. Ale to tylko uwagi spekulacyjne; cóż dopiéro, gdybym chciał powtarzać zarzuty demoralizacyi nie płonne; bo któż gorzéj tę biédną nieoświeconą klasę psuje nad nich? Pytam, co trzyma żydów w Polesiu i wielu innych stronach na karczmach? oto: lenistwo, opieszałość do stanowczych kroków, zwyczajna starym i zardzewiałym domalcom. Lecz w imię własnéj, w imię korzyści biédnych włościan, niechby obywatele dali sobie słowo i ręce, niechby to plugawe plemię wyrzucili z wiosek swoich, a wówczas i dla nich i dla włości i dla spekulacyj gospodarskich, lepszyby się widok otworzył.
Zmuszeni żydzi szukać innego zarobku, możeby się rzucili do pracy ręcznéj, do przemysłu pracowitego, możeby się oddali uprawie ziemi, rzemiosłom, możeby z nich byli pożyteczniejsi mieszkańcy kraju; a za lepszym bytem, moralniejszém życiem, kto wié, czy-by się i tu oświata nie wcisnęła. Dwa tylko dotąd rodzaje życia tamują do tego drogę żydom — karczmy i faktorstwo. Od tych dwóch koniecznie odsunąćby ich trzeba, a niedostatek zajęcia, potrzeba zarobku, zwróciłyby ich gdzieindziéj.
Gdzieniegdzie na Polesiu ku Wołyniowi świeżo utworzyły się osady żydów niby rolnicze. Powodowało ich do tego uwolnienie od zaciągu do służby wojskowéj, na któréj wspomnienie się wzdrygają. Kupili oni ziemię od Wolcza wśród zniszczonych lasów, lecz cóż? Pobudowali domki w lesie głuchym, a zamiast rolę uprawiać, trudnią się i tu rzemiosłami, szachrajstwem, najmują okolicznych chłopów do pracy około roli, nawet dość drogo, a sami są, jak byli. Najwięcéj tu rzemieślników, chociaż pozornie mają to być rolnicy. Z czasem kto wié; czy do tego nie przyjdzie. Osobliwsza ta osada zowie się Nową Jeruzalem i wystawia obraz rzadkiéj brzydkości.
Wśród lasu i błota, po grobli tak okropnéj, tak niegodziwéj, wjeżdża się na ulicę, po obu stronach domkami otoczoną. Tu chatki walące się i nędzne o jednéj izbie, o jedném oknie, tam domy porządne skończone, tam jeszcze pozaczynane, — a to wszystko ożywione samą tylko populacyą żydowską, wszelkiego stroju, rodzaju i wieku. Brudu i niechlujstwa królestwo. Nie wolno im tam szynku trzymać, co jednak nie zawadza wcale do szynkowania. Łąki swoje najmują chętnie, najęliby i pola, gdyby kto chciał je wziąć. Tam gdzie niegdyś był folwark właściciela i kaplica — zrobili sobie centralny dom i szkołę z kaplicy! Nie wiem, jakim jeszcze cudem krzyże się po drogach na ich terytoryum utrzymały. Cóż to za nędzę widziéć tam można! jaką obojętność na wszystko, co się zowie czystością, powierzchownością, ochędóstwem.
W mieście żyd się czyści dla oka podróżnych, tu, że ich niéma, bo Nowa Jeruzalem wśród lasu, bez traktu, rzadko widzi gości — błoci się i smoli w najlepsze. Porządek stawienia domów jest taki jak wszystko. Gdzie się komu podobało, tam siadł, niektórzy porobili sobie domy z szop i chlewów. Jaka jest przyszłość téj osady, nie śmiemy zgadywać, lecz, że dziś nie myślą tu o roli wcale, za to zaręczamy. Wszyscy tu zamieszkali prawie są rzemieślnicy i przekupnie.
Trudno mi po setny raz odzywać się przeciw żydom po wsiach, gdy tyle już o to bezskutecznie nalegano w imieniu dobra publicznego. Cóż na to odpowiadają właściciele? Zawsze jedno: — Ja zrobię, sąsiad nie zechce. Cóż ja pocznę sam jeden? — Ale na Boga, niechże zacznie ktokolwiek.
— Sam jeden nadtobym tracił.
Otóż szkopuł — chwilowa strata dla późniejszych korzyści! Niech-by możniejsi dali przykład. — Ale możniejsi są uboższemi jeszcze od ubogich — bo tyle mają niepotrzebnych potrzeb, do których przywykli!
Wróćmyż do dróg i karczem. Są tu i nieco porządniejsze na większych traktach, ale w najporządniejszéj z nich, jeżeli znajdziesz zimną i wilgotną izbę osobną, w któréj będziesz dzwonić zębami czytając encyklopedyą szybową — jest-to jeszcze wielkie szczęście! Na Polesiu izba osobna w gospodzie! gdyby i była, czyż jéj żyd nie zawali, nie zarzuci, nie zamieszka zaraz i nie ubrudzi?
Dziwna, że zawsze też same wymówki odbieramy od piszących podróżnych, którzy chórem na gospody narzekają, lecz czy kto pomyślał, sam śmiejąc się z tego, żeby innym dać przykład? Zysk może być do tego powodem po miasteczkach, na wsiach zawsze się wymawiają małą liczbą przejeżdżających. Biedne opuszczone Polesie! Cóż to za obrazy musimy kreślić, chcąc je malować. Lecz czyż nasza wina, że nic piękniejszego w niém znaléźć nie możem, że zacząwszy od dróg i mostów, aż do błot i piasku, wszystko tak jest szpetne! — Gdyby nie ludzie, którzy tu wiele więcéj warci są od kraju, ciężkoby nawet z ciekawości nienasyconéj zawrócić się w podróży.

1839.





Włościanie.


Stan dawny włościan w prowincyach rusko-litewskich wymownie odmalowany znajdziemy, gdy mowa o buntach ukraińskich, w Grądzkim, w Twardowskiego Wojnie Domowéj, a nawet w Beauplanie trochę. Autor dzieła o Reformacyi obyczajów polskich, także o uciemiężeniu wielkiém włościan na Rusi pisze[19]: „Z przodków naszych poczyniono było na sejmach statuta, aby poddani tak duchownych, jako i świeckich panów nie rabiali, jedno dzień w tydzień. I któryby pan uczynił gwałt poddanéj, albo wszystkie poddane o klątwę za swój uczynek przyprawił, tedy od tego pana wszystka wieś wystać mogła, a do inszego pana się przeprowadzić. Skąd się pokazuje, że to od Rzeczypospolitéj zależy, abyśmy nie jako niewolnikom poddanym naszym rozkazowali, ale jako pomocnikom robót naszych — przetoż wielka tego jest potrzeba, aby Rzeczpospolita w to wejrzała przykładem inszych narodów, aby panowie poddanych swoich, jak się im podoba, nie zabijali, nie łupili, z majętności ich, co mają, ani im gruntów, które sobie naprawią, nie odejmowali, ani ich téż gwałtownie robociznami obciążali, jako bydło nieme, ale się z niemi jako z ludźmi po ludzku obchodzili etc.“
Daléj nawet obcych krajów przykład stawiąc, ten mądry reformator radzi się, zamiast pańszczyzny, czynszami ograniczyć.
Niesłychany był bowiem ucisk na Rusi od panów, który po części sprowadził, a przynajmniéj wiele dopomógł Chmielnickiemu, do tego strasznego buntu, który tyle krwi kosztował. Coraz przybywająca ilość danin, czynszów, opłat różnych, wkrótce połączona z ciężarem stacyj żołnierskich, stała się prawie niepodobną do zniesienia. Od rodzących się dzieci, od żeniących się, wymagano po dydku — dziś jeszcze na Polesiu i Wołyniu utrzymał się zwyczaj noszenia darów do dworu, jako kury czarnéj, płótna, kaszy, wódki, placka, czerwonego pasa i t. d.
Lecz opłaty pieniężne i inne daniny, mimo zakazu synodów dyecezalnych, po większéj części wówczas arędowali żydzi i wyciskali je srogo z biednych włościan. Oni téż także ciężko rzezią Chmielnickiego ukarani zostali i kto wie czy ich nie więcéj niż chrześcijan zginęło. Historyk żyd, rzezi świadek, ileż to tysięcy liczy zabitych! Autor Reformacyi o tych arędach także wspomina[20]: „W Rusi zasię wszystkie arędy żydom w ręce podawszy uprzywilejowane wolności niektórym złamano, powołowszczyzny coroczne (które przedtém w dziesięć lat jeno, potém w siedm, zaś w pięć, we trzy znowu, aż nakoniec co rok wybierać poczęto) ustanowiono, na swoję potrzebę domową, nikomu piwa, gorzałki i miodu robić nie dozwolono, od łowienia lisów, ryb, ptastwa i zwierza dzikiego, dziesięciny powymyślano, grunty i folwarki odejmowano, i dobrze, że już ze skóry ubogich ludzi nie łupiono“.
Takie nadużycia i w Polesiu wołyńskiém trwały, a niektóre trwają jeszcze, oprócz bowiem zwykłéj trzydniowéj pańszczyzny, oprócz mnóstwa daremszczyzn do wyrobienia lnu, konopi, ogrodów, do bielenia i czyszczenia budowli etc., daniny grzybów, jagód, miodu, chmielu, orzechów nawet, osypy żyta i owsa (którym początek w Inflantach Hilzen dość nieprawdopodobny przypisuje) — pobiérają czynsze pieniężne.
Jest-że podobna, aby na małym kawałku pola siedząc, wydołał temu wszystkiemu wieśniak i pobogaciał? A dodajmy uwagę, że dziedzice sami, rządzący dobrami, wcale się jeszcze nie ograniczają starym zwyczajem, lecz bezkarnie nadużywają, wymagając darmo transportów i różnych usług. Zaiste sprawiedliwość być powinna wszędzie, i nie wiem jak pogodzić oświatę, o którą się staramy, ze zdzierstwem nieludzkiém, widném prawie wszędzie.
Mianowicie niepodobna się nie oburzać na tych, którzy, zawsze potrzebni pieniędzy przez nierząd, najmują swoich ludzi żydom do transportów wodą, lub dalekich robót, nic im za to nie strącając, rzadko nawet opłacając za to podatki.
Powtarzam, kto czyta po francusku, gra w wista, lubi literaturę i myśli, że na tém dosyć, aby zyskać imię ucywilizowanego człowieka, człowieka dobrze wychowanego, dobrego tonu i towarzystwa; ten nie rozumié, co to jest cywilizacya, co to jest ten progres, który ciągle mając na ustach, sądzi, że on przyjdzie sam bez żadnych ofiar.
Mimo tego chłop poleski nie jest w nędzy zupełnéj, raczéj z przywyknienia niż niedostatku życie jego mizerne, ubiór nie chędogi, chata brudna, jadło grube. Ku Wołyniowi już przynajmniéj nieco lepiéj jedzą, gdzieindziéj zaś lepiéj piją, a tam gdzie ten nałóg jest dziedzicznym, nędza idzie w ślad za nim. Któż temu winien jeśli nie panowie, na co trzymać żydów, co ich rozpajają?
Obyczaje ich pospolicie łagodne, po pijanemu się tylko czasem pobiją. Żyją skromnie, a zepsucie w kobietach, tu takie same symptomata okazuje, jakie postrzegał jeden nowy podróżny w Szwecyi — jest ono raczéj skutkiem obojętności, niż jakichkolwiek innych przyczyn z temperamentu lub głębokiego zwichnienia zasad pochodzących.
Przywiązanie macierzyńskie, małżeńskie, najlepiéj się wydaje w nieszczęściu. Posłuchaj, gdy kogo biorą w rekruty! Co za płacz, jaka rozpacz! jakie jęki! Najdziwniéj, że w tych uroczystych chwilach żałoby, kobiety zamiast mówić i płakać, ciągle płaczliwie śpiewają jakby mimowoli. Idąc za wozem biednego wygnańca, ocierają łzy, i jednostajnie, smutnym śpiewem prowadzą go aż do miasteczka. Wejrzawszy głębiéj w przyczyny łez i żalu, ujrzysz w nim zapewne powody materyalne; lecz czegóż więcéj żądać można od tak nieoświeconego, od tak biednego ludu? Oni, żeniąc się na nic nie patrzą, tylko żeby przyszła ich była dobrą gospodynią i z zamożnéj chaty; a czy flasza wódki związana będzie czerwoną wstążeczką, czy nie — to niewiele ich obchodzi. Ceremonie weselne tyle już razy opisane, są tu, z małemi odmianami, podobne innym prowincyj ruskich — swaty, zapoiny, postrzyżyny i t. d. Kobiety zamężne gdzieniegdzie noszą na codzień chustki białe tak samo jak dziewki, różnią ich tylko wiszące u dziewcząt z pod chustki, długie czarne warkocze. W niedzielę do cerkwi kładną uroczyste namiotki. Ubiór w większéj części Polesia składa się z białosiwéj sukmany z kieszeniami, butów lub łapci, koszuli zapiętéj guzikiem błyszczącym, pasa, fartucha i kawałka sukna kolorowego w pasy tkanego, wiszącego z przodu i zowiącego się nawiska.
Lecz tak mało mają względu na wytworność ubioru, że gdy im białego sukna nie wystarcza, kobiety i mężczyzni dokładają sztuki brunatne do odzienia, nie patrząc, gdzie przypadną, i często najśmieszniéj wyglądają, w świcie do pół czarnéj, pół siwéj. Na szyi kobiet wisi medalik lub krzyż mosiężny i kilka sznurów paciórek. Daléj na Wołyniu, Ukrainie, noszą kobiety plisowane korale i medale złote, ale tam téż lud ma się daleko lepiéj.
Rzadko na Polesiu widziałem golone głowy, często zato długie brody. Czapka ich bywa z sukna, nakształt dawnéj tak zwanéj konfederatki, obszyta kolorowemi sznurkami, czasem barankowa na zimę. Mało kapeluszów słomianych. Nieodzowną część stroju poleszuka składa pas skórzany nabity guzami mosiężnemi. Od niego wisi kalitka, a w niéj zawsze znajdziesz hubkę, krzesiwo, krzemień i kilka groszy (jeśli są) starannie w węzełku zwiniętych. Tuż na rzemyku, w pochewce skórzanéj wisi spory nóż i zaraz blizko kawał żelaznego drutu do przetykania fajki. Bez tych esencyonalnych przyborów, nie ruszy się za próg chaty poleszuk. Bez ognia i fajki żyć on nie może. Wszędzie gdziekolwiek co robi w polu, zapala ogień niedaleko, a fajki króciuchnéj, zielonéj, polewanéj lub drewnianéj, z ust nie wypuszcza. Tytuń mu ciągle w niéj gaśnie, a on go bez końca zapala. Kobiety nawet stare widziałem nieraz pod piecem z fajkami w ustach. Zapach tego narkotyku z niczém się nie da porównać i bardzo jest przykry niezwykłym. Nosi go poleszuk w papuży i w potrzebie tylko, nożem tyle ile potrzeba do fajki nakrawa.
Chłop poleski najczęściéj starym zwyczajem przed panem na twarz upada, wita go Sława Bohu, albo Pomahaj Bih (Pomagaj Boże!). Milczący jest, ale uprzejmy dla obcych, zaczepiony chętnie gawędzi, gdy tylko o panach i biédzie mowa. O biédzie swojéj dzień i noc-by gadał.
Prosty rozum tych ludzi wcale nie jest do pogardzenia, niekiedy pozorném głupstwem ukrywa się przebiegłość niepospolita. Rzadko tańcują, częściéj śpiewają, taniec ich pospolity jest rodzajem walca, w którym jedną tylko ręką obejmując tancerkę, para za parą w kółko krąży. Śpiewy ich częściéj smutne, czasem są aż nadto wesołe i bezwstydne. Ale jakaż w nich poezya! Jakie proste a mocne wyrażenia z głębi duszy! znać, że je z serca wyrwały wesele lub smutek, że je śpiewali, nie pisali, rodzili, nie komponowali. Te śpiewy, dzieci tutejszych lasów, malują stan włościan wymownie, lecz ktoby z nich o zepsuciu chciał wnosić i rozpuście, dalekoby ich gorszemi mniemał, niż są w istocie. Oni w tym rodzaju śpiewają więcéj, niż robią. Większa część śpiewów, ma tylko cztery wiersze składające wesoły ucinek, lub smutne westchnienie. Często mołodyce żalą się, że je zaprzedano, że im lepiéj było w chacie u rodziców. Takich żalów nieskończone są waryanty. O! i oni czuć umieją wdzięk młodości, którą prędko potém ciężka praca zabija. Któżby téż nie żałował tego złotego wieku, w którym nawet nadziei do szczęścia nie potrzeba, tak człowiek w sobie samym ma dosyć szczęścia, tak rad jest ze wszystkiego!
Że i w Polesiu, mianowicie ku Wołyniowi, mają pieśni ludu wielki wdzięk w saméj muzyce, temu nikt, kto je słyszał, nie zaprzeczy, kto je słyszał wieczorem cichym, nucone i odbijające się w lesie, rozchodzące się po rosie. Często pastuszek za bydłem, gdy czystym głosem śpiéwał je zdaleka, zatrzymywałem się, aby go dłużéj posłuchać, bo było coś tak urocznego w tym śpiewie, że ucho, gdy się już rozbił, jeszcze go długo żądało, a żaden instrument nie mógł go powtórzyć. Trzeba było na to ust pastuszka, gaju, trzody i wieczora, a może i usposobienia w słuchaczu.
Mnóstwo podań krąży tu między ludem, mają one jedno źródło i jeden po większéj części wątek z innemi słowiańskiemi — odmiany tylko do miejsc się stosują. Często w nich występują jakieś dziwne zwierzęta, którym za schronienie służyć mają lasy i błota poleskie. Różne rodzaje wężów grają w nich niepospolitą rolę, a ich własności są niezmiernie w tych bajkach pospólstwa przesadzone. Zimą, gdy węża w chacie znajdą, zabić go według nich się nie godzi, pod karą wielkiego nieszczęścia, a najwięcéj tylko można go wyrzucić. Jest to znak gościnności — gdyż poleszuk jest niezmiernie gościnny. Do tego stopnia posuwa on przesąd gościnności naprzykład:
Byłem świadkiem pożaru na wsi. Rozgniewany, przelękniony, błagałem i zmuszałem do ratunku, którego wszyscy chowając się odmawiali. Nie chcieli nawet dawać wiader i haków. Cóż to było? — Oto nie chcieli się ogniowi sprzeciwiać, i przyjmowali go jak gościa, a to tak dalece, że baby powystawiały dzieże chlebne, na stołach okrytych obrusami przed chaty — i sól, same zaś z założonemi rękoma patrzały na ogień stojąc za stołem, jakby mu chciały pokazać, że go chlebem i solą przyjmują. Gdy jednak i to, i ratunek wymuszony z dzieci, niewiele pomagał, stara baba czarownica podjęła się zamknąć pożarowi dalszą drogę, rozebrawszy się do naga i zostawiwszy tylko spodnicę na sobie, z rozpuszczonemi włosami, wyszła mrucząc jakieś zaklęcia, i trzy razy pożar wkoło obiegła. Takim to środkom przypisywali ocalenie, winne przytomnemu ratunkowi naszemu. Chleb i sól, w ich oczach, przebłagał ogień, dowiódłszy mu gościnne przyjęcie.
Częste pożary w Polesiu z bardzo nieostrożnego obchodzenia się z ogniem pochodzą. Dość powiedziéć, że młócąc w swoich stodołach, nie lękają się zapalać o zmroku łuczywa i nie wypuszczają z ust fajki. A za najpierwszym słuchem o pomorku lub zarazie, przed każdą niemal chatą kurzysko się pali. Oswojeni z ogniem, wcale na to nie zważają.
Wielkie to dla wieśniaka nieszczęście, gdy przyjdzie pomorek na bydło, bo od niego zależy byt chłopa. Jednakże chłop nie dość się wywdzięcza bydlęciu; w wielu jeszcze miejscach utrzymał się dotąd barbarzyński zwyczaj popędzania wołów roboczych kijem zaostrzonym, zwanym osno. Jednakże poczciwe te stworzenia znają dobrze głos i sposób wołania, różny w różnych stronach. W Polesiu wołyńskiém kierują, wołając — wei, wei — lub pru, pru. Gdzieindziéj, jak w Litwie, sposób kierowania zależy od maści.
1839.





Na Wołyń.


.....Na pół drogi do Szepetówki w lesie, znowu malowniczo porozrzucane między drzewami, pokazały mi się owe skały, których widok tak mnie w Korcu unosił. Szepetówka, mała mieścina, sławna tylko z wód mineralnych, do których w lata zjeżdżają się ci, którzy nie mogą lub nie chcą wybrać się za granicę, pokazała mi się za lasami, wśród wzgórków. Cerkiew z zielonym dachem i malowidłami świętych zewnątrz, jak tu już jest we zwyczaju, kilka karczem świeżo po pożarze odbudowanych, kilka porządniejszych budowli kolo łazienek — zresztą góry w oddaleniu i fizyognomia wołyńska, oto cała Szepetówka. Żadnych starożytności, żadnych wspomnień, prócz jednéj bitwy ostatnich lat XVIII wieku, cząstkowéj, w blizkości miasteczka stoczonéj.
Późnym już dość wieczorem tu stanąłem i popasałem co najprędzéj, aby jeszcze daléj się posunąć. Rozpytywałem się o zbiór gości tegoroczny, których ślady gdzieniegdzie na szybach zostały, dowodzące, że próżno czasu nie tracili. Przypatrywałem się tutejszemu ludowi, ich wozom, koniom, ubiorom i zaprzęgom. Tu już, nie jak w Litwie i w Polesiu, jednokonnym wózkiem, lecz kutym i trzema lub czterema końmi zaprzężonym jeżdżą wieśniacy — dobry znak ich zamożności i bytu. Rola nie dzieli się na zagony, a pług trzy lub cztery pary wołów ciągnie, po żyznéj, czarnéj roli wołyńskiéj. Cieszyłem się wjeżdżając w ten kraj, któremu natura nie uskąpiła darów, do których brak tylko jeszcze ruchu, handlu i powszechniejszéj cywilizacyi.
Przerwał mi te uwagi żyd, wysiadający z budy płóciennéj pod karczmą, żyd, który godnie mógłby był figurować w romansie Waltera Scotta, lub obrazie Rembrandta, żyd pełen tajemnicy, na dwóch cienkich nóżkach obciągniętych pończochami niebieskiemi, schylonych — w podartym kapeluszu na głowie ze spuszczonemi skrzydłami, a o jedném tylko oku, bo drugie pokryte było ogromnym czarnym plastrem. Ten plaster przypomniał mi wszystkie podobne mu używane w romansach i komedyach aż do r. 1825. Chciałem tę tajemniczą figurę zaczepić, porwałem ołówek, aby ją odrysować — lecz znikła jak w romansie.
Już dobrym zmrokiem puściłem się w góry, które Szepetówkę od Horodyszcza dzielą, góry tém dla mnie straszniejsze, żem je raz piérwszy w życiu, mieszkaniec płaskich krajów, miał przebywać. Lecz nie strach mi było, ale żal widoków, które zmrok miał zakryć przed moją ciekawością, a — śpieszyć się musiałem.
Posuwaliśmy się więc powoli w góry, a zmierzch coraz się powiększał, nareszcie gaj, po którym zabłysłe światła, oznajmiły Horodyszcze i nocleg. Położenie tego miejsca jest jedno z najpiękniejszych w tych stronach. Na wysokiéj górze, stoi dawny kościół murowany z klasztorem ks. karmelitów, u stóp jego jest staw duży, daléj góry malownicze, pokryte zaroślami dębowemi, z których cerkiew wygląda. Ta góra, woda, drzewa i poważna budowa kościoła na wielkiéj wysokości panującéj nad okolicą, piękny bardzo tworzą widok. Osada rozrzucona jest wśród zarośli nad stawem. Dla mnie nowe jeszcze wdzięki przybrało Horodyszcze od zachwycającego wieczora, który je obwijał, światła chatek, gwiazdy na niebie, wszystko to odbite w stawie, bielejący kościół na górze, powiększony, jak zwykle w nocy przedmioty, których odległości od nas dobrze rozeznać nie możemy — wszystko to tworzyło zachwycający obraz.
Ale do tego potrzeba było i wieczora i świateł i takiego gwiaździstego nieba, i trochy może egzaltacyi, którą wiozłem z sobą, chociaż zresztą Horodyszcze dla najobojętniejszych na obrazy jest zawsze bardzo piękném. Nie chciałem rysować tego miejsca, bo dobry tylko obraz mógłby dać o niém wyobrażenie, a ołówek biedny padał z rąk mimowoli.
Jadąc ku karczmie stojącéj na górze naprzeciw kościoła, chłop, który mnie powoził, obudził z dumania. Mijając staw, spojrzał na cerkiew, obrócił się do mnie i odezwał:
— Ta cerkiew, co to widzicie jéj wierzchołek, tam w dębinie, poza stawem, stała niegdyś na górze, gdzie teraz klasztor. Ale raz w wielkim tygodniu (protiw W. Dnia), ruszyła się wieczorem z posady, zeszła z góry, przepłynęła staw i poszła stanąć tam, gdzie dzisiaj stoi. Na dowód tego pływa jeszcze po stawie jedna z belek cerkwi, którą ona przechodząc umyślnie rzuciła.
To podanie bardzo mię uradowało, nie wiem, czy znaleziony worek z pieniędzmi byłby mnie w téj chwili równie ucieszył, chociaż zresztą i pieniądze są rzeczą bardzo uczciwą. Lecz ta cząstka ze skarbnicy ludu, podań i pieśni, o które tak trudno dopytać milczącego wieśniaka, lękającego się dla swoich skarbów uśmiechu niedowiarstwa i pogardy — skarbu, który tylko w wieczornicach i doświtkach pokolenia pokoleniom podają — ożywiła mój umysł, i tysiąc napędziła marzeń. Trochę się jednak zmniejszył mój dobry humor obudzony tą powieścią, gdym do ogromnéj, zimnéj, a pełnéj pijanych karczmy wjechał. Wprawdzie żydzi odstąpili mi swego najlepszego apartamentu, w którym zastałem pomięszane zapachy dziegciu, łoju, łokszynu i kartofli — ale niestety! brudne ich bety w drugiéj izbie i nadzieja pułku huzarów, który miał nadejść w nocy, do reszty mię zmartwiły.
Musicie, moi niełaskawi czytelnicy, za to, żem ja cierpiał, czytać teraz, co o noclegu napiszę — nie daruję wam tego, bom sobie dał słowo, że się na kimkolwiek pomścić muszę.
Pokutując więc za radość, jakiéj doznałem, dowiadując się o podaniu wędrówki cerkwi św. Mikołaja, całą noc oka nie zmrużyłem, pułk huzarów jechał mi pod oknem śpiewając, wrzeszcząc, tłukąc do drzwi moich, a w drugiéj izbie chrapali żydzi, żydówki, żydzięta, spacerowały myszy i skrzypiała kolébka, w któréj dziesięcioletni tłusty bachur kołysząc się spoczywał. Musiałem tedy z nudy, rzuciwszy nudniejszą jeszcze od próżnowania książkę podróżną (Jacques II à S. Germain p. Capefigue), robić inwentarz izby, w któréj napróżno snu czekałem. Była tam szafa z talmudem sławuckim i księgami do nabożeństwa, dziesięcioro przykazań za firankami, dwa łóżka próżne, których tknąć się przez uszanowanie dla przeszłych mieszkańców nie odważyłem, kufer zielony, para pantofli schnących po przechadzce na piecu, para pończoch na kołku, garnek z resztami pozawczorajszéj wieczerzy nie bez woni, stara miotła, młoda miotła, dwa talerze potłuczone i ogromna rózga szpektorska. Obliczywszy to wszystko, uważałem, że chcąc napisać podróż sentymentalną po téj izbie, byłoby materyałów przynajmniéj na dwa duże tomy.
Nareszcie nadszedł ranek, który mnie miał z téj niewoli żydowskiéj wybawić, wyrwałem się z niéj, jak mogłem najprędzéj.
Od Horodyszcza do Hrycowa samym prawie stepem droga. Tu mocno dał mi się uczuć brak drzew, które tak ożywiają najmniéj znaczące widoki. Jak zajrzysz okiem przez góry i doliny, tylko zieloność runi jesiennéj, lub czarne widać ugory, czasem tylko w parowie nad strumykiem, kilka wierzb pochylonych. Lecz za to jeśli się Wołyń uśmiechnie, o jakże bywa piękny!
Wśród gór, wyglądają z parowów wsi z białemi chatkami, cerkwie trzykopułne malowane i zdobione, stawy i rzeki i laski dębowe. Potrzeba wody zmuszała mieszkańców do osiedlania się w dolinach, którędy strumienie i rzeczułki płyną, dlatego téż na Wołyniu i wogólności we wszystkich krajach wzgórzystych, wszystkie osady są miedzy parowami i w dołach, co znacznie wdzięku widokom ujmuje na piérwszy rzut oka, lecz niespodzianością zadziwia i bawi.
Ponad drogą gęste widać znamiona pobożności, krzyże na każdym prawie zakręcie i dróg przecięciu. Te krzyże ozdobniejsze są znacznie niźli na Litwie i Polesiu, malowane często z figurą ukrzyżowanego; z daszkiem, na którym wisi cały firmament złocony i srebrzony, z godłami męki Pańskiéj, a na wierzchu z kogutkiem kręcącym się zazwyczaj, którego chociaż aplikacya i znaczenie jest wiadome, nie znajduję wszakże, aby co dodawał do świętych znaków męki, prędzéj myślę, że go stawią na wierzchołku dlatego, aby tam ptaki nie siadały.
W Litwie staréj stawią na mogiłach dotąd jeszcze chatki z krzyżykiem na dachu, bogatsi większe, ubożsi tylko coś podobnego do nich, lub kłodę wielką na dwóch podporach. Chatki te umarłych, które są widocznie zabytkiem pogańszczyzny, co dzień stają się rzadsze. W nich to, lub przy nich, stawi się na Dziady jadło ubogich lub umarłych. Na Wołyniu i Rusi, gdzie dawniéj greckie wyznanie wprowadzone zostało, niéma tych chatek, tylko greckie krzyże podwójne lub potrójne oznaczają grób. Nie wiem także, czy się tu zachowuje zwyczaj wyrzucania pod najbliższy krzyż tych dwóch polan drzewa, na których w chacie stoi trumna zmarłego, ani czy na Zielone święta mając chaty młodemi brzozami, opuszczają te drzwi, do których w przeciągu roku śmierć zajrzała. Ten smutny zwyczaj litewski, odpychający oznakę radości od drzwi żałobnych, wielce mi się podobał.
Każdy, kto kiedy podróżował, pamięta, jakie na nim wrażenie czyniły spotykane osoby, domy, powozy, czasem sceny zajmujące z życia, migające się tylko i znikające z przed oczu, jak obrazki fantasmagoryi.
Rano po okropnym noclegu w Horodyszczu wyjechawszy, dumałem, niecierpliwiąc się trochę powolnym koni chodem, kiedym usłyszał tentent za sobą. Obróciłem się i ujrzałem młodego człowieka na siwym koniu, a za nim jadącego sługę ze smyczą chartów. Ten widok mocno mnie zajął — ranek był jesienny, chłodny — myślałem sobie, wielki to być musi myśliwiec, kiedy tak rano wyjechał. Któż wie? i spojrzałem mu w oczy, ale nie mogłem jego przejażdżki innym przypisywać powodom. Głębsze spojrzenie na myśliwca wyprowadziło mnie z błędu. Dwóch ludzi, widzących się raz piérwszy i zapewne ostatni, na drodze zimnym rankiem jesiennym, poglądających na siebie ciekawie, jakby się chcieli zrozumiéć i odgadnąć nawzajem — nie jest-że to scena ciekawa do opisania, do odmalowania?
Myśmy się tak na siebie ciekawie patrzyli, on na książkę, którą ja trzymałem w ręku, ja na jego siwosza i charty. Chcąc się z koniem pochwalić, młody pan mijał mnie, kłusował, galopował — ja tylko czytałem. I tak nic nie mówiąc, powiedzieliśmy sobie:
On do mnie: — Patrz, jakiego mam konia!
Ja do niego: — Patrz, jaką mam książkę!
Potém jeszcze się raz obejrzawszy, poleciał drogą, a za nim psy, sługa i charty, znikli w tumanach wołyńskiego kurzu.
Wjeżdżałem do Hrycowa spuszczając się z góry. Piękny choć mało upiękniony widok: na lewo ogród i stary pałac z dziedzińcem i bramą senioralną w starym smaku, z cyfrą i koroną na frontonie — obyczaj wołyński — pałac pański jedném słowem, niżéj staw, nad nim garść rzuconych topoli, których tu nie szczędzą parko-mani, — daléj w prawo za stawem miasteczko z kramami murowanemi i kolumnadą, nadpalone; cerkiew czy kościołek w rynku prostéj ale dobréj architektury. Nowsze budowy, których niemało w Hrycowie, są z pretensyą a nie piękne, wielkie, okazałe, cyfrowane jak chustki do nosa. Czegóżby tu z tych gór, wody i murów, zrobić jeszcze nie można, przy takiém położeniu! Gotycka kuźnia jest wprawdzie gotycka, bo tak powiadają drzwi i okna, ale niéma charakteru gotyckiego. U nas powszechnie rozumieją, że dać ożywy, trefle, gzygzaki, jest-to zrobić budowę gotycką, ale wistocie charakter główny tego rodzaju architektury stanowi lekkość, przezroczystość, wyniosłość, których u nas nie zobaczyć. Pospolicie nasze krajowe budowy gotyckie są ciężkie, pudełkowate. Początkowa architektura gotycka, w dzieciństwie jéj, u nas, póki nie mogła wznosić wysokich swoich wieżyczek, stawiła przynajmniéj dachy ostre, olbrzymie, sklepienia kończate i śmiałe. Śmieszna rzecz, że niéma lżejszych sklepień nad te, które u nas robiono w XV i XVI wieku, a niéma cięższych nad późniejsze. Wyjechałem z Hrycowa, ubolewając nad pożarem, który mu nadał posępną postać ruiny.
Nic piękniejszego nad okolice Kisiel, do których jechałem. Góry, czasem gaje z brzóz i dębów, przy każdéj osadzie, woda. Maciewicze na gościńcu pocztowym mniéj są piękne od innych. Wieś Pisarzówka nadzwyczaj malownie rozrzucona na górach wśród drzew, ogródków nad wodą — musi się każdemu podróżnemu podobać. Lecz jeszcze piękniéj w Kisielach. Któż opisze wdzięk Kisiel, wsi, gajów, gór, wody, a mianowicie ogrodu, który chociaż mały, z takim jest urządzony smakiem, z takim wdziękiem! Są na Wołyniu wielkie ogrody, parki ozdobne, ale milszego wiejskiego ustronia pewnie niéma. Z okien domu na wzgórzu, rozwija się widok, na rozsypaną wieś w dolinie i gaje po górach, przecudny! Z każdego kątka coś nowego widać. W ogrodzie kaplica z altaną, łącząca wzgórze z dolną częścią ogrodu, zbudowana według rysunku architekta, pana Nurowskiego, z zastosowaniem do miejsc, jest dowodem jego umiejętności i smaku. Nie potrzeba wielkich rzeczy do pokazania talentu, w wielkich bowiem często zwyczaj i forma myśl zastępuje, a w mniejszych oryginalniejszych, pokazują się pomysły i smak własny. Inne budowy Kisiel są dość ozdobne, staranne, a nie nadto, co jest wielką sztuką. To znowu dowodzi smaku i starań właścicielki. Mijam to, cobym mógł więcéj napisać o Kisielach; są miejsca, które potrzeba widziéć i uczuć, których opisać nie można. Takie miejsca ożywia dusza człowieka, umiejąca się przelać we wszystkie, najdrobniejsze należące do niego przedmioty.
Nie dalekie stąd miasteczko Ostropol, które późniéj przejeżdżałem, jest smutną ruiną i obrzydliwą kupą żydowskich kletek, nic tu ozdobionego, żadnéj myśli upięknienia znaléść nie można. I dziwić się należy, że właściciel, który w swém życiu i podróżach tyle pięknych miejsc widział, tak o swojém miasteczku zdesperowawszy, założył ręce.
Od Ostropola prawdziwy step wołyński Hończarycha się zaczyna. Rzączyński pisze[21], iż odtąd do Białéj Cerkwi widział rosnące mnóstwo róży dzikiéj; ja jéj jednak nie postrzegłem.
W czasie napadów kozackich pod samém miasteczkiem była bitwa z kozaki, gdzie ich Stanisław Lanckoroński, wojewoda ruski, na głowę pobił[22].
W tymże czasie żył tu sławny kabalista Rabin Samson ostropolski. Ten, gdy same napady się zaczęły, znajdował się w miasteczku Połonném[23]. Było to 1648 roku. Natchniony straszną plagą téj wojny, która tak ciężko lud jego dotknęła, zachęcał i zapalał po bóżnicach, do żalu i pokuty za grzechy, która-by odwróciła zesłaną przez Boga, grożącą im śmierć, prawie nieuchronną. Więcéj może ze strachu, niż ze skruchy żydzi go słuchali. Nadeszła wieść o zbliżaniu się kozaków, Samson razem ze 300 uczonemi żydami, ubranemi w śmiertelne koszule, poszedł na tę wieść do bóżnicy. Czekając śmierci nieuchronnéj, modlili się. Śmierć przyszła, ale umarli z modlitwą na ustach.
Nie jest-że to przecudny obraz — podobny temu sławnemu, senatorów Rzymu siedzących i czekających śmierci na kurulskich krzesłach? Ci żydzi, naród tak bojaźliwy, zbiegający się w chwili niebezpieczeństwa bez nadziei życia, bez obrony, — przed Boga! Mało jest tak pięknych scen w historyi tego czasu, chociaż wielkie wstrząśnienia rozwijają wielkie charaktery. O tymże czasie w Niemirowie jedna kobieta, którą kozak do ślubu prowadził, skoczyła w wodę i utopiła się biedna.
......Jechaliśmy potém z panem Antonim pod Łuck i Dubno, a że tysiące podróżnych przede mną miało przywiléj opisywać drobne zdarzenia swoich podróży i nudzić niemi czytelników, postanowiłem i ja sobie nadać tę samę wolność. Jajecznica pan Dumas w gospodzie szwajcarskiéj — warta pewno przygód mojéj podróży. Tyle jednak grzeczniejszy jestem od pana Dumas, iż pozwalam (co się i bez pozwolenia robi) przerzucać, czego się nie podoba czytać.
Do Międzyrzecza koreckiego nic nie widziałem godnego uwagi, las, pole, pole i las. Zmierzchało dobrze, gdyśmy tu przybyli. Zdaleka na prawo mijaliśmy rezydencyą dawnych panów otoczoną drzewami — przed nami było miasto niczém się nie odznaczające — prócz kościoła pijarów, którzy tu dawniéj sławne utrzymywali szkoły. Do nich należy kościół parafialny. Rzączyński tyle tylko wspomina to miejsce, iż na okopisku żydowskiém widział glinkę czerwoną.
Wjechaliśmy do wielkiéj karczmy murowanéj, z któréj okien widok się nam otworzył na pałac, rynek błotnisty i najwspanialszy gmach w miasteczku o dwóch obitych słupach i ganku, który się zowie balkonem. Kramy, żydzi, błoto — oto cały obraz z okna. W środku była jeszcze żydówka młoda i żydówka stara. Téj ostatniéj starałem się dawać rady skuteczne, aby gorąco upragnionego doczekała się potomstwa.
Niestety! odpowiedziała mi, że tylu uczonych rabinów nad tą kwestyą pracowało bezskutecznie, iż już zupełnie straciła nadzieję.
Zaczęło się chmurzyć, pan Antoni grzał się u kominka, czekając na herbatę i jaja — angielski nasz podwieczorek. Ja czytałem napisy na oknach. Wieleż to brudów i głupstw na szybach, wiele konceptów...
— Tu nocowałem — pisze jeden — w r. 183.... dnia.... miesiąca. Zaiste, ważna wiadomość dla potomności!
— Kochana Marynia! droga Marynia; 182.... dnia.... miesiąc.... Zapewne, żeby za kilka miesięcy policzyć mógł, jak długo była mu drogą i kochaną Marynią.
Daléj cyfry bez końca.
Niżéj: — Wiele wody upłynie, nim będę tak szczęśliwą... i kropki. To rozumiem. Ale na cóż zwierzać się swoich uczuć całemu światu i gdzież jeszcze? — w karczmie!
Połowy napisów czytać nie można, cóż dopiéro pisać! Najpocieszniejsze są te, którym towarzyszy polemika grubijańska. Słyszałem, że jeden właściciel huty na Wołyniu, zastawszy podobne napisy na oknach annopolskiéj austeryi, dał kilka skrzyń szkła, żeby te głupstwa zniszczyć.
Uwagi nad literaturą szybową przerwał mi pan Antoni:
— Co będziemy jedli i w co się przebierzem na miejscu, tego nie wiem — rzekł śmiejąc się. Bo kuchnia nasza i tłomoki coś się opóźniają, a nawet szczerze mówiąc, nie wiem, jak przyjdą, bo się pokazuje, że nie wiedzą, w którą stronę pojechaliśmy.
— Jeść to mniejsza — zawołałem — ale ubrać się! to okropnie!
Trzeba wiedziéć, żeśmy jechali na imieniny, że ja byłem w strasznéj staréj kapocie ex-białéj i stroju tak podróżnym, jak tylko sobie wyobrazić można. Ta wiadomość zatruła mi jaja i herbatę; wzdychaliśmy oba z panem Antonim i ciągle niespokojnie wyglądali na ulicę. A bryki jak nie było, tak nie było. Wyjeżdżając, najęty wołyniec nie spytał, dokąd ma jechać, pojechał przed siebie i w prostocie ducha, mógł Bóg wié dokąd zajechać. Nie było go i nie było, a wieczór i noc tuż.
Staliśmy tak rozmyślając, gdy się w błocie powóz ukazał. Pan Antoni poznał w nim ekwipaż krewnego swojego.
— Gonić, gonić! — krzyknął. Ludwik Popiel, sławnego owego króla, co to go myszy zjadły, potomek i następca, poleciał bez czapki.
— Stój, stój! Konie płoszy, zastanawia, wpada do połowy w powóz.
— Pan Dominik?
— Nie.
— Jak to nie?
— A nie.
— Bardzo przepraszam.
Bardzo dziękuję.
— Upadam do nóg.
Uśmieliśmy się z téj omyłki, chociaż płakać się nam doprawdy chciało, oczekując obłąkanéj bryki i tłomoków. Lecz nigdy dobry humor prędzéj nie przyjdzie, jak gdy może być niestosownym. Po długich rozmyślaniach, zostawiwszy rozkazy i ludzi, pojechaliśmy nocą, daléj.
Żeśmy nocą jechali i nic nie widzieli, nic téż wam o téj cząstce drogi nie powiem. Przejechałem ją, jak anglik Szwajcaryą, drzemiąc i nie patrząc. Pamiętam tylko, że były góry, ciemno bardzo, i że mi niezmiernie do serca przypadły dwa słupy białe jakiéjś karczmy, którą niestety! musieliśmy minąć. Spaliśmy tedy aż do przeznaczonych na nocleg Raśnik. W Raśnikach karczma zajęta. A tu noc, a tu chce się jeść i spać i odpoczywać — a tłomoków naszych niéma i niéma.
Wjechaliśmy jednak, i weszli do żyda. Tu zastaliśmy zapach szabasu świeżuteńki, atomy łoju, pływające w powietrzu gęstem i ciepłém — a za stołem jakiegoś jegomości podróżnego w szaréj kapocie.
— Gdzież jest izba podróżna?
— Zajęta.
— Przez kogo?
— Przez pana sędziego S...
— Ja go trochę znam — rzekł pan Antoni. A może lepiéj, panie Józefie, żebyś się ty przebrał po kobiecemu, może przez uszanowanie dla płci pięknéj, cieplejszéj nam izby ustąpi, lub przynajmniéj nią się podzieli.
— Ale bez téj maskarady, musi nas przyjąć — odpowiedziałem — idę śmiało.
I wszedłem ze świécą. Pan sędzia spał snem sprawiedliwych sędziów, obrócony do ściany, spowinięty kołdrą, koło niego leżał tłomok, stała toaleta i et cetera podróżne. Ani się obudził nawet. My przez grzeczność poszliśmy do drugiéj izby ciemnéj. Tymczasem nastawiono samowarek na herbatę, a pan Antoni, posłyszawszy szelest w łóżku sędziowskiém, odchrząknął i zaczął od —
— Bardzo przepraszam, żeśmy sen przerwali.
— Ej to nic — odezwał się głos z pod kołdry — wiadomo karczma, wolno każdemu (aksyoma podróżne). I tu nastąpiły pytania. — Kto? skąd? jak? potém poufalsza rozmowa o drodze, o porze, o koniach i powozach. Pan sędzia widząc nas śmiałych i determinowanych do podzielenia z nim izby bądź co bądź, domyślił się dla posmarowania naszych stosunków, dać nam śmietanki, potém bułki. Te ofiary przyjęte zostały i nareszcie pokładliśmy się spać.
Ale nie na tém koniec naszych i sędziowskich trybulacyj.
Rano nie było jeszcze naszéj bryki, ani człowieka, który się został, żeby ją za nami przeprowadzić. Rada ogólna i postanowienie z niéj wypadło, posłać po nią a samym czekać. Widząc nas w takim kłopocie, a bojąc się, żebyśmy po śmietance i bułce czego więcéj od niego nie zażądali, sędzia rozumnie wybiérać się zaczął bardzo rano. Służący już wyniósłszy jego tłomok, niósł jeszcze jego szkatułkę.
Wtém właśnie pan Antoni obudził się i biorąc ją za swoję, odezwał się:
— Gdzież to niesiesz?
— Do bryki.
— Po co?
— Po co? To moja — rzekł sędzia struchlały.
— A to bardzo przepraszam — rzekł pan Antoni.
Tu pan sędzia widząc, że mu już i do jego szkatułki się przypytują, gorzéj jeszcze przelękniony, co najprędzéj wybierać się i zaprzęgać kazał. Potém ubrawszy się w płaszcz, pożegnał się i pobiegł do powozu. Już siadł, gdy pan Antoni przypomniał sobie, że pojedzie na Międzyrzecz i przyszło mu na myśl, wsadzić do jego powozu Popiela, aby ten poszukał jeszcze w mieście obłąkanéj bryczki.
— Stój, panie sędzio! Stój! stój! — zawołał — ale stójże, panie sędzio!
Sędzia przestraszony jeszcze gorzéj, nie wiedział, co już myśléć i stanął.
— Bądź łaskaw, podwieź mego sługę do Międzyrzecza.
— Bardzo chętnie — odpowiedział pan sędzia. — I co prędzéj, bojąc się zapewne nowych pretensyj, w konie! i uciekł galopem.
Nas tymczasem smutny los czekał, bez jadła, sukni, trzeba było czekać i czekać w karczmie nie wiedziéć dopóki. Pokładliśmy się na słomie i sztukowali dobrym humorem naszę biédę. Mieliśmy na pocieszenie daktyle i jakąś powieść Balzaka, oboje dobre na zakąskę, nie zaś na głód i niespokojność, z biédy musieliśmy je spożywać, dokładając ognia na kominek i paląc cygara, dopóki nam i one nie wyszły.
Wychodziliśmy ciągle na ganek upatrując bryki — nie było jéj. Jak w Barbe-bleue pytał jeden drugiego:
— Panie Antoni, czy widać tam co na drodze?
— Nic, tylko pył leci.
— Panie Józefie, czy nie jadą tam nasi?
— Nie, żyd tylko jedzie.
— Panie Antoni, co tam widzisz z ganku?
— Tuman kurzu.
— Otóż się zbliżają, zjeżdżają z góry, zakręcają.
— To stado bydła z rosy powraca.
I znowu następowały pytania i zawody.
Mieliśmy aż nadto czas przypatrzéć się pięknemu dosyć położeniu Raśnik, pałacykowi za wsią odnowionemu i otoczonemu murem.
W oddaleniu leży piękne książąt Czetwertyńskich miasteczko Horynhród. Naprzeciw zaś karczmy na górze widać mury i młyn wietrzny w Drohobużu Zawiszów, wokoło łęgi nadhoryńskie, góry i pola. Na chwilę przerwała nam nudy przykrém uczuciem, stara żebraczka Niemka, ze łzami w oczach, z ciężarem na plecach — stara — chora. Ona i jéj mąż szli pieszo, — koń im był zdechł. Ten widok prawdziwego nieszczęścia i nędzy nie dozwolił nam uskarżać się na zbłąkanie bryki, nudy nasze i głód, a nawet na to, żeśmy mogli imieniny w karczmie przesiedziéć.
Nareszcie i król Popiel, i bryka, i suknie, i jadło przybyły niespodzianie z wielką naszą radością. J. K. Mość spotkał chłopa na drodze, wysiadł z pojazdu pana sędziego, ale jakby na dobitkę polecił jeszcze jemu, aby przejeżdżając przez Międzyrzecz, poszukał tam zostawionego człowieka i wysłał go do Raśnik. Czego pan sędzia — muszę mu oddać sprawiedliwość — dopełnił święcie.
Jadąc już daléj, oglądałem się na pałacyk raśnicki i na prześliczny widok, który się nam z za gór na horynhrodzki kościół i miasteczko odkrywał. Drzewa i mury bielejące z nich w dolinie, pagórki zarosłe wkoło, czyniły ten pejzaż zachwycającym. Kraj, który do Równego przebywaliśmy, bardzo piękny, górzysty, zasiany dębowemi gajami, ale ludność w proporcyą ziemi zdaje się być mała. Równe, śliczne miasteczko, kilka ma domków schludnych, dość piękny pałac nad wodą, który się dobrze od strony miasta wydaje, i arcypoważną cukiernię z bilardem, z łojowemi świecami, ze szkaradnemi obrazami na ścianach, z gitarą ad usum publicum. Dźwięku jéj nasłuchaliśmy się, gdyż brzęczała w drugiéj izbie przystępnéj poufałym gościom, — z dzieckiem razem, które pieścili politycznie, na kredyt żywiący się w cukierni. Kilku tych ichmościów ustąpiło nam po chwili, spojrzawszy poważnie na intruzów, a my, po czekoladzie rówieńskiéj, dążyliśmy na nocleg do Radochówki, do któréj już nocą przybyliśmy.
W karczmie dosyć brudnéj i woniejącéj jak zwyczajnie, bo karczmy jak kwiaty (przepraszam za porównanie) mają swój wrodzony i wyłączny zapach — prócz chłopów i żydów była jeszcze figura godna uwagi: żydziuk młody, morejne, który pił herbatę, nalewaną mu z garnka przez gospodynię, a do niéj lizał cukru kawałek, trzymając go w ręku.
Żaden pęzel nie wyda miny jego dumnéj, zarozumiałéj, głupiéj i próżnéj razem, ułożenia malowniczego szlafmycy, gracyi pięciu rozstawionych palców, skrzywienia ust, założenia nóg judaiczno-arystokratycznego, a wszystko było wyrachowane, żeby zadziwić i wzbudzić uszanowanie.
Skończył herbatę, i nie dolizawszy kawałka cukru, zostawił go bachurom na stole, okazując przez to, że nie był skąpy jak żyd. Tę ofiarę zrobił dla nas, inaczéj byłby go zjadł lub do kieszeni schował, lecz czegóż to się dla popisu nie uczyni!
Pozbywszy się morejny, wypędziwszy chłopów, układliśmy się spać, a pan Antoni już nawet dobrze chrapał, gdy tymczasem gotował się straszny spisek na naszę spokojność. Szczury i myszy z okolic, uwiadomione o przybyciu jednego z praprawnuków króla Popiela, osobiści rodu jego nieprzyjaciele, licznie rozesławszy wici, gromadzić się zaczęli. Ledwieśmy się pokładli, przyszli napaść na niego — porwałem się widząc ich wojska rozsypane już po karczmie, obudziłem pana Antoniego, ale nie śmiałem wołać Popiela, aby go na oczywiste niebezpieczeństwo nie narażać. Umyśliliśmy świécę zapalić, ale szczury jakby przeczuwając, iż ten sposób obrony od nas użyty być może, zjadły ją do ostatniego ogarka. Radzi więc nie radzi, rzuciliśmy pościel i poszli spać do karety, gdzie skurczeni przetrzęśliśmy się całą noc na zimnie.
Książę Popiel tymczasem śmiały, a raczéj zuchwały, wbrew szczurom i myszom, poszedł do izby i tak ich swoją odwagą zastraszył, że się go tknąć nie śmiały, cybuk tylko z fajką przez zemstę mu odkradłszy. Wstrzymuję się od wniosków, jakiebym z tego wypadku mógł wyciągnąć, zostawując je samemu czytelnikowi.
Chmurnym rankiem dojeżdżaliśmy do Ołyki, dawnego miasteczka z zamkiem obronnym, niegdyś Kiszków, potém Radziwiłłów. Przez strome góry spuszczaliśmy się nad błoto i staw z téj strony obejmujące Ołykę. W oddaleniu poleskie już lasy czerniały.
Ołyka, prócz zamku, nie jest piękna, ale ma dość wiele dawnych budowli i pamiątek. Zamek sam w roku jeszcze 1564, jak świadczy kamień z napisem, założony, obwiedziony murowaną fosą, do któréj woda ze stawu i rzeki wpływa, zabudowany jest w kwadrat z bramami i wieżami. Po rogach sterczą jeszcze bastyony okrągłe i kwadratowe, na dachach orły Radziwiłłów. Rzadko widziéć tak cało dochowany zamek obronny, któremu brak tylko dział w strzelnicach, zwodzonych mostów i więcéj ludzi, bo w brukowanych dziedzińcach zamkowych, po których echo się rozchodzi, znać, że życie opuściło już dawno tę starożytną budowę. Oprócz zamku, są jeszcze dawne ślady warowni, w wałach otaczających miasto i kilku bramach na nich, z rzeźbami i strzelnicami. Godny uwagi stary, rozwalony ratusz z wieżą, i kościół kolegialny.
Ten sławny z marmurów kosztownych pomnik najwięcéj dziś jeszcze miasto zdobi i odznacza, chociaż, jako dzieło sztuki, wcale nie jest piękny. Fronton jego najniesmakowniejszy ma czarne rzeźby i kapitele kolumn marmurowe, i posągi podobne, które wandalska ręka świeżych restauratorów kolorowo pomalowała. Słyszał kto o podobném barbarzyństwie?... We środku są dość piękne marmurowe ołtarze, ale rzeźby ich gorsze od marmuru, nowsze zaś poprawy i odświeżania popsuły kościół niezmiernie. Modliłem się do Boga, żeby tym restauratorom przebaczył zeszpecenie swojego kościoła — bo nie wiedzieli, co czynili.
1839.





Dumania.


Któż nie zna jednego rodzaju ludzi, przez któren najbliżéj pokrewni jesteśmy z małpami? To stworzenie ma twarz podobną ludzkiéj, głos człowieka, nos zadarty, czoło płaskie, usta szerokie, uśmiéch głupi w ustach, i kawał gąbki na miejscu mózgu; ma wszystko człowiecze prócz woli; — wola jego jest wolą naśladowania. Stąd można podobnych ludzi nazwać człowieko-małpą i zastosować do nich nazwisko, które niegdyś zbyt szczodrobliwy Linneusz nieostrożnie oddał małpom, zowiąc je Homo troglodytes. Ta rasa nie jest wyłącznie właściwą ani klimatowi jednemu, ani żadnéj części ziemi, wszędzie jéj pełno, wyradza się nawet z pospolitych ludzi. Cechą, po któréj się poznaje, jest ciągłe naśladowanie drugich; nic oni nie czynią sami przez się, mózg ich gąbczasty nie trawi i nie wydaje chylu myśli, pije myśl swoich czynności, jak pijawki krew, z drugich i gotową już żyje. Tacy ludzie po miastach są piérwszemi prozelitami mody; żaden węzeł chustki z frankfurckiego żurnalu, żadna barwa, którą się podobało pomazać rysunek paryskiemu iluminatorowi, nie przewinie się darmo przed ich oczyma; muszą się ustroić, jak moda każe, prędzéj daliby się powiesić, niżby zezwolili na złamanie w czémkolwiek prawodawstwa téj królowéj. Elegant taki tém się różni od innych elegantów, że nigdy mody nie daje, ale tylko ją bierze.
Na wsi homo troglodytes starannie wywiaduje się o odmianach, jakie zachodzą u sąsiadów, aby je przejąć najniezgrabniéj. Uważaj tylko. Sąsiad kopie rowy, bo ma błoto do osuszenia; on zabiera się i pędzi rów po suchéj łące, bo powiada, nic lepszego nad rowy! rzecz zbawienna! I kopie rów, który zostaje suchy i trawą zarasta, dziwi się potém, że się na nic nie zdało, łaje sąsiada — a któż mu winien? Sąsiad sieje wcześnie i on sieje wcześnie, sąsiad zbiéra, on traci; odtąd nigdy już wcześnie nie sieje i narzeka na sąsiada i na wczesną siejbę. Sąsiad stawi wiatrak — tamten na górze, ten, że nie ma góry, w dole między lasami; stąd naturalnie wiatrak jego stoi, tamten się obraca, a wiatraki na wieki łaskę straciły i t. p.
Inny biega i szuka myśli, słów, wyrażeń, żeby je przedać za swoje, ukradłszy wprzódy komu. Słyszy kogo ganiącego teatr i jego sztuki, nazajutrz zaraz idzie na wieczór, wprowadza rozmowę o teatrze, aby się popisał wczoraj ukradzioném zdaniem, i nie umiejąc go poprzéć, dziwi się bardzo, że nikogo nie przekonał. Cóż to się dopiéro z nim dzieje, jeżli ukradzionemu, przygotowanemu zdaniu przeciwne usłyszy. Okropna walka i niepewność, — oba zdania równie mu się zdają dobre do wzięcia, choć są sobie przeciwne, kręci się, myśli, otrząsa i idzie daléj. — On chwyta całe myśli, co do słowa i pakuje w swoję rozmowę, zbiéra swój zapas umysłowy jak ubogi gałgany po śmieciskach. I jego téż głowa podobna jest do sukni nędzarza, zszytéj z kawałków, które się raz piérwszy tak blizko spotkały.
Tacy to ludzie namiętnie lubią przysłowia, które gotowemi będąc do użycia, dając się stokroć nakręcić, bardzo im posługują. Gdzie niéma myśli, tam może być przysłowie, — jest to bardzo wygodnie i dlatego zapewne przysłowia zowią mądrością narodów, chociaż one wcale co inszego dowodzą.
Znałem osobliwszą małpę, która usłyszawszy zdanie jakie, myśl, sposób mówienia, nie daléj jak w kwadrans powtarzała je przy tych samych osobach, które tylko co toż samo z innych ust słyszały.
Z téj rasy ludzi trafiają się indywidua, postrzyżone na literatów — jest takich bardzo wielu, kompilatorowie i erudyci prawie wszyscy, prawie wszyscy tłomacze, i wielu nawet oryginalnych pisarzy, którzy wąchają tylko, skąd ich zaleci nowa jaka forma stylu, nowy jaki talentu charakter; — jak tylko Mojżesz drugi różczką jeniuszu ze skały wyprowadzi źródło, oho! już oni wszyscy są około téj wody! piją, piją, bełcą, rozlewają; stawiają na strumyku mosty, tartaki, folusze, zapuszczają sieci, kąpią się, noszą wodę wiadrami, bieg jéj zwracają i kręcą na swoje pola, — słowem używają tego daru; ale zapytaj ich o źródło, jak go dobyć i skąd? tego się od nich nie dowiész! Biédny Mojżesz, sam się téj wody nie napije, sam jéj nie użyje, pasorzyci mu ją wydrą!
Prawie zawsze na czele szkoły stoi jeniusz, lub talent wielki, jego naśladowcy są to małpy, przywłaszczają sobie formy, manierę, zdanie, sposób widzenia i piszą. Czasem nawet bardzo znośnie dobierają kawałki, z których szyją; ale zawsze poznać można łataninę od tego, co jest z jednéj sztuki jednym ciągiem uszyte.
Mieliśmy tego świéży i uderzający przykład z Sir Walter Scottem. Jeszcze się ten pisarz wahał w nadaniu stałéj formy swoim pismom, jak się to z jego piérwszych pokazuje romansów, już ci, co tylko czatowali na wzór do naśladowania, zoczyli wyłączny charakter pism jego, i wzięli się do roboty. Zdaje się, że ci naśladowcy, a raczéj prześladowcy Walter Scotta (traduttore traditore), dali mu poznać sami jego sposób pisania z naśladowań niezgrabnych i ustalili go w raz przyjętéj formie.
Gdyby nie było takich małp literackich, nie byłoby nigdy tego, co nazywamy szkołą; każdyby pisał i myślał tak, jak go natura usposobiła, właściwie sobie, lecz z ich pomocą formuje się zawsze przy każdéj jenialnéj głowie wielkie stado mniejszych główek skierowanych w tę stronę, w którą głowa typu się obraca. Są jednak tak szczęśliwi, zupełnie ekscentryczni pisarze, którzy nie dają się naśladować. Taki jest Rychter u Niemców, może jeden tylko; nie wiem, czy o naśladowaniu go pomyślał kto nawet. Hofmann, dziwaczny jak Rychter, nie był tak szczęśliwy, bo prościejszy.
W literaturze, dzieła małp dają się poznać po tém, że nie mają żadnej cechy właściwéj, każdy tom jest odbiciem jakiegoś innego, wybranego stosownie do czasu, w którym piszą — i książki, jaką świeżo czytali. Mimo tego jest między dziełami ich jakieś familijne podobieństwo.
Do téj-że klasy dadzą się policzyć ludzie, którzy we wszystkiém drobne zwyczaje i błędy, a nawet śmieszności wielkich ludzi naśladują. Ci noszą tabakę w kieszeni, jak Fryderyk, król pruski, i obcierają krzesła jak Napoleon i jedzą obiad, chodzą jak on, jak on noszą szarą kapotę, zakładają ręce, nigdy na ból głowy się nie skarżą i t. p. co jawnie pokazuje, że niebo do ziemi podobniejsze, niż oni do niego.
Raczcie uważać, że skutkiem roztargnienia zwykłego ludziom uczonym i poetom, którzy w innym świecie żyją, — wszyscy mający pretensye do literatury chwalą się lub narzekają, że są roztargnieni i nieprzytomni.
O! cielęta!

1839.




Wiściarze.


Ongi za czasów Zygmunta III, który lubił grawać w karty, w prymirę i flusa, tak się ta zabawka i marnotrawstwo czasu wydawało wszystkim zdrożném, że sławny kaznodzieja ks. Piotr Skarga, dowiedziawszy się o kartach u króla od jego komorników i dworzan, ważył się z ambony przymawiać Zygmuntowi o karty. Dziś gdy stopniami ta nieszlachetna zabawa próżniaków zeszła aż do klas niższych, wszyscy się już tak z nią oswoili, że nikomu się nawet dziwném nie wydaje to ciągłe siedzenie nad malowanemi kartami papiéru dzień i noc; przyjmujem to jakby konieczność dzisiejszego stanu naszego, jakby warunek życia sine qua non.
Zaiste smutny to symptomat, kiedy nikogo nawet nie zadziwia tak dziwaczne, tak śmieszne zatrudnienie, zajmujące, nie już chwil kilka, lecz wielu ludzi — całe życie. Bez przesady bowiem można powiedziéć, że same gry dozwolone, towarzyskie, tak zwane komersyjne, niektórych ludzi stały się celem żywota, i jedyném wyłączném zatrudnieniem. To okazuje wymownie stan moralny towarzystwa, w którém są ludzie całkiem niezajęci, i z tak próżnemi głowy, że do niczego są niezdatni, prócz partnerstwa w wiście, a to jeszcze w takiéj liczbie!
Widzisz tego starego siwiejącego jegomości, idącego o kiju przez Krakowskie ku Nowemu-Światu? Zgadnij, dokąd ciągnie? — na partyą wista. Rzuca oczyma, wącha, patrzy, szpieguje, czyliby nie mógł gdzie partyi złożyć, wchodzi do domów, próbuje; a jeśli mu się nie uda złożyć wista, ucieka daléj, gdyż on bez wista jest-to zegar bez wahadła, nie żyje. Jego życie jest za stołem zielonym, z kartami w ręku. Widzisz go, jak, póki zielonego stolika nie rozłożą, wacha się, nie wié, co ma z sobą począć, nie wié co mówić, nie śmie chodzić, siada, wstaje, konwulsyjnie na zegar spogląda, ręce zaciéra, rękawy zatacza, skrobie się w głowę, chrząka, idzie do stolika, próbuje szczoteczek i krédki, brząka markami w kieszeni, rzekłbyś, że go coś w środku gryzie i dolega, że ma na głowie jakąś sprawę ważną i niebezpieczną. Ten sam człowiek niech-że siądzie tylko do wista! Inszy całkiem, usiadł na krześle z tą pewnością siebie, z tém wewnętrzném zaspokojeniem, z jakiém rzemieślnik do swojéj zwykłéj siada roboty; oto rozkłada karty, ślini palec wielki, wyjmuje marki, uśmiecha się, poprawia, składa karty, rozpuszcza, tasuje, ożywia się, i — o cudo! wszakże nawet gadać zaczyna ta machina! ale jego gawęda, jest to automatu granie, zawsze jedno, zawsze w kółko, też same dowcipne wistowe pogadanki, też same dziecinne żarciki, albo spór o zadaną, albo wyszydzanie nieuków, albo ciekawe historye o wziętych przed rokiem lewach, o wielkim jakim szlemie, sławnym jak bitwa pod Waterloo. Naówczas w téj głowie rozwija się z dziwną jasnością cały ciąg, przejście gry, wszystkie zadane, zrzucone, wyszłe, rzekłbyś, że to jest człowiek, gdyby — kiedy wstanie od stolika — nie pokazał ci znowu, że jest tylko machiną do grania w karty, piątą nogą wistowego stolika, jedném słowem wiściarz.
Wiściarz bowiem jest całkiem odrębném jakiémś stworzeniem, które karmi się tylko wistem i żyje dla wista, które nie zna innego lepszego świata, nad ów, który mu się na pięćdziesięciu dwóch kartach rozwija czarno i czerwono, który nad grę nie widzi na świecie szlachetniejszego zatrudnienia. Wiściarz nie żyje, kiedy nie gra, i usypia naówczas, jak bobak na zimę.
Lecz niczém jest jeszcze wiściarz przy wiściarce. Wiściarka, pospolicie stara, podtuptała dama, jeszcze nie zewszystkiém uwiędła, a już nie całkiem świéża, któréj braknie celu i zajęcia w życiu, jest jeszcze namiętniejszą od wiściarza. Jeśli wiściarz żyje tylko wistem, to wiściarka znowu tak gwałtownie tego życia pragnie, że bez wstydu, bez zastanowienia, gotowa łapać po ulicach partnerów, byleby grać od rana do nocy. Znajdziesz ją ziewającą na kanapie od rana, póki się nie zejdą zwyczajni pół zlotkowi współczujący z nią gracze, strój jéj zaniedbany, głowa spuszczona, oczy zagasłe od bezsenności, tchnienie gorączkowe, ciało skurczone, nogi skrzyżowane po turecku. Lecz wspomnij tylko wista, oto się wyciąga, wypręża, dzwoni na sługę, sama sunie stolik, dobywa kart, uśmiécha się, siada i bądź zdrów — już utonęła w wiście. Nie mów jéj o dziecięciu, które swywoli w drugim pokoju z lokajami, cóż dziecię w porównaniu z wistem! nie mów jéj o domu, o mężu, o kluczykach, o nikim, o niczém, wszakże widzisz, że gra w wista! Napróżno, co trzy robry, spoglądają na zegar towarzysze znudzeni i wyciągają z kieszeni sakiewki. Jeszcze trzy robry, jeszcze jeden tour, jeszcze partie maitre... woła gospodyni, i tak końca niéma téj zabawie, do północy, czasem do dnia.
Cóż to jest za namiętność osobliwsza? Jest-li to chęć zysku? nie! bo grają czasem po półzłotka, czasem taniéj nawet. Cóż to jest? zatrudnienie próżniaków, którzy do lepszego jak do przewracania kart niezdatni, całe życie spędziwszy bez myśli, nic zasposobiwszy się na starość, nie umiejąc myśléć, pracować, czytać, zająć się czém użyteczném, muszą potém wpaść w nałóg gry, w chroniczną chorobę wista, żeby się wyrwać nudom otaczającym dokoła. Wist, jak niedawno cholera, jest u nas w powietrzu. Idź, dokąd chcesz, w małym domku czy w pałacu, piérwsza rzecz, z którą cię gospodarz spotka, to te pięć kart, które ci tka pod nos z zapytaniem: — wszakże będziesz grał?...
Jeśli nie grasz, pocóżeś przyszedł? Jeśli nie grasz, jesteś nieużyteczną figurą i gotowi cię posadzić za dziadka, lub użyć twéj czupryny za szczoteczkę, bylebyś się na co przydał do wista. Spojrzawszy na to zapamiętałe wistowanie młodych i starych, strach przejmuje. Co ci ludzie sobie myślą, że ich Bóg stworzył do mizerów i szlemów? straszna rzecz! I toż to jest życie, grać od rana do wieczora i śnić nawet o renonsach?
Nie, że już w mieście, gdzie zawsze stek próżniaków, i gdziebym już z większém pobłażaniem widział wiściarzy, ale ta choroba panuje na wsi jeszcze zaraźliwiéj i okropniéj. Są całe domy, gdzie familia nic nie robi tylko gra wista od rana do wieczora: ojciec, synowie, matka, córki dla wprawy z sobą grają wista. Znajdziesz tam zawsze gotową partyę; choćby tatulo miał najmłodszego syna oderwać od książki, uczyni to dla wista, bo czegóż nie uczyni dla tak ważnéj przyczyny!
Powiadają: — Ale czém-że bawić kompanią? Przyjadą do mnie ludzie, z któremi niéma co mówić, trzebaby ziewać, cedzą po słówku gawędę o pogodzie. A tak sadzę ich do wista i wszystko skończone.
Zapewne jest to ratunek z temi, z któremi niéma o czém mówić, ale za cóż wszystkich kuć w te kajdany? Sprobujcież wprzód gości, a zamiast kupować karty, kupcie i połóżcie na stole książki, rysunki, może się téż z nich rozmowa zawiąże, może téż wywiedziesz z twych gości znak czucia i myśli.
I pomyślcie, moi państwo, nad tém, co wy robicie. Gdyby kto z wysoka spojrzał we wnętrza waszych domów, coby pomyślał widząc was cały dzień z wytężoną uwagą przewracających malowane kartki? Coby pomyślał? — że się chyba modlicie tym sposobem.
Ma się za rozumnego, kto gra w wista dobrze, kombinacye téj gry uchodzą za wprawujące w myślenie. Bajka to, one tylko ogłupiają, i do wszelkiego innego zatrudnienia niezdatnemi nałogowych wiściarzy czynią. Cóżby to był za głupiec, który całe życie przewracając pięćdziesiąt i dwie kartki papiéru, nie nauczyłby się z niemi obchodzić, i ich kombinacyj pamiętać? Nic więc osobliwego nauka gry w wista, a że do niczego nie posługuje, że rachunku nie uczy, o tém mniéj myślenia, dowodem wszyscy zapamiętali wiściarze, którzy do niczego są niezdatni prócz do wista. Zważmy naprzód stratę czasu, stratę życia, pomyślmy, jest-li to człowiek, który od młodości siadłszy za stolik, z za stolika do stolika wędruje i gra do śmierci? Cóż to? machina do wista chyba! potém przywiązuje się do graczów chęć zysku, konieczna, nieszlachetna, czasem aż do nieuczciwości posunięta. Iluż to znamy ludzi, którzy pozwalają sobie w wiście troszeczkę nadużywać i podszachrowywać? Z tém idzie, że oswoiwszy się z nieuczciwością na małą skalę, gotowi ją popełniać na większą; spójrz na tego jegomości łakomie liczącego i przyliczającego punkta, albo wymykającego się zręcznie, gdy przyjdzie płacić przegraną. Kto go oswoił z tą nieszlachetnością? Kto mu tak wytarł czoło ze wstydu, — czy nie gra to? A patrząc na to spodlenie nie należyż ubolewać nad upowszechnieniem zabawki, która ludzie psuje, oprócz tego, że wprawia do próżnowania, i czas tak marnie, zjada?
Gry hazardowne mniéj osobom przynajmniéj są właściwe, gdy tymczasem wist jest w tak powszechném używaniu, tak konieczną stał się potrzebą życia towarzyskiego, że gdzie niéma stolika do gry i talii kart nowéj, tam niéma zabawy dla większéj części osób. Znalazłyby się przecie pożyteczniejsze, szlachetniejsze zatrudnienia. Lecz tu o to podobno chodzi, że do innych zatrudnień potrzeba pewnego usposobienia i przygotowania, a wista każdy szewc łatwo się wyuczy w parę tygodni. Kilka dni przyłożywszy się, masz wstęp do zielonego stolika; a do myślącego towarzystwa, do ludzi, co się zająć umieją światem i sobą, aby przystąpić bez wstydu, nie dość się kilka dni sposobić. Wist panujący dzisiaj jest oznaką, że większa część osób nałogowo potrzebuje jakiegoś zatrudnienia, a do lepszego przyłożyć się i usposobić nie chce; smutno to pomyśléć, że w powietrzu jest jakaś zaraza próżnowania i gnuśności. Jeśli chodzi o zabawienie gości, czyżby już nie lepiéj kazać im siatkę robić, lub solitera wybijać? w nich téż są pewnie równie mądre jak w wiście kombinacye.
Ale — nie próżnaż to tylko gawęda? — bo któż dla przeczytania jéj porzuci owych pięćdziesiąt dwie kart tajemniczych! — pewnie mnie-by się prędzéj sprzykrzyło pisać, niżby oni zaczęli mnie słuchać.
Niech że będzie dosyć temu.

Omelno, 15 sierpnia 1839 r.





Obrazki z natury.


I.

Ciekawa to nauka, nauka ludzi, — i chociaż na nią niéma katedry, niéma prawie teoryi, niéma prawideł, choć to jest nauka, w któréj czas nauczycielem, każdy powoli w ciągu życia poduczy się jéj trochę.
Któż nie uważał choć raz w życiu, że ludzie, wcale z sobą niepokrewni, mają jednak jedni z drugiemi familijne jakby jakie podobieństwo charakterów, twarzy, ruchów, głosu, któreby mogły ułatwić klasyfikacyą, gdyby się na nią mógł kto odważyć. Dotąd, mimo prób tego rodzaju, właściwéj nauki człowieka, obejmującéj charakterystykę duszy jego i ciała, nie mamy; wszystko co w téj mierze uczyniono, jest widocznie niedostateczném, może dlatego, że wszyscy antropologowie z fałszywego punktu na człowieka patrzyli, którego ani z nosa, ani z oczu, ani z guzów frenologicznych poznać i zadeterminować nie można, tylko z tego czegoś niepojętego, zależącego od całości i połączenia wszystkich szczegółów.
Co do mnie, nieraz mi się zdarzyło widziéć bogacza i biédaka jakby w jednéj formie odlanych i tylko tyle różniących się, ile ich położenie, wychowanie, świat, w którym żyli, różniło, nieraz w najoddaleńszych stronach spotykałem twarze przypominające mi znajomych postacie i charaktery. To mię przekonywa, że klasyfikacya ludzi byłaby podobną, gdybyśmy tylko mogli zadeterminować typy pierwotne, których reszta idywiduów jest modyfikacyą tylko. Lecz znowu tyle jest odmian, tyle rozmaitości w ludziach, nawet z sobą podobnych i charakterami pokrewnych, że dwaj sobie podobni, których by do jednéj klasy zaliczyć wypadało, bywają jeden karykaturą drugiego, choć oba od tegoż pochodzą pierwiastkowego typu. Liczba tych pierwiastkowych typów w każdym narodzie jest zapewne bardzo określona i możnaby ją może w końcu ograniczyć, ale, że się nikt temu nie poświęca, nikt o tém nie myśli, a w dodatku do téj fizyonomologii potrzebaby poszukiwań nad charakterami mozolnych, długo poczekamy, aż się coś podobnego utworzy. Lecz nie bójmy się, przyjdzie do tego wreszcie, że się znać będziemy! ludzie tak usilnie pracują nad odarciem świata z reszty złudzeń, które ich szczęście stanowią!
Tymczasem, póki ta, o któréj mowa, historya naturalna człowieka nie zostanie stworzona, chciejcie przyjąć moje szkice charakterów wybitniejszych i częściéj spotykanych na naszéj ziemi. Niektóre z nich są spólne innym krajom, niektóre wszystkim, inne są nam właściwe tylko. Rozumiem, że choć narysowane tylko, przedmiotem zająć potrafią.

II.

Opiszę wam naprzód filozofa, jakiego mi się często spotykać zdarzało. Rozumiem, że nie jest on rośliną naszego tylko kraju, można go zapewne mało co odmiennym w innych krajach obaczyć.
Do tego wielkiego imienia filozofa, nieskończona ilość ludzi, mniéj więcéj słuszne miéwa pretensye. Największa liczba dobija się tego tytułu tylko jakąś dziwaczną ekscentrycznością, przesadzaniem swoich przymiotów, a często i wad. Lecz cóż począć, kiedy do téj przesady często ich popychają ludzie i okoliczności! Każdy ma coś, co go psuje, co go zwodzi, co mu pochlebia, co go popycha w drogę fałszywą, do któréj z natury już jest skłonny. Spikają się na to częstokroć ludzie i przypadki, a człowiek podsycony pochwałą, podziwieniem — coraz żwawiéj i z większą determinacyą posuwa się naprzód, i przychodzi do tego w końcu, że się staje karykaturą swoich usposobień i skłonności.
Nié mam wcale ochoty malować wam istnego i prawego filozofa, ideału jakiegoś, biorę owszem dziwaka tylko, którego nieprawnie czczą tém nazwiskiem. Najsłuszniéj zwać-by się on powinien tylko egoistą.
Człek to stary, czerwononosy, siwy, ale żwawy jeszcze i rzeźwy, oczki ma szare, małe pod brwiami wzdętemi, zapalone i opasane czerwoną powieką napuchłą, usta nieco zwisłe i szerokie. Mimo swych pięćdziesięciu i przeszło lat, trzyma się prosto, udaje młodość, nosi się nie wykwintnie, lecz czysto, gardzi jednak modą jak śmiesznością.
Filozofia jego zależy na tém, żeby niemiłosiernie pędzać, ganić, prześladować wszystko, co w jakikolwiek sposób da się kwalifikować uczuciem, słabością, obłąkaniem, przesądem i t. p. Niéma przedmiotu, do którego-by uczepić nie potrafił wykrzykników krytyki swéj, pełnéj cynizmu, a rzadko nawet dowcipnéj. Dla niego wszystko jest śmieszném — i wstyd młodych panien, i rumieńce młodego chłopca i łzy po stracie czyjéj, i wesoła zabawa; ma bowiem stałe postanowienie utrzymywać się w swéj roli recenzenta wszystkich czynności ludzkich, wszystko sprowadza z jego ust dyatryby, ucinki, szyderstwa, bardziéj malujące jakąś złość zazdrosną, niż myśl potężną. Wszystko mu szkodzi! a najbardziéj jednak, gdy w towarzystwie nie dość uważają na niego, nie dość go szanują, nie dość go słuchają i cenią. Wówczas to dopiéro z wystrzałami swego cynizmu z uwielbieniem stanu natury, z maksymami o szczęściu bydląt, wyjeżdża tryumfalnie. Znajdzie słuchaczy, a krzycząc coraz głośniéj, wśrubuje się nawet w uszy niechętnym i obojętnym a grzecznym. Kobiety boją się go jak ognia, muszą mu się nawet uśmiechać. Biedne istoty, które on tak nizko ceni, tak po sułtańsku traktuje!
Nie chce on, nie umié, i z umysłu nie jest dla nikogo grzecznym, zdaje mu się, że filozofia jego na tém zależy, żeby na nikogo nie uważać, przed nikim się nie uchylić, nikomu pobłażania nie okazać. Jest-to rodzaj zuchwalstwa, taki, że w oczy gotów nasz filozof prawić najsroższe rzeczy przytomnym, pewien, że jego filozoficzna sława, jego wielkość, postrach, jaki wraża jego język niewstrzymany, zasłonią go od odpowiedzialności — przytém wié, że stary i że starość ma swoje przywileje bezkarności.
Jednę to dopiéro stronę filozofa pokazaliśmy, z téj strony widzim tylko skoncentrowany egoizm, działaczem jedynym. Pobłażanie ludzi otaczających rozwija w nim naturalną skłonność ku gderaniu i poniewieraniu wszystkiém; stracone życie, zawiedzione nadzieje, utopione żądze wywyższenia się wzbudzają ten zapał Don-Kiszoteryi przeciw wszystkiemu, walki z całym światem lepszym, piękniejszym, szczęśliwszym, niż on się czuje.
Takim się on między ludźmi okazuje, lecz w bliższych stosunkach, w inny sposób rozwija się jego filozofia, a raczéj egoizm monstrualny. W domu, jest on czystém dziecięciem natury, jakiém-by go miéć chcieli najzapaleńsi naturofile XVIII w., to jest bydlęciem i nic więcéj. Nie myśli nigdy o swéj duszy, o czémś wyższém, lepszém, wznioślejszem, nic go nie zajmuje prócz ciała, brzucha i nasycenia zmysłowych chuci. Jest-to tyran najsroższy w domu, wszystko tam jemu tylko służy, żona i dzieci (jeśli ich ma), słudzy, krewni, goście. O zwyczajnéj godzinie musi być podaném jadło, napój, musi być wygrzane łóżko, wylecona kąpiel, nałożona fajka — okropne burze, gdy mu co chybi. Sługa chory! co mu do tego. Noc, słota, boleść, nic u niego nie wymawia najlżejszych uchybień w usłudze koło jego osoby. Czci on siebie tak wysoko, że niéma bezprawia, któreby kładł w równi z obrazą swego żołądka i swoich wygódek zakompromitowaniem.
Takiego to dziwaka, egoistę zowią jednak filozofem i boją się go i służą mu nawet obcy. A jednak bydlę to tylko z twarzą ludzką, i gdybym klasyfikował ludzi, położyłbym go najbliżéj stanu natury, któren wielbi przy samym barłogu wiernego ucznia natury — wieprza. Jednakże nasz wściekły egoista nie jest całkiem głupi, nie, — dał się tylko opętać swemu cielsku, i służy mu duszą. Od czasu jak począł swoje bydlęce życie, nie czyta, nie myśli, tylko je i trawi. Wszystkie uczucia szlachetniejsze, uczucia piękności, cnoty, poświęcenia, uważa za głupstwo. Jego przysmak wieczorny lub śniadaniowy więcéj znaczy dla niego, niż losy świata i ludzi, oddałby swoję nieśmiertelność duszy, za dobry beefsteak, lub smażone rydze. Sąsiedzi uważają naszego pana za cudo mądrości i dowcipu, wielbią, czczą go, unoszą się nad nim, przyjmują go, poją, karmią, słuchają niegrzeczności jego, za cukier i miód przyjmują jego żarty i ucinki za dowcip najpierwszéj próby.
Tymczasem nasz bohater maskuje się bardzo zręcznie, aby się z próżną głową swoją nie wydać; złość u niego zastępuje naukę i dowcip. Ale przez urywkowe zdania, koncepta, żarty, nie ujrzysz, co tam dzieje się w jego głowie, nie pojmiesz jego wiary i sposobu myślenia, często bowiem nawet złapiesz go na sprzecznościach z sobą samym. A to nowy fenomen, nasz bohater jest komiczną opozycyą; kiedy więc kto z jego własném zdaniem wyjdzie na plac, będzie go zbijał, jedynie dlatego, że niewolno nikomu w jego obecności miéć racyi. Nie cierpi téż naśladowców swoich, chce tylko sam jeden być oryginalnym, wielkim! najmniejsze współzawodnictwo niecierpliwi go i pobudza do wojny.
Taki człowiek rzadko się lub nigdy w nowych towarzystwach nie pokazuje; lubi tylko swoich, przywykłych, swój albo pobłażające mu sąsiedzkie domy; obcy ludzie go męczą, bo wobec nich czuje jakiś wstyd, jakąś niepewność siebie, jakieś wahanie się, nim się ośmieli wykryć ze swoim egoizmem; zmyślać zaś inną postawę do okoliczności, uledz, pochylić się nie potrafi. Boi się także, aby go nie poznano, boi się trafić na podobnego sobie; boi się, czując słabym, aby się nie dał zaćmić.
Chcesz-li lepiéj jeszcze poznać starego egoistę, wejdź do jego mieszkania, tu się odmaluje człowiek w téj skorupie, jaką sobie uczynił. Znajdziesz u niego w domu wszystko do wygody, nic dla oka i dla duszy; wszystko wygodne, nic pięknego, żadnéj książki, obrazu, żadnego nawet wyszukanego przedmiotu, któryby wydawał człowieka z uczuciem wykształconém, ze smakiem. Będą tam tylko wszelkich form, do poobiedniego trawienia, fotele, choć stare i odarte; łóżko wysoko i miękko usłane; choć w szaréj alkowie, gdzie jednak niéma przeciągu, wilgoci; — kominek, podnóżek, kanapa, ale mury będą brudne, okna nie myte i nic tu coby służyło ku wygodzie serca, żadnéj pamiątki, żadnéj ciekawości, żadnéj fantazyjki, żadnego dowodu tych umysłowych namiętności, które według mnie, zawsze są w człowieku oznaką czynną niepróżnującéj duszy.
W domu naszego starego, żadnego wdzięku; wszystko stare, czarne, brudne, choć wszystko wygodne, i to tylko, do czego już on nałogowo przywykł. Zdziwisz się, gdy ci powiem, że widziałam tego rodzaju ludzi, którzy, mimo swego zeźwierzęcenia, w domu żyli najniewygodniéj. Temu była inna przyczyna, egoizmu przemyślnego, myślącego o jutrze, bojącego się wydatków i drżącego nad niedostatkiem, jaki przyjść mógł kiedyś... Z dwojga jedno woleli przecierpiéć, a być spokojni, że i jutro tyle miéć będą co dzisiaj, niż zjeść przyszłość swoję. To tylko uczynić potrafią ci, którzy nie dbają o jutro i o siebie.

III.

Półuczeni są ciekawym typem wszędzie, po całéj Europie znajomym, lecz rozumiem, że nigdzie ich tyle, co u nas. Zdarzyło mi się spotykać ich tak gęstemi masami, że to było prawdziwie zastraszającém; w niektórych okolicach, są całe familie półuczonych, dziedzicznie sobie podających tradycyą półuczoności. Rodzą się oni tam i wzrastają szczęśliwie, wśród zdumionego obywatelstwa, poklaskującego im z cicha i z uszanowaniem.
Są to pospolicie ludzie średniego wieku, jeszcze młodzi, lub chcący za młodych uchodzić, wyszli oni ze szkół, czasem nawet z uniwersytetu, z bardzo szumnemi świadectwy, które po większéj części winni są dobréj tylko pamięci. Lecz dobra pamięć tak często łączy się z talentem i tak go naśladuje czasem, że uczniowie, co tylko ją mają, wychodzą ze szkół pełnemi nadziei subjektami. Podniesieni w dumę pochwałami, nagrodami, podziwem współuczniów, przyjaźnią nauczycieli, uklepawszy nieco wierszydeł w szkołach, wchodzą w życie uniwersyteckie, którego okruszyny uczone do nich przylegają, w towarzystwie ludzi uczących się i uczonych nabierają wiadomości niektórych potocznych i z niemi, a z wyuczonemi na pamięć lekcyami, występują na świat.
Sława ich uprzedziła na świecie; wszyscy witają ich wdzięcznie jak nadzieję, ciekawie oglądają, czekają, pytają — czekają i czekają — nic i nic.
Ci zaś panowie, siadłszy na wsi, polują, grają, piją, a nadewszystko kochają się, bo powiedziawszy sobie, że mają w duszy poezyą, pierwszy z niéj użytek czynią namiętności dogadzając. Trzeba wiedziéć, że półuczonych niezbyt nauka bawi, zda im się, że jéj zapas dostateczny na całe życie ze szkół wynieśli, z nudy tylko ostatniéj biorą książkę, do ręki; i to lekką a zabawną, szukają powierzchownych, encyklopedycznych o wszystkiém wiadomości, aby niemi cokolwiek swój ładunek odświeżyć i dopełnić, co zwietrzało. Kiedy wreszcie przyjaciele, blizcy sąsiedzi radzą co pisać, kiedy wypytywać poczną, czy czego nie pisze, nad czém pracuje, półuczony pociera czoło i od niechcenia odpowiada:
— A wistocie pracuję — pracuję! — Lecz czyż teraz warto się temu poświęcić! literatura stoi na tak nizkim stopniu. — Albo:
— Tyle mam zatrudnień, tyle interesów na głowie! niepodobna znaléźć chwili wolnéj. — Albo jeszcze:
— Prawdziwie nie chcę się mięszać do literatury, trzeba-by się jéj całkiem oddać, a tu tyle jest przeszkód! A potém ludzie tak są niewdzięczni!
Ta niewdzięczność jest im wymówką. Snać jeszcze na wdzięczność nie postarali się zasłużyć. Naówczas gdy to wyrzecze pseudo-uczony, stary jaki jegomość odzywa się: — A przyszłość?
Półuczony udaje, że o nią nie dba, ramionami rusza.
Ciekawa to rzecz widziéć go w ręku literatów z profesyi. Jest to najzabawniejsza w świecie komedya, żaden złodziéj przed sędziami nie może się lepiéj wywijać i pocić, aby się ze zbrodnią nie wydał, jak półuczony poci się i trudzi, aby się nie pokazał ze swoją, w jakimkolwiek przedmiocie, niewiadomością. Szarpany na wszystkie strony, zapytywany, łechtany, skubany, wychodzi najczęściéj zwycięsko, lekko i pogardliwie nauki traktując, udając wyższość pogardą rzeczy, których nie pojmuje.
Lecz za to jaki tęgi i śmiały, gdy między nieuków wpadnie! Wówczas to literaturę i nauki wynosi i śmiało się oświadcza, że im życie poświęcił. Jest to jakby inszy człowiek, zdarza mu się nawet wówczas podpaliwszy myśléć na swój rachunek w tych wielkich przypadkach, i odzywać się ze śmiałemi bardzo a szumnemi zdaniami, ale to tylko wówczas, gdy wie pewnie, że go słuchacze nie pojmą.
Pseudo-uczony, że sam nic nie pisze, uchodzi za wyrocznią krytyki na wsi. Jest-to rzecz osobliwsza, że zawsze ci, co sami nic nie piszą, a niby czytają, mają przywiléj krytyków i sami poniekąd niemi się sądzą. Pewni, że ich nikt nie zgłębi, bo nie dają się złapać na żadnym uczynku, sądzą i ćwiertują piszących, nie czekając ich zemsty, zupełnie tak jak wrona dziobie chodzące po ziemi stworzenie, pewna, że ona jéj nie odda, bo latać nie może; sądy tych arystarchów są enigmatyczne, najczęściéj kończą się dowcipném szyderstwem, a w głębi ich jest tylko złość i zazdrość. Trzeba albowiem wiedziéć, że półuczony nie pisząc, trochę zawsze zajrzy piszącym i talentu i sławy, nie ma jednak dość śmiałości, żeby się odważył wystąpić, może dlatego, że się nie czuje na siłach.
Półuczonego poznasz na wsi po tym najpewniejszym znaku, że się zawsze przed nieukami z nauką i niezrozumiałemi dla nich rzeczami odzywa. Jest to albowiem cechą ludzi, usiłujących paradować jakąś odrobiną, że występują przed takich tylko sędziów, których się nie boją i wówczas dokazują. Prawdziwie uczony nie skompromituje siebie i nie sprofanuje nauki, rzucając ją w oczy prostakom, bo wie przysłowie łacińskie (którego nie powiem).
Półuczony ma chwile zamyślenia, ma kaprysy, lubi, aby go zwano oryginalnym, i sądzi się być judex natus sztuk pięknych, wyrocznią w rzeczach smaku. Ma to niby za przymiot wrodzony; to téż z nieporównaném zuchwalstwem będzie sądził obrazy, posągi, budowy, zawsze jednak oglądając się, aby tego w oczach prawdziwego znawcy nie uczynić. Jeśli wszakże zdarzy mu się (co rzadko bywa) trafić nieszczęściem na znawcę, który go refutować zacznie, półuczony śmiało go zakrzyczy i zagada, za oczy wyśmieje broniąc siebie (choć o sobie wątpi), a zapobiegając, aby to nie zostawiło złego wrażenia i nie złamało uroku jego wysokiéj mądrości, w którą tak wierzą poczciwi sąsiedzi.
Daléj starzejąc się półuczony, coraz gorzéj tępieje, schodzi on z roli organisty-nieuka, na rolę pozytywka, który tylko to powtarzać umié, co w niego przed laty włożono. W jego towarzystwie usłyszysz zawsze też same powieści, też same sądy, mowę o tych samych dziełach; nie czytając nowych i nie czytawszy wiele, nasz półuczony ma w pamięci kilku wybranych pisarzy, których cytuje wszędzie i zawsze i do wszystkiego. W końcu staje się to tak nudném jak jednostajne klapotanie kół młyńskich, a jednak dobroduszni sąsiedzi powiadają:
— Co to za uczony człowiek! co za szkoda, że starzeje!
A inni:
— Tęga to głowa, szkoda, że nie pisał!
Każdy to uważał, że podobni ludzie stają w literaturze na jakimś punkcie, z którego daléj nie chcą, czy nie mogą się ruszyć. Jest-to tak właśnie jak podróżny, co nic doszedłszy wierzchołka góry, siada, ogląda się i wytłomaczy sobie, że już z wysokości nicby więcéj i lepiéj nie widział. Półuczony staje także, czy to na punkcie nauk szkolnych, czy to na chwili, w któréj ostatni jego abonament się skończył, i z tego miejsca już się ani rusza, resztę późniejszéj literatury mając za fatałaszki, jak zegar, co zawsze jednę bije godzinę, on zawsze jedno powtarza. Nie może się inaczéj przed sobą i przed ludźmi tłómaczyć tylko wzgardą dla reszty, to téż co przechodzi granice jego uczoności, jest dla niego rzeczą niewartą nauki! Najgrubsza niewiadomość już go daléj nie wstydzi; gardzi i pluje na to, czego nie zna, żeby nie był obowiązany uczyć się i poznawać.
Dnia 20 września 1839. Omelno.





Dziady i Baby.


Żebracy stanowili w Polsce jak wszędzie osobną klasę, obyczajami, zajęciem, fizyognomią od innych różną. Poznanie ich nie może być obojętném dla historyi obyczajów. Oni niejako pośredniczyli między ludem a duchowieństwem, jeszcze zaś bardziéj między ludem a klechą. Od klechy do dzwonnika, od dzwonnika do dziada u kruchty, nieznaczne tylko było przejście. Z jednéj strony dziad opierał się o lud, z którego wyszedł, z drugiéj o kościół i sług kościelnych, do których się liczył, żyjąc z modlitwy i jałmużny. Żebracy stanowili ostatni szczebel sług kościelnych: byli ludu lekarzami, doradcami, swatami, od kolebki do mogiły, dziad i baba potrzebni byli dla chłopka. Baba przyjmowała dziecię, baba obmywała starca, gdy umarł, kładła go w trumnie i śpiewała nad nim wigilie. Cokolwiek więcéj mając oświaty, a udając wielką naukę, wygrywali przed ludem, gotowym wierzyć we wszystko, co dawało polepszenia nadzieję.
Różne były przemysły żebraków, różne przez nich używane sposoby wciśnienia się do domów, przypochlebienia się lub wzbudzenia litości. Tym, którzy nie wierzyli w czary i leki, obiecywali modlitwę, posługiwali niepotrzebującym usługi, wołali o litość zmyślając sobie rany, choroby, boleści, kalectwo. Najpospolitsze choroby żebraków bywały: Boża kaźń, obłąkanie, niemota, głuchota, ślepota, wrzody, rany umyślnie przykładaniem jaskieru zrobione, choroba św. Walentego, zwana pospolicie Walantym.
Strój dziada był rozmaity, najpospoliciéj jak najnędzniejszy łachman go okrywał, płaszcz łatany, umyślnie odarty. Dodatkiem do niego były szczudła, biesagi czyli sakwy, kalwica, pudło zgięte noszone na plecach; odkryte i poranione nogi, obnażone piersi, potargane włosy, twarz dziko wykrzywiona, głowa związana lada szmatą dziurawą, kij w ręku.
Inni, pielgrzymów udawający lub istotnie pielgrzymujący z Polski do Rzymu, wcale się inaczéj odziewali. Stanowili oni arystokracyą dziadowską. Nie wychodzili inaczéj z kraju jak z listem od rady miejskiéj lub innego urzędu pod pieczęcią; miewali téż przepisaną drogę na papierku, o którą się troskliwie wszędy rozpytywali. Ci ubierali się w czyściejsze płaszcze, opończe, mieli tłumoczki skórzane na plecach, paciorki u pasa, kapelusze ze sznurkami, czaszę miedzianą do czerpania wody wiszącą od boku, maczugę w ręku. Chodzili najczęściéj parami, długo wprzód wędrując po kraju, około Krakowa, Częstochowéj, Nowéj Kalwaryi, nim się puścili do Rzymu. Księża zalecali ich z ambon litości zgromadzonych. Siadywali w kruchtach kościelnych, modląc się, przedając pisane suplikacye, które rozdawali wchodzącym i wychodzącym z kościoła, śpiewając głośno pieśni nabożne. Zaraz powiemy o miejscach najbardziéj uczęszczanych w Polsce przez dziadów pielgrzymujących po kraju tylko.
Ci chodzili najczęściéj z puszką, karboną, kwestując dla kościołów, na organy, na dachy, i t. p. Nosili puszkę zawieszoną na szyi i stawali po plebaniach wypraszając sobie, żeby ich z ambon zalecano.
Inni jeszcze byli kalecy z profesyi, udawający kalectwo, lub istotnie chromi, głusi, niemi. Ci, którzy udawali Bożą kaźń, starali się najwięcéj rzucać w czasie nabożeństwa w kościele, na smętarzu, aby oczy zwrócić, litość wzbudzić, okrwawiwszy się.
Inni odkrywali rany żebrząc, inni jeszcze udawali szalonych, wyjąc, krzycząc, bełkocząc. Niektórzy nawet po wsiach, odosobnionych miejscach upatrzywszy porę, gdy w chacie samego i parobków nie było, przywiązawszy sobie ogon wilczy, wyjąc jak wilcy, chodzili udając wilkołaków. Postrzegłszy ich gospodyni zapierała nieboga drzwi i okna z wielkim przestrachem, podawała im gomółkę przez okno z daleka, ale wilkołak nie chciał chleba, i wyjąc groził, że pójdzie na pole do bydła, aż wytargował co lepszego u przelękłéj. Czasem zastawszy samę, wkradał się do izby, zżymając się, oczyma łupiąc, mrucząc coś pod nosem, rzucając szczyptami czegoś w garnki; aż dzieci poprzestraszał i wyłudził strachem dobrą jałmużnę, z którą śmiejąc się odchodził.
Byli spokojniejsi, co woleli siedzieć nad drogami. Na to wybierali oni pospolicie miejsca u źródeł, mianych za cudowne, u figur Bożéj-Męki, na ludnych gościńcach. Tu modlili się, jęczeli, podawali wodę, pokazywali drogę nieznającym jéj dobrze. Czasem w głuchym lesie, u starego krzyża nad strumieniem, spotkałeś budę, z któréj na szelest przechodnia ukazywał się siwy starzec i podpierając się koszturem rękę wyciągał.
Niektórzy stale się trzymali kościołów, zostawając dzwonnikami, posługaczami, a na wsi przyległéj lekarzami bydła i ludzi.
Baby strój był taki jak dziada prawie — łachmany, paciorki, łoktusza (odarta odzież), ale baba nosiła zawsze garnek u pasa, w którym kładła ofiarowaną jéj strawę, w którym kadziła zielem od czarów domy i obórki.
Baby, siedząc pod kościołem, śpiewały Różany wianek. Główném ich zajęciem były czary i leki. Pilnowały ubogich szlachcianek przy połogach, wychwalając bardzo swoję umiejętność w tym względzie. Wyraz babienie ma z tém niejaki związek.
Baby i dziady wiedzieli najlepiéj o wszystkich gminnych przesądach, o wszystkich złych wróżbach, o wszystkiém, co zachowywać było trzeba, aby zło do domu nie weszło. Oni nosili z sobą świeczki, zioła, maści, wódki, kropili obory, pszczoły, wróżyli z dłoni, w lasach wiązali gałązki młodych odrośli, obiecując z nich we trzy lata gęsty bór. Oni to uczyli, że próżna konew spotkana w drodze nieszczęście zapowiada, że gdy co kracze w nocy na dachu, nieszczęście jakie czeka kogoś w domu, że we czwartek po południu nie godzi się prząść kądzieli, ani w piątek piec chleba, że rydel nie powinien nigdy stać w izbie, ani pokrywa na stole, że źle izbę wspak zamiatać, a ciężarnym niewiastom za pogrzebem chodzić nie należy, radzili czarownicom po śmierci palce łamać, aby upiorem nie wstawały, żegnali chmury od gradu, żegnali dojnice i garnki dla obfitości w domu. Oni także umieli najlepiéj leczyć bydło od kurdziela, napaści i nogcia.
Lud prosty przypisywał im niesłychaną mądrość i nieograniczoną władzę. Baby pospoliciéj jeszcze od dziadów trudniły się czarami, zamawianiem i t. p., i nigdy nie okurzywszy przynajmniéj izby od złego, nie wychodziły z chaty, w któréj dano im jałmużnę. Lud bał się ich i dawać musiał. Oprócz tego baby dopomagały do stroju ubogim szlachciankom, piększyły im twarz, uczyły brwi i włosy farbować, znały miłosne napoje, znały zioła na niepłodność, nosiły trzaski z trumny, mech z kościelnego dachu i t. d., były powiernicami wszystkich dolęgliwości, wiedziały wszystko, należały do wszystkiego. Złamał kto nogę, one zamawiały rany od ognia i puchliny; one leczyły wrzody i rany; one umiały niepotrzebny płód zniszczyć i zapobiedz, żeby go nie było więcéj, znały sposób zaradzenia niepłodności i niemocy, godziły i kłóciły małżeństwa. Niekiedy namawiały na złe dziewczęta i ułatwiały chłopcom miłostki kryjome, przenosząc od nich i do nich poselstwa, namawiając, sprowadzając.
Dziady czasem zmieniając się w wendetarzy, trudnili się przekupstwy, kradnąc lub żebrząc lada co, a potém sprzedając uboższym obuwie, starą odzież i t. d. Lecz głównym artykułem ich handlu były leki, wódki, maści, świeczki na odpustach, wody cudowne, wyrabiane z wosku wota, nogi, ręce i t. d., które chłopi kupowali i po kościołach wieszali; robili także i przedawali krzyżyki drewniane.
Baba u pospólstwa każda prawie miewana była za czarownicę; wierzył lud, że ona wywróciwszy koszulę na nice, średniém oknem, wylatywała z izby na ożogu, na granicę podgórską, że we czwartek schodziły się wszystkie na rozstajnych drogach, że się stawały do woli niewidzianemi, przybierały różne postacie: kotów, sów i t. d. że ziołami zamki otwierały, po powrozach właziły na wysokości, chodziły suchą nogą po wodzie, że miewały zachwycenia, w których widziały rzeczy cudowne, że się przemieniały dwa razy do miesiąca, raz na młodziku, drugi raz gdy księżyc schodził, że w nocy przybierały postać śmierci, w południe przypołudnicy, wieczór wiedmy lub latawicy. Latawiec, zły duch, był z niemi w zmowie i zgodzie, on także przybierał postać i ciało i sławny był z tego, że za prośbą lub namową nosił z cudzéj spiżarni dostatki swoim ulubieńcom. Baby zwyczajnie powoływane były, gdy kto umarł, aby ciało omyć i śpiewać nad niém wigilie. Lud lękał się bab, którym także przyznawał władzę narzucania paraliżów (palarusz), głupoty, febry i t. p., wywarem z różnych ziół, zbieranych w pewnéj porze.
Baby i dziady z odpustu na odpust, jarmarku na jarmark, włóczyli się, rzadko w większéj liczbie razem chodząc, jak po dwoje lub troje. Ślepy z przewodnikiem, chromy z towarzyszem, głuchy z chromym, chromy z ślepym, najczęściéj jak w bajce, chodzili Dziad i Baba przyjaciółka i wzajemnie jedno dla drugiego zbierali jałmużnę. Żenili się między sobą. Na odpustach niezliczone ich ćmy zasiadały smętarze kościelne, śpiewając, krzycząc, pokazując rany i ofiarując świece na przedaż, maści i leki, udając rozliczne choroby. Dzień zaduszny jak i podziśdzień był dniem wielkim w życiu żebraka dniem najsutszéj jałmużny za dusze zmarłe.
W Polsce najsławniejsze zbiegowiskiem dziadów i bab miejsca były: Częstochowa, św. Krzyż na Łyséj Górze, Nowa Kalwarya, Leżajsk, Staszowka, Szczepanów, Gniezno na św. Wojciech, Pilzno na św. Jan, Rzeszów na sławny jarmark, Jarosław na N. Pannę Zielną, Przeczyce na św. Michał, Wielkie Leki na św. Bartłomiéj, Chełm w Lesie, Zawady za Dębicą, gdzie była figura, z któréj boku woda ciekła, a tę dziady roznosili i przedawali, gdyż lud był jéj wielce łakomy, kościół św. Piotra pod Dobrzechowem i t. d. Prócz tego pielgrzymowało dziadostwo daleko w cudze kraje za chlebem, a najpospoliciéj do sąsiadów, wyrobiwszy sobie wprzód list z pieczęcią. Tłoczyli się do Węgier pod wielkim strachem od hultajów przebywając Bieszczady, do Siedmiogrodzkiéj ziemi, do Wołoch, szli nieraz zdrowsi do Kozaków, do Prus, do Moskwy, do Ślązka, Moraw i t. d. Przypomnim tu, że dziadów używano nieraz do przenoszenia korospondencyj tajemnych; przy jednym z nich zmarłym w drodze znaleziono listy cesarza Zygmunta do Krzyżaków; za żebraka przebrany wciskał się książę Siemion Słucki do Lwowa, do księżniczki Halszki Ostrogskiéj. Niektórzy dziadowie przy żebraninie trudnili się téż przewodzeniem po kraju błądzących cyganów, z któremi bywali w lidze i pomagali im kradzione konie skrytemi uprowadzać drogami.
Tacy to mianowicie łotrowie mieli swój właściwy i osobny język, o którym Peregrynacya Dziadowska wspomina, że nim rozmawiali między sobą nie będąc od nikogo zrozumiani, język ich rzemiosła, który, jak język flisów, jak język myśliwych miał swoje wyrazy własne lub (a to powiększéj części) stawał się niezrozumiałym przez nadanie dziwnego znaczenia znajomym wyrazom.
Jak wielkie miejsce mieli dziady i baby w życiu prostego ludu, łatwo z tego, co się napisało, domyślić. Baba przyjmowała rodzące się dziecię. Baba matce pomagała w połogu, baba leczyła dziecię, gdy chorowało, swatała, gdy dorosło, a gdy umarło, omywała je do pogrzebu i śpiewała nad niém kładąc w trumnę. Proste przysłowie: „Gdzie dyabeł nie może, tam babę pośle“, maluje, jak wiele mogły baby u ludu. Gadki gminne rzadko się obejdą bez dziada i baby, tych tajemniczych postaci, niewiadomo gdzie urodzonych i nieśmiertelnych, bo zastępujących się bez końca, zawsze starych, zawsze chorych, a zawsze żywych. Obyczaje téj klasy były jak najdziwniejszą mięszaniną przesądów, modlitwy i występków. Usłużne i powolne żebractwo miało jakieś sposoby wymówienia każdego występku, tak jak miało leki na każdą chorobę, za kawałek chleba, pomagało do wszystkiego, obiecywało wszystko. Tajemnicze życie, wiek, wszystko w oczach ludu okrywało żebraków jakimś urokiem dziwnym, natchnęło wiarę w ich gusła, uszanowanie ku nim, bojaźń ich zemsty. Często téż straszny był gniew tych ludzi, których z trudnością dotykały prawa, a żadna nie wstrzymywała wiara i sumienie. Umieli oni rzucić ogień pod stodołkę, zatrute ziele w jadło, chorobę w ciało. — Żebrak, jakeśmy go tu odszkicowali, był dla ludu postacią co chwila potrzebną, miłą a niebezpieczną.
Inny był żebrak w mieście. Tu zbierali się dziady i baby w kształt bractwa, cechu uprzywilejowanego; mieli swoje wpisy do księgi brackiéj, swoich urzędników (starszych), skarbonę, biczowników, pilnujących, aby obcy wiejscy przybysze nie zasiadali po jałmużnę pod kościołami. Już w XIV wieku pokształciły się takie bractwa u nas, mające gospodę do schadzek w mieście, obowiązujące się sobie starać o kapłana przy śmierci, o pogrzeb choć w polu; przybywający do miasta litownicy, którzy albo o okup jako więźnie, albo o pomoc jak pielgrzymi dopraszali się, wymagając, aby ich z ambon zalecano, stawić się byli obowiązani wprzódy do gospody brackiéj i papiery swoje okazać. W mieście nie wolno było dzieci babom nosić, dziadom ran odkrywać dla wzbudzenia litości. Co cztery niedziele były schadzki, których narady pisarz zapisywał. Ubodzy szpitalni mieli przepisany czas dozwolony siadywania na ulicach dla jałmużny, a mianowicie przez Wielki Post i święta Wielkanocne do Przewodów, i tydzień przed Wszystkiemi Świętemi. Starszyznę obierano ze dzwonników kościołów. Niektórzy dziadowie kościelni mieli budki u wrót kościołów, w których przebywali prosząc jałmużny. Wogólności żebractwo miejskie różniło się wielce od tułaczy po wsiach; tu mniéj daleko mając swobody i zręczności do rozwinienia swojego przemysłu.

Omelno d. 10 paździer. 1839 r.





Stańczyk.
(BIOGRAFIA)


— Biografia błazna! biografia błazna! — zawoła niejeden, czytając tytuł.
— Tak jest, tak, ten błazen nie był tak dalece błaznem, jak go sobie wyobrażacie. Jest to historyczna postać z naszéj przeszłości, któréj dotąd może nie oceniono sprawiedliwie. Niech się nikt nie śmieje z tych napuszonych słów kilku, bo Stańczyk jako najdowcipniejszy może człowiek swojego wieku godzien jest, aby wszystkie gadki jego zebrano i zastanowiono się nad jego życiem. Znajdujem oprócz niego wspomnienie kilku królewskich trefnisiów: Gąski, Natręta, Rialta, ale ci nie mieli tyle sławy, tyle filozofii nie odkrywa się w ich powiastkach i uczynkach, słów ich nie zapisywali kronikarze jak Stańczyka, o którym znajdziesz w Orzechowskim, Bielskim, Górnickim, Kochanowskim wspomnienia. Stańczyk należy do swego wieku i dobrze przypada jako współczesny Rzeczypospolitéj babińskiéj.
Ze wszystkich, co o nim pisali, jeden tylko Orzechowski nieżyczliwie go wspomina; inni oddają mu sprawiedliwość jako człowiekowi wielkiego dowcipu i przenikliwości rzadkiéj. Niektóre jego przepowiednie, gdy się ziściły, weszły w historyą, jak np. proroctwo o losie Izabelli, królowéj węgierskiéj. Mało jednak pozostało nam wiadomości o tym człowieku tak dowcipnym, który się dobrowolnie zaprzągł na całe życie w okropne jarzmo pogardy, poddał się urągowisku dworu i włożył uszatą czapkę i dzwonki z filozoficzném świata i ludzi lekceważeniem.
Ważną jest rzeczą, co niektórzy utrzymują, iż był szlachcic, rodem z okolicy Proszowic, czyli z Proszowic samych, obywatel tamtejszy. Niewiadome jego nazwisko, gdyż to, które nosił, zdaje się jest zdrobniałém imieniem Stanisława. Piszący o nim, zapewne przez wzgląd na panów braci szlachtę tegoż herbu, nie wspomnieli, do którego i jakiéj familii należał. Jeden tylko Orzechowski, zdaje się, pisząc o nim, napomykać, że to było przezwisko dane mu z powodu jego obyczajów i stanu, jednak nie widzim, jakiby ono związek miéć mogło z obyczajami. Oto są słowa kronikarza: zowie on Stańczyka: — „Pewny krotofilnik polski, z niestatku rozumu, będąc wyuzdany w mowie, który także dla ohydy życia nazywał się Stańczyk.“[24] Lecz się oczywiście okazuje, że Orzechowski z domysłu tak napisał.
Stańczyk przeżył na dworach królów na rzemieśle niewdzięczném mówienia prawdy bardzo długie lata. Począł podobno od Aleksandra, a skończył za Zygmunta Augusta. Górnicki pisząc o nim powiada: — „Stańczyk, starszéj braci Zygmunta błazen, człowiek bardzo stary“ — Najmniéj więc pół wieku z okładem spędzić musiał błaznem.
A nie był to trefniś, który tylko bawił. To co nam z jego ucinków zostało, dowodzi, że nie tak rozśmieszać jak gorzką mówić prawdę, ubraną w strój żartobliwy, miał zawsze na celu. Często téż spotykała go niełaska, mianowicie za Zygmunta Augusta, kiedy już stary, zgryziony, ostrzéj królowi przycinał, który od innych poprzedników swoich dotkliwszy był na przymówiska.
Jeden z pierwszych i najdowcipniejszych jego ucinków jest następny. W roku 1539 (a wówczas go już zowie Górnicki człekiem bardzo starym) król Zygmunt stary córkę swoję Izabellę za króla węgierskiego, dość niepewnego korony na głowie, wydawał.
Wszyscy wówczas odradzali to małżeństwo i Stańczyk także rzekł królowi:
— Królu, po co ty tam do Węgier córkę swoję dajesz, być jéj tu lepiéj u ciebie. Zbudujże jéj wczas kamienicę w Krakowie, żeby miała gdzie mieszkać.
Orzechowski nieco odmiennie powiada, iż Stańczyk radził królowi, zbudować dom szynkowny (cauponam), w którymby za powrotem szynk prowadzić mogła.
Sprawdziło się proroctwo błazna, gdyż Izabella wróciła z dziecięciem, niosącém tylko w całéj puściźnie krzyżyk od ojcowskiéj korony.
U jednego z tych panów, którzy radzi przy biesiadzie pragnęli Stańczyka dla zabawy gości, zdarzyła się rozmowa, jakiego téż to stanu ludzi najwięcéj na świecie. Każdy co innego mówił: ten krawców, ten szewców, ten innych rzemieślników. Stańczyk stojąc podle za czyjémś kresłem, odezwał się na to:
— Najwięcéj jest lekarzów na świecie, ot jeśli nie wierzycie wasz mość, pokażę ich stu w Krakowie, w przeciągu trzech dni.
Aż którenś z przytomnych panów obróci się i ofiaruje zakład o sto złotych. Przyjmuje Stańczyk i tak się rozchodzą. Nazajutrz zawiązał sobie gębę i chodzi po mieście skrzywiony od jednego do drugiego. Pytają się:
— Co to ci Stańczyk? Czyś nie chory?
— Gęba mi opuchła — odpowiada — od strasznego bólu zębów.
Aż tu każdy dyktuje mu lekarstwo najpewniejsze od bólu zębów, co kto tylko umiał. Stańczyk miał kałamarz u pasa i kartę i spisywał doradców, tak ich już długi rejestr nazbierał. Nareszcie na trzeci dzień, jeszcze z zawiązaną gębą, przychodzi do owego pana.
— A co to ci Stańczyk? — powiada on.
— Straszliwie mnie zęby bolą.
— Ot, ja cię zaraz uleczę, poślij tylko do apteki po piretrum i chmielu w occie umoczywszy, płócz tém gębę.
Skłonił się trefniś, nic nie rzekłszy, aż gdy przyszła pora zakład rozwiązać, i zebrali się wszyscy, on prosi, żeby mu wolno było czytać rejestr. Słuchają więc. Na przodzie położył tego, z którym się założył.
— A toż co? Albom ci ja lekarz?
— Przecieżeś mi wasz mość na zęby lekarstwa nauczył.
Wszyscy w śmiech i sto złotych wygrał Stańczyk.[25]
Jakiś znajomy prosił go o pożyczenie opończy.
— A co tam na dworze? — zapytał.
— Pogoda.
— A! pogoda! To wasz mości opończa niepotrzebna.
— A jeśli będzie deszcz?
— To ja ją sam włożę.
Znając wszystkich dobrze na dworze królewskim, mówił, że w Polszcze jest dwóch, którzy nigdy nic nie wyjawią. A to arcybiskup Gamrat i biskup krakowski Samuel Maciejowski, bo Gamrat powiadał zawsze, że wie wszystko a nie widział nic, Maciejowski zaś mówił chętnie: nic nie wiem, chociaż wszystko wiedział[26].
W roku 1533 król Zygmunt otrzymał wielkiego bardzo niedźwiedzia z Litwy, którego w skrzyni przywieziono. Król postanowił wielkie na niego łowy wyprawić. Udano się do Niepołomic, gdzie w gaju nad Wisłą miano szczuć niedźwiedzia psami. Tu przybył król z królową i całym dworem, a Bona była ówczas ciężarna i blizka rozwiązania; jednakże konno łowom towarzyszyła. Obstawiono knieję i rzekę trzystu ludźmi z oszczepami; stanęli król i królowa i dwór cały patrzéć, jak go szczuć, będą, stanął téż i Stańczyk na koniu, będąc nieodstępnym towarzyszem dworu we wszystkich jego wyprawach.
Nakoniec wypuszczono niedźwiedzia i psy na niego. Z początku powolnie się im odgryza, lecz gdy go rozjuszyły, poraniwszy ich około stu, skoczył prosto w stronę, gdzie stał król z królową i dworem. Wszyscy się mieli do ucieczki, padł przewrócony z koniem od niedźwiedzia Ożarowski podkomorzy królewski, rzucił się pieszo na zwierza Tarło krajczy z oszczepem, człek olbrzymiéj siły — ale i tego położył niedźwiedź a psy za nogi szarpać go poczęły i byłby tam legł, gdyby ludzie nie przypadli i nie obronili. Puścił się potém niedźwiedź ku królowéj, ona z przestrachu uciekać zaczęła, koń się pod nią potknął, spadła i poroniła syna. I Stańczykowi się téż dostało, bo go niedźwiedź z koniem wywrócił. Śmiał się potém król z niego mówiąc:
— Począłeś sobie nie jako rycerz, ale jako błazen, żeś przed niedźwiedziem uciekał.
— Większe to głupstwo — odpowiedział trefniś śmiało — większe głupstwo tego, co mając niedźwiedzia w skrzyni, puszcza go na swoję szkodę. — Była to zuchwała, lecz jak dowcipna odpowiedź! Jakoż Bielski, który nam ją dochował, dodaje:
— „Owa z błazny szkoda panom żartować, bo prawdę radzi żartem rzeką. Jako to Stańczyk był błazen osobliwy.“[27]
Widać że szczwanie niedźwiedzi było na dworze Zygmunta ulubioną rozrywką. Było to w Wilnie, psy jakoś okarmione niedźwiedzia w dziedzińcu zamkowym szczutego brać nie chciały. Król się gniewał.
— Każ-no, królu, — rzekł błazen — spuścić na niego swoich pisarzów, oni żeby się najlepiéj obżarli, zawsze dobrze biorą.
Drugi raz tymże dworzanom i dworakom przyciął lepiéj jeszcze: gdy widząc jak królowi do nóg przystawiali pijawki, rzekł z uśmiechem:
— Jest to obraz przyjaciół i dworzan królewskich.
O! jakże ich musiał znać dobrze!
Równie trafnie karcił on obyczaje niewieście i wkradającą się między kobiety wystawę i miękkość. Widząc niesione do klęczenia poduszki, które słudzy za paniami do kościoła dźwigali, pytał żartobliwie:
— Czy one tam spać będą?
Zaiste piękna nauka z ust błazna!
Często bardzo po ulicach Krakowa widziano go w dziwnym stroju szachowanym, z czapką uszatą i pałką w ręku. Chłopcy uliczni biegli za nim krzycząc, skubali go i wyśmiewali. Raz nawet całkiem go z opończy obdarli. Za powrotem do zamku, król śmiał się z niego, że się dał obedrzéć ulicznikom.
— Ciebie, krolu, — odpowiedział — gorzéj drą; wydarto ci Smoleńsk, a milczysz.[28]
Niepodobna odmówić tym wszystkim ucinkom wielkiego dowcipu i trafności. Nie tyle były zabawne, jak prawdziwie znajomością ludzi i świata podyktowane. Wiedział Stańczyk, gdzie uderzyć, żeby najboleśniéj raz jego skutkował. To téż za Zygmunta Augusta stracił łaskę. Król był drażliwszy, prawda mu nie smakowała, a w prywatném jego życiu było mnóstwo zdarzeń, mogących podać żartobliwemu starcowi niejeden bolesny ucinek na usta.
Wiadomo, jak August lubił uczonych, księgi sprowadzał wielkim kosztem i tym sposobem złożył zbiór klasycznych autorów starożytności, który naówczas nie miał sobie równego. Chcąc zaś od razu za znaczną sumę ksiąg z zagranicy dostać, polecił ich kupno franciszkanowi, królowéj matki spowiednikowi, Lismaninowi, którego wysłał z pieniędzmi.
Uważał to Stańczyk i śmiał się w duchu.
— Powiedz téż mi Stańczyk, — zapytał go raz August, — wieleś ty już głupców sobie równych znalazł?
— Codzień ich spisuję, — odpowiedział — i już Augusta zapisałem.
— A to za co?
— Za to, żeś Lismaninowi dał tyle pieniędzy i wyprawił go z niemi za granicę.
— A! a! poczekajże jeszcze: Lismanin powróci.
— Jak powróci, to ciebie zmażę, a jego zapiszę.
Zgadł Stańczyk na ten raz znowu, gdyż Lismanin zagarnąwszy pieniądze, więcéj się z książkami nie pokazał i osiadł w Szwajcaryi.
Drugi raz gdy król śpieszył na wojnę (nie wiem kiedy to być mogło, gdyż August do niczego, tém bardziéj do wojny się nie kwapił) pozwolił sobie trefniś powiedziéć mu:
— N. Panie, wartoby długo nad tém pomyśleć i poradzić się troistego Q.
— Jak to?
Quo? qua? quomodo? (dokąd, którędy, jak?)
To wszystko nie podobało się Augustowi, który wreszcie złém okiem na Stańczyka patrzał i dawał mu czuć, że jest obrażony. Starzec jednak nie bardzo na to zważał.
Nadszedł Nowy rok, dworzanom królewskim rozdano barwę zwyczajną, to jest po kilka par nowych sukien ze skarbcu. Stańczyk nic nie dostał.
Zebrał się dwór winszować królowi, wszyscy byli weseli i radzi, każdy się chwalił kolendą, Stańczyk z pochyloną siwą głową, stał na boku i wzdychał.
— Cóż ci to! — zapytali panowie — alboż cię nie cieszy rok nowy?
— U mnie nie nowy, bo suknia nie nowa, — rzekł po cichu, wskazując połę.
Usłyszał to król i wstydząc się swego gniewu, suknię ze skarbcu wydać kazał.
Oto są wszystkie trafne gadki Stańczykowe, o jakich wzmiankę w księgach znaléźć można. Wszystkie one dowodzą, że Stańczyk nie był pospolitym dworskim błaznem, do śmiechu figlami pobudzającym, że to człowiek myślący, który świat z właściwej sobie strony uważał, nie wahał się mówić prawdę i dlatego nosił suknię szachowaną, żeby go ta od zemsty broniła.
Współczesny mu był Gąska, o którym także wspomina Kochanowski. — Ale jakże inszy! Widzisz z nagrobku, który mu napisał poeta, że to był prosty błazen i trefniś, raczéj kuglarz i śmieszek poprostu, który tańcował, skakał, śmiał się, błaznował, lub z chłopcami ulicznemi swywolił; na którego ośmdziesiąt lat śmierć czekając, żeby co do rzeczy powiedział, wzięła go, nie doczekawszy się, jak był. Widzim w Gąsce wcale innego człowieka; inną i poważniejszą postać w Stańczyku. Ten ostatni był to pierwszy satyryk XVI wieku, uosobiona opozycya w błazeńskim stroju, wyższy od wieku tą śmiałością, z jaką mówił prawdę. I cóżby to był za człowiek, gdyby nie wdział sukni, która go uczyniła błaznem na całe życie i na całą przyszłość? — Czémby był? Pewnie o to nie dbał, czém mógłby być, mając jak Dyogenes opończę, chleb i wielkie miasto a dwór, z których się swobodnie naśmiewał. Nie jestże to wielka i piękna rzecz, nie będąc niczém, być wyższym nad wszystko i niczego się nie lękać??
1839.





Wieczór w Czarnym-Lesie.


Było to w maju, w najpiękniejszą porę roku; — słońce już się zniżało powolnie na zachód, słowiki śpiewać zaczynały, kwitnące czeremchy woń rozsyłały dokoła; lubo i wesoło było w Czarnym-Lesie. Któż z was nie wié, że w téj wieczornéj godzinie, świat może jest jeszcze piękniejszy, niż w mglistym poranku? To światło złote, padające tu i owdzie, za którém ciągną się od przedmiotów cienie malownicze, to niebo różnobarwne, rumieniące się, wyzłacane, co chwila zmieniające się, ileż to wdzięku dodaje widokom! Kochanowski, jak każdy poeta, kochając przyrodzenie, właśnie w téj chwili wyszedł był na próg domu, aby się nacieszyć pięknym wieczorem wiosennym.
Zamknął za sobą drzwi izby i dzieciom, które za nim biegały, kazał pozostać; sam ruszył z ganku ku staréj lipie, stojącéj wpośrodku dziedzińca. Pod nią widać było prostą ławkę i stół dębowy — zwykle tam siadywał poeta, gdy myśli swoje zebrać chciał swobodnie i oddać karcie papieru, która je nieść miała przyszłości. I teraz szedł w tym celu zamyślony, ale oglądał się na dom nałogowo, niespokojnie i mówił do siebie:
— Dzięki Bogu! wolny jestem od natrętów i popracuję chwilę spokojnie; właśnie pora po temu, miły wieczór! Lecz przed ludźmi ani pracować, ani myśleć, ani się nawet pięknym Bożym światem nacieszyć nie można. Ledwieś siadł, ledwieś wziął pióro, jużci skrzypią wrota, otwierają się, jużci kołata gość do izby. Idź k’ niemu w imię staropolskiéj gościnności, sadź go do kufla, a pij z nim i trwoń drogie godziny życia. Przyjedzie wartogłów jaki, zaszumi, zakręci się, jak owa kukła w jasełkach, weźmie ci w kalétę twoich kilka godzin i poleciał daléj. Żebyż to ich przyjmować tylko kosztem piwnicy i śpiżarni, marna-by to była strata; ale kosztem czasu! kosztem czasu! kosztem życia!
Tak mówiąc, doszedł poeta pod lipę, usiadł pod nią, położył księgę, papier i pióra przed sobą na stole, i obejrzał się.
Właśnie pod cień lipy wkradał się złoty promień zachodzącego słońca, jakby odchodząc, żegnał poetę; chłodny wietrzyk poruszał zlekka gałęzie, w których świerczały drobne ptaszęta. Na dziedzińcu obwiedzionym parkanem, widać było ruch gospodarski. Tam wracało z pola bydło, tu owce z spuszczonemi głowy, becząc, szły do zagrody, skakały młode źrebce przed stajnią. Szli parobcy i czeladź za różną robotą, dziewki do dojenia krów, wyśpiewując wesołą piosnkę gminną, która się rozchodziła w powietrzu, miléj dźwięcząc nad uczoną muzykę w pałacach. Wszystko zdawało się wesołe, ożywione, szczęśliwe. Wybiegły i dziatki na ganek się bawić, a ich wrzawa wkrótce oczy ojcowskie zwróciła, które na wesołéj gromadce długo spoczęły.
— Mój Boże, — rzekł w sobie poeta — rozkoszne to życie, prawda, swoboda wiejska miła, w domu dzięki Bogu szlachecki dostatek, ale gdzież tu pracować! Serce się rozrywa na tyle części, głowa na tyle myśli, jak tu znaleść chwilę swobodną do pisania! Miał ci może słuszność Padniewski i Maciejowski, gdy mi stan duchowny stręczyli. Nauki i muzy wymagają zupełnego im oddania się, trudno się między nie a świat podzielić, zawsze serce i myśli z jednéj tylko strony zostaną. O! zaprawdę trudno!
To mówiąc poeta, rozłożył księgę, oparł się i dumał; przerwał dumanie głos dziecięcia, odwrócił głowę, spojrzał znowu.
— Ani sposobu zebrać myśli! — mówił w sobie — tu to, tam owo odrywa. Samotne życie, cisza tylko mogą rodzić doskonałe, natchnione twory, dusza wówczas mniéj zużyta, mniéj z sił wycieńczona. Serce pała do wszystkiego, bo niczego nie skosztowało, samo ciało z nienasyconemi a pragnącemi namiętnościami, wśród krzyków boleści, podsyca zapał poety. — Krzyk boleści, może być najpiękniejszym śpiewem. Ale życie jednostajne, swobodne, spokojne, regularne, przerywane tylko nudnemi powszednich ludzi odwiedzinami, niszczy powoli, wycieńcza i do wszystkiego niezdatnym czyni. Czemu Dawid tak cudownie śpiewał? — bo był nieszczęśliwy! Najpiękniejsze twory rodzą się w boleściach — słabe dzieci nic nie kosztują rodziców, ale téż niewiele warte — piszmy! — I westchnął.
Zaledwie wziął pióro do ręki, usłyszał głos włódarza, który czeladź za jakieś przewinienie naganiał. To znowu myśli mu rozbiło, mimowolnie słuchał oddalonego gwaru, który go zajmował, rzucił pióro i wzruszył ramionami.
— Niepodobna, niepodobna!
Potém usiadł na ławie, założył ręce i dumał, spoglądając na zachodzące słońce, świecące z za drzew.
— Ha! dobra i ta chwila swobodnego dumania, jeżeli nic nie zostawię na papierze, to przynajmniéj pomyślę swobodnie nad przyszłą pracą; spocznę po gwarze. Ledwie się drzwi zamknęły za łaskawemi gościami, jestem znużony, jakbym wracał z pola od pługa.
Słońce zachodziło, dzieci szczebiotały na ganku i swawoliły, ptaszki świergotały na gałęziach lipy, powietrze kołysało się wonne i czyste — Kochanowski przez chwilę nasycał się obrazem pięknego wieczora.
I znowu schwycił pióro, usiadł i pisał; napisał dwa wiersze, ale usłyszawszy skrzypienie wrót podwórza, rzucił pióro, pochylił się i spojrzał w głąb.
— Czyż znowu gość? — rzekł zniecierpliwiony; — czy znowu kto się wlecze kota ciągnąć do Czarnego-Lasu, nie wytrzeźwiwszy się jeszcze może po pijatyce u sąsiada?
We wrotach spostrzegł jeźdźca na wielkim rumaku.
— Któż to? a! Petryłło! Zaprawdę, mógł sobie był obrać inną chwilę do odwiedzin. — I zwinął papier, zamknął księgę, westchnął, gotując się naprzeciw gościa, który wjeżdżał, spytawszy się u wrót włódarza: — Czy pan doma?
— Doma — odpowiedział z ukłonem włódarz, kazawszy wrota otworzyć.
Wyszedł téż smutny poeta z pod lipy przeciw niemu.
Przybywający był to człowiek dobrze już podżyły, niegdyś wojak, pamiętający dobrze Zygmunta Starego wyprawy, zwał się Petryłło. Ubrany był, choć to niby po podróżnemu, ale dosyć wykwintnie i starannie; na koniu rząd złocony, dywdyk świecący, trzęsideł u łba końskiego co niemiara. Strój jeźdźca był mieszaniną wszystkich naówczas używanych w Polsce, było tam potrosze i z węgierska i z hiszpańska i z włoska i z tatarska i po polsku; cacek i świecideł więcéj, niż na męża poważnego i wojaka przystało. — Ostrogi u butów wyzłacane, u czapki czaple pióro z kosztowną zaponą, na szyi spinka świecąca, rękojeść szabli suto sadzona, choć fałszywym kamieniem, na palcach pierścienie, pasek wązki, ale błyszczący nabijaniem różném, spinał suknią dość długą, któréj poły spływały ku ziemi; pod nią była krótsza, obcisła, z materyi litéj. W takim stroju, jak w pokrowcu świetnym, wyglądała szczególnie koścista persona pana Petryłły. A naprzód głowa wzniesiona na wyschłéj żółtéj szyi, któréj włos byłby dawno siwy, gdyby go krakowscy aptekarze nie ufarbowali maściami: twarz chuda, kości na niéj znaczne, jak na zmęczonéj szkapie, policzki wpadłe, żółte, oczy głęboko w głowie, ale świecące, brew nad niemi malowana, wąs pod nosem wielkim czerniony, bródka podobnież. Mimo powierzchowności, która lata wydawała ukryte, Petryłło pełen był życia; błyszczały mu oczy, usta się śmiały, trzęsła się skóra na jagodach, a suchy, czasem świszczący, czasem kaszlem przerywany głosek nie próżnował nigdy.
Skoro ujrzał poetę, zsiadł z konia, którego oddał słudze, i pośpieszył, odkrywszy głowę.
— Służby moje powolne — rzekł.
— Witajcie — odpowiedział Jan zimno. — Jakże zdrowie WMości?
— Zawsze dobrze, — rzekł Petryłło, śmiejąc się i zacierając ręce. — Chorobę, kiedy przyjdzie, szablą odpędzam, nie dam się już pewnie śmierci w łóżku, kiedym się jéj nie dał na wojence.
— Ej, wié ona, gdzie was bezbronnego przydybie! — rzekł Kochanowski, uśmiechając się.
— O! a gdzież to?
— Przy kolankach jakiéjś gładkiéj miłośnicy, gdy o wszystkiém zapomnicie; pewnie was tam najdzie, jeżeli się nie ustatkujecie!
Szli, tak gwarząc, ku domowi.
— Zawszeć to — rzekł Kochanowski — tak zapalczywy gaszek, mimo wieku.
— Co tam o wieku prawicie! — syknął Petryłło opryskliwie. — Bierz licho księdza, co mi lata zapisał, kiedym zdrów jak ryba, a drugiego młokosa przeskoczę.
— Tego się prędko pozbędę — rzekł w duchu poeta; — pojedzie on daléj, bo nic ma u mnie do kogo koperczaków stroić; — żona nie młoda, a dzieci nadto młode jeszcze.
Ledwie weszli na próg domu, skrzypią znowu wrota dziedzińca; odwrócił się smutno gospodarz, spojrzy — drugi towarzysz przybywa, już wjeżdża i toczy koniem w podwórcu.
Ten drugi był to mężczyzna młody, smukły, chudy, opalony, ubrany niepocześnie, na koniu prosto osiodłanym, w opończy ciemnéj, z nahajką w ręku — pędził czwałem do ganku.
— Hola, ho! stójcie — rzekł — poczekajcie! i ja przybywam!
— Widzę to — pomyślił w duchu poeta, — ale Bóg widzi, że mnie to nie wiele raduje. — Odwrócił się jednak cierpliwy uprzejmie i powitał przybywającego Wojtka, znanego naokół gadułę.
— Teraz to już niechybnie przepadł mój wieczór — rzekł do siebie z rezygnacyą poeta. — Wojtek do jutra będzie gadał, kiedy raz język rozpuści. Dobrze mówił pan Padniewski, niéma, jak cisza klasztoru; niéma, jak odosobnienie!
— Co mam wam powiedziéć! co mam wam powiedziéć! — przerwał Wojtek zaraz zsiadając. — Ciekawości! mirabilia! stupenda!
— Chodźmyż słuchać, proszę do domu!
Stali w progu.
— Ej, po co nam do domu, taki piękny wieczór, ot, lepiéj pójdziemy pod lipę Waszmościną, tam więcéj powietrza i gwarzy się swobodnie na dworze, a może i kto jeszcze nadejdzie!
— Alboż co! — podchwycił Kochanowski z przestrachem.
— Spotkałem tu niedaleko Bartosza.
— Bartosza?
— Tak! tego to dobrego kompana, co z domu do domu cały rok pielgrzymuje, a do swojego inaczéj nie zajrzy, aż na ostatku, gościem tylko będąc u żony.
— Pewnie i on tu nadjedzie, ale ponoż to nie kto inny?
— A on ci to! — rzekł, muskając wąsa pan Petryłło.
I ukazał się Bartosz.
Był to mężczyzna, lat około czterdziestu, rumiany, wesołéj twarzy, dobrze podhodowanego opaciego żołądka. Suknie na nim wygodne, ale nie nowe i nie strojne; koń jego chudy, jak zwykle na cudzym obroku. Głowę miał okrytą białą czapeczką, zpod któréj jednak nie wymykały się włosy, bo ich nic na łbie nie było. Poszły one wszystkie z dymem winnym; natomiast miał czarną i gęstą hiszpańską bródkę, która jakby wynagradzając za łysą głowę, rosła bujno, by zboże w Ukrainie, aż miło było patrzyć.
— Ho! witajcież, witajcież, panie wojski, — rzekł zdaleka Bartosz — kopa lat, kopa lat, jakem w waszym domu nie był.
— Wdzięczen za łaskę, że o mnie nie zapominacie — odpowiedział gospodarz, a w duchu pomyślał: — Coraz mi więcéj przybywa, przepadł wieczór i praca, trzeba być gościnnym! Było ci zostać księdzem, jak radził Padniewski! Było ci się zmniszyć! Chciałeś onéj swobody wiejskiéj zakosztować, masz ją nieboże, aż ci gardłem lézie.
Ledwie Bartosz sapnąwszy i obejrzawszy się, czy nie ujrzy dzbana, siadł na ławie i westchnął; ledwie Petryłło poprawił okurzonego stroju; ledwie Wojtek opowiadanie jakieś ab ovo rozpoczął: — skrzypnęły wrota znowu.
— Czy nasłanie, czy czary! — pomyślał poeta.
— Któż nam przybywa? — rzekł Petryłło.
Spojrzą, jedzie ktoś konno jeszcze; — nowy gość.
W śmiech wszyscy, skoro go ujrzeli, bo i było się z czego śmiać.
Na wielkiéj marsze bułanéj, któréj rząd był czarny, jechało coś tak małego, żebyś to wziął zdaleka za dobry tłumok podróżny. Był to sławny junak pan Mateusz, znany z małéj postaci, a wielkiéj odwagi. Jechał on w jasno-seledynowym kontuszu, w żółtych butach, w kołpaku bardzo wysokim. Oczy i włosy miał kruczéj czarności, twarz rumianą, ożywioną, usta świeże jak jagody, trzymał się prosto jak kij, a nieustannie naokół zérkał oczami, jakby czego szukał; wistocie, żeby dojrzéć, czy kto nie szydzi z jego postawy. Oprócz kołpaka, który zapewne miał miny i urody dodawać panu Mateuszowi, miał on wąsy, ale takie, których-by mu był najogromniejszy drab pozazdrościł. Czarne były, lśniące, a tak długie, że z jednéj i drugiéj strony twarzy wystawały mu po ćwierć łokcia. Żartownisie mówili, że z niemi wyglądał, jakby trzymał kij w zębach, ale mówili to pocichu, bo Mateusz jak osa do oczu skakał, byle mu kto czém jego nieszykowną postawę przypomniał.
Ujrzawszy siedzących pod lipą, poskoczył przybyły ku nim i powitał poetę ściśnieniem ręki, potém towarzyszy w koléj; ci go uroczyście powitali, prostując się jak najmocniéj i starając się, żeby ich twarzy nie dostał, co nie było trudném. Omal tam zaraz z tego nie przyszło do zwady, gdyby Wojtek, któremu szło o to, żeby go słuchano, nie rozbroił w początku zwaśnionych, żartując z stron obu. Posłano po dzbany, bo wtenczas inaczéj nie lża było gości przyjmować, tylko pełnemi.
Tymczasem toczyła się rozmowa o nowinach z królewskiego dworu, od Turek, o wieściach, jak miały się odbyć sejmiki, o przyszłych urodzajach i cenach; nikt z poetą nie mówił o tém, co go zająć mogło, co go się tykało, każdy plótł swoje, dla siebie. Petryłło opowiadał, jako się miał do pewnéj gładkiéj pani, która go srodze zwiodła, aż kijmi od męża po grzbiecie dostał, z czego się prawie cieszył, że go jeszcze równo z gachami niebezpiecznemi uważając, karano; Wojtek paplał, co mu ślina do gęby niosła; Bartosz pozbierane w podróży plotki, jedne po drugiéj jak z woru wytrząsał; Mateusz założywszy znowu kołpak na głowę, aby wzrostu sobie przyczynić, chodził, świszcząc pod lipą. Wstał Kochanowski i poszedł do domu.
Na progu spotkała go żona nieboga, i wskazując na konie, które słudzy wodzili po podwórzu, spyta:
— Tatarzy to, czy co?
— Gości Bóg dał, moja miła Hanno — rzekł Jan, — trzeba ich przyjąć, każcie tam uwarzyć wieczerzę, a dobądźcie miodu z piwnicy i jaki dzbanek wina.
— Wieluż ich tam Bóg dał? — spytała.
— Jest ich dotąd czterech — rzekł Jan, — ale kiedy już poszło na to, to się pewnie i więcéj przysunie.
— Że téż to nigdy niéma pokoju — odpowiedziała wzdychając kobieta.
— A cóż-by to było, moja miła Hanno — rzekł Jan, — gdybym był owo przyjął kasztelanią, jakeście mi bardzo wówczas życzyli! Teraz jam sobie szlachcic prosty, a niechnoby się tu krzesło senatorskie wtoczyło, jęliby się sypać panowie senatorzy, byłoćby to dopiéro czego słuchać! Byłby zasię pan kasztelan zjadł pana wojskiego w pół roku. Ale dajmy pokój — dobrze jest, jako Bóg dał, starzy nasi mówili, gość od Boga.
— Dawno to chyba, mój panie — rzekła pani Janowa — kiedy ich Bóg rzadziéj przysyłał.
Potém zawołała na dziewki, a Jan, westchnąwszy, poszedł znowu ku lipie.
Ale tu już miasto czterech, sześciu zastał gości; przyszło ich dwu razem, gdy stał w sieni z żoną. Muzyk sławny na lutni Bekwark, przyjaciel poety, a kunstmistrz swego czasu nieporównany, który wszędzie był miłym gościem, ba i w królewskim dworze. Drugi P. Mikosza, sławny téż, ale tylko pijak. Ten ostatni wyglądał, jak przystało na tego, który od rana do nocy z kuflami tylko i dzbanami ma do czynienia. Suknia na nim splamiona szara, kontusina wytarty, buty obłocone, szabelka pogięta i pokrzywiona, pas w strzępkach, czapka kilka razy zszyta i w pierze ubrana. Na twarzy połyskującéj czerwonéj, bielały tu i owdzie szramy i szwy, między któremi rozeznać było można i ostre ciecia szabli i tępe uderzenia o ręby ław i stołów po pijanu. Temi hieroglifami pisała się historya życia na czole pana Mikoszy. Wokoło oczu sine pręgi, usta sine także, nos i jagody w czerwonych brodawkach. Taki to był gość nowy, który już pod ławę znienacka zaglądał, zérkał pod stół, czy gdzie dzbana nie zobaczy.
Ledwo nowo przybyłych gospodarz powitał, ażci znowu wrota skrzypią (lepiéj ich było nie zamykać) i głos słychać u bramy:
— Pan wasz doma?
— Doma. Z gośćmi się pod lipą zabawia.
— To Jost, Jost! — zawołali wszyscy, wyglądając z pod gałęzi.
— Osobliwszy dzień — rzekł w sobie poeta — kiedy i ten się téż odważył przyjechać, choć pewnie pieniędzy moich z sobą nie wiezie.
Tylko, co to w duchu rzekł, wpadł Jost, witając, ściskając, całując, sypiąc oświadczeniami przyjaźni. Był to średniego wieku mężczyzna, ożywionéj twarzy, niepokaźnego stroju; a bardzo czuły w oświadczeniach i nie dziw, każdemu coś był winien, więc się wypłacał serdecznością za pieniądze.
— Dawno już was nie widziałem — rzekł trochę uszczypliwie poeta — dobre to przysłowie — Chceszli stracić przyjaciela, daj mu pieniędzy.
Jost się trochę zapłonił, ale przytomności nie stracił, skoczył znowu gospodarza ściskać i całować.
— Nie byłem doma — rzekł — najprawdziwsza prawda.
— Jako żywo, byłci! — przerwał Wojtek.
— Jak mi możesz kłamstwo w żywe oczy zadawać? — obruszył się Jost (bo nie był nic winien Wojtkowi).
— Alboż ci mówiłem, że kłamiesz?
— Oba macie słuszność — przerwał Bartosz ze śmiechem — Jost był i nie był doma: wiem o tém, bom dwa razy do niego zajeżdżał a obam go nie został, zawsze, jakby mu sroczka o gościu powiedziała, czy kotek, co się mył w kominie — wczoraj wyjechał, a jutro powracał, dość, że nigdy go dziś nie było.
Wszyscy się śmiać do rozpuku zaczęli i tak początek zwady utonął w wesołym żarcie.
Ale, gdy się to dzieje, skrzypi wóz we wrotach, słychać głos woźnicy.
— Hejta! hej!
Wszyscy skoczyli — któż to jedzie?
— Pan Slasa z żoną i córką! A to zmowa, czy co? — rzeki Wojtek — i oni w gościnę do pana Wojskiego! Poznałem Slasę po nosie, bo mu sterczy zpod czapki, jak bocianowi, nie przymierzając.
Pan Petryłło sobie poglądal na przybywających. — Dobra nasza — rzekł — jest już z kim i poszablankować. Córka pana Slasy, Kachna, urodziwa dziewka, statecznych już lat, żeby jeszcze takich ze dwie, puścilibyśmy się w tany, posławszy za muzyką.
— Ale, bo i druga kolasa — dodał Wojtek.
— Gdzie? druga? — spytał Kochanowski i w duchu myślał — I śpiżarni nie starczy i domu.
— Druga kolasa pełna samych kobiet, panie Petryłło — dodał Wojtek.
— Wszystko to familia panów Slasów i liczna ich parentela — rzekł Bartosz — znam ich wszystkich, byłem u nich niedawno, przejeżdżając.
Już kobiety weszły do domu, a pan Slasa z owym nosem bocianim szedł ku lipie i witał wszystkich, głośno się śmiejąc; gotów był z siebie nawet, nie pytał czego, dlaczego, byleby sobie dogodził. On tak potrzebował do życia śmiechu, jak drugi strawy; co kto powiedział, co kto zrobił, on się do rozpuku ze wszystkiego śmiał. Twarz jego malowała charakter osobliwszy; marszczki, które na niéj lata wydeptały, wszystkie miały jakieś pokrewieństwo, łączność, zależność od tych, które powstają z uśmiechu, najwięcéj ich krzyżowało się wkoło ust i skupiło przy oczach. W pośrodku tylko nos ów olbrzymi, nieporuszony, milczący, stoiczny, nie miał żadnego udziału w nieustannéj wesołości; a gdy usta ku uszom się rozchodziły, gdy oczy chowały się głęboko ze śmiechu, nos jakby nie wiedział o niczém, pozostawał poważny, nie zmieniając swojego charakteru i wyrazu.
Śmiejąc się, zaraz witał pan Slasa: — Cha! cha! cha! witajcie!
Śmiejąc się, powstali wszyscy go ściskać.
Ale już pod lipą i miejsca dla gości brakło, gospodarz prosił do domu; popierał wniosek pan Petryłło, który poczuwszy podwikę, zerkał ku domowi raz wraz; był za tém i pan Mikosza, bo próżno wyglądając, czy nie niosą dzbana, przewidywał, że pan Wojski nie na suchą zabawę do domu zaprasza; — większość jednak obstawała, aby zostać pod lipą, gdzie swobodniéj cugle było można puścić rozmowie, bo jéj nie hamowała przytomność kobiet. Wszczęła się tedy rozmowa płocha, wesoła, swobodna, urywana, żywa, któréj najmniéj słuchał i najmniéj pomagał gospodarz. Jego ten najazd niespodziany w chwili, gdy najmocniéj spokojności pragnął, pomięszał; zwolna dopiéro oswoiwszy się z położeniem, przychodzić zaczął do swego humoru i wesołości, gdy goście ze sobą gwarzyli.
Prawda to, że nigdy jedna bieda nie przychodzi sama, zawsze wiedzie z sobą orszak towarzyszek, jak wielka jaka pani. Nim się słońce za drzewa ukryło, przybyli jeszcze goście do Czarnego-Lasu. Pan Chmura, pokorny szlachcic, który z siebie wszystkim drwić dawał, byleby się najadł i napił, bo doma było czasem i chleba skąpo i żonę miał złą, czarownicę. Znać było z postawy człowieka. Szara na nim opończa, przy któréj lepiéj się ubiory wytworne wydawały, milcząca, pokorna, czarny but na nodze, szabelka gdzieś w fałdach ukryta, ledwie jéj koniec wystawał; plecy od ukłonów zgięte, zgarbione, głowa łysa, oczy brwiami i powiekami zakryte, usta zaciśnięte, milczące. Taki był pan Chmura, z którego niekiedy nawet słudzy żarty stroić dozwalali sobie, a on się już ostrzelany nie obruszał, powiadając, że słowa nie kąsają ani biją. Przybył także pan Konrad, niejaki pielgrzym, podobny pierwszemu, od misy do misy, milczący, na oko zadumany, lecz wistocie niczém nie zajęty, tylko naładowaniem brzucha, któren był częścią najwydatniejszą jego całości. Po przywitaniu, zwykle słowa od niego nikt nie usłyszał — siadał i czekał, żeby jeść dali; zjadłszy, trawił; strawiwszy, jadł znowu. Przybył jeszcze i przyjaciel pana Wojskiego, doktor Montanus, krotochwilny, lecz uczony człowiek; trzeźwy, wstrzemięźliwy, małomówny, a wiele myślący.
Gdy gwar go objął, gdy rozmowa w serce uderzyła, zasztukała do duszy, zaczepiła miłość własną, rozśmieszyła, rozruszała; poeta rozjaśnił czoło, rozweselił się, uśmiechać się począł gadkom, zapraszać do dzbana, — pogodził się z przeznaczeniem. Możnaż było inaczej? Zona jego smutniejsze zachowała oblicze, ona wiedziała, na czém się kończą biesiady, i jak się płaci drogo chwilę takiego odurzenia, po któréj długo w domu ślady zostają.
Zastawiono wkrótce wieczerzą. Nie było tam wytworu, nie było mis złocistych, roztruchanów ciężkich, tuwalni szytych perłami, obrusów bogatych — po prostu wszystko, po szlachecku. W jednéj misie polewanéj kurzyła się kasza ze słoniną, w drugiéj kluski z serem; była pieczeń jedna i druga, a do niéj ogórki kwaszone. Stały dzbany z piwem i miodem, flasze z winem. Jęli sobie zaraz podochacać goście, przepijając jeden do drugiego pełnemi. Jeden tylko doktór Montanus uciekł zaraz, gdy pierwszego kufla dotknięto; wyprosiwszy sobie łóżko w kąciku komory, spać się położył. Nasi tymczasem pili żwawo; gdyż Bartosz i Mikosza zachęcali wszelkiemi sposoby, wnosząc różne przezdrowie. Pan Wojski téż, jak na gospodarza przystało, ujrzawszy ochotę gości, zachęcał, aby pili. Gdy już tuman otoczył biesiadników, gdy w głowach ich zaszmerało, zakurzyło się z czupryny, zaczęło palić w piersiach i bić myślami do góry, trzeba było widziéć wówczas ich wszystkich i słyszéć rozmowę.
— Hej! panowie bracia — krzyknął Wojtek — poszły panie od stołu, zaśpiewajcie pieśń jaką waszę, panie gospodarzu nasz miły, o dzbanie, powitamy go, i podziękujem, że nas rozweselił.

„Dzbanie mój pisany“...

— Dajcie pokój pieśni, bo wam w gardle chrypie, jak wóz nienasmarowany — odpowiedział pan wojski — powiedzcie lepiéj co wesołego, bo nie każdy rad pieśni słucha; a i kobiety nasze śpią blizko, nie przystało je pieśnią budzić.
— O! wiem ci ja, wiem ciekawości — rzekł Wojtaszek, nie dając się prosić do powtarzania gadek, co je lubił sam bardzo.
— Gadajcież, gadajcie — przerwał Mikosza — rad słucham, kiedy piję, byleby mi samemu odpowiadać nie trzeba było, bo w gębie zasycha prędko.
— Znacie braci Winiarskich w Podgórzu?
— Ja ich znam, bom tam gościł niemało — rzekł Bartosz — lat temu kilka. Dobry człowiek młodszy, zwą go Aniołem.
— A przecz go tak zwą? — spytał z cicha Mikosza, susząc kufel.
— Pani matka to pono tak go w dzieciństwie nazwala, aż mu się to, co nierzadko, i na późniejsze lata zostało. Był bowiem piękny, jak owi aniołowie malowani. Nie wiecie jeszcze, jak się zwie brat starszy — rzekł Wojtek — a to wam powiem. Odumarli ich rodzice, zostawując im wieś Gorzejowo; owoż bracia poczęli pozywać się o nią, bo był starszy służył wojskowo i po cudzych dworach, Anioł wioskę posiadł i dzierżał, i puszczać go do niéj nie chciał. Nadjechał starszy i do prawa z nim o wieś poszedł, rzekłszy: „Poczekaj, panie aniele, ujrzysz, że cię dyabeł z Gorzejowa wyżenie“, i jak rzekł, tak uczynił, bo na nim prawo przewiódł, a odtąd go wszyscy dyabłem zwą, i kto wié, czy to nie zejdzie na potomki.
Rozśmieli się tam i sam biesiadnicy, a jeden przerwał:
— Nic to zwać się Dyabłem, wolałbym zasię, niż Kiszką.
— Wiecież, skąd to poszło? — rzekł Wojtek, podchwytując. — Dawne to dzieje, ba i nie tak, bo sta lat temu niéma. Był niejaki Zgierski na dworze hetmana litewskiego, Jana Białego. Ten zasię hetman lubił bardzo litewską potrawę kiszki, a nie zwał je inaczéj, jeno kuropatwy.
— Toż czemu? — zapytał pan Petryłło.
— Taką miał fantazyę! — odpowiedział Wojtek. — Toż i domownicy nieinaczéj potrawę pańską nazywali, jeno tak. Trafiło się, że on Zgierski, zapytany od pana, co na stół podano, odpowiedział nieopatrznie, zwąc rzecz po imieniu. W śmiech z niego dworzanie, i jęli go stąd nazywać Kiszką. Bolało go to, chociaż się im zaraz jako mógł odcinał, a mianowicie, że był umysłu hardego i wysoko patrzał, bo córkę jedynaczkę, a dziedziczkę bardzo bogatą tego hetmana był kochał i w sekrecie się oboje w sobie miłowali. Na dobre mu jednak wyszło to przezwisko, bo hetman nagradzając żart, który był sam pierwszy z niego uczynił, zowiąc go Kiszką, córkę mu dał po wojnie, w któréj się on Zgierski niemało wsławił. A tak odtąd po Litwie Kiszkowie sławni i wielkie imiona mają.
— Ba, i przedtém, co wmść mówisz — rzekł Kochanowski — bywali już Kiszkowie, boć to czysta bajeczka, a familia Kiszków dobrze od Białego starsza, jak w kronikach baczyć.
— Gdzie wszakże i ta bajeczka się najdzie — odrzekł Wojtek.
— Nie przeczę! — odpowiedział gospodarz i umilkł.
I pili znowu, gwarząc; pan Petryłło tylko smutnie im placu dotrzymywał; korciło go i swędziło pójść do kobiet cholewki smalić, ale go jak na złość utrzymano, aż się one w komnatę do spoczynku zabrały. Tymczasem dzbany za dzbanami goniły, z piwnicy na stół, u stołu po gardła biesiadników, przeciągała się ochota, chociaż i misy dawno ze stołu zebrano i obrusy zdjęto. Siedzieli jedni na ławach, drudzy na ziemi, ci stali, owi chodzili, a wszystko wkoło dzbanów, z których rozpocząwszy, nie ustawali suszyć do dna. Wesoła pogadanka, coraz bujniejsza a śmielsza w miarę kuflów wypitych, rosła i szumiała głośno.
— Przezdrowie pana Wojskiego, ochotnego gospodarza — wniósł Bartosz, naradziwszy się z Mikoszą — w ręce pana Slasy!
Slasa powstał z ławy, potrząsł nosem, pełną przepitą przyjął, a zaśmiał się przed i po kuflu; poszła kolej daléj, nikt jéj nie opuścił.
— Niéma tylko Chmury i nie pił naszego zdrowia — rzekł Wojtek.
— Gdzie Chmura? — spytał gospodarz czeladzi.
Nikt o nim nie wiedział.
— Zwyczajnie Chmura — rzekł jeden podpiły — powędrował daléj z deszczem.
Wtém drzwi skrzypnęły, ktoś wchodził, był to właśnie pan Chmura, ale w dziwnym stroju, bo cały obłocony, mokry, kapiący.
— Cóż to waszeci? — spytał gospodarz — czyś doprawdy chmurą został, że taki jesteś mokry?
— Wielmożni panowie a bracia — odpowiedział szlachcic — okropny wypadek! — Co? jak? mów! — zawołali wszyscy.
— Wyszedłem się orzeźwić świeżém powietrzem, przechadzałem się po podwórku tam i sam, zaszedłem jakoś mimo kuchni.
— Zaleciał cię może zapach pieczeni? — Nie! nie! Nic mnie nie zaleciało, ale ja zaleciałem.
— Dokąd?
— W jakąś przeklętą dziurę, jamę i przepaść, pełną wody, i oto, co się ze mną zrobiło. Moja ostatnia opończa na nic.
To mówiąc, ocierał się biedny i kiwał głową.
— Włóżże go do fraszek, panie Wojski — rzekł Bartosz.
— Niechybnie — odpowiedział Kochanowski, uśmiechając się.
— A kiedy mnie, to i panów wszystkich — przerwał Chmura, spluwając — choć nie wszyscy cale mokrzy jak ja, ale każdy ma swoję mokrą stronę.
Śmiech powszechny dał się słyszéć, wrzawa powstała.
— Bardzo dobrze! wybornie — wołał Jost — wszyscy do fraszek, bez wyjątku.
— A wmść pierwszy — rzekł Jan:

....... miejże się do taszki.
Bo i ciebie, mój Joście, włożę między fraszki.

Oklaskami pokryto żarcik poety, a Jost się zaczerwienił i sam poklaskiwał, a ściskał pana Wojskiego serdecznie.
— Będzie to tak wszystkim nam — rzekł cicho pan Mateusz (ów, co to go na koniu ledwo było widać, tylko się kołpak migał i wąsy) do pana Slasy — moim wąsom, a waszecinemu nosowi pewnie się dostanie.
— I mojéj łysinie nie minie — rzeki Bartosz.
— Ho! bo! toć to i pan Bartosz wiersze składa — podchwycił Wojtek. — Vivat! poeta nowy, fraszka stary Rej i młodszy pan Wojski.
— Mógłbym ja wiele fraszek napisać — odparł Bartosz — bom do nich, jeżdżąc, wiele wzorków nazbierał, ale się nie mieszam w nieswoje. Dobrze, że się podpisać umiem manu propria, będzie na szlachcica dosyć.
— Przezdrowie gospodarskie! — krzyknął powtóre Mikosza pijany, powstając, a ledwie się mogąc utrzymać na nieposłusznych nogach.
— Dajcież mi pokój — rzekł gospodarz — bo dla mojego zdrowia, wy swoje potracicie; piliście już moje.
— Nie wszyscy! nie wszyscy! — zawołał Mikosza, szepleniąc.
— Wszyscy piliśmy — któż nie pił? ozwały się głosy.
— A — a doktór Montanus?
— Gdzież on jest?
— Dawno spać poszedł, żeby się nie upić, — ostrożny.
— To się nie godzi, rzekł Bartosz — pogardza nami, czy co? ucieka od nas, he? albo to krzywda kufel z nami wychylić, czy to już śmierć na dnie siedzi? Dumny pan położył się spać, bo mu szlachta śmierdzi, radby zawsze tylko macać Jaśnie Oświeconych i Przewielebnych.
— Wypłazować go! — krzyknął pan Mateusz, dać mu naukę! — Sprawić mu łaźnię! — zawołali inni. — Co to? dlaczego się będzie od nas usuwał? Co lepszego ten Niemiec! — Ten Hiszpan! — Ten Włoch! — Ten heretyk jeden! — Ten bajbardzo! — Chodźmy do niego! — Gdzie on? — gdzie?
— Dajcież mu WM. pokój! — rzekł Jan — śpi dawno! Jutro sprawę wytoczym.
— Jak śmié spać? — zawołał pan Slasa, śmiejąc się sam pierwszy z tego, co miał powiedzieć; — jak śmié spać, kiedy my pijemy? A toć han tatarski dopiéro po swoim obiedzie pozwala królom i mocarzom jeść, to i my tyle mamy prawa jak on, nie dozwolić spać, aż się sami wprzódy prześpim? Gdzie ten kusy Niemiec? — Poszukajmy go po kątach! Za nim! za nim! puścić psy, niech go tropią, łacno im będzie, bo śmierdzi lekarstwem jak kozioł.
Powstali wszyscy, runęły ławy, stołki, stół jęczał; dzbany zabrzękły.
— Hej, hej! za nim — gdzie się schował! będzie polowanie! — Tu, tu! krzyknął Wojtek — prowadząc. — Stój Wasze — zatrzymał go gospodarz, — tu kobiéty śpią. Pan Petryłło wstrzymał go także. — Tu się hurmem nie idzie — rzekł z uśmiechem — po jednemu szczęśliwemu, juvante amore.
— Patrzcie go no z amorem! tego starego... Jakom żyw, jeszcze mu podwika pachnie, choć już zęby w gębie tańcują i połowa ich wyskakała precz. — Co! co! jak ty mię nazywasz! co ty mi zębami przymawiasz, młokosie, gołowąsie! — I porwali się oba za szable.
Zapomniano na chwilę o doktorze, zwada się wszczęła u proga komnaty. — Co ty mi przycinasz zębami? — Czego ode mnie chcesz, stary grzybie zakochany? — A nu, spróbuj się ze mną.
— Tylko nie po pijanemu — rzekł, hamując ich gospodarz — a nie w moim domu. Dom to Musis poświęcony, szanujcie go proszę, a rozejmcie się, nie chcę rano wzywać cyrulika z Zalatwy, aby ugodę czynił po biesiadzie; ani księdza, któryby jak Jędrzejowi Zelisławskiemu śpiewał — wieczny odpoczynek, po wesołém przezdrowie. Kiedy chcecie zabawy, pódźmy spoić Montana, co się położył trzeźwy, niech wstanie pijany.
— Do doktora! do doktora! chodźmy! Idźmy! gdzie on! Wszyscy się się potoczyli, śmiejąc, dźwigając dzbany, przychylając, swarząc. Wywiódł ich gospodarz do małego alkierza, gdzie spokojny Montanus zasypiał, otuliwszy się w kącie. Zbudził się, posłyszawszy wrzaski, doktór i usiadł na łóżku. — Cóż to? — rzekł połacinie — czy który z was kona, że mnie budzicie? potrzebny już wam jestem? he! — Nie, — rzekł Bartosz, występując naprzód — inny interes do Waszeci. Godzi się to gardzić nami, jak ostatniemi ciury i pójść spać legnąć sobie, gdy my ochotę mamy? Alboż to nie zniewaga? hę? słuchaj ty, heretyku, albo się bij ze mną, albo pij przezdrowie pana Wojskiego! — A juściż wolę wino niż guza — rzekł Montanus wesoło, widząc, że się pijanym nie wykręci, — podajcie mi czaszę.
Tu dopiéro zaczęła się pijatyka nanowo, która trwała do dnia białego u łóżka doktora w małym alkierzu, szaleńsza jeszcze, głośniejsza, weselsza niż wprzódy; dopóki goście po jednemu nie popadali, jak potrute muchy. Słudzy ich i czeladź doma nadeszła wówczas; pobrano ich po jednemu i wyniesiono ich do wielkiéj izby, gdzie siana nasłano i pokotem ich na niém pokładziono na wojłokach i kilimkach. Nazajutrz trwały jeszcze ostatnie biesiady, gospodarz myślał, że się skończą do wieczora, ale przeszła pijatyka na dzień trzeci, goście się tylko zmieniali, przybyli nowi, wrócili pierwsi i znowu tak dni kilka uszło. Często Kochanowski powtarzał sobie: Było mi słuchać księdza Padniewskiego! — ale już było po czasie.
W tydzień potém dopiero siedząc sam jeden pod lipą poeta, wszystkich swoich biesiadników włożył do fraszek, — pana Slasę, Chmurę, Mikoszę, Bartosza, Wojtka, Petryłłę, Josta i t. d. Na końcu dodał:

Jeden Pan Wielmożny niedawno powiedział:
W Polsce szlachcic, jakby téż na karczmie siedział;
Bo kto jeno przyjedzie, to z każdym pić musi,
A żona pościel zwłócząc, nieboga się krztusi.


Gródek 20 lipca 1840 r.





Marcin Kaptur.
(szkic historyczny z xvi wieku).


Był to wieczór, słońce spuszczało się już na zachód czerwone, gorejące, a chłodne; dokoła jego, rumiane, wiatr zapowiadające chmurki, wznosiły się po niebie. Na drugiéj stronie widokręgu stał czarny obłok nieporuszony, milczący, lecz groźny. Okolica była piaszczysta i zaroślami pokryta. W oddaleniu na prawo świecił się biały zamek Srzemskiego; wojewody płockiego, i unosiły się niebieskie dymy wsi, pod jego murami rozłożonéj. Daléj widzi się inne wioski i wieże wiejskich kościołków, i krzaki pożółkłe i poschłe od letniego skwaru. Na drodze piaszczystéj unosiły się tumany pyłu siwego, tętniała ziemia od kopyt koni. Liczny orszak jezdnych i wozów szedł od Płocka. Widać było długi szereg komorników i pacholąt barwianych, kolasę piękną, skórą złoconą wybitą, zaprzężoną sześcią końmi karemi; ciągnące się wozy z kuchnią, służbą, drużnemi i podlejszą czeladzią. Cichość panowała wśród orszaku i konie szły powoli. W kolasie jechał mężczyzna podeszłego już wieku, na którego czole malowały się duma i odwaga. Ubrany był ciemno, czapka wysoka siedziała mu z kitą nad czołem, siwy wąs opadł na dół, i kończył się aż na piersiach. Na nim była lekka ferezya spięta, z złocistemi guzy i sznurami. Przy jego kolasie jechało kilku młodzieży, za nią wiedziono konia jezdnego pod pięknym dywdykiem z bogatém siedzeniem, złoconym rzędem, trzęsidłami z piór u łba, malowaną grzywą i ogonem. Pacholęta pańscy chichotali z tyłu, a za niemi wiedli psiarze kilka sfór ogarów i dwie smycze chartów, bialozornicy jechali z ptakami, w kapturach i dzwonkach u spętanych nóg. Wspaniały był widok tego pocztu, choć to tylko był dwór wojewody płockiego, pana Srzemskiego, mało znaczącego człowieka, lecz lubiącego żyć dobrze, nie dbającego wiele o dłużników, których czasem kijem téż za wrota wypędzano ze dworu, zwłaszcza Żydów niewiernych.
Kolasa wojewody sunęła się powoli po piasku, gdy pan Srzemski usłyszał po za sobą tętent, i obejrzawszy się ujrzał goniącego jakiegoś człowieka na chudéj marsze, osiodłanéj prostym łękiem, z uzdą skórzaną na pysku. Był to mężczyzna olbrzymiego wzrostu, silnéj budowy, twarzy czerwonéj i wesołego wyrazu, po któréj widać było blizny od gęstych szram. Ubrany był w prostą opończę z kapturem, czapkę baranią, kontusik wytarty, a rzemiennym pasem pociągniony, buty juchtowe czarne. Na wierzchniéj wardze tępo ucięty wąs łączył się z zarastającą brodą i podbródkiem, wśród których czerwieniały usta szerokie; wyżéj świeciły mu się strasznie oczy czarne w pąsowéj oprawie. Cała twarz zdawała się mówić: Jestem zawadjaka! Trzymał się na koniu krzywo i niedbale, ale koń bał się go, bo się strasznie wyciągał pod nim; potem zlany, bokami robiąc, z nozdrzem rozdartém, wysadzoném na wierzch okiem i naprężonemi żyły.
Wojewoda obejrzał się na niepoczesnego jeźdźca, i wlepiwszy weń chmurne brwiami zawisłe oczy, zdawał się chcieć go rozpoznać, tego jednak dokazać nie mógł, bo choć mu się coś ochapiało, nie przypominał sobie nazwiska zawadjaki.
Przejeżdżający mało zważał na poczet pana wojewody, i przeciw zwyczajowi wymijać go zaczął, ani się nawet skłoniwszy, usiłując wolno wlokącą się wyprzedzić czeredę. Było to wielkie zuchwalstwo; służba i komornicy wojewodzińscy szemrać zaczynali, gdy wojewoda sam ciągle nie spuszczając z oka jeźdźca, właśnie gdy ten kolasę jego kłusem tęgim wymijał, ozwał się dość głośno:
— A toż co za chłop?
Dosłyszał tego jeździec, obejrzał się, zaczerwienił, ściągnął koniowi lice i chciał coś odpowiedziéć, ale potém jakby się rozmyślił, odwrócił się tylko i zawołał, spinając konia żelaznemi ostrogami:
— Powiedz to jutro, Mościwy panie, ale ci to bez zakrztuszenia przez gardło nie przejdzie.
Nie słyszał tego wojewoda, a jeździec poleciał szybko naprzód, cały zapłomieniony i trzęsący się od gniewu, kiedy niekiedy przemawiając sam do siebie półsłowami.
Gdy już poczet wojewody został dobrze w tyle za nim i zniknął w tumanach pyłu, jeździec zwolnił biegu koniowi, pokręcił wąsa, i oglądając się, a poprawując na siodle, rzekł:
— Powtórzysz mi to jutro, panie wojewodo! powtórzysz; a powiem ci, com ja za chłop! Muszę no tylko wymacać, czy jutro nie będziesz z nim w drodze. Coś mi się marzy, że ty tylko panujesz w swoim zamku! Zaśpiewam ja ci na drodze piosenkę!!
To mówiąc pan Marcin Brzozowski, tak się zwał ów jeździec, stanął u karczemki należącéj do zamku pana Srzemskiego i uwiązawszy dyszącego konia u słupa, poszedł do Żyda.
Żyd znał dobrze zawadyakę gostyńskiego, bo głośnym był junakiem pan Marcin Brzozowski. Przyjaciele zwali go pospolicie przezwiskiem Kaptura, że opończę od słoty z kapturem nosił, a gdzie kaptur jego zawitał, już tam się bez szumu nie obeszło. Zatém Żyd nizko mu się skłonił jarmułką i stał milczący.
— Twój pan, wojewoda, dziś powróci do zamku? — spytał go pan Marcin.
— Tak, jaśnie panie, — odpowiedział Żyd.
— A czy długo w domu zabawi?
— Komornik jego, co tu był, przyjechał z Bilska i mówił, że jasny pan wojewoda tylko przenocuje, i pojedzie za pilném do Warszawy.
— Pewnie?
— Już nawet wozy wyprawili naprzód.
To tylko chciał wiedziéć pan Marcin, siadł na koń i pojechał, a serce mu biło, a oczy pałały, a ręce się trzęsły.
Przejechawszy wioskę, rzucił się kręto w lewo między płoty i biegł co tchu drożyną, do dworku bielejącego pod lasem, koło którego dymiły się dwa czy trzy kominy chałup chłopskich. Zajechał w dziedziniec, na którym pasło się stado świń, chodziły konie, owce i wszystek dobytek, tylko co z pola przygnany. Pan Marcin przywiązał swoję szkapę do kółka u wrót, i sam pobiegł do domu.
— Jest pan doma? — spytał chłopaka, który w sieni czyścił rząd na konia, niegdyś złocisty, a teraz tylko mosiężny.
— Jest, panie — odpowiedział chłopak, wstając.
Otworzył pan Marcin skrzypiące nizkie drzwiczki i zawołał:
— Niech będzie pochwalony! pokój temu domowi!
— A! Kaptur! — ozwał się otyły gospodarz, powstając i zachylając kapotę, pod którą tylko płócienne widać było ubranie.
Izba, do któréj wszedł pan Marcin, była czysta, wybielona, dwa małe oświecały ją okienka, miała piec prosty i kominek, ławy dokoła, z których jedna przykryta była kilimkiem, na ścianie krucyfiks, zielem święconém otoczony, u drzwi kropielnica, stół dębowy w pośrodku, stara zbroja, koszulka druciana i misiurka wisiały na ścianie.
— Hej pani Barbaro! — krzyknął gospodarz — światła niech podadzą i miodu! Niechże cię uściskam, panie Marcinie!
Pani Barbara pobiegła do alkierza, ledwie rzuciwszy okiem na gościa, a pan Marcin ścisnąwszy gospodarza za rękę, odpowiedział:
— Nie potom ja tu Mości panie przybył, abym z WM. panem bratem pił i hulał. Jeszcze mi się policzki czerwienią, gdy sobie wpomnę moję krzywdę! Tu mi Waszmościnéj pomocy potrzeba! Waszmość jesteś brat szlachcic jak ja, i co mnie dziś, jutro tobie, jeśli sobie damy po nosie jeździć.
— A cóż to Waszmości się stało? — spytał gospodarz, stojąc przed nim pełen zdumienia i już prawie gniewny, a przynajmniéj usposobiony do gniewu.
— Co i co! ten senatorczyk, pan wojewoda Srzemski, tylko co spotkał się ze mną na drodze. Wiész Waszmość, że ja się nie rad stroję i nie wyglądam na gaszka; ale się za to na mnie nikt nie zawiedzie, ale za to cudzego i swego chleba nie przemarnuję na puste bawidełka. A dobrze mi w mojéj opończy, jak drugiemu nie lepiéj w pożyczaném złocie! I dlatego, że mnie wojewoda widział licho ubranym, śmiał mnie, Brzozowskiego, herbu Belina, z dziadów i pradziadów szlachcica, nazwać chłopem.
Chłopem! on WMość chłopem śmiał nazwać! — krzyknął pan Sławek, uniesiony gniewem. — A dajcież mi szablę, a pójdziem; już my go nauczymy, co chłop, a co szlachcic! — I tu rozpuściwszy poły kontusza, począł po izbie latać pan Sławek. Dobrze bowiem trafił pan Marcin naprzód do niego, jako do sąsiada pana wojewody, który z nim ciągle darł koty i siedząc na kilku zagonach, lękając się najazdu i przemocy magnata, pałał ku niemu najsroższą nienawiścią.
— Hej! konia no tam siodłajcie! — wolał pan Sławek; — mego siwo-jabłkowitego!! pojedziemy! jedźmy! Chłopcze, daj tu pasa! Maciek, pasa! buty, szablę!
I wołał, i biegał, i odziewał się co predzéj.
— Czekaj, czekaj, — rzeki pan Marcin — we dwóch przecie na wojewodę nie naskoczym, boby nas zdespektował; trzeba nam jechać do przyjaciół i jutro dopiéro zajechać mu drogę w dobrym poczcie. Bo jutro on wyruszy do Warszawy! Dopiéroż go tam spytamy wszyscy, czego mnie nazwał chłopem, kiedy widział u mnie szablę u pasa. Pokażę ja mu, com za chłop, aż mu jego senatorstwo pójdzie gardłem nazad. Niechaj się obejrzy na swój herb! Co mi za herb jakiś nowotny, i pierwszy to senator tego herbu i imienia!
To mówiąc Kaptur, chodził i zżymał się.
— Zacny herb Drogosław! Kto słyszał o tym herbie? Lepszać moja Belina!
— O! i jak lepsza! — odpowiedział pan Sławek — aleć my go nauczym i nie damy sobie w kaszę dmuchać. A jeźli go Waszmość weźmiesz na naukę w swoje ręce (dodał), to wcześnie posłać trzeba na egzekwie do Płocka i niech mu katafalek stawią! — To mówiąc, krzątał się po izbie i ubierał, tymczasem pani Barbara kazała dziéwce podać miodu i dwa kubki. Szlachta ledwie miodu się dotknęli, na panią Barbarę i okiem nie rzucili, a całkiem sobą i wypadkiem zajęci, wypadłszy z izby, dopadli koni i ruszyli.
— A dokąd pojedziem? — spytał pan Sławek, któremu towarzyszyło kilku ludzi na tęgich koniach.
— Jedźmy do Wólki, — rzekł Brzozowski — do pana Macieja; u niego zawsze biesiada i dużo gościa; tam, co znajdziem szlachty, to ich zabierzem z sobą na jutrzejszą wyprawę.
To mówiąc, puścili się kłusem przez pole; a była już noc ciemna, ale konie i panowie dobrze drogi znali. Jechali tęgą godzinę, aż pokazały się światełka w wiosce i na pagórku z drzew kilka okien oświeconych zaświtało, zwiastując dwór pański.
— Dobra nasza! — rzekł Kaptur — świeci z okien, zastaniem braci szlachtę.
Tu nanowo podciąwszy konie, puścili się błotnistą ulicą ku dworowi, potém grobelką drzewami osadzoną, mimo karczmy, i wpadli w dziedziniec, na którym było siła czeladzi i gwar wielki.
Otworem stały drzwi od sieni, przez które buchał gwar z rozmaitych głosów złożony, śpiewów, krzyków, łajania, śmiechu, brzęku i t. d. Kilka kobiet widać było naprzeciwko, tulących się bojaźliwie i spoglądających przeze drzwi do sieni, gdzie podpili słudzy, czerpiąc piwo konwiami z beczki, grali w kości, śmiali się i rozmawiali.
— Otóż ktoś jeszcze przybywa, — odezwała się podeszła niewiasta z cicha — jacyś jeszcze zawadyje, co natłuką tu, napiją i pojadą, nakresowawszy sobie pysków.
— To Kaptur Brzozowski — odpowiedziała druga — nie obejdzie się bez szabel i poswarku!
— A drugi z nim pan Sławek, — rzekła inna — i ten dobry do wypitéj i do wybitéj. Tydzień temu, nie więcéj, poobcinał uszy komornikowi pana cześnika, że mu coś niezdarnego odpowiedział. Takiemu młodemu chłopięciu! Aż żal było patrzyć, jak go okrwawił!
Gdy się ta rozmowa toczy, nasi wpadli do izby, gdzie głośna brzmiała biesiada.
— Ha! ha! — zawołano — dawaj tu kielicha! hej! witajcież WMpanowie! A skądże to tak późno to mi szczęście zdarzyło! Hej sam wina piwniczy! hej!
Inni witali także.
— A Kaptur! — jak się WM. macie?
— Sławek! Bóg z wami, — czyście zdrowi?
— Przez zdrowie wasze! — panie Brzozowski!
— Witajcie nam, panie Marcinie!
— Jak się ma pani Barbara?
— Niech cię uściskam, Sławku! — bodaj cię z twoją charcicą! hę?
Pijani dobrze szlachta witali, wołali, krzyczeli, wyciągali ręce, zajęci przybywającemi gośćmi.
— Ja ani usiądę, ani wypiję! — rzekł Kaptur — póki mnie Waszmość nie posłuchacie! Jestem skrzywdzony! okropnie skrzywdzony!
Tu runęły ławy, szczękły kielichy, zabrzękły szable, jedni przez drugich się powychylali, niektórzy na ławy, inni na stół nawet powłazili.
— Co? jak? kto? gdzie? bij! zabij! Jakiż to łotr! Cóż to za bestya! Uszy mu poobcinać! A czemuś go nie zdusił! Dajcie go tu! Kto się ważył?
— Słuchajcie Waszmość, — odpowie Brzozowski, — i nie ja jeden, ale wy wszyscy jesteście skrzywdzeni, i wy wszyscy powinniście mi pomódz do zemsty! Godzin temu ledwie kilka, na drodze od Płocka spotkałem wojewodę jadącego do siebie. A gdym go niepocześnie ubrany, tak jak tu stoję, mijał, śmiał mnie w głos nazwać chłopem! dlatego, żem był sam jeden i licho odziany. Alem go prosił, by mi to jutro powtórzył. Jutro wojewoda jedzie do Warszawy, trzeba, żebyśmy się wszyscy szlachta zebrali, zajechali mu drogę i spytali, jakiém czołem śmiał to rzec jednemu z nas? Kto z was czuje szlachecką krew w sobie, za mną, panowie bracia!
Wszyscy krzyknęli:
— Zgoda, zgoda! jedziem, jedziem! daléj! na koń!
— Wieleż nas tu jest? — spytał Kaptur.
Policzyli się oczyma i pan Sławek ozwał się:
— Dwudziestu!
— O, to mało, — odpowiedział Brzozowski — trzeba, żeby nas więcéj było, niż wojewodzińskiego dworu. Niech będzie nas dwudziestu, a czeladzi dwudziestu z pacholęty, i tego mało! Kto z was panowie bracia łaskaw, niech rusza po szlacheckich dworach i zwoła szlachtę jak na pospolite ruszenie w obronie szlacheckiéj czci i sławy. Jutro jak godzina na dzień, zbierzemy się wszyscy zbrojno, a uczciwie odziani, wedle przemożności swéj, za karczemką pana Sławki, za borem, na warszawskim gościńcu, u mogiły kowalowéj, koło Bożéj męki.
— Zgoda! zgoda! a chłop chyba, kto nie ruszy. Do strzemienia, napijma się panie bracie, wsiadanego! — A przez drzwi zawołali ochotnicy: — Hej służba! koni! podawajcie koni!
Tak nagły wyjazd przeraził służbę, która co tchu pobiegła po stajniach i obórkach zbierać resztę koni swych panów i nuż uzdać co prędzéj. Myśleli, że najmniéj Tatarzy wpadli na Podlasie i pospolite nakazano ruszenie; tymczasem goście szukali pod ławami czapek, pasów, szabel, pili, ściskali się i najeżdżali, odgrażając na wojewodę. Wkrótce pusto było we dworze, i pani Maciejowa kazawszy wyrugowaną zanieść nazad do alkierza pierzynę, spać się spokojnie układła, słuchając tylko chrapania pijanych, na sianie w pierwszéj izbie zasypiających.
Rano ledwie godzina na dzień, już u mogiły kowalowéj, za karczemką pana Sławki, zbierali się panowie szlachta, i wszystkiemi drogami do niéj dążyli. Wysłany przodem jeden do wioski wojewody miał oznajmić, gdy pan Srzemski z zamku ruszy. Wszyscy szlachta rozłożyli się pod Bożą męką na trawie, siedzieli, gadali, śmiali się, i zajadali, co Bóg dał. Ranek był chłodny, ale pogodny, tylko wiatr dął przeraźliwy. Coraz to któren ze szlachty przybywał, i około dziewiętnastéj godziny było ich już z pachołkami około stu koni, różnego wieku, wzrostu i twarzy i ubioru. Wpośród nich, jeszcze płomienny gniewem Kaptur, w wczorajszym stroju, z szablą u pasa, dowodził. Wszyscy byli jak od święta ubrani, bo mieli mu dwór honorny składać, i chodziło im o pokazanie wojewodzie, co może szlachcic. Pan Marcin miał wielu przyjaciół, w jego osobie obrażona cała szlachta czuła się gniewną i żądała się pomścić.
O dwudziestéj godzinie przybiegł wysłany chłopak na zdyszanym koniu, oznajmując, że wojewoda rusza z zamku we czterdzieści niespełna koni. Zaraz wszyscy na koń siedli, i droga zasiała się końmi i ludźmi, w dziwacznych barwach, postawach, ubiorach. Na czele orszaku jechał Kaptur, kręcąc dumnie wąsa. Za nim wszyscy przedniejsi ręce na szablach, czapki na bok, mina gęsta; daléj pachołki; było ich więcéj sta koni, a poczet ten rozbiegłszy się po drodze, na oko znaczniejszym się jeszcze wydawał, niż był.
Ruszyli kłusem, i właśnie na granicy pana Sławki ujrzeli tuman pyłu; uszykowali się porządniéj i postępowali w milczeniu.
Wojewoda dumał siedząc w kolasie, gdy przeciw słońcu spojrzawszy, ujrzał coś czerniejącego w pyle na drodze. Sądził z początku, że to bydło z rosy pędzą, lecz przyłożywszy rękę do oczu i wpatrzywszy się dobrze, dojrzał piór u czapek, i koni i ludzkich twarzy. Coś go tknęło, i zaczął pytać komorników swych, coby to było.
— Kto to wie? — odpowiedział jeden — jacyś ludzie jadą!
— To wojsko, — rzekł wojewoda niespokojny — albo się mylę, albo że jest ze sto koni: — a nie widać czyjéj kolasy w pośrodku?
— Nie panie! — Wybiegli komornicy naprzód i patrzyli.
— Szlachta gdzieś jedzie! — powiedzieli.
— Cóż to, że tak wolno jadą i prosto na nas? — pytał wojewoda jeszcze. Ale nikt mu nic nie odpowiedział. Nareszcie gdy już na staje od siebie byli, począł się Srzemski wpatrywać, i niby przypominać sobie twarz i strój wczorajszego w drodze spotkanego jeźdźca. Posłał więc komornika z zapytaniem do szlachty: ktoby byli, i czego żądali?
Wybiegł jeden konno, i dopadłszy pana Marcina, rzekł:
— Pan Srzemski, wojewoda płocki, zapytuje Waszmościów, ktobyście byli, i czyli czego od niego żądacie?
A Kaptur odpowiedział mu:
— Jam to — powiedz swemu wojewodzie — ów wczorajszy chłop, dam się dziś panu poznać, żem jemu równy, tylko nie senator.
Pobiegł nazad komornik z odpowiedzią, i doniósł ją panu wojewodzie.
Zastanowiła się kolasa, a wojewoda nieco pomięszany, wysłał jeszcze przedniejszych swego dworu, prosić pana Marcina Brzozowskiego, aby ku niemu przyjechał.
Ci przybywszy, mocno nalegali na Brzozowskiego, aby to uczynił.
— Albom ci to ja jego sługa, żeby mnie miał wołać? — odpowiedział — a kiedy mi chce co powiedziéć, niech tu sam podjedzie.
— Przecież — rzekł wojewodziński dworzanin — nie woła on Waszmość, ale go prosi, a to człek stary i senator.
— Znam ci go z wczorajszego — rzekł pan Marcin.
— Wczoraj pan wojewoda ani znał, ani się domyślał, kto Waszmość jesteś — daléj mówił wojewodziński — i pewnie go dziś za to sam przejedna.
— No jedź Waszmość, panie Marcinie — rzekł pan Sławek sam, i inni za nim. Zobaczysz Waszmość, co ci powié stary. Jedź bo jedź, toż cię nie zjé!
— No! no! pojadę — wreszcie przebąknął Kaptur, tylko się boję, żeby mnie tam obcesowo złości, na niego spojrzawszy, nie porwały.
— E! probuj, pojedź! — szeptali za nim towarzysze.
— Co za dziw, to pojadę! — krzyknął Marcin, spiął konia, dał susa, i w kilku skokach stał już u wojewodzińskiéj kolasy. Mimowolnie i pan Marcin miał się na widok wojewody do czapki, i wojewoda skłonił mu się grzecznie.
— Cóż mi to Waszmość za złe macie, żem Waszmość — rzekł wojewoda — wczoraj jakoby nie chcąc i nieznając obraził, nazwawszy chłopem?
— A tak — odpowiedział Marcin zapalając się, i po to dziś Waszmości drogę zachodzę, abym zapytał, co to znaczyło. Bo na Boga! taki-m dobry szlachcic, jak i Waszmość. Jestem Marcin Brzozowski, herbu Belina, zwany Kaptur; dziad mój był podkomorzym gostyńskim, brat mój jest opatem czerwieńskim, jestem nobilis z dziadów i pradziadów, a jeśli nie ja, to moi herbowi zasiadali krzesła! A daleko ode mnie do chłopa, i daléj trochę, niż od wojewody do mnie!
— Widzę to i sam — odpowiedział wojewoda — i bardzo mi żal, żem Waszmość obraził, aleć się za to bić nie będziem. Niech tu panowie szlachta postąpią, a ja Waszmości przywrócę, com ujął.
Na znak pana Marcina podjechał orszak jego, i szumnie, gwarliwie kolasę otoczył. Wojewoda powstał i rzekł poważnie, uchylając czapki:
— Wczoraj nie chcąc obraziłem pana brata Marcina z Brzozowa Brzozowskiego, zowiąc go nieuważnie chłopem, ale to ciemność była temu przyczyną; zatém biorę Waszmościów za świadków, że się to stało nie chcąc i omyłką, i zwracam panu Marcinowi jego szlachecką cześć. Zaczém podał wojewoda rękę, a wszyscy czapki w górę rzucili, wołając:
Vivat! vivat palatinus plocensis! Vivat dominus Brzozovius! Vivant!
Wojewoda znowu podniósł się i krzyknął:
— Vivant panowie szlachta mazowiecka! Proszę ze mną do zamku! Skinął na sługi, zawrócono konie, służba przodem pobiegła i powrócono do zamku.
Jak tam tęgo pili i krzyczeli cały dzień i całą noc, tego już opisywać nie będę, to tylko dodam, że pan wojewoda, podobawszy sobie śmiałość Marcina Kaptura i myśląc go użyć na sejmikach, naznaczył mu jurgielt roczny do swego życia, dał dożywociem chat kilka, obwarował sowicie, i chował odtąd w wielkiém na dworze swoim poszanowaniu. Siła téż za to dokazywał pan Marcin, gdy o wojewodę chodziło, a gdy w obronie jego stanął, nikt się naprzeciw wyjść nie pokusił, bo był takiéj siły ten Kaptur Brzozowski, żeby się był z Brudzińskim, ba i z Wiesiołowskim, gotów był dążać, a choćby i z Dobkiem z Oleśnicy, gdyby ten jeszcze żył. Nieraz gdy go uproszono, albo w zakład poszedłszy, wziął beczkę piwa na ramię, i z nią tańcował, a potém pił z niéj, za brzeg wziąwszy, jak ze szklanki.
To o nim pisze Bartosz Paprocki.
1840.





Dorotka.


Noc była chmurna, bez księżyca, bez gwiazd, bez niebios; wiatr szumiał, pędząc ogromne szare jesienne chmury, które zakrywały nawet ostatek światła tlejącego jeszcze na zachodzie. Dwaj jezdni obwinieni w opończe, pędzili drogą pustą na koniach, które, to się zatrzymywały sapiąc, podskakiwały gnane ostrogami, to w bok ulęknione rzucały. Jakby mszcząc się na niepogodzie, to jeden, to drugi klął niemiłosiernie — nic to jednak nie pomagało.
— A prędkoż dojedziem do gospody? — spytał jadący z tyłu, — bo do stu katów i coraz ciemniéj i wiatr do kości przejmuje.
— O! o! panie Litwinie, — odpowiedział drugi odwracając się nieco — tak-eśto prędko już zmarzł? U nas w Koronie prawią o was, żeście jak dzikie zwierzęta kosmaci a zahartowani na wszystko, a tu się pokazuje, że lada dworak twardszą ma skórę. To chyba od Unii ta delikatność was napadła?
— Ale żebym ja wiedział, — odparł Litwin — czego marznę i moknę, do roku sześciu niedziel nie poskarżyłbym ci się i potrafił wytrzymać. A pytam się waszmości, co za potrzeba była pod noc chmurną rzucać gospodę ciepłą, gdy nic w szyję nie pędzi.
— Cha! cha! ot, za pół milki gospoda — zawołał pierwszy, — zobaczycie, jak się nam wyda ciepłe ognisko, jak wygodny nocleg, jeśli — dodał — cali do gospody dojedziem.
— Co? — pytał Litwin — jeżeli cali dojedziem? Jeszcze co? alboż jest i niebezpieczeństwo jakie?
— Fraszka — rzekł zbliżając się ku niemu Polak, — zbójców się niespodziewani — ale.
— Cóż za ale — do licha?
— Ale i o duchach tu prawią.
— Gdzie? na drodze?
Litwin przeżegnał się ukradkiem.
— Wasze ze mnie drwinki stroisz.
— Niech mi tak Bóg dopomoże, jak prawdę szczerą mówię. — Ot, widzicie li tam w oddaleniu, ów jakby punkt czarny na niebie?
— Widzę.
— To wieża Dorotka, będziemy koło niéj przejeżdżali.
— I cóż? w niéj są duchy?
— Właśnie; a ta mara przeklęta, która wraca do wieży, najgorzéj jeszcze, słyszę, czyha na mołojców jak my, bo za życia — ale o tém nie pora teraz mówić.
Tak gadając dość głośuo, bo szum wiatru nie dał im prowadzić rozmowy, choć blizko jeden drugiego jechali, pędzili ku wieży, która coraz widoczniéj przed niemi na niebie czerniała.
— Toć to reszty zapewne jakiegoś zamczyska? — rzekł Litwin.
— I nie, — odpowiedział Polak — sama tylko wieża stoi, a mówią, że od wieków tak stała i nie było tu zamku wcale.
— Nikt w niéj nie mieszkał?
— Mówiłem wam, duchy chyba, — odpowiedział szybko Polak — pusta oddawna.
— Ale się w niéj świeci! — rzekł Litwin.
Na te słowa pan Zaklika (dworzanin J. K. Mości króla Stefana) podniósł oczy i konia wstrzymał; Litwin także.
— Na miły Bóg, świeci się w górném okienku wieży! — rzekł przestraszony. — Módlmy się, panie bracie, za dusze zmarłe.
Stali chwilkę w milczeniu, a Polak odezwał się znowu:
— Przydało się waści i mnie, przydało, wieża czarna stoi, a światła w niéj niéma żadnego.
— Prawda! — rzekł Litwin — jednakbym przysiągł, że się w górze świeciło.
— Ot, jedźmy prędzéj — przerwał Zaklika — a gdy przyjdzie mijać tę przeklętą wieżę, damy koniom ostrogi i przelecim cwałem. A teraz tęgiego kłusa.
Puścili się kłusować po kamiennéj drodze, przeciw wiatru bijącego im z chłodnym wiatrem w oczy; ale wprędce pan Zaklika wstrzymał swego konia.
— Miałeś waszmość słuszność, świeci się w wieży, ale u dołu — dodał z cicha.
— A świeci się — odpowiedział Litwin.
— Coż? jechać? — spytał Polak.
— Gdzie ja, tam i waszmość, — rzekł pan Świdło (Litwin z Grodzieńskiego). Lepiéj wy wiecie tu w swoim kraju, a tak jeszcze niedaleko Krakowa, czy bezpieczno jechać, albo nie; gdyby to koło Białego błota, albo w Białowieskiéj puszczy, tobym wam dał radę. Ale wam się z pozwoleniem przywidziéć musiało, bo wieża czarna stoi, jak stała.
Zaklika podniósł oczy i z cicha bąknął:
— Prawda. A no, jedźma.
Do wieży kilka jeszcze staj było, puścili się nasi podróżni kłusem i z pod opończy, któremi osłonieni byli z głowami, rzucając kiedy niekiedy ukośne na wieżę spojrzenia.
— Hm! hm! Litwo, — rzekł Zaklika — do stu kaduków, znowu się coś świeci.
— Niech się już świeci, czy nie świeci, a my jedźmy prędzéj, — odpowiedział Świdło — co tu myśléć i patrzyć, koniom ostrogi i ruszać.
— Ta, ta, ta! koniom ostrogi! Ot!...
— No, a cóżto znowu?
— Ja się wrócę nazad.
— Porzućże waszmość te błazeństwa — rzekł odwracając się Litwin — każdy z nas trochę się boi ducha, ale minąć wieżę szeroką drogą, to nic strasznego, choćby w niéj Lucyper starszéj córce wesele wyprawiał. — Toć krzyż pański od wszego złego obroni!
Zawstydził się Zaklika, który we dnie był odważnym rębaczem i nie dawał sobie w kaszę dmuchać — nic więc nie odpowiedziawszy towarzyszowi, spiął konia i poleciał w czwał drogą — Litwin za nim. Zbliżyli się ku wieży, ona stała czarna znowu, ale gdy już ją mijać mieli, koń pana Zakliki czegoś przestraszywszy się, kopnął w bok nagle i pana z siebie zrzucił. Nadbiegł na to Świdło, i stanął, nie chcąc towarzysza opuszczać, który silnie konia swego przytrzymywał za uzdę i próżno z ziemi podnieść się usiłował.
— Na Boga, ratuj, panie Świdło, pomóż mi, rękę sobie potrzaskałem czy co? — wołał leżący na ziemi. Litwin schylił się do niego, a na chwilę zapomnieli oba o duchach i o wieży. Wtém nad ich głowami zajaśniało światło w oknach pustki i padło odbite na podróżnych naszych. To zjawisko nowego ich nabawiło strachu, śpiesznie jęli się do koni; Zaklika z pomocą towarzysza na swojego się wgramolił. Ale nim się to stało, oczy Litwina ujrzały dziwne rzeczy, bo on przeżegnawszy się i nie bez strachu z ciekawości wrodzonéj, zajrzał w okno, z którego biło światło. I widział w niém — kobietę młodą w bieli ubraną, z chustką w ręku, wychylającą się z okna w dół, jakby czego szukała, i słyszał śpiew jakiś niezrozumiały, smutny, nucony niewiadomo przez kogo. Przeżegnał się powtóre i więcéj nie patrząc, jechał daléj z panem Zakliką, który, od strachu i bólu, wpół był umarły.
Spuścili się wąwozem ciemnym w dół na zarośla i po chwilce ujrzeli światło.
— To gospoda, dzięki Bogu! — zawołał Zaklika.
Milcząc podjechali ku niéj. Nie prędko otworzono im wrota, bo żyd karczmarz, mieszkający na trakcie, musiał się wprzód upewnić, co byli za jedni, nim ich wpuścił. Nasi dwaj obmokli i zziębli podróżni zastali ciepłe ognisko, izbę przestronną i wygodną; ale Polak, który sobie obiecywał cieszyć się odpoczynkiem, stękał na rękę. Pokazało się jednak po jéj opatrzeniu, że silnie tylko stłuczona była; — a tak spokojniejszy, obwinąwszy ją w płaty, ciepłém winem zmoczone, rzucił się na słomę.
— Ha! — rzekł po chwili do Litwina — dobrze nam się udało Dorocie wywinąć.
— A! dobrze, żeś wasz mość o tém począł, właśnie się miałem pytać, co to wszystko znaczy? Cóż to tam za niewiasta pokutuje, bom na własne oczy widział ją w oknie.
— Widziałeś ją? — krzyknął Polak — Matko Boska! A w którąż stronę patrzała?
— W dół wieży.
— To szczęście! — szepnął pierwszy.
— Ale czy mi wytłómaczysz to przecie, — przerwał Świdło — cóż to za niewiasta?
— Ja oszczędzę trudu wielmożnemu pana — odezwał się, z pod pieca wysuwając w téj chwili, staruszek.
Podróżni, zdziwieni tém nowém niespodziewaném zjawiskiem, umilkli.
Laudetur Jesus Christus! — rzekł pokornie kłaniając się staruszek, postępując ku nim.
Po tém chrześcijańskiém powitaniu, śmieléj na niego spojrzeli podróżni. Szedł ku nim pochylony, ale czerstwy jeszcze na twarzy, w czarnéj opończy człowieczek, podpierający się jedną ręką na kiju białym, w drugiéj niosący czarną skrzyneczkę. Była to skarbona — staruszek niegdy klecha, teraz dzwonnik i kwestarz z blizkiego kościoła.
— Już to nie chwaląc się, mili panowie, — począł — ale pewnie nikt lepiéj ode mnie nie opowie całéj historyi o Dorotce, byleście czém suche gardło dali odwilżyć.
Litwin ze stoła dał piwa staremu, który w milczeniu je wysączywszy, a otarłszy wąsy odwróconą ręką, spytał:
— Pozwolicie wasz mość usiąść staremu podtuptałemu dziadowi?
— Siadaj! siadaj! — rzekł Świdło — i gadaj!
Stary poszedł pod piec, postawił kij i skarbonę podle siebie i tak zaczął:
— Trzeba wasz mościom wiedziéć (boście pono tu obcy), że w naszéj tu okolicy miała posiadłości swe starożytna familia Tęczyńskich, któréj owo jest jeszcze i teraz zacny potomek jegomość pan podkomorzy wielki, daj mu Boże sukcesa wszelakie. A był to ród cnotliwych i poczciwych ludzi jeden w drugiego! rodzili się wszyscy i wychowywali i wsławiali na świecie bez przerwy, a bez plamy, jakoby jeden człowiek sobie podobni. I był u nich (a jest pono i teraz) zwyczaj taki, iż najstarszy z familii zapisywał dzieje ich wszystkich, sławne a poczciwe czyny każdego; tak sobie podając owę księgę i wczytując się w przykłady, starali się bardzo troskliwie, aby imienia swojego sławę poczciwą utrzymać. I trwało to tak bardzo długo, że nikt na nich plamyby najmniejszéj rzucić nie mógł. Ale Pan Bóg ich w końcu ukarał srodze za to pewnie, iż się doskonałemi sądzili, co człowiekowi słabemu nie godzi się. Urodziła się jednemu z onych panów Tęczyńskich córka, któréj imię dano Dorota: było wielkie wesele z powodu onych urodzin na zamku Tęczyńskich, ale się skończyło wielkim smutkiem, gdy wezwany uczony jeden (niektórzy prawią, że żyd jakoby) w gwiazdy jakoś tam mądrze popatrzywszy, przepowiedział, iż ona Dorota miała być dla swego rodu wielkich nieszczęść przyczyną, potém zasię i zapomnieli o owéj przepowiedni, a dziecko się zdrowo i pięknie chowało. Ojciec tymczasem zmarł, została się wdowa, z wielkiego żalu umarła i ona jakoś w rok potém, a Dorota sierota. Naznaczyli jéj tedy opiekę, wziął ją stryj do siebie, miała już lat kilkanaście, a była, mówią, piękna jak anioł i mądra bardzo, że inne niewiasty dziwiąc się jéj rozumowi, mówiły o niéj, jakoby jéj ten wielki dowcip na złe wyjść musiał, gdyż go miała nie wedle płci swéj i wieku — nie inaczéj chyba za sprawą złego ducha.
Tu się stary przeżegnał i splunął.
— Prędko jakoś zjawił się bogaty pan, powinowaty Tęczyńskich (ba tego samego, mówią, herbu), który jął się starać o posażną pannę. Jak to u nas stary zwyczaj, ów pan przez stryjów i opiekunów o pannę jął chodzić, bo oni mieli sami prawo wydać ją za mąż. Zaraz tedy dała się słyszéć Dorota z tém, iż go nienawidzi i nie pójdzie za niego, kiedy się o jéj łaskę nie starał, tylko ją jak bydlę targował. A już podobno miała jakąś miłość w sercu. Doszła zuchwała mowa uszu stryja, który jak wszyscy Tęczyńscy gwałtowny i impetyk był zakaty; uwziął się tedy wydać Dorotę, nie tyle z dobréj woli dla starającego się o nią, jak, by pokazać, że na swojém postawi.
Z początku trzymała się dobrze panienka, ale gdy klasztorem jęli straszyć, a różne na nią sposoby wymyślać, tak ją w końcu pożyli, że dała pierwszeństwo owemu panu, zaklinając się wszakże, iż potrafi się pomścić. Ale mało baczono na te niewieście odgróżki i wesele odbyło się. Historye o niém powiadają, których waszym miłościom długo powtarzać nie będę; to pewna, że gdy ich zawiedli wedle zwyczaju do łożnicy, a wszyscy precz odeszli, mąż uściskać chciał żonę, ona zaś dobywszy noża, uderzyła go nim tak silnie w piersi, iż ciężką ranę zadała wołając: — Masz włości i zamki, a mnie nie tykaj, żeniłeś się z wianem, nie ze mną.
Nie długo jakoś żyła z mężem Dorota i owdowiała rychło. Było gadanie, jakoby go, udawszy zgodę, struła w winnéj polewce, ale nikt tak szkaradnéj zbrodni nie wierzył. Tu zasię swobodniejsza a prawie już woli swéj pani, jęła sobie sowicie płacić za to, co ucierpiała. Na zamku jeno tylko uczty, biesiady, tańce, maszkary i swawole trwały od wieczora do świtu; młodzież się cisnęła ku wdowie bogatéj i cudnéj urody — ona pomiatała wszystkiemi. Dwóch nareszcie, którzy się w niéj zapamiętale rozmiłowali, postanowili dojść, czemuby tak dla wszystkich obojętną była. — Nie może to być, — mówili sobie — aby ku całéj płci naszéj jednaką była, musi kogoś lubować, ale się z tém tai. I poczęli ją śledzić bacznie, aż z wielkim trudem strawiwszy niemało czasu doszli, iż w nocy tylnemi wschody do sypialni wchodził ktoś urodziwy, a nad rankiem go aż służebna poufała wypuszczała. I poczęli pilnować, aby go schwytać, a pomścić się, bo ją wielce miłowali, że aż głowy potracili. Jednéj tedy nocy stanęli na czatach, i widzieli go, jako wchodził, a nad rankiem za powracającym dybiąc, ujrzeli wciskającego się po cichu do komnaty sług. Nie chcieli rozruchu czynić we dworze, a myśleli tylko, coby uczynić nazajutrz, aby go poznać we dnie, gdyż pewni byli, iż nie kto inny był, tylko jeden z dworzan pani Doroty. I następnéj nocy na wschodach wbili kilkoro końców włóczni i ostrych gwoździ tak, iż wracający skaleczył nogę, a kulejąc mocno, zaciągnął się, gdzie i wprzódy. Śledzili tedy rano, którego będzie brakło, ale żadnego z dworzan nie brakowało. I uczynili potém nową zasadzkę, aby go pojmać, ale się nie ukazał już więcéj. Odjechali tedy z zamku pani Doroty, wielce gniewni na nią, roznosząc po świecie, jako owa wzgardliwa niewiasta, która tylu zacnych od siebie odepchnęła, z jednym mizernym pacholikiem sromotnie żyje. A gdy się ona wieść rozeszła, doniesiono ją do uszu stryjów pani Doroty, zawzięli się na nią srodze i nasadziwszy szpiegi, badali, chcąc dojść, z kim żyła; ale napróżno. Trwało to tak lat kilka. Aż w końcu przekupiona dziewka służebna odkryła, iż ulubieńcom owym był jeden młody dworzanin, który się zwał — Zaklika.
— Zaklika! — krzyknął Polak zrywając się z pościeli. — Co? jak? powtórz, stary!
— Zakliką zowie go tradycya — odpowiedział staruszek i ciągnął daléj spokojnie: — Jak skoro upewnili się stryjowie o tém, schwytali onego nieszczęśliwego i wsadzili go w głęboki loch, zakuwszy w kajdany. Sądzili może, iż tém panią Dorotę upokorzą, ale ona nie dała znaku żadnego po sobie; a nie wiedziéć jak Zaklika umknął z lochu w pół roku i wrócił na dwór jéj. Tu już strzegł się lepiéj niż wprzód, że go wziąć nie potrafili. A pani Dorota, czy to z litości, że dla niéj srogą niewolę przecierpiał, czy z przyrodzonego afektu, już cała mu się, wobec wszystkich, nie sromając i nie kryjąc, oddała. Z ubogiego szlachetki Zaklika zmienił się prawie w pana, dano mu dwór, konie, sług, pieniądze — co zażądał. Mówią, że potajemnie ślub wzięli. Stryjowie gorzéj się jeszcze rozjedli na swoję synowicę; a gdy raz Zaklika z łowów powracał, napadli go w lesie i zabili. Na tém nie koniec, pani Dorota jakby się zawzięła przeciw nim, dobrała sobie z dworzan drugiego miłośnika, z którym żyjąc nie taiła się wcale, owszem, jakby sobie z tego chluby szukała. Zabić kazali stryjowie i tego; nastąpił trzeci, który się nie uląkł poprzedników swoich. Z tym, w kilka miesięcy, także nie wiedziéć co się stało. Dorota naówczas jakby w rozpaczy rozpasała się na najsromotniejszą rozpustę, o jakiéj strach pomyśléć, a poczciwemi usty rozpowiadać jéj się nie godzi. Tymczasem stryjowie i inni krewni złożyli radę tajemną, jakby zapobiedz takowemu życiu, które ich poczciwe imię i sławę przodków kalało. Różne różnych były zdania. Jedni ją zabić, drudzy otruć, inni zamknąć do lochu radzili; aż najstarszy wniósł, aby postawić wieżę nad drogą i w niéj ją zamknąć, a ludziom przez to pokazać, iż jedynéj sromocie swego rodu i zakale imienia nie przebaczyli Tęczyńscy, a srodze ją ukarali. Przyjęto radę, spędzono ludzi i w dni kilka tajemnie pobudowano wieżę. Zaledwie ukończona została, stryjowie wpadli na zamek pani Doroty, porwali ją i uwieźli i osadzili w onéj wieży, w któréj téż rychło umarła; a przez wielką zemstę, ciała jéj nawet nie pogrzebiono, które mizernie w zamurowanéj izbie porzucono. Póki żyła Dorota, mówią, że czy z wyuzdanéj rozpusty, czy dla złości przeciw stryjom swym, siedząc w oknie, wabiła do siebie podróżnych, a nawet chłopów i żebraków, wołając ich jako prawa nierządnica, a zowiąc się po nazwisku swojém w głos. Wielki to był wstyd dla panów Tęczyńskich ale srodze się téż zań mścili.
— I koniec? — spytał staruszka Świdło.
— Nie koniec jeszcze — odpowiedział klecha. — Taka to była w niéj uparta niewieścia natura, że po śmierci wraca do onéj wieży i w niéj hula, śpiewa, bankietuje, a trafi się li w nocy podróżny, to go ku sobie wabi, jako przedtém. Mówią, że wielu tak śmierć znalazło, drapiąc się do wieży, a nie wiedząc, że ona kobieta, co ich kusiła, była złym duchem — bo mara okazuje się piękną, młodą, wesołą niewiastą, jak była za życia, i śpiewa niekiedy piosnkę miłosną; lub mówi, poczynając zawsze od tego:
— Jam Dorota Tęczyńska!
— Szczera prawda, — szepnął z cicha Litwin, sięgając do kalety po szeląg dla klechy — sam ją widziałem. A może li Bóg, niech im wszystkim przebaczy, bo wszyscy zbłądzili wiele, i panów stryjów nie wyjmując.

1840 październik
Gródek.





Literat na prowincyi.
(list do wydawcy tygodnika petersburskiego).


Zapewne od niejakiego czasu winisz mnie Pan (a ja tego nie mam za złe, owszem wdzięczen byłbym za ten dowód interesowania się), że dawniéj jeden z najgorliwszych, najnatrętniejszych korespondentów Tygodnika, teraz rzadziéj się w nim niż przedtém ukazuję. Potrzebuję się z tego wytłómaczyć, aby z boku patrzący nie osądzili tego fałszywie i nie domyślali się, czego niéma. Już téż kilka osób zapytywało mnie, dlaczego mniéj teraz pisuję do Tygodnika. Otóż wymówię się przed panem i wytłómaczę się przed ciekawemi, a jeźli w tym wykładzie przyczyn zaczepię (bo zaczepić muszę) swego ja i wyprowadzę na scenę siebie, pan mi tego za złe nie weźmiesz, bo dobrze wiesz, że to nie grzech; jeśli zaś inni pokręcą głową, to niechaj kręcą szczęśliwie. Nie mógłby człowiek stąpić kroku po téj drodze życia nieszczęśliwej, gdyby się ciągle obracał i oglądał, co o tém ludzie powiedzą. A zatém my swoje róbmy a im dozwólmy kręcić głowami, tupać nogami i krzywić nosami, skoro im to może zrobić przyjemność. Teraz zaś do rzeczy.
Pan mieszkając w stolicy, nie masz podobno wyobrażenia o życiu literata na prowincyi, chyba przeczuciem. Nie mówię tu o pseudo-literatach i hemi-literatach, którzy się łatwo pogodzą z życiem wiejskiém, lecz o tych, którzy się zupełnie i wyłącznie poświęcają literaturze, jak ja. Mam bowiem, zdaje mi się, prawo powiedziéć to nawet sam o sobie, że się temu poświęciłem i oddałem, gdy codziennie mi się i gorzko najczęściéj to poświęcenie przypomina. Jest więcéj takich, którzy wolne tylko godziny, niedogryzki życia, umysłowym zajęciom ofiarują, lecz mnie się zdawało zawsze, że aby skutecznie pracować i z siebie dla siebie coś zrobić i dla ludzi być użytecznym, trzeba oddać lepszą i większą część życia. Cóż za tém poszło? Naturalnie zapomnienie o wszystkiém, wyrzeczenie się wszystkiego dla literatury — wyrzeczenie się towarzystw (po większéj części niewielka ofiara), wyrzeczenie się przyrodzenia, swobody, spokoju i nadziei polepszenia materyalnego bytu, nawet przyjemności familijnych, które nielitościwie wymagająca praca obcina bez miłosierdzia. Nie skarżyłem się na to, nie mówiłbym nawet, gdyby komukolwiek na myśl przyszło, nie mówię ocenić poświęcenie, ale nawet zrozumiéć je. Ci panowie uważający literaturę za rozrywkę, książkę za słaby surogat wista, te panie, które śmiechu szukają wszędzie, dowcipu na każdéj karcie, młodzież nasza rozpróżniaczona, starzy po większéj części literatów na jednéj szali z komedyantami kładnąc; jakże mają seryo pojąć takie poświęcenie i zrozumiéć, że ono egzystuje, gdy przekonani nawet o niém, inaczéj nie potrafią nazwać, chyba szaleństwem i obłąkaniem.
— Proszę pana — powiadają — całe dnie, całe noce trawi nad książkami, nad pisaniem, gospodarstwo opuszcza, sąsiadom chybia, bo u nich nie bywa, z ludźmi nie żyje. Czysty waryat, panie dobr.!
— Biedny człowiek — odzywa się drugi głos, — ma jakiegoś szusta nieborak.
— Żeby téż tym dzieciństwom — dodaje poważniejszy staruszek — całe życie poświęcić! my to przecie w tym wieku pracowali, aby sobie los zapewnić, przyszłość niezależną uczynić; wyraźnie ma szusta, dobrze pani powiada.
Otóż sąd nieodwołalny — poświęcenie, nie umiejąc go pojąć, zowią obłąkaniem! Drudzy choć w oczy wstydzą się nawracać na drogę zbierania, gospodarowania etc. etc., choć w oczy wysoce chwalą takie poświęcenie, za oczy na równo z innemi ruszają ramionami. Trzeci, że nigdy nie probowali pracy tego rodzaju, nie pojmują jéj, nie rozumieją, utrzymują, że możnaby pogodzić oddanie się literaturze i mamonie.
— Ot, naprzykład — powiadają, — czemu ten, czemu ten, czemu tamten i ów, i gospodarują, panie, i wiersze piszą.
— Bardzo wierzę! Można wybornie gospodarować i wiersze pisać, ale od tego do poświęcenia się wyłącznego literaturze daleko. U nas dotąd nie bywało prawie przykładów oddania się zupełnego zajęciom umysłowym, chyba w ludziach z profesyi nauki traktujących, profesorach. — W świecie zaś wiejskim, takiego zjawiska nie słyszano, nie widziano, stąd najdziwaczniéj sądzą.
Nie szło tu jednak o sąd powszechny, ale o co innego; wróćmy do rzeczy.
Przystąpmy do najdelikatniejszéj materyi. U nas literatura nie daje i nie może dać chleba; każdy, jéj poświęcający się zupełnie, musi tedy ten chleb albo miéć zapewniony wprzód, albo jedną ręką na chleb, a drugą na poczciwą sławę pracować. Kto zaś chce się poświęcić wyłącznie literaturze, będzie niezawodnie chodził bez butów, jeśli nie ma innych utrzymania materyalnego życia źródeł. U nas dotąd literatura, jak owe bogi Wschodu, i jak bogi dawne Litwy, najulubieńszym swym synom, w dowód nieograniczonéj łaski, zsyła bole i cierpienia. Czemu tak jest u nas, gdy gdzieindziéj inaczéj? — Nie będę w to wchodził, nie mogę, nie chcę obwiniać nikogo.
Otóż, szanowny Panie (wykrztuśmy i to nareszcie), nie będąc nie tylko bogatym, ale nawet dostatnim, oddawszy się literaturze, muszę jeszcze myśléć, choć nie chcę, choć to prawie niepodobna, o gospodarstwie, o stodole, o owcach, o interesach, podatkach, potrzebach i o jutrze. — Wystaw więc sobie Pan, co to się w téj nieszczęśliwéj głowie dzieje, gdy z jednéj strony biją w nią myśli z pięknego świata, z drugiéj kłopotliwe przypomnienie jutra, przyszłości, starości. — Człowiek porywa pióro i rzuca, siada pisać i wstaje, chciałby tworzyć a nie może, gdy się wreszcie zdecydował, machnął i odpędził natrętne czarne myśli, usiadł i począł; — w tém wpadł ktoś, wszedł z potrzebném zawsze przypomnieniem o stodole, owcach, gorzelni — i wszystko popsuł. Pytam się, nie trzebaż to świętéj cierpliwości, aby znowu potém usiąść i pisać? A ileż to razy, myśl zerwana w połowie, spłoszona poleci, gdzie jéj nikt nie dogoni!
Dodajmy teraz nieodłączne od wiejskiego życia interesa. Daj Boże miéć je z uczciwemi ludźmi, naówczas kończą się łatwo, prędko, i czasu nie zabiorą; wpadnij-że na mataczy, na biednych, co w pocie czoła cudzego grosza szukają! — znowu miesiące, tygodnie, dni, godziny przepadły; napróżno wówczas stuka do twego serca uczucie, myśl, przypomnienie, próżno przychodzi zapał — gdy niéma spokojności, gdy się lękasz nie o siebie, ale o swoich, o żonę, o dzieci, o te przeklęte jutra — jakże tu pracować, jak pisać?
Potém wytarganemu gospodarstwem i interesami, fizycznie i moralnie osłabionemu, połamanemu na ciele i umyśle, jak siąść do pracy, jak tworzyć, gdy długo oddychać trzeba, nim się uspokoi gorączka przywieziona z podróży i poplątane myśli osiądą. O! Panie, męczeństwo takie życie, istne męczeństwo!
Ale nareszcie otrząsłeś się z gospodarstwa, zdałeś je na złodziejów, spodziewając się że przynajmniéj niewiele ci ukradną, i pokończyłeś interesa zapłaciwszy dla spokojności dwa razy jedno, wróciłeś do domu, odpocząłeś, uśmiechnęła się żona, przywitało cię dziecko, rozruszały cię książki nowe, któreś czytał — siadasz do pracy, roją się myśli, układasz plany, różowo widzisz ten utwór przyszły, który dokonany wyda ci się pewnie popielaty tylko — znowu jesteś w swoim żywiole.
Trzask z bicza!
— Ktoś przyjechał?
— Pędzą owce — Chwała Bogu! ale już śmiertelne przeszły cię dreszcze od stóp do głowy, zimno ci się zrobiło, przeląkłeś się — nic to — niéma nikogo.
Trzask z bicza!
— O!
— Ktoś przyjechał?
— Tak — odpowiada ci żona po cichu — istotnie ktoś przyjechał. A! więc precz książki, precz papier i pióra, precz myśli, wypogódź czoło, idź podziękuj gościowi, że cię odwiedził, że o tobie pamiętał.
I tak się téż robi — trzeba być uprzejmym, uśmiechającym się, zapraszającym, trzeba nie puszczać, trzeba rozmawiać o pogodzie, o urodzajach, o sąsiedztwie, siedziéć jak na mękach i udawać wesołego, szczęśliwego. Inaczéj powiedzą, że nie umiesz żyć z ludźmi, żeś dumny, zarozumiały, żeś — ale kto to wyliczy, co gadają!...
Zbyłeś gościa jednego, wjeżdża drugi. — Przyjacielu, jak się masz!
— Niéma co mówić: wszyscy przyjaciele! Bierze na sekret, ważne wiadomości. — Tam a tam, mówiono o tobie to a to — tam a tam odpowiedział tak a tak. Sprzeczali się. Tu znowu powiadają, że ty — i tak daléj.
Niepodobna, aby najrozumniejszego nawet człowieka najgłupsza czasem plotka nie dotknęła. Otóż i po spokojności. Wije ci się po duszy myśl niepotrzebna i dręczy jak soliter. Pojechał przecie roznoszczyk plotek, z nowemi plotkami daléj i jesteś wolny.
Nadjeżdża posłaniec.
— Czego tam?
— Pan, Pani — prosi o książki. Dajesz książki, bo dałbyś duszę, żeby się uwolnić. — W tydzień odbierasz zamiast podziękowania, odesłane książki podarte, oplamione, oszarpane, a w dodatku list z wymówkami, żeś chyba na szyderstwo i żart dał takie rzeczy do czytania. Jedna książka była za rozumna, druga za głupia (znajdź-że środek, kiedyś mądry), trzecia nieprzyzwoita, czwarta nie nowa, piąta usypiała skutecznie. Pożyczaj drugi raz książki!
Już znowu siadasz. Wieczór, nadchodzi swobodny wieczór, wieczorem rzadszy gość, nie przychodzą listy, i nie latają daleko plotki — pewny jesteś odpoczynku. Gdzie tam! Oto wchodzi ekonom, któremu sto razy powtarzać musisz do zrozumienia dyspozycyą na jutro (a jednak jéj nie spełni). Sotnik wnosi ogromny pęk kursoryj do podpisania, dozorca magazynowy przysłał jakieś formuły, które potrzeba przepisać; dają ci znać, że na kwatery przyszli żołnierze, a ty ich masz rozstawiać, tu znowu potrzebują furmanek pod przechód i t. d. Otóż i wieczór ci przepadł. Szczęśliwy, jeśliś skończył to wszystko do dziesiątéj i już spojrzawszy na zegar, liczysz sobie cztery godziny wolne, bo ledwie spoczniesz o drugiéj. Ale w téj chwili, jakże nie pomówić z biedną żoną, która cały dzień w milczeniu strawiła, nad robotą i książką, jak nie pobawić się z dziecięciem, które ku tobie rączki wyciąga! — Tak prędko biegną godziny! północ, ucichło, wszyscy spać idą — godzina pracy. W tém czujesz, jak całodzienną wrzawą, niepokojem, rozdrażnione nerwy drgają w tobie, jak głowa ci się płomieni, jak oczy pieką, krew wre po żyłach — siadasz i wstajesz i padasz bez modlitwy na łóżko, bo ci sił nie stało!
Ciągle chciałeś coś zrobić — a jednak nic nie zrobiłeś, dzień przeszedł! tyś dzień bliżéj grobu, a dzień ten minął nie zapisany w księdze życia. Niepodobna! niepodobna! zrywasz się, oblewasz się wodą, chłodzisz się powietrzem i siadasz do pracy. Bardzo jednak wątpię, żebyś co dobrego napisał!
Nazajutrz przychodzi poczta. Dzień cały zajmie ci czytanie pism peryodycznych, nadeszłych ksiąg, gazet, listów! — A! listów, na które odpisywać potrzeba, a bywa ich dziesięć, piętnaście — i więcéj! Dodawszy listy gospodarskie, przyjacielskie w interesach i familijne, sformuje to jakich dwa tysiące półarkuszy do napisania w rok. Tymczasem jednak siadasz tylko czytać. Już i to robota. A naprzód wpada ci do rąk gazeta z Warszawy, opieczętowana, nadesłana bezimiennie; jest to ekstra-pocztą wyekspedyowana zjadliwa recenzya. Wyrachowano wybornie, aby nie zawieruszyła się na poczcie i jak najprędzéj cię doszła.
Jakkolwiek kto jest oswojony z rozumnemi i nierozumnemi recenzyami (a ja spodziewam się, jestem bardzo, bo mnie ostatniemi karmią nie żałując) — zawsze to pewna, że smutne wrażenie robi zjadliwy pocisk. — Jeśli jeszcze nie widzisz sensu, prawdy, znajomości rzeczy, tylko szczerą złość, litość cię bierze nad bezimiennym głupcem, ale cię boli uderzenie. Popsuty humor, co gorzéj, rodzi się na jakiś czas niechęć do pracy, zrażenie, odpada ochota — radbyś wszystko porzucił! Ale zaprzężony koń nie zrzuca szlei, choć mu boki obciera. — Czytasz daléj — listy z komplementami — nudna potrawa, która wcale nie osładza goryczy głupieli recenzyj — listy z wierszami! Uchowaj nas Panie! ciężkie to listy! Jednakże, aby nie zawieść położonego zaufania, potrzeba odpowiedziéć. — Listy z prośbą o radę literacką — trzeba dać radę. — Listy z wymówkami, trzeba przyjąć wymówki. — Listy z reklamacyami — trzeba wrócić temu literę a tamtemu półtoréj opuszczonéj gdzieś wypadkiem. Listy z poznajomieniem się — trzeba podziękować — a koniec końcem — na wszystko odpisać. Aby się prędzéj zbyć z głowy ciężaru, siadasz i piszesz półtora dnia; jedzie na pocztę posłaniec i drugie tyle ci przywozi. Nie mówię, co to kosztuje pieniędzy, gorsza szkoda czasu, człowiek już o pierwszéj nie myśli, choć żonie żal tych idących w świat rubli, które nigdy nazad nie wrócą.
Otóż masz, Panie, obraz tylko jednéj części kłopotów. Teraz wziąwszy samo życie literackie, na które ile zostaje czasu, osądzisz sam; podzielmy je jeszcze na godziny nauki, bo się człowiek do śmierci uczy, godziny czytania, godziny poszukiwań i samego już tworzenia. Kilka rzeczy poczętych, wymagają każda osobnych przygotowań, namysłu, badań, zastanowienia. Tymczasem księgarze dopominają się rękopismu, a wydawcy pism peryodycznych artykułów. — Z serca radby się człek podzielić w dziesięcioro, aby każdemu dogodzić, pochlebiają same żądania i nalegania. Ale jak, proszę Pana, skończyć poczęte dwie historye, cztery powieści, poemat, pogodzić redakcyą pisma zbiorowego, do którego wszystkie artykuły przeczytać a kilka przynajmniéj przepisać potrzeba, jak pogodzić to z kolaboracyą do Tygodnika, Orędownika, Lwowianina, Gazety Porannéj, Przyjaciela i t. d., i t. d. Już wreszcie, z bólem serca trzeba komuś uchybić, czasem słowa nie dotrzymać, czasem posłać artykuł ni w pięć ni w dziewięć.
Otóż i wyjaśniona tajemnica mojego chwilowego milczenia, chwilowego, bo tyle się czuję dla niego i dla jego pisma obowiązanym, iż w piérwszą swobodniejszą chwilę wrócę z dawną gorliwością i zapałem do korespondencyi. — Chciéj Pan wierzyć, i t. d.

Gródek, 24 lutego 1841 r.





Adam.
(wspomnienie akademickie).


I.

W młodości życie staje przed człowiekiem z rękoma pełnemi obietnic, nadziei, wspaniałych przyrzeczeń, bogato strojne, głową w niebiosach, uśmiecha się, otwiera ramiona i pokazuje przyszłość! przyszłość za mgłami, ale we mgłach nadzieja widzi wspaniałe gmachy, żyzną krainę, mlekiem płynącą i miodem. I młody idzie, leci, rzuca się w życie, pomiatając wszystkiém, co spotyka, szafując sobą, czasem, zdrowiem, idzie do tych mglistych krajów swéj wyobraźni, co się mu potém smutną wydmą piaszczystą pokazać mają. Na drodze nieraz go co powstrzyma, ale młodzieniec odpycha wszystko, rozbija, byle biegł daléj i daléj. I niczego mu wówczas nie żal, bo zdaje mu się, że go czeka bogata za wszystkie ofiary zapłata. Ani mu mówić wówczas, że kłamią nadzieje, że zawodzi przyszłość — nie uwierzy! ani go wstrzymać w pędzie cichém szczęściem, spokojem; ani go ukołysać słowy smutnego doświadczenia; niczemu, nikomu nigdy nie uwierzy.
Ale są ludzie, którzy prawie nie mają młodości, nie znają co marzenia i jéj nadzieje. Ci ludzie urodzili się z gotowém życiem, z przeznaczeniem odkrytém, odrazu ujrzeli, co ich czeka i zimno patrzą na wszystko. Wszystkiém, czego mu braknie, zapełnia on ten swój świat marzenia: miłością, dostatkiem, sławą — uplata sobie troiste wieńce, złote, różane i laurowe, w nie skroń ubrawszy marzy biedny. A jeśli prawda, że w nadziei tylko i marzeniu jest prawdziwe szczęście bez przebudzenia, przesytu; to najszczęśliwszy, kto we snach tylko dotknął ustami kielicha tak nazwanych przez się rozkoszy i nie dopił go na jawie do gorzkich mętów. A na jawie jest-że szczęście bez odwrotnéj stony, bez jutra, bez zawodu! Zawsze one podobne do owoców z nad Martwego jeziora.
W wiośnie życia, kiedy człek cały rozkwita nadziejami, innego mu nad nie nie potrzeba pokarmu; chleb, woda, niebo pogodne i marzenia, a marzenia wijące się niebieskiemi wstęgami, jak szerokie rzeki z umajonemi brzegi — i dosyć dla niego. Znosi pracę, niedostatek, upokorzenia, szyderstwa, w duszy jego dzwoni nadzieja wołając — za wszystko przyszłość zapłaci, za wszystko, i za głód i za łzy i za krwawy rumieniec upokorzenia i za długie dni samotności — za wszystko!
Biedny on nie wié, że każdy wiek ma swoje owoce, cierpienia, a nic za nie nie płaci! Że młodość tém tylko szczęśliwsza, iż nie żyje rzeczywistością, ale jutrem, urojeniem; że to sen, co go człek wyniósł z nieba, z którego na ziemię przyszedł. A gdy świat rozbudzi zupełnie, otworzy oczy — o! po wszystkiém! po wszystkiém wówczas i na wieki. Resztka niedojedzonego życia, to mozolny ciężar do dźwigania, a co krok zawody, co się nie skończą aż jedną tylko niezawodną — śmiercią.
W młodości — ale któż tego nie wié? każdy kto był młody i odwrócił się potém popatrzéć na uciekającą młodość, musiał westchnąć nad nią. A są i tacy, co nigdy nie byli młodzi i co niemi są do śmierci. Tacy to jedni szczęśliwi — i świat ich staremi dziećmi nazywa — on szydzi, bo go boli to szczęście, którego zazdrości, któreby im wydarł, aby nigdy nie kosztowali.
Znałem jednego młodego — o! ten był prawdziwie młody i pił z zaczarowanéj czary; pił, aż się upajał, aż szalał! Ubogi, bardzo ubogi, żył z ciężkiéj pracy, z bezsennych nocy, z nudnego wlewania nauki po kropli do głów dziecinnych, wybladły, wycieńczony, zmordowany na ciele, żył cały nadzieją swojéj złotéj przyszłości, do któréj szedł z taką w nią wiarą, z taką pewnością o jéj niechybném osiągnieniu, jakby go minąć nie mogła. Kiedyś się nad nim użalał, że cierpiał, że był ubogi, że tak ciężko pracował, odpowiadał tylko wzgardliwym uśmiechem, jak gdyby mówił: — Nie użalaj się nade mną — jest coś, co wszystko nagrodzi. Z niewymownym zapałem chwytał się nauki; wyobrażał sobie, że ona ma być drabiną, po któréj dojdzie na wysokości marzeń, pił ją zewsząd i z prelekcyj nauczycielskich i z ksiąg i z żywego świata, i z doświadczeń i z rozumowania, chwytał bez wyboru, byle więcéj a więcéj. Ale cały zajęty nauką, miał ją tylko za środek do dopięcia celu swojego, za drogę do szczęścia, do sławy, do bogactwa. Pragnął tych rozkoszy życia, których nie kosztował nigdy, co mu się zdawały nieprzepitém morzem nektarów! Nie raz nad księgą, w nocy, rzucał ją na kolana, wlepiał oczy i tak wychodził na przechadzkę do raju myśli i w nim błądził do dnia. Serce bijące pragnieniem mówiło mu: — Wszystko to się miéć będzie, wszystko!
I jak nie miał pragnąć chciwie wszystkiego, gdy od kolebki ustami nie tknął żadnéj rozkoszy życia, ni razu się nie odczarował posiadaniem, nasyceniem. Sierota, dzieciństwo spędził na łasce ludzi, co pokazują go dumnie jak świadectwo miłosierdzia nad biednemi, nie wiele się o niego troszczyli, częściéj goryczą niż pociechą karmiąc, częściéj wyrzutem niż nadzieją. Tak przy kuchniach zgłodniałym psom rzucają kość i bijąc je, kiedy się zbliżą połasić, kiedy o pogłaskanie poproszą. Dobroczyńcy jego za chleb ze wzgardą wyrzucony sierocie, bolesném cierpieniem płacić sobie kazali, posługi upokarzającemi, łzami, za które karano srodze. Licho okrywszy ciało, dawszy mu strawę z okruchów swego stołu, nic pomyśleli o duszy. Na co go uczyć? — mówili, — ubogi, niech pracuje, niech nie wychodzi ze swego stanu. Jak gdyby ubogi powinien pokornie nawet ze swym rozumem ustępować przed bogatym! Jak gdyby nauka, oświecenie, były tylko w ręku możnych użyteczne, a ręku ubogich mieczem szalonego!
Tak on wzrósł na śmieciskach, na wzgardzie — aż jedząc chleb spleśniały ze łzami, otwarły mu się bramy raju nadziei, obudziła się żądza nauki, żądza wywyższenia, wyjścia z otchłani, na biały świat szczęśliwych ludzi.
I począł pracować. Przejście z dzieciństwa do młodości ciężkie mu było, jeszcze dzieckiem zaczął pracować ciężko, jedną pracą na życie, na chleb, drugą na przyszłość.
Tak z utrapionego dzieciństwa przeszedł do złotéj młodości, złotéj obietnicami a ciężkiej jak kajdany. Ale za nią, przed nim, były tak piękne krainy!
Adam, kiedym go poznał, wstąpił był już w swą młodość, skończył szkoły i z tłomoczkiem na plecach, kijem w ręku, w wytartéj sukni i kilką książkami pod pachą, przyszedł na uniwersytet sam jeden, nie mając nikogo znajomego, żadnéj opieki, żywéj duszy, coby się nim zajęła. Pierwszą noc w Wilnie przespał u wrót kościelnych, sparty na kiju. Nazajutrz pierwszego młodego nazwawszy bratem, spytał, o co mu było potrzeba, i już miał na prawdę brata. Wszyscy wówczas współ-uczniowie braćmi sobie byli, a ubogiemu każdy wyciągał serce na ręku. Było to braterstwo jednych losów, jednych uczuć, jednéj młodości.
— Nie masz znajomych, kwatery? — spytał Adama współuczeń.
— Nic, nic, ani nawet pieniędzy — odpowiedział spokojnie i bez wstydu Adam — przyszedłem pieszo, a w drodze żyłem chlebem, wodą i nadzieją.
Podali sobie ręce, ścisnęli, westchnęli i poszli. Adam miał już przyjaciela i doradcę, znajomego, kwaterę i stół, którym się z nim współuczeń z serca podzielił, potém znaleziono mu obowiązek, jak nazywano, korepetytora, dozorcy. Ciężkie zaprawdę kajdany do dźwigania, ale je niosła z jednéj strony młodość, z drugiéj nadzieja, i lekkie mu były, a nie czuł ich na nogach. Adam przy swojém ubóstwie wysoko nosił czoło, bo sam już na chleb zarabiał, nikt mu go z łaski nie dawał, a tym pierwszym pomyślnym skutkiem wzmogły się marzenia świetnéj przyszłości.
Gorąco wziął się do nauki. Był to jeden z tych uczniów, co nie opuścili jednéj godziny, którzy nie chorowali, boby ich choroba zjadła gorzéj niż zdrowie, więcéj niż zapracowany grosz — czas, czas najdroższy, co nie bawili się, bo mieli przed sobą przyszłość brzemienną wyższemi nad wszystkie, jakie tylko miéć mogli, rozkoszami, co nie próżnowali, bo pilno im było dojść celu!
I upragniona nauka w otwarte wrota żądzy lała się strumieniem, wszystkich prześcigał, wszystko zgadywał, wszystko pojmował, nic nie zapomniał. Co drugim trudno, jemu było igraszką, silna wola zastępowała w nim zdolności, wychowanie — usposobienia, których brakło, silną wolą szedł wprzód, nie czując, że walił mury i gruchotał palisady. Miło było i straszno patrzéć na tego człowieka z tak zimną krwią i takim zapałem idącego naprzód, a naprzód pod chorągwią niebieską przyszłości. Pierwsze trudności przełamane, pierwsze lata nowicyatu przebyte, uczyniły Adama pewnym siebie i monomanem prawie, tak silnie on wierzył w wielką swą przyszłość. Gardził wszystkiém, co spotykał po drodze, przyjaźnią, przyjemnostkami życia, pięknemi kwiaty, co rosną nad brzegiem młodości, póki się ona w szerokie, na łożyska piasków, późniéj nie rozleje jezioro, którego fale o kamienie biją się tylko. Jemu te kwiaty na nic, tam gdzie kwitnie lotus dla niego! i deptał, co napotkał, pomijał ze wzgardliwym uśmiechem. Częstośmy go wzywali między siebie na młodzieńcze zabawy, wówczas stanął, odwrócił się, spojrzał, wzruszył ramionami, wskazał na książkę, która niósł pod pachą, i szedł daléj.

II.

Długo, długo tak trwało, ale zawsze tak być nie mogło. Samą nadzieją ciężko i coraz ciężéj wyżyć mu było, począł chmurzyć czoło i wzdychać — począł nawet wątpić, w co dawniéj wierzył tak silnie. I często dla gwaru ulicy, dla pięknéj twarzy, dla pary oczu, co jak dwie gwiazdy spadające mignęły przed jego okiem, rzucał księgę na kolana, dumał, dumał. To zawsze wychodził z założonemi rękoma na przechadzkę po nad Wilię sam jeden i siadał gdzie myśléć, marzyć. Chciał wcześnie skosztować nagrody trudów swoich, bo mu zasychało gardło od pragnienia.
Niespokoił się jak podróżny, co widział w lesie światło od okna ciepłéj gospody i do drzwi jéj trafić nie może. Dziecięciu pracy, wychowańcowi cierpienia, chciało się już choćby odetchnąć lżejszém powietrzem. I młodość mówiła mu — jeszcze wszystko przed tobą i lata i nauka i wielkie morze — napij się ze strumyka, ochłodź usta spalone.
— Jutro, jutro — odpowiedział Adam w sobie — jeszcze wytrzymam, przeboleję; a potém wszystko moje — cały świat, cały raj.
Adam rzadko chodził do kościoła, bo dobroczyńcy jego nie namaścili ust modlitwą, nie przeżegnali piersi krzyżem Chrystusowego pokoju, nie uwieńczyli głowy nauką boską cierpienia i poświęceń! A! nic i nic — nie biło mu serce na głos dzwonu, na pieśń świętą kapłana — leciało to wszystko, jak potok górny po głazie, co ją ledwie z pyłu oczyści, ale nie zmiękczy i nie przejmie. Były jednak chwile jakiéjś niepospolitéj tęsknoty, które przyszły w tym drugim peryodzie jego życia — były chwile, w których wiedziony niewidzialną ręką anioła-stróża, co mu go matka u Boga wyprosiła. Szedł do kościoła, oparty o słup stawał, myślał. Wówczas myśli jego przybierały barwę dziwną, smutną i wątpił o sobie, o wszystkiém, i szukał, coby zastąpić mogło, gdyby utracił wszystko — a nie widział jeszcze. On się nie modlił w kościele, ale potrzebował czasem być w nim i podumać, ciągnęło go coś szaremi zmroki w pusty kościół.
Raz z przechadzki niedzielnéj wbiegł on do św. Piotra. Wnętrze kościoła, oblane zmrokiem wieczornym, dziwacznie się wydawało w pokrzyżowanych cieniach i światłach mdłych od kilku lamp i świec, i od kilku okien. Kilku dziadów siedziało u proga, a jedna kobieta klęczała w ławce. Adam wszedł, oparł się i dumał, nic, nikogo nie widząc, całą duszą w dumaniu. Nawet kobiety nie postrzegł, choć każdy inny najpierwéjby ją tam zobaczył. Była młoda, a jak cudnie piękna! Nie młodość ją i świeżość tylko piękną czyniły, ale rysy twarzy jakby idealnego rysunku boskiéj jakiéj Madonny! Na białą i ledwie zarumienioną twarz spadały czarne i połyskujące włosy, z pod których świeciło czoło marmurowe, jedną zmarszczką nie przecięte — pod niém paliły się czarne oczy osłonione rzęsami długiemi, nos prosty grecki przedłużał linię czoła, a pod nim usta niewielkie w łuk zgięte, czegoś smutnym uśmiechały się wyrazem. — Owal twarzy kończyła broda zaokrąglona wdzięcznie. Smutny spokój był w oczach i ustach, chrześcijańska zda się rezygnacya na nich spoczęła i oblała je niewymownym swym urokiem. Ale takli było wistocie, czy to tylko sukienka włożona na twarz razem z kapeluszem do kościoła? O! pewnie tylko sukienka, w któréj kobiecie do twarzy, bo z pod smutku przegląda wesele, jak z pod białéj sukni balowéj różowa, z pod rezygnacyi — niecierpliwość.
Spojrzała na Adama i zdziwiła się — on na nią ani patrzał, ani się ku niéj obrócił, ani był ciekawy jéj pięknych oczu, jéj anielskiéj zobaczyć twarzyczki. — Wszedł nie schyliwszy głowy i stanął z oczyma wlepionemi w ciemniejszy głąb kościoła. Kobieta zakaszlała, zaruszała się, zaszeleściła jedwabną suknią, westchnęła — i nie spojrzał jeszcze! nie spojrzał na nią! — Coż mu jest? — powiedziała w sobie — bardzo nieszczęśliwy, albo najszczęśliwszy że świata nie widzi i widziéć nie pragnie i nie szuka nic wkoło siebie.
I westchnęła raz drugi, a westchnienie poszło napróżno, tylko od niego zamigotała lampa przed obrazem. Wyraz smutku miłego ustąpił z twarzy kobiety i weszły na nią ciekawość, niecierpliwość — niepokój. Bo czemuż nie spojrzał na nią?
I przyglądała mu się z ciekawością, aż uznawszy go młodym i pięknym, podwójnie się zdziwiła. W téj chwili Adam się odwrócił i oczy się ich spotkały. Kobiece paliły się niecierpliwością, męskie osłaniała mgła łez, co nie wydobywszy się jeszcze z powiek, pod niemi krążyły.
A taka była siła łzawego spojrzenia, przez które wyglądało tysiące myśli o przyszłości, że przed nim zachwiał się wzrok kobiecy i upadł bezsilny na ziemię. Ale podniósł się raz drugi i spotkał już inne wejrzenie. Adam całą duszą patrzał na kobietę, jakby ją pierwszy raz w raju u boku swego zobaczył — pierwszy raz, najpierwszy w życiu zabiło mu serce niepokojem miłości, pierwszy a najpierwszy raz spotkał się oko w oko ze swoją narzeczoną przyszłością, tak mu się zdawało, i powiedział w duszy: — Oby tak być mogło! oby to była przyszłość moja!
Niestety! spełniło się życzenie!
Kobieta poruszyła się z ławki i wyszła z kościoła, — Adam pociągnął się za nią. U drzwi biorąc święconą wodę, obejrzała się, postrzegła go, zarumieniła się, obróciła raz jeszcze i z bijącém sercem dumna zwycięstwem swém wyszła. On patrzał, patrzał i cały był w oczach, cały oczyma. Ale wkrótce załamał ręce i stanął wryty na progu smętarza — piękny powóz zajechał po nieznajomą, która siadła do niego, spojrzała raz tylko jeszcze i wskazawszy ludziom ręką na miasto, otulona salopą — odjechała. Adam byłby szedł na koniec świata za nią, gdyby szła piechotą, ale nie pogonił za odjeżdżającą. Z innego to świata istota, — pomyślał — jeszczem ja od niego daleko, ale kiedyś w nim będę! o będę! — I począł wracając do domu dumać, a dumanie zaprawiło się żółcią i octem, bo myślał, jak nieprędko wejdzie w upragniony świat, on co jeszcze tak był nizko, i ile lat jeszcze upłynie i powiędnie łodygami bez kwiatów. I ona — dodał w myśli, — uwiędnie także.
A młodość odpowiedziała potrząsając swój niewyczerpany róg obfitości — nadziei — za nią będzie sto innych! sto piękniejszych!
A serce westchnieniem rzekło — sto tamtych za nią jednę!
W tumanach pyłu znikł powóz, a Adam nierychło wrócił do samotnéj izdebki.

III.

Czegoż mu teraz ciasno i duszno, i wziąć się nie może do przerwanéj pracy, próżno nić niedawno przerwanych chcąc związać myśli. Usiadł, otworzył książkę, wlepił oczy, czytał, ale nie wiedział sam, co robił, po głowie wlokły się jakieś cienie szeleszcząc jedwabnemi sukniami, migając czarnemi oczyma, napróżno je opędzał: przychodziły znowu i jeszcze i jeszcze, aż zniecierpliwiony, rzucił książkę, wziął za czapkę i wyszedł, nie chciał się sam przed sobą przyznać, jakie na nim wrażenie zrobiło jedno spojrzenie kobiece, powiedział sobie, skłamał sam przed sobą, że był chory. Bez celu wyszedł zaułkiem swoim na ulicę zamkową, pociągnął się około akademickich murów, i wprost, ciągle wprost idąc, zaszedł aż ku teatrowi. Adam raz tylko od czasu pobytu swojego w Wilnie był w teatrze i to gwałtem prawie zaprowadzony, teatr zdawał mu się dzieciństwem, zabawką próżną bez celu i znaczenia. Teraz mijając wrota wiodące do niego, zastanowił się, i sam nie wiedząc, co i dlaczego czyni, wszedł, kupił bilet i wsunął się na parter.
Sztuka już się była zaczęła, pierwsza ówczesna aktorka wileńska, panna Izabella G...... występowała w roli kochanki, a nie wiem, kto grał ulubionego. Słowa aktorów wywołały rumieniec na twarz Adama, słuchał ich chciwie, a wstydził się za tych, co je wymawiali. Miłość zdawała mu się czémś tak świętém, że ją się udawaniem profanować, głoszeniem jéj tajemnic znieważać, nie godziło. Ten człowiek, co wczoraj jeszcze śmiał się z miłostek, co nie wierzył w poetyczność kobiety, dziś już nawrócony całkiem słuchał, bolał słuchając, i marzył nie o wczorajszéj przyszłości, ale o miłości tylko. Nagle zapragnął jéj z całą siłą, z jaką przed chwilą pragnął zdobyć wielką i świetną przyszłość. I mówił sam przed sobą: — Byleby ustami dotknąć téj złoconéj czary, a pójdę daléj! Chwila stracona odzyska się łatwo i sił nabiorę, wytrwałości, cierpliwości. Nie wiedział, że kto dotknie téj złoconéj czary, upije się pierwszą kroplą, nie jest panem siebie, a często potém popijać musi fusy i męty, nie mogąc się od nich oderwać, nie będąc już panem siebie.
Adamowi serce biło gwałtownie, oczy pałały — wołał w duszy, kochać! kochać! I obłąkanym wzrokiem powiódł po sali. Na lewo, tuż nad nim w loży sama jedna siedziała niedawno widziana kobieta.
Poznałby ją wśród tysiąca! chociaż nowy strój odmienił ją wielce. Ubrana była z całą wytwornością kobiety, co chce oczy zwrócić na siebie, co trochę dumna ze swéj piękności; strój jéj świecił zbyteczną może ilością błyskotek, ozdóbek, ale one nie raziły, bo były dobrane do siebie i z sobą się godziły. Adamowi wydała się piękniejszą jeszcze, idealniejszą, jemu, co tak rzadko widywał kobiety wyższego świata. Spojrzał na nią i zarumienił się zdumiony, uradowany — ona patrzała także, widocznie go poznała. Podniósł kilkakroć głowę i zawsze spotkał jéj oczy, co niby przypadkiem, przebiegając salę, na nim się chwilkę zastanowiły.
— Kto to taki? nie wiesz ty, kto to taki? — spytał ściskając mnie za rękę i wskazując na lożę.
— Co ci się stało! — zawołałem — ty w teatrze! o zgrozo!
Adam się zmarszczył i powtórzył nie tłómacząc się i nie odpowiadając:
— Ko to taki? znasz ją?
— Kogo?
— Tę kobietę.
— Ależ nie jedna tu kobieta — zawołałem śmiejąc się.
On brwi zmarszczył niecierpliwie, jakby się bał, żeby mu nie uciekła, nim się dowié, kto jest.
— Ot ta — i wskazał oczyma ściskając mnie coraz mocniéj za rękę.
— Ta! To pani sowietnikowa, Paulina.
— Sowietnikowa! — rzekł Adam wpatrując się we mnie, i dodał — a wiesz ty, gdzie ona mieszka?
Zacząłem się śmiać.
— Adamie, oszalałeś czy co?
On się niecierpliwił.
— Zakochałeś się w niéj? jakże dawno?
— Dzisiaj ją pierwszy raz widziałem, — odpowiedział miarkując się i niby sam z siebie śmiejąc, a śmiech ten był tak przymuszony, że aż mi się przykro zrobiło.
— Mieszka niedaleko ratusza — w domu...
Adam zaledwie to usłyszał, odskoczył i stanął znowu na miejscu, z którego najlepiéj mu było patrzéć w lożę Pauliny. I nie sam jeden rzucał w nią wzrok ognisty, z parteru pełno wejrzeń do téj loży leciało, a żadnego nie odpychano, na niektóre odpowiadano pół uśmiechem, na inne skinieniem głowy, na inne jeszcze zimnym wzrokiem, co to mówi: — Ja cię nie znam.
Uważałem, że oczy kobiety częściéj się zwracały na Adama, przelatywały ponad nim, padały gdzieś daleko i wracały znowu — pod każdém jéj wejrzeniem. Adam cały się płomienił, wstrząsał i nim się sztuka ukończyła, nieszczęśliwy całkiem postradał głowę.
Ruszono się do wyjścia — on poskoczył, przebił się przez tłum, stanął u drzwi, czatował, aby ją widziéć raz jeszcze. Oczy ich znowu się spotkały, ale wejrzenie nie nagrodziło Adamowi boleści, jaką uczuł, widząc tę kobietę otoczoną rojem młodzieży, uśmiechającą się do niéj, mówiącą głośno, odwracającą się to tam, to owdzie, szafującą sobą dla wszystkich.
Smutny powrócił do siebie i padł na łóżko w swojéj izdebce. Miał się przygotować na jutrzejszą próbę, nie potrafił, spuścił się na to, co już umiał, zaczął marzyć i zasnął.
Przebudzenie było zgryzotą, niesmakiem, wstydem dla niego, przypomniał sobie wczoraj i zarumienił się, zaczął czynić wyrzuty, i gwałtem wrócił do nauki. Ale nie z dawną swobodą umysłu, zapałem — rozdwoiły się myśli, chęci, nauka nie szła do głowy.
Mamże wam szczegółowie opisywać postępy namiętności i zmianę biednego Adama? jak powolnie zaniedbał się zupełnie, jak wymawiając się sam przed sobą, poprawę odkładając na jutro, stał się innym cale człowiekiem, zaczął dniami całemi przechadzać się pod oknami Pauliny, biegać szukając jéj do kościołów, na przechadzki, na teatr. A ona — ona nie zgromiła go wejrzeniem, nie zraziła obojętnością, nie odepchnęła — owszem rzucała nań swoje najsłodsze spojrzenia, czasem przelotnym witała uśmiechem, czasem okazywała mu się w oknie — a — śmiała się w duszy z biedaka, któremu zawracała do ostatka głowę. On nie widział, jak go nadbiegającego wieczorem pod okna, wskazywała szydząc palcem przyjaciółce, gościom, jak wyśmiewała chód jego, spojrzenie, miny, jak się zakładała, że go znajdą w kościele, spotkają na przechadzce.
Trwało to dosyć długo. Adamowi dość było patrzéć tylko na na nią, widziéć ją zdaleka, złapać wzrok lub uśmiech, co go sobie inaczéj tłómaczył, gdy często był tylko uśmiechem szyderstwa, czasem dumy.
Bał się zbliżyć do niéj, aby cały gmach urojeń i marzeń, dotknięty palcem rzeczywistości, nie runął. Niedoświadczony, pełen prostych myśli i nadziei, miał on jakby przeczucie niebezpieczeństwa tego instynktowe, znał przytém, jak położenie towarzyskie dzieliło go od téj kobiety, jak z innego była świata, lękał się do niéj przystąpić, a choć pochlebiał sobie, że go przyjmą najlepiéj, nie chciał probować jeszcze, może téż duma go wstrzymywała... ale w pół roku, stawszy się pośmiewiskiem współtowarzyszów, za pierwszą zręcznością wejścia do domu sowietnikowéj, chwycił ją i z bijącém sercem pośpieszył.

IV.

Byłem tam, gdy wszedł, naprzemian, to czerwony, to blady, niezgrabny, przelękniony, nie wiedząc co robić z sobą. Ktoś go przedstawił Paulinie, która nadzwyczaj zimno, jakby pierwszy raz w życiu widząc go, powitała i prędko od niego odwróciła głowę. Biedak upadł na najbliższe krzesło, spuścił oczy i zdawał się zabity. Postąpiłem ku niemu, zawiązałem rozmowę.
— Na Boga — rzekłem mu pocichu — odważniéj, Adamie, wzbudź w sobie gniew, dumę, co chcesz, ale nie miéj miny okradzionego.
Ścisnął mnie za rękę i szepnął mimowolnie czyniąc mnie swym powiernikiem:
— Widziałeś, jak mnie przyjęła?
— Tym bardziéj nie pokazuj po sobie, żeś to uczuł.
Podniósł głowę, odszedłem, ale widziałem, jak obłąkanym  wodził wzrokiem, ciągle zwracając ku niéj błagające wejrzenie.
Paulina była w najgorszym humorze, zbliżyła się do tego, co wprowadził Adama, i kwaśno go spytała:
— Kogoż to pan mi prezentowałeś?
— Młodego człowieka wielkich nadziei.
— O to nie pytam, ale któż to taki?
Zmieszał się przyjaciel domu.
— Jak mam pani powiedziéć?... — a po chwili dodał — ubogi, sierota — ale...
Paulina już nie słuchała.
— Dlaczegożeś go pan wprowadził? — spytała groźnie.
— Więcéj tu nie przyjdzie — odpowiedział urażony przyjaciel biorąc za kapelusz.
— Ale pan mnie nie rozumiész, — przerwała Paulina — ja tylko, ja, nie umiałam się wytłómaczyć — ne vous fachez pas, chciałam tylko wiedziéć, kto to taki?
Odeszła źle pokrywając zły humor swój, bała się, aby zapalony młodzik nie skompromitował ją. Wybierała téż dla niego najsurowsze spojrzenia, najwzgardliwsze w rozmowie słowa, unikała go widocznie. Adam wyszedł z tego nieszczęsnego wieczora chory, rozbity, gniewny na siebie i przyjaciela, na Paulinę, na kobiety — na wszystko. Nadchodził egzamin, on się do niego przygotować nie mógł, i spodziewanego stopnia nagrody, co całe jego stanowiło bogactwo, nie otrzymał.
Z rozpaczą spojrzał w przyszłość — rok znowu trzeba było pracować i rok życia czekać, rok stracić. — Pobiegł szalony pod okno Pauliny, a jéj uśmiech nagrodził mu wszystko — ona mu się uśmiechnęła, ona spojrzała — jak spoglądała i uśmiechała się, gdy ich nikt nie widział, gdy ją to kompromitować nie mogło. Nie wiedząc co czyni, Adam wbiegł do jéj domu — nadspodziewanie przyjęła go. Paulina siedziała sama jedna w swoim saloniku na kanapie, wskazała mu krzesło, zaczęła rozmowę. Biedny zakochany, zrozpaczony, chciał jéj wyznać swoję miłość, chciał do nóg jéj upaść, prosząc, aby go raz na zawsze odepchnęła, lub... Napróżno. Ilekroć rozmowa nachylała się w niebezpieczną stronę, Paulina zręcznie zwracała ją w inną, i szydersko, zimno, zbijała go z odwagi. Nareszcie ktoś nadszedł i tak się wszystko skończyło. Paulina skryła swój uśmiech, wejrzenia, stała się zimną, obojętną, prawie gniewną, a Adam powrócił do domu rozpaczający.
Nazajutrz rano mijając jéj okno, spotkał się z wejrzeniem słodkiém, z ukłonem, i kilka kwiatków upadło mu pod nogi! Znowu był szczęśliwy! A kobieta!... Kobieta się śmiała z niego.
Sowietnikowa była wdową od lat trzech i panią swéj woli zupełną, wiedział o tém Adam i karmił nadzieję! Nie wiedział, kto Paulina, i nic nie znał prócz jéj twarzyczki i spojrzenia, nie dowiadywał się téż o nią, z nikim prawie o niéj nie mówił. Ona tymczasem rzucając mu jak jałmużnę wejrzenia i uśmiechy, już była rękę swą przyrzekła innemu, a tym innym był stary, zjedzony od trądu, krzywy, łysy, w rudéj peruce P...
Adam nie wiedział nic o tém, on bujał w swoich marzeniach, on już nie troszcząc się o swoję przyszłość, wszystko święcił najszaleńszym nadziejom, bez podstawy, bez kształtów wyraźnych w jego nawet oczach.

V.

Był to wieczór wiosenny — cała ludność Wilna wysypała się na Antokole ku Tivoli i Sapieżyńskiemu ogrodowi. Adam zamyślony, popychany od tłumu, szedł powoli ku św. Piotrowi, powozy i ludzie mijali go, on wszedł do kościoła otwartego, choć dnia tego nie było święta ani nabożeństwa. Zakrystyan rozścielał dywan przed ołtarzem Najświętszéj Panny zażywając coraz tabaki z drewnianéj tabakierki. Adam siadł w ławce, podparł się na ręku i dumał. Zakrystyan zmierzył go oczyma, ruszył ramionami i odszedł — został sam jeden, przypomniał sobie pierwsze z nią spotkanie i porównywał swe życie dawne z teraźniejszém, wyglądając z tego nowego świata na przeszłość, widział ją biedną, zimną, bez liści i kwiatów — nie rozumiał jak w niéj mógł tak długo wytrzymać. — A teraz? — rzekł w sobie — Teraz żyję... — odpowiedział.
— A przyszłość? — spytał głos wewnętrzny.
Adam nic nie odpowiedział, lecz w duszy swéj powtórzył wielkie kłamstwo, którém się codziennie upajał: Ona mnie kocha! Ona mnie kocha! Cóżby znaczyły jéj spojrzenia, jéj uśmiechy i te kwiaty wyrzucone z okna, które mi wyschły na piersi i te pół słowa — ona mnie kocha!
Długo, i długo tak marzył i już zmierzchać zaczęło, kościół świecił tylko kilką oknami, coraz słabsze rzucającemi światło, czas było wyjść, powrócić do domu — on siedział. Nagle ruch się zrobił w kościele, zaczęto chodzić, świece zapalać u ołtarza, kilka osób przebiegło, szeptało — organy zapiszczały raz i zamilkły — Adam podniósł głowę. Były-li to przygotowania pogrzebu czy wesela? Nie wiedział i nie spytał, ale został w ławce. Turkot powozów dał się słyszéć, a wkrótce potém szelest we drzwiach: ciekawie odwrócił głowę — spojrzał: w ciemnościach zaświeciła biała długa suknia.
Drobnym, szybkim krokiem szła pani młoda przed ołtarz, a mijając Adama, odwróciła głowę i uśmiechnęła się raz jeszcze, jeszcze raz, aby go dobić. Obok niéj szedł narzeczony ze wszystkiemi swemi krzyżami na piersiach, w nowéj rudéj peruce, w białéj kamizelce i czarnym fraku. Adamowi na ten niespodziewany widok, ścięły się zęby okropnie, oczy stanęły słupem, zawołał coś wielkim głosem po łacinie, roześmiał się, poskoczył ku drzwiom okręcając się na jednéj nodze, i — zniknął.

VI.

Mroźnym rankiem jesiennym, przechodziłem się około Ratusza, śpiesząc do jednego ze znajomych na śniadanie; biegłem szybko trotuarem, aby się rozegrzać, gdy nagle, w poprzek niego wyciągnięte nogi czyjeś wstrzymały mnie. Cofnąłem się aby minąć, jak mniemałem, żebraka, i spojrzałem na niego. Oparty plecami o ścianę, siedział na gołym bruku z głową pochyloną na piersi, na krzyż założonemi rękoma, podarte szmaty akademickiego munduru okrywały go. Długie włosy osłaniały twarz żółtą, zbrukaną, zarosłą. Pomimo wychudzenia, zmiany, poznałem biednego Adama, o którym już słyszałem, że skutkiem zbytecznego przykładania się do nauki, przed samemi egzaminami zwaryował. On także wlepił we mnie oczy i uśmiech przebiegł mu przez usta. Przycisnął ręce do piersi, zamarmotał coś pod nosem i wlepił oczy w okna przeciwległéj kamienicy.
— Doktór filozofii! Ona mnie kocha!
Te kilka tylko słów niezrozumiale wymówionych rozumiéć mogłem.
— Adamie! Adamie! — zawołałem — nie poznałeś mnie; co ci jest?
Uśmiechnął się znowu szydersko i wskazał mi ręką, abym szedł daléj, kładnąc palce na usta. Potém szepnął:
— Otrzymałem miejsce — jedziemy — czekam na nią — ona mnie kocha — nie wierz temu, co ludzie mówią.
Smutny odszedłem od niego. Wpół roku potém jeszcze raz go widziałem — ale już nie na ulicy, w szpitalu bonifratrów. Obchodziliśmy groby, i jak zawsze cisnęła się ciżba do kościoła, aby usłyszéć amatorską muzykę i widziéć obłąkanych.
Kilku ich stało niedaleko drzwi lewych, z kościoła do szpitala wiodących. Tam z dziecinną ciekawością kobiety, młodzież z uśmiechem na ustach, z wesołą twarzą szli patrzéć na najsmutniejszy widok w świecie. Mijając szybko te drzwi, na które patrząc dreszcz mnie przejmował, ujrzałem bladą twarz Adama, z jego uśmiechem wiecznym na ustach. Jakaś kobieta strojna wytwornie, z lornetką w ręku zbliżyła się ku drzwiom i spojrzała w głąb, a patrząc pobladła, zaczerwieniła się, zadrżała. Zastanowiłem się mimowolnie. — Adam patrzał na nią i palce kładł na usta, jakiś niebiańskiego szczęścia wyraz rozlał się po jego twarzy, jakgdyby czarowny sen mu się ziścił, jakby ujrzał otwarte niebiosa — on patrzał, patrzał, a spoglądając na niego, źle mi się aż zrobiło. Kobiéta jeszcze trzymała lornetkę na oczach, ale ręka jéj drżała, a całe ciało jak od uderzenia silnego chwiało się. Oczy obłąkanego wlepione w nią, w obliczu wszystkich trzymały ją niepojętą siłą na miejscu, choć chciała uciekać, choć dałaby pół życia, aby być o sto mil stamtąd. Nareszcie odwróciła się od niego blada, nieprzytomna i chciała odejść. Adam rzucił się za nią do drzwi — na ten szelest spuściła głowę przelękniona i upadła. Wszyscy przybiegli ratować ją, a okute wrota szpitala z trzaskiem się zawarły i za niemi słychać było krzyk i wrzawę i szamotanie się, których muzyka zagłuszyć nie mogła.
Paulina przyszła wkrótce do siebie, lecz chora powróciła do domu. Mąż to przypisywał znużeniu i wiosennemu powietrzu, ludzie różnie mówili. Działo się to w wielki piątek; w niedzielę byłem u nich na święconém, i — wszyscy wybornie się bawili — a gospodyni uśmiechała się tak wdzięcznie, tak miluchno, tak swobodnie, jak zawsze.
18 października 1842 r. Gródek.





Historya Herszka.


Od dawna przywykliśmy krzyczéć na żydów, kto wié, jednakże, czy gdybyśmy się nagle ich pozbyli, nie znaleźlibyśmy się w stanie człowieka, co długo chorując, uwolniony od choroby, czuje, że mu czegoś, do czego jak do życia przywykł, braknie. Prawda, że żydzi zaprzątnieni handlem, odbierają nam zyski jego, lecz cóż przeszkadza współzawodnictwu, zwłaszcza w wielkim handlu zbożowym? Gdybyśmy mieli dość przemyślności, wytrwałości nadewszystko i zamiłowania w pracy, moglibyśmy wyśmienicie wieść téż same handle co żydzi; a mając pojedyńczo daleko większe kapitały, zjednoczywszy je (jak i oni czynią), moglibyśmy zabić handel żydowski. Ale wyznajmy szczerze, nie potrafilibyśmy sobie dać rady. Widziano próby, cóż z nich wynikło? Oto że wkrótce wiodący handel poczynali mniéj jeszcze być słowni od żydów, a mnożąc koszta na siebie, podręcznych, na życie wystawniejsze, potrzebując tém samém większych zysków — albo upadać musieli, albo mniéj dogodne dla producentów ofiarować warunki. Dodajmy, że z żydem każdy z nas traktuje bez wszelkich ceremonij, patrząc pewności swojéj nadewszystko, a z panem bratem, zmuszony do zaufania, często go żałowałby potém. U naszych handlarzy rozbijał się wszelki dłuższy handel o podręcznych. Żydzi używają do tego ubogich, którzy ich ufność bardzo rzadko zawodzą. Nasza zaś klasa mogąca być użytą ku temu, żadnéj rękojmi w charakterze i sumienności nie daje, a nieopatrzna i niedbała o jutro, nawet własnym interesem nie daje się pohamować. Kapitaliści, zbyt wysoko stoją w swojém przekonaniu, aby się sami zajmować mieli szczegółami handlu, podręczni zaś, których używają, jak-eśmy wyżéj rzekli, najczęściéj są niesumienni.
Smutna, bolesna, ale czysta prawda.
To téż handle, u nas przedsiębrane, nigdy długo w ręku kapitalistów utrzymać się nie mogą, przedsiębierstwo po dwóch, trzech latach upada z uszczerbkiem na kapitale często, a przynajmniéj bez wielkich zysków. Daj Boże jeszcze, aby niewierny podręczny sprzedawszy w Gdańsku lub Królewcu pszenicę, belki, siemię i t. p. nie zachwycił pieniędzy i nie skoczył z niemi za granicę, kłaniając się nizko pryncypałowi, który go napróżno oczekiwać będzie — i to się trafiało.
Cale inaczéj postępują sobie żydzi; większa część kupców handluje z niewielkiemi kapitałami, oni tak właśnie handlują, jak na bursie, zakładają się à la hausse, à la baisse. Ze stu rublami faktor kupuje tysiąc korcy żyta, pięćset pszenicy, a gdy może po dziesięć groszy zarobić, odprzedaje drugiemu. Ten drugi składa się z kilku innemi na wypłatę należności. Czasem znowu, ubodzy bez funduszów żydzi, kupują samym zadatkiem towar za kilka tysięcy złotych, za kilkaset gotowych. Resztę gdy transport do miasta dostawią, opłaca bogaty żyd i zabiera do swoich magazynów w zakład towar, liczy sobie od pieniędzy procent, a przemyślne żydki szukają tymczasem, komu z zyskiem odprzedać.
Powiedzieliśmy, mały zysk im wystarcza, a że pieniądze w ciągłym są ruchu i nieustannie w obiegu przynoszą więcéj, niż myśléć można. Procenta, jakie żydzi opłacają swoim współwiercom od pożyczonych sum, są proporcyonalnie ogromne, ale to ich nie ustrasza. Kredyt czyni, że żyd nie mający kapitału nad sto rubli, handluje i zyskuje jak na tysiącu; gdyby się ograniczył kupowaniem tylko takiéj ilości, na jaką mu funduszów wystarcza, widzimy, jak niewielkie miałby zyski. Cały wiec rozum żydowskiego handlu zależy na wierze i assocyacyi. Gdybyśmy kiedy chcieli się wziąć do tego, ciekawa rzecz, gdziebyśmy znaleźli potrzebne zaufanie i ochotę do połączenia kapitałów i interesów. Każdy zapewne chciałby sam tylko korzystać, niktby drugiemu nie powierzył kapitału, a każdy znowu działając osobno i bez pewności pomocy od współhandlarzy, musiałby się ograniczyć niezmiernie mało znaczącym handlem.
To co do handlu pozwolonego i prawego; ale żydzi, zwłaszcza bliżéj granicy, przewodniczą także wielkiemu choć rozdrobionemu handlowi kontrabandy, przemycaniu. Pomimo licznych straży, obsadzonéj granicy, pomimo nieustannego objeżdżania jéj i niezmordowanego oka tamożennych urzędników, przemycanie nie ustaje i niém żyje mnóstwo ludzi.
Ono jest nawet uregulowane w pewien sposób, porządnie, i ci co się niém zajmują, mają zapewne środki pomocnicze, służące do przeprowadzania prawie niezawodnego towarów. Korzyści przemycania są tak wielkie, że utrata towarów kilkakrotna wynagradza się jedném szczęśliwém przebyciem granicy. Zwykle żydzi jadą od nas do Lwowa, lub innego blizkiego nadgranicznego miasta, za kupnem towarów zakazanych. Tam znajdują już usłużnych przemycaczy, z któremi robi się ugoda. Opłata wynosi pięćdziesiąt procentów, czasem więcéj. Kupiec nie daje za towar pieniędzy wszystkich, ale małą część tylko, jako zadatek, wybiera swój towar, a kontrabandzista umawia się dostawić go w pewne miejsce, gdzie wartość towarów i procent ma się opłacić.
Wielkość zysków może jedynie dodać odwagi przemycaczom, którzy życie, mienie i siebie samych narażają dla tego zarobku. Najciemniejsze nocy, najstraszniejsze burze, są chwilą dla przemycaczy najpomyślniejszą. Naówczas suchą granicą, laskiem przymykają się z jednéj strony na drugą. Ale wieleż to niebezpieczeństw, nim się przebędzie linią i po jéj przebyciu! Co chwila można być złapanym, a naówczas jedynym ratunkiem porzucić konia, wóz i towar, a samemu uciekać.
Naturalnie, zbliżając się ku granicy, rozmowa między podróżnemi toczyć się poczęła o handlu i o tém, cośmy tu wyżéj wzmiankowali. Już niedaleko od granicy, wypadł im nocleg w traktowéj karczmie, pełnéj żydów, bryk, koni i otoczonéj całym obozem ładownych furmanek.
Izba pełna była ludzi. U komina paląc fajki gwarzyli nad kwartą ludzie, których arendarz tajemniczo namawiał na poodsypywanie potrochu pszenicy z worków, wmawiając im, że tego postrzedz nie będzie można. Chłopki pocichu się zmawiali, a tymczasem dodająca ducha i odwagi kwarta krążyła. Pisarz doglądający transportu pił wiszniak za stołem i nic nie widział, za dymem fajki i wiszniaku. Daléj kilku Russkich targowało się o owies i siano, głośno krzycząc i hałasując na żyda. Była to ostatnia karczma nad pięćdziesiąt werstowną dystancyą — i ostatni żyd; Russcy obiecywali sobie jechać po nocy do pierwszego karaima w niedalekiéj wiosce.
Jeden żyd chodził modląc się po izbie, kilku w czapkach siedzieli za stołem, maczając kawałeczki chleba w trosze rozpuszczonych na miseczce jaj, z dodatkiem cebuli i odrobiny masła na skorupce od potłuczonéj miski. Wszyscy jednocześnie wystawiali rękę do wspólnego jadła i pożywali je z powagą i rozwagą szczególną. Odrobina téj strawy starczyła na nich wszystkich i była zapewne jedynym całego dnia posiłkiem.
Na południe kawałek chleba z solą i cebulą wystarcza. W szabas tylko jedzą więcéj i odważają się na kawałek mięsa lub gotowanéj ryby; resztę tygodnia wstrzemięźliwość i oszczędność żydowska jest prawie niepojętą. I to nam tłómaczy, jak małe zyski mogą wystarczać ludziom, co tak małém żyją. Każdy potrzebujący więcéj dla siebie, tém samém musi żądać większych korzyści z handlu, a w jednym interesie, przy równych zyskach, żyd zawsze chowa więcéj, bo mniéj go kosztuje życie. Strawa dzienna, gdyby ją Izraelita chciał sobie dobierać wytworniéj, kosztowałaby go daleko więcéj, niż nas, bo w proporcyą materyały są droższe, mięso koszerne, wszelki koszer nie bez zachodu i pewnych obrzędów otrzymywane, drożéj się daleko płacą niż pospolite.
Przybliżyli się do stołu. August poznał między żydami znajomego sobie kupca i pozdrowił go.
Stary żyd oddał ukłon od niechcenia i jadł daléj. Nigdy żyd nie ma tyle powagi, jak przy jedzeniu. Czuje on, co czyni, a że spożywa miły grosz, dumny jest tą abnegacyą, tą rozrzutnością swoją. Im kosztowniejszą jé strawę, tém więcej się nadyma i marszczy. I wistocie jest czego! Jeśli nie wierzycie, przypatrzcie się kiedy żydom siedzącym za stołem.
Gdy zjedli, usta otarli, miseczki pozabierano, obrus ściągnięto i pomodlili się żydzi, kupiec wyszedł z za stołu, przystąpił do Augusta włożywszy ręce za pas.
Poczęła się rozmowa; przeszli do alkierza, a choć Stanisław dobrze ucha nadstawiał, nie mógł jednak pojąć, jakim dziwnym sposobem wuj nakłonił żyda do opowiedzenia im swojéj historyi. Przechodziło to wszelkie oczekiwanie Stasia, który z największą ciekawością zasiadł słuchać powieści. Długo się żyd zbiérał, drapał, drożył, ale nareszcie, dobity szklanką mocnéj herbaty z rumem, która zupełnie grała tu rolę herbaty, ofiarowanéj przez Pana Niebieskiego Państwa, przy uroczystém posłuchaniu posłów; herbaty, za którą trzeba trzy razy klękać i dziewięćkroć bić czołem, — stary żyd począł jąkając się i oglądając niespokojnie:
— Co ja jasnemu panu ciekawego powiém? — odezwał się żyd po chwilce. — Jak ja się rodził? tak jak wszyscy się rodzą. Nu, a trzeba wiedziéć, ja się rodził w téj wsi co i Sawka, o którym pan wspomniał, mój ojciec był arendarzem Grafa, i ojciec mego ojca i naszego ojca i nasze dziadowie, bo ta karczma, to była w naszéj familii od dwóchset lat. I kiedy my raz popstrzykali się z tym P. Rządcą nowym, a on chciał nas wyrzucić, jak mówił, z bebechami, to my jemu powiedzieli:
— My tu byli, jak Waspana nie było, i będziemy, jak Waspana nie będzie. A tak się stało — bo P. Rządca wyjechał sobie prędko, jak my P. Grafowi wszystko opowiedzieli, co ón tu wyrabiał, a my zostali, i teraz jeszcze mój wnuk trzyma karczmę i młyn u Jasnéj panienki, która poszła za grafa Z....
— Moja matka jaka była kobiéta rozumna — mówił daléj żyd — osobliwość. Bywało, kto zajedzie do nas, to się z nią nagadać nie może. Ona wszystkich tak znała, a ją tak wszyscy szanowali! A kiedy gdzie pojedzie za handlem, po dworach, bo my zawsze handlowali wielkiemi partyami, to ją tak przyjmują, tak witają, i nazywali ją zawsze pani Lejbowa i herbatą częstowali. Mój ojciec to był uczony żyd, ón tak był nauczny, że lepiéj wszystko wiedział od rabina, ale za tą uczonością, z pozwoleniem jegomości, to tak zgłupiał, że sobie nosa nie umiał utrzéć i gadać zapomniał. A wszystko czytał w Gamurze i w Misznie i kiwał głową. Jadł tak mało, że za małe dziecko nie zjadł; a złe duchy tak go męczyli, dla jego wielkiéj nauki, że w nocy za próg karczmy nie mógł przestąpić, bo go zaraz chwytali. I raz byli zanieśli aż w staw pod młynek, co go ledwie wydobyli stamtąd nad rankiem wynalazłszy. Co to gadać o jego rozumie, kiedy starszy rabin z Brześcia przyjeżdżał do niego, i jak się z nim zamknęli nad książkami, to siedzieli dwie nocy i dwa dni, a kiedy wszedł mój starszy brat, to znalazł ich śpiących na książkach; bo z pracy byli posnęli.
I że mój ojciec był taki mądry, to ón nic téż nie robił, tylko czytał a kiwał się za stołem; a moja matka to i arendę brała i gospodarowała i handlowała, i pieniądze chowała i nam szpektorów przyjmowała, aż wyrósł mój starszy brat Dawid. Nas było z łaski bożéj dosyć, pięciu braci i trzy siostry. Siostry powychodzili za mąż, jedna do Berdyczowa, druga aż do Brodów za bogatego kupca, trzecia taki za tutejszego żyda. A były bogate, wzięły po trzysta rubli posagu.
Jak ja zaczął chodzić, a był szpektor do starszych, to mnie zaczęli potrosze uczyć. Nu, prawda, że dobrze uczył, ale bił po głowie mocno. A wszystkiego trzeba było uczyć się nabożeństwa, choć z książki, na pamięć, bo my liter nie znali, a już czytać musieli. Już tego nie zapomnę nigdy, jak bywało siedzi nas trzech bachurów za stołem w alkiérzu, jeden na kuferku, drugi na stołku, trzeci na beczce wywróconéj i drzemy się, a krzyczym, kto kogo zagłuszy. Szpektor sobie, my sobie, jeden od drugiego głośniéj, to taki gwar w izbie, jakby w niedzielę, kiedy się parobcy pobiją.
Póki był ja u szpektora, to ja nic nie robił. Nu, czasem siana rzucił dla gościnnych koni, wydał owsa, oberwał po grzbiecie od matki, od furmanów, ale to było tak jak nic, zabawka. Dopiero jam wyszedł na człowieka, jak mnie szpektor puścił, kiedy ja już wszystkie nabożeństwo umiał, a matka dała dziesięć rublów na handel.
— Zaczynałeś handlować a nie byłeś żonaty? — spytał August.
— Nie byłem jeszcze — odpowiedział. Moja matka była bardzo rozumna kobieta, ona wszystko robiła najmędrzéj. Ona i mnie mówiła — tobie, Hersz, czas ożenić się, ale poczekaj, niech się drudzy głupi żenią, ty handluj, a ja tobie bogatą żonę napatrzę. — A żona nie uciecze. To ja i handlował. A jak dostałem dziesięć całkowych, naprzód zacząłem myśléć, co ja zrobię z niemi; taki mnie strach brał, żeby ja ich nie stracił, — myślał ja kupić zboża — nu, a jak zboże spadnie? Myślał kupić krowę, a jak krowa zdechnie? myślał ja pożyczyć na procenta, a jak zginie i kapitał i procent? I tak siedziałem na progu i myślałem, aż matka wyszła, postała, popatrzała i zapytała:
— Co ty myślisz, Hersz?
Ja powiedział, a ona się roześmiała, bo była bardzo rozumna kobiéta — i mówiła mi:
— Ja widzę, że ty będziesz wielki handlarz, ale jak ty będziesz myślał i strachał się, to nigdy nic nie zrobisz. Twój ojciec mówił, że dziad, co był ubogi, dobił się pieniędzy wielkich handlując skórami; zacznij i ty od skórek.
— Od skórek — pomyślał ja — nu, dobrze, skórka nie zdechnie, nie jé, nie pije — a jak tanio kupię — będę handlował skórkami. Trzeba wiedziéć, że matka dała mnie starego konia, otóż ja zaprzągł go do biédki, i wiu hop — w świat za skórkami ruszył.
Zaraz niedaleko wioska Hrehorów. — W Hrehorowie owce padły, bydło padło, bo tam i pan hulał i ekonomowie hulali, a gospodarstwo szło, jak Bóg dał. — Stanąłem przed karczmą, koniowi zarzuciłem siana i wszedłem do arendarza, tamtemu to się dobrze działo! Co to on zarabiał dostawiając wszystkiego do dworu, a znosząc się z oficyalistami i kradnąc pana, tak, że ón ani widział. W lat dwa pobogaciał jak największy kupiec i miał bydła w zagrodzie kilkadziesiąt sztuk, a woły na brazie, i gorzelnią nie małą. Właśnie siedział na progu i w zębach dłubał kostką od ryby — przywitaliśmy się. Zacząłem go wypytywać — niéma co u was na przedaż?
Ón się zmarszczył, bo sam zawsze kupował wszystko wpół ceny.
— Nu, a co? — spytał.
Ja nie głupi, nie powiedział, za czém przyjechał. — Zboża, wódki? albo...
— Albo co?
— Cokolwiek na handel.
— Jedź do dworu — powiedział mi zimno — widzę, że się nie dowiem.
— Ja wam po szczerości powiem — odezwałem się ciszéj — ja nie wielki kupiec, wam szkody nie zrobię — ja chcę skórek kupić — ón skórkami nie handlował. Skórek? — rzekł śmiejąc się — nu, skórki są — powiedział — ja z tobą pojadę, tak i gadaj.
Wymawiałem się, żeby ze mną nie jechał, bo teraz między nami żydami to taki zwyczaj, że każdy coś od drugiego mało wiele musi wziąć, za faktorstwo, żeby był i bogaty; gdy narai kupno, pomoże do przedaży, to i sobie coś uskubnie. Ale widząc, że bez niego nic nie zrobię, poszedłem razem do dworu. — Weszli my do samego pana, ale nas do niego nie dopuścili i odesłali do komisarza, bo pan miał gości, komisarz także miał gości, odesłano do ekonoma, ekonom był pijany, kazał nam iść do gumiennego. Z nim my łatwo doszli sprawy, ón poszedł powiedziéć, że skóry bardzo popsute i pogniłe, ja jemu dałem za to rubla i kupiłem za pół ceny. Prawda, trzeba było jeszcze ekonomowi także dać i arendarzowi; ale ja za to dostałem skórek furę, kupionych, jak-em się nie spodziewał. A że pieniędzy nie miałem tylko dziesięć całkowych, umówiłem się, żeby skóry dostawili zaraz do miasteczka, gdzie resztę miałem dopłacić.
Nuż ja na biédę i do miasteczka, w targ z żydkami o skóry. Jak skóry nadjechały, oni mnie zapłacili i zyskałem więcéj niż grosz na grosz.
Teraz ja do matki pojechałem, a jaki szczęśliwy — tego ja jasnemu panu nie mogę powiedziéć. Co to pierwszy handel kiedy się uda, bo to i dobry znak i ochoty dodaje.
— Nu, a co Hersz? — spytała matka.
A ja nie bardzo wesołą minę zrobiłem:
— Nu już probowałem — odpowiedziałem.
— Straciłeś? — rzekła patrząc mi w oczy.
— Nie.
— A dużoś zarobił, pięć procentów?
Zrobiłem minę, aż się matka podziwowała.
— A gadajże, co zarobiłeś?
— Grosz na grosz.
— Ach! — a matka jak mnie pochwyciła, jak wzięła ściskać i poprowadziła do ojca, do braci. To ja musiałem im wszystko rozpowiadać i śmieliśmy się z goimów i weselili. Aż matka powiedziała: Kiedy tak, Hersz, tobie czas ożenić się, a ja tobie napatrzyłam żonę. Córka arendarza z Wielichowa, bogata, będzie miała 300 całkowych posagu i ty rozpoczniesz wielki handel. A przez rok albo dwa, to i mnie będzie lżéj, bo ciebie teść powinien z żoną utrzymywać.
Nic ja nie mówiłem, bo mnie posag skusił, ale moja żona, z pozwoleniem, wyglądała nie bardzo, ona była jeszcze młoda, a zdawało się, że stara, i chuda i żółta — ale u nas jak się żenić, to się żenić, aby się ożenić i ożeniłem się. Rok my potém siedzieli u teścia, póki wyszli na swoje gospodarstwo i wziąłem arendę w Jasnym stawie za trzecią część żoninego posagu.
Teraz już ja inszy handel począł — kupowałem tysiącami korcy żyto, pszenicę, zboże różne, wódkę, choć tysiąc, choć dwa tysiące garncy. A jasny pan spyta, jak to może być, kiedym ja tyle pieniędzy nie miał? Nu, prawda, ale u nas to tak się robi. Niech ja mam sto karbowanych, to ja kupuję za pięćset i za osiemset, i daję tylko zadatek. Z kontraktem jadę i odprzedaję z zarobkiem. Dadzą mnie trzy grosze, pięć od korca, mnie dosyć, ja jadę i kupuję w drugiém miejscu i tak daléj a daléj. Żyd swoje pieniądze ryzykuje dla małego zysku, nu, ale często zyskuje. Pierwszych lat ja nie siedziałem w domu, raz wraz na biédce od dworu do dworu latałem; jak zboże szło w górę, my kupowali; wiedzieli, gdzie który pan potrzebuje pieniędzy, jechali do takich, co łatwo przedają. A przytém i na arendzie zarabiałem, bo pierwszy kwartał, to już zgóry się zapłaciło, a reszta mięsem, łojem, kwitami, różnemi dostawkami do dworu, a na nich to zosobna trzeba także zarobić. Jasny pan myśli, że żyd głupi, niechaj tak, ale żyd umié pieniądze robić, żyd nie zyskał, czy tak, czy owak, wypłacze, wyprosi, wymodli, wykpi, a taki zarobi. Żyd z tego żyje. A na wsi z ludźmi, to inszy interes znowu; oni piją i im się daje na borg, a odbiera się zbożem, kurami, jajami, płótnem, skórami. Zarobek na wódce, na towarze, a jeszcze chłop za interes musi kosić na łące arendarskiéj, na polu robić, w ogrodzie, pojechać do lasu, parobkować w winnicy.
Jak się u mnie pierwszy syn urodził, ja już miałem może tysiąc rubli, może więcéj i pieniądze po ludziach i karczma zapłacona na pół roku naprzód i bydło i kozy, i konia, a taki i perły żony cóś warte i moja miedź, dwa kotły z czapką.
O tym czasie zdarzył się mnie wielki przypadek — wielkie nieszczęście. — Jeszcze ja, widać, nie był zewszystkiém rozumny. Zaczęli żydzi między sobą gadać, że wódka idzie w cenę. A u mnie było trochę swojéj i pieniądze miałem. Myślę sobie, kupię wódki, i zaprzągłem konia do wózka, a pojechałem o mil trzy, gdzie mówili u wielkiego pana była wódka na przedaż. Swoim zwyczajem przyjechałem ja do karczmy naprzód i rozpytałem się u arendarza:
— Wasz pan nie przeda wódki?
— Czemu nie przeda! — powiedział.
— Dobra u was?
— Czemu nie dobra!
— A jaki u was pan?
— Nu, a jaki ma być? Daj Boże takich panów.
Pojechałem do dworu. — Coś mnie nie spodobało się tam, ale ja sam nie wiedziałem czemu. Pałac był wielki żółty, wysoki jak nasza szkoła, a koło niego, waliły się budowle inne, śpichlerze, stajnie, stodoły, jedna w jeden, druga w drugi bok stały poprzechylane, popodpierane. Nim mnie dopuścili do pana, bo tu sam pan interesa robił, pogadałem ze szlachtą, czekając na niego w sieniach. Wszystkim był winien: temu dwa, temu trzy tysiące złotych. — Dobrze, myślę sobie, tanio przeda, potrzebuje pieniędzy.
Zawołali mnie do pokoju, pokłoniłem się do ziemi, jasny pan paląc fajkę chodził po pokoju, w boki się wziąwszy.
— Czego chcesz? — spytał mnie.
— Może jasny pan wódkę przeda?
— A masz pieniądze?
— Kto bez pieniędzy kupuje?
— Wiele chcesz?
— Choćby i trzy tysiące garncy?
— Po czemu dasz kwartę?
— Po czemu jasny pan chce?
— Ja nie lubię długo gadać, po srebrnym groszu.
— To nie może być. — Kto słyszał taką cenę, niech jasny pan powie sprawiedliwą cenę, ja się nie będę długo targować.
— Ostatnia cena po 6 groszy, chcesz bierz i pieniądze zgóry na stół.
Mnie coś piknęło i powiedziałem połowę pieniędzy.
— Niech połowę — rzekł pan — po sześć groszy.
— Po cztery. — I targ w targ, kupiłem po pięć, a wódka już dochodziła do dziesięciu.
Zawołali jakiegoś młodego, kontrakt pisać, a ón wszystko swemu panu coś poszeptywał z cicha, a pan jemu mówił:
— Pisz waćpan i kwita.
Siadł pisać i uśmiechał się i głową kiwał. Ja nie wiedział, co to miało znaczyć i pieniądze liczyłem na stole. Wziąłem próbkę, kontrakt i pojechałem. Wódki nie przedałem zaraz, bo spodziewaliśmy się, że więcéj jeszcze pójdzie w cenę. Ja sobie siedzę spokojnie, aż tu pierwszy termin transportu przychodzi, a wódki niéma. Już ja niespokojny, na wózek jadę. Przyjeżdżam, pana niéma, komisarz się śmieje i powiada: niéma wódki.
— A pieniądze? — zawołałem.
— Niéma pieniędzy.
— A co będzie?
— Nic nie będzie.
Ja w krzyk, a oni wzięli mnie i za drzwi.
— Jedź — rzekł komisarz — bo oberwiesz po grzbiecie.
— Oberwiesz po grzbiecie za swoje pieniądze, a wéj! — Ja w krzyk, do miasta po radę. A wszyscy mi mówią: zła sprawa, kontrakt nie ważny, ten pan wódkę sprzedał dawno. Musisz albo czekać do przyszłego roku, albo wszystko stracić może. Ja się tak rozchorował, że leżałem dwa tygodnie bez pamięci. Co to stracić tyle pieniędzy, to nie żart! Ledwie wyzdrowiałem, ja znowu do pana. Niéma sposobu, jak zaczął ja tam przecie odgrażać się i piszczéć i krzyczéć, tak komisarz powiada:
— Tu niéma rady; daj mnie co, ustąp, a ja się postaram, że tobie pieniądze będą oddane.
— Wszystkie?
— O! nie, musisz ustąpić — albo nic nie weźmiesz. Targ w targ straciłem na tym jasnym panu, tysiąc złotych; ale jak ón potém się ożenił, choć ja zakwitowałem, to póty płakałem, aż mnie choć w części musiał nagrodzić. Nu — ale ja drugi raz nie kupowałem tak u lada kogo i dobrze rozpytywał się u ludzi.
Mnie się jeszcze przytrafiło wówczas bardzo wielkie drugie nieszczęście.
Żona mnie umarła — a cóż robić? Ja się niedługo drugi raz ożenił i znowu handlował. Moi bracia porozchodzili się po świecie za handlami, także po arendach, a jak ojciec umarł, wziąłem arendę u jasnego grafa** — Matka była już stara i oddała mnie wszystko — ja wówczas nazywał się bogatym i był bogaty, u mnie nieraz graf pieniędzy pożyczał, i zacząłem handel wołami. Napróżno mnie matka odradzała, byłem taki śmiały, że niczego się nie lękałem, choć wówczas gadali o pomorku, nawet i ja gadałem, żeby drugich odstręczyć od kupna.
Jak pierwszy raz szedłem z wołami do Włodawy, spotkali mnie warszawscy kupcy w pół drogi, dawali po rublu na wole zarobku. Ja myślałem — to mało i nie zachciałem.
Przyszedłszy na granicę, aż strach co tam wołów zastałem a były i tłuściejsze i górniejsze od moich. Nu co robić, a tu kupcy nie dają tylko po pół rubla zarobku, a siano drogie i zaczynają gadać, że w Królestwie jeszcze droższe, a woły tanie. Mnie się żal zrobiło tracić, idę do Warszawy.
Wpół drogi dawali mnie za woły znowu zarobku po całkowym, mnie się zrobiło ochotniéj i szedłem daléj.
Nu, co jasny pan powié, zarobiłem bardzo piękny grosz, tylko wielka biéda, że tam każdy rzeźnik osobno bierze i osobno płaci za woły, a chcąc razem pieniędzy, procent trzeba ustąpić.
Pierwszy to ja raz wówczas byłem w Warszawie, strach, jakie miasto! Co to nasze miasta, śmiech przeciw niego! a jakie tam kupcy bogate! Jasny pan to wié, niéma co gadać.
— I cóż? — spytał August żyda, — całeż twoje życie takie było, handel tylko i handel?
— A! niechaj-no pan daléj posłucha.
— Przyznam ci się, żeś już dość moję ciekawość zaspokoił.
— Jeszcze ja mam co powiedziéć — rzekł, — jasny pan jeszcze i połowy nie słyszał.
Dalszy ciąg opowiadania żyda przetłómaczym czytelnikowi, nie chcąc go dłużéj męczyć, jak męczył podróżnych naszych powieścią, którą sami wywołali.
Handel Hersza szedł najpomyślniéj, i pomimo cząstkowych strat niewielkich, dorabiał się ciągle majątku, tracił bowiem w drobnych spekulacyach, w wielkich działał z całą przytomnością umysłu, na jaką się mógł tylko zdobyć. Przygoda z wódką nauczyła go nadal ostrożności, tak, że dając zadatek znaczniejszy dobrze naprzód opatrywał, w jakie się dostawał ręce.
Ale tak ciągle biegając za handlem, Hersz zostawiał młodą żonę, samą jedną, panią w domu, spokojnie zasypiając o nienaruszoną jéj cnotę. Trzeba wiedziéć albowiem, że u żydów złamanie wiary małżeńskiéj bardzo jest rzadkie i najsrożéj karane; a pomimo tego na Wołyniu, przez obcowanie poufałe z dość pod tym względem zepsutemi klasami pośredniemi, i żydzi nie są już wolni od zarzutu rozwiązłości. Między surowe przepisy ich prawa wślizgnęło się zepsucie jak wąż i usiadło ścieląc gniazdo. Nie myślał o tém jednak i nie zastanawiał się głęboko Hersz, którego umysł wytężony był nieustannie w jednę stronę, na wyszukanie zysków, zwiększenie majętności. Pani Herszowa była piękną jednakże, i co najgorzéj, wiedziała o tém dobrze. Ubrana czysto, w bogatych perłach na skroni, z przymrużonemi oczyma czarnemi, z rękoma w fartuszku, obuta w białe pończoszki i szafirowe trzewiczki; ilekroć zahuczało na drodze, wybiegała i nieraz niewiedziéć jak, dlaczego, gość, który był minął karczmę myśląc popasać lub nocować daléj, zawracał się do niéj, rozważywszy, że były chmury na zachodzie, lub mrok zbyt blizki, by mu dał dojechać do wygodnego o milę noclegu. Herszowa była wesoła, figlarna, umiała gości swoich bawić, umiała im usłużyć, i miała téż przysięgłych swych przyjaciół, którzy jéj nie mijali nigdy.
Zpomiędzy nich czułością swoją dla pani Herszowéj i częstemi odwiedzinami celował pan Jan Chwalczewski, młody, tęgi mężczyzna, właściciel wioski zadłużonéj w sąsiedztwie. Olbrzymiéj postawy, oczu czarnych na wierzchu głowy siedzących, okrągłych policzków, troszkę łysy, choć jeszcze młody gaduła i dowcipniś, choć bez dowcipu, lubił on towarzystwo, którém-by się nie trudził, w którém mógł wszelki wstyd i względy przyzwoitości zrzucić razem z kamizelką i surdutem. W domu hulał od rana do wieczora, ujeżdżając i zajeżdżając konie, wprawiając swoję muzykę złożoną z kilku chłopaków od kuchni i stajni, grających Bóg wié co i Bóg wie jak. Przy téj muzyce całe wieczory śpiewał piosenki najnieprzystojniejsze, których napamięć umiał liczbę niezmierną. Podobnych sobie dobrawszy przyjaciół, pił z niemi, śpiewał i latał w przegony na wychudłych szkapach. Pomimo najgorszego stanu interesów, pan Jan zawsze był weselutki, i gotów do hulanki. — Śmieli się z niego sąsiedzi rokując mu rychłą ruinę, on się śmiał z sąsiadów.
Przejeżdżając raz mimo wstąpił pan Jan do Herszowéj, wpadła mu w oko czarnobrewa, uśmiechająca się miluchno. Pożartowawszy z nią pół godziny pojechał, ale odtąd rzadki był dzień, żeby jego wyhasane konie nie zajeżdżały przed karczmę. Osobliwie téż zatrzymywać się przy niéj lubił, gdy męża nie było. Hersz gdy go zastał, nigdy się nie domyślił powodu częstych popasów, a płacony i przepłacany za owies, kontent był z odwiedzin jasnego pana. Herszowa coraz mu się poufaléj uśmiechała, i pan Jan nie w ciemię bity, przy mężu wstrzemięźliwszy był w umizgach.
Trwało to jakoś przez kilka miesięcy. Hersz na dłużéj niż zwykle wyjechał, a pan Jan z powodu złamanego koła cały dzień jeden w karczmie przesiedział. Zrana śmiejąc się wyjechał w wybornym humorze i z początku często, potém znowu rzadziéj bywał u Herszkowéj. Ona posmutniała, pobladła, wychudła, i zmieniła się widocznie. Niespokojna wybiegała często przed wrota, stawała, dumała, i równie niespokojnie powracała. Rzadko czoło jéj się rozjaśniło, gdy pan Jan przyjechał, ale on nie pokazywał się już tak często jak wprzódy. Hersz z drogi powrócił w wybornym humorze, zyskał wiele i zaczął spekulacyą nową, po któréj się złotych gór spodziewał, był to podrad na worki do magazynu wojennego. Napisał do brata w blizkiéj siedzącego karczmie, aby do niego przyjechał, chcąc się z nim podzielić przedsięwzięciem, którego sam dopełnić nie mógł. Zamknęli się nad rachunkami do osobnéj izby, i po dwugodzinnéj żwawéj rozmowie, wyszedł z niéj Hersz z czerwonemi policzkami, obłąkanym wzrokiem, sapiąc niespokojny. Żona zagadała do niego, nie odpowiedział. Domyślna kobieta pobladła, pojęła, że coś się stało, że mąż dowiedział się o czémś, zadrżała i bez siły prawie usiadła na ławce pod piecem. Hersz, chociaż tylko co powrócił, kazał niewyraźnym głosem zaprzęgać konie i wyjechał. Po głowie kobiety strach ogromnemi przelatywał skrzydły.
Zaledwie Hersz był za bramą, wyszła z izby i usiadłszy na wóz chłopski, kazała się wieść do wsi pana Jana.
Niech sobie czytelnicy wystawią scenę, jaką był jéj przyjazd.
Pan Jan jak zwykle, ucztował z przyjacioły; odzywały się skrzypki, a gospodarz grubym głosem zawodził karczemną mazowiecką piosenkę, gdy w dziedzińcu ukazała się zdyszana, biegnąca Herszkowa.
Wybiegł przeciw niéj gospodarz, poznawszy ją przez okno, ale nim usta otworzył, któremi miał żart jakiś bezecny wyrzucić, ona go pociągnęła za suknią.
— Wielkie nieszczęście — zawołała, — wielkie nieszczęście, niechaj pan posłucha.
— No, to gadaj.
— Tu nie można, tu kto posłyszy.
Pan Jan wprowadził ją do osobnego pokoju w oficynie.
— Nu i cóż? — zawołał.
— Mój mąż! mój mąż wié o wszystkiém, ón mnie zabije!
— Cha! cha! cha! — zawrzał gospodarz — A! jaki z ciebie tchórz! Cóż, wybił cię?
— Jeszcze nie, ale jemu brat powiedział, ón wié, pojechał do miasta po podrabina. Oni mnie zabiją, ja wiem. A! panie, broń mnie!
— Cóż ja zrobię na to? — zimno, wpół żartobliwie jeszcze, spytał zagadniony.
— Ja się ochrzczę, niech pan mnie chowa. — I to mówiąc, a posłyszawszy szelest, rzuciła się krzycząc w głąb izby.
Jeśli kto, to pan Jan był w niemałym kłopocie. Czoło mu się zmarszczyło, usta nadęły i obróciwszy się do Herszkowéj, rzekł:
— Dajże ty sobie pokój i ruszaj stąd, bo ja ciebie nie chcę znać i o niczém wiedzieć. Będzie kłopot, na co mnie to?
Żydówka osłupiała, posłyszawszy.
— Co? — zakrzyknęła — co?
— No cóż? idź sobie i po wszystkiém — rzekł pan Jan, — idź sobie jak-eś przyszła, bo ja ciebie nie przyjmę.
— Pan mnie nie przyjmiesz? — zawołała głośno — pan to śmiesz mówić? pan, ty jesteś tak podły?
— Ja! podły? — zakrzyczał pan Jan.
— Ty, podły, ty musisz mnie przyjąć; bo nie wiesz, co zrobię, co ci zrobić mogę?
Tchórz jak wszyscy, udający wielkich zuchów, na te słowa wyrzeczone śmiało i stanowczo, pobladł i zmieszał się hulaka.
— Ale bo, ale ho, — zaczął bąkać powoli, bo moja kochana Herszkowa, cóż ja z tobą zrobię!
Ona nawzajem teraz dziwiła się odmianie jego głosu i miny.
— Co? — rzekła — daj mi odzienie inne, ja się ochrzczę i będę twoją.
Tu znowu w głos się zaśmiał pan Jan.
— Jak to?
— Albo-żeś nie mówił, że mnie kochasz? Alboś mi na wszystkie twoje świętości nie przysięgał? — Alboś mnie nie namawiał, żebym dom i męża opuściła? Masz mnie i musisz słowa dotrzymać.
To mówiąc zrzuciła perły z głowy, załóżkę, chustki, i wołała o suknie inne.
Pan Jan osłupiał i nie wiedział co począć, wstydził się rady zasięgnąć u przyjaciół, nie pojmował, jak sobie postąpić.
Ale nieco podbity zapałem żydówki, poruszony, pobiegł, aby swych przyjaciół pozorem interesu wyprawić, i namyślić się, co miał czynić. Zaledwie wybiegł, Herszowa zatrzasnęła drzwi i zamknęła się na klucz w pokoju.
Wróćmy do Hersza. Wistocie on już wiedział o swojém nieszczęściu, ale nie mając z drugą żoną dzieci, przedsięwziął się rozwieść i na tém skończyć, pojechał więc po kartkę rozwodową, nic więcéj. Wróciwszy nie zastał żony. Napróżno dopytywał się, co się z nią stało, nikt nie wiedział. Niespokojny, sądził, że do rodziców odjechała, gdy wieczorem chłop mu powiedział jakiś, że jego brat odwiózł ją do pana Jana i tam zostawił. Na tę wieść Hersz, któremu dopiekł wstyd, że z jego domu uciekła żona, aby się wychrzcić, jak szalony poleciał po nią. Ale go zbyto niczém, pan Jan zaparł się i wyprzysiągł, że jéj nie było, opowiadał, jak zaraz daléj pojechała, niewiadomo dokąd, wyprosiwszy tylko konie u niego. Hersz poleciał wywiadywać się daléj, rozesłał żydków; żadnego śladu nie znaleźli. Wrócili więc czatować, pilnować i śledzić wkoło domu pana Jana, a tu łatwo od podpojonych dowiedzieli się ludzi, że jakaś kobieta, któréj sam pan jeść nosi, ukrywa się w osobnym pokoju oficyn.
Tego tylko potrzeba było żydom; gorliwi o to, aby się jéj nie dać ochrzcić, zmówili się o wykradzenie i wywiezienie daleko, aby śladu o niéj nie powzięto.
Tymczasem ona siedziała dni kilka w osobnéj izbie, a przy niéj często, niemal ciągle przebywał pan Jan. Zepsuty ten człowiek, nie wiem jakim sposobem, uczuł obowiązek zajęcia się nieszczęśliwą; obcując z nią, słaby, dał się uwikłać jéj czarnym oczom i pięknéj twarzyczce, więcéj niż szczeremu przywiązaniu do siebie. Co dzień bardziéj zaprzątniony nią, nie wiedząc, co z tego daléj wyniknie, grzązł w związek bez imienia i celu; nie pojmując, na czém się on skończyć będzie musiał. Przywołany ksiądz tajemnie uczył Herszową i przygotowywał ją do chrztu, którego pragnęła, aby się uwolnić od dawnych obowiązków. Zmienił się znacznie, a dla swych przyjaciół do niepoznania. Jan zamyślony, chodził smutny i nie wiedząc co począć, i (czego w życiu nie czuł potrzeby i przyczyny) nawet wzdychał. Wstydził się siebie, swéj namiętności, bał się przyszłości, a nie umiał jéj zapobiedz i wyrwać się zakochanéj żydówce. Ją także dni kilka niesłychanie zmieniło, rozwaga weszła do głowy, a nauki duchownego skutkowały tak, że przysięgła nie dać się do siebie zbliżyć Janowi, póki ją z nim ślub nie połączy. Cóż powiecie na to? Ten upór, to stałe postanowienie jéj, zamiast odstręczyć, przywiązało jątrząc namiętnego człowieka. Chciał koniecznie dogodzić żądzy, nie mógł; napróżno ją łudził słowy, pieścił, przymilał się, prosił, stała w postanowieniu żydówka odpychała go, a stawiąc księdza między sobą a nim, zbijała go zupełnie z drogi.
Pan Jan przyszedł do tego stopnia rozjątrzenia i namiętnéj żądzy, iż w duchu już myślał się ożenić, chociaż sam tego jeszcze głośno przed sobą nie wyznawał.
Dzięki sługom, żydzi dowiedzieli się o dniu, w którym pan Jan z dwoma ludźmi wyjechał do blizkiego miasteczka i w niém miał nocować. Spisek już dojrzał, postanowili téj nocy wykraść Herszowę. Hersz sam, dwóch jego braci, i kilku innych, zgromadzili się w niedalekiéj karczmie, czekając zmierzchu. Z przebiegłością żydowską przygotowali się do wykradzenia. Trzy razem bryki podjechać miały pod wieś i każda w inną stronę cwałem leciéć, uwożąc żydówki, które bronić się i szarpać powinny były. Przeznaczona dla Herszowéj buda ogromna, zapięta na wszystkie strony, zawalona próżnemi pakami, miała ją dowieść tylko do traktu i traktem powoli noga za nogą się ciągnąć.
Nadeszła noc — żydzi pocichu podkradli się pod oficyny, dwóch ich stanęło pode drzwiami, dwóch pod oknem — czekali, aż światło zagaśnie. Około północy wyszedł ktoś z izby, to był stary duchowny, co ją do chrztu przysposabiał, puścili go żydzi poznawszy. Po jego wyjściu zaryglowała się Herszowa i światło zagasiła. Natychmiast poczęto okiennice pocichu odpiłowywać, aby przebudzona krzykiem nie zwabiła ludzi. Odjęta okiennica, nagle wybite okno, wskoczyli żydzi i nim rozespana żydówka miała czas zawołać o pomoc, zabito jéj chustką gębę, porwano, rzucono w brykę, konie zacięto, trzy razem bryki ruszyły na trzy trakty i zniknęły śród nocy.
Pan Jan nie wiem czemu i dla czego nie nocował w miasteczku, rozpuściwszy swoje cztery chude szkapy, które latały jak szalone, galopował do domu; dzwoniąc i brzęcząc kółkami i dzwonkami chomątów. Stanął u oficyn, zastukał — cisza. Zaszedł od ogrodu, aby zajrzéć wewnątrz sercem okiennicy. Lecz potknął się o nią leżącą na ziemi, okno znalazł otwarte, wszedł do izby, widoczne były ślady gwałtownego porwania. Zawołał o światło na ludzi, i dobitniéj jeszcze przekonał się ze śladów, iż dwóch jakichś ludzi żydówkę pochwyciło. Wnet przypasał szablę, wziął pistolety i niedając czasu rozmysłom, któreby go niechybnie tchórzem zrobiły, rozkazał zaprządz drugą czwórkę, a dopadłszy śladu na drodze, ruszył co konie wyskoczyć mogły w pogoń. Trafem szczególnym, nie pojechał na żadną z dróg, któremi popędzili żydzi umyślnie wysłani, na stropienie go i zbicie, ale trafił na ślad bryki, która ku traktowi ruszyła. Już się na brzask miało, gdy kozak ujrzał wlokącą się po piasku gościńcem brykę, któréj śladu się trzymali. Natychmiast obskoczyli ją. Pan Jan z pistoletem przyskoczył do furmana, furman rzucił lice i uciekł w las, dwóch żydów także zerwało się i nie czekając dłużéj, zemknęli.
Kozak, furman i pan, rozdarli płócienne nakrycie bryki, ale w niéj znaleźli tylko kontrabandę, pospolicie zwaną pekele. Wcale nie tego potrzeba było panu Janowi, ruszył więc rzucając ją, i daléj w pogoń; lecz dzień cały gonił napróżno i noc go napadła, gdy przeprzężonemi na poczcie świeżemi końmi, dostawszy języka o żydówce, którą wysadzano gdzieś tajemniczo z bryki do karczmy, pojechał daléj.
Ściemniło się zupełnie, a noc była chmurna, jak mówią po prostu, choć oczy wykól. I można było nie tylko wykłóć oczy, ale zabić się, tak przeraźliwie było ciemno i wiater dął zimny, wilgotny, przeszywający. Jednakże nasz zapamiętały rycerz nie ochłódł, nie ostygł i nie wrócił się. W ciągłym zapale się utrzymując leciał a leciał. Nagle, o północy może, posłyszał przed sobą: — Wiu! wiu! na furmańskie — i ujrzał bielejącą brykę krakowską i sunącą się powoli piaskiem. Podbiegł ku niéj. Bryka ruszyła prędzéj, on za nią. — Stój! — Nie stają, a zacinają koni. Pędzi, aby ją przegonić, rozpoczynają się wyścigi, ale konie furmańskie do nich nie zwykle, piasek po kłódki, a pocztowe wysilają się. — Wkrótce równa się pan Jan z bryką, wyskakuje i chwyta zuchwale za uzdę konia, pociągniony z nim, strzela i bryka się zatrzymuje. Kozak wpada na woźnicę. — Żyd jeden wymyka się w las, drugi unosząc na ręku coś białego, za nim się ciągnie, postrzeżony, wstrzymany, i obalony, rzuca ciężar. Zbliża się ku niemu pan Jan; ale nic dojrzéć nie może.
Jest to ciało kobiéty — ale nieruchome, jak nieżywe. Usta obwinięte chustkami. To ona! Żydzi pouciekali — trzeźwi ją, przenosi na swoję bryczkę i uwozi odzyskaną.
Hersz szczęśliwie uciekł do lasu i nazajutrz jakgdyby nigdy nie jeździł nigdzie, spokojnie siedział w karczmie, modląc się na biblii. Herszowa została wielmożną jejmość panią Chwalczewską; bardzo przyjemna kobiecina, powiadają sąsiedzi; szkoda tylko, że dla niéj, wszelkich stosunków zaparłszy się nowy mąż, w końcu ustatkowawszy się i wiernym zostawszy małżonkiem, rozpił się i z pijaństwa umarł. Ale to już do historyi Hersza nie należy, i my do niéj powrócim.
Bohater nasz szczęśliwy do handlu, ale w małżeństwie nie fortunny, głęboko się namyślał, co miał począć z sobą. — Nie żenić się nie mógł — prawo mu zakazywało tego; żenić się lękał, bo pierwszą żonę miał nie po sercu, a drugą — o drugiéj już i nie wspominał nawet. Trzeba się było ożenić i wybrał ubogą żydóweczkę nie piękną, nie brzydką, spokojną, pokorną, którą zaślubił po utracie niewiernéj.
Ale cóż? jak dotąd wiodło mu się w handlu, tak teraz tracił a tracił. Kupił zboża dość drogo, zboże nagle spadło z ceny. Niespokojny, wyprzedał się ze stratą; w tydzień podniosła się cena, wyżéj niżeli była. Hersz rwał włosy z brody i z głowy. W gorzelni miał najgorszy wydatek, na woły brażne napadła zaraza i wyzdychały w połowie, w połowie chude wyprzedał prawie za nic. Taki cios dla żyda trudny był do przeniesienia. Hersz skapcaniał wprzód jeszcze, nim zubożał, opuścił się, i chodził jak nie swój, milczący, zadumany, smutny.
Żyd w takiém położeniu będący, blizki jest albo pójścia z torbą, albo zrobienia wielkiego majątku. Jedno z dwojga, albo przestanie probować szczęścia, albo wysilony ostatkiem odwagi, rzuci się na ogromną ryzykowną spekulacyę.
Tak właśnie zrobił Hersz, który nie utracił ze wszystkiém nadziei. Miał on jeszcze pieniądze dość znaczne i pomimo strat, miał się nieźle. Żyd jeden, którego znał od dawna, zaproponował mu kontrabandę, skupienie wielkiéj ilości towarów w Galicyi i wwiezienie ich do kraju potajemne, gdzie rozkupione natychmiast do Dubna, Łucka, Włodzimierza być miały.
Hersz przyjął propozycyą od razu, złożyli się na sumę potrzebną i biédką jednym koniem ruszyli ku granicy, wziąwszy paszporta w głąb Rosyi, aby się nie domyślano, dokąd pojechali.
Wołyń graniczy z Galicyą, w niektórych miejscach nie będąc od niéj oddzielony, ani rzeką, ani trudném do przejścia błotem lub trzęsawicą, lecz tylko zaroślami gęstemi, środkiem których wązka tryba przecięta.
Gęsta wprawdzie straż pilnuje przesmyków, ale w ciemną noc, z pomocą ludzi świadomych miejscowości i wprawnych, łatwo się przekraść na drugą stronę. Kilka kroków tylko i jesteś już pod inném prawem, pod rządem innym.
Hersz ze swoim towarzyszem zajechali na nocleg do wsi najbliższéj granicy. Nie zajechali oni do karczmy, ale pociemku i pocichu dopytali się chaty chłopa, który się zwykle trudnił przeprowadzaniem kontrabandystów.
Stary Jow siedział u ogniska i kurzył tytoń, gdy weszli. Chata jego na oko nie różniła się od innych, lecz wewnątrz przypatrzywszy się postrzegłeś ślady ukrywanéj zamożności. Kilka naczyń miedzianych tam i siam porozstawianych, na szyi żony bogatsze sznury korali i krzyż bronzowy świecący; u niego fajka drewniana wyrabiana, koszula z płótna cieńszego, buty na nogach, pas nie domowéj roboty.
Gdy żydzi weszli, powrócił głową i popatrzył na nich.
— Ot już czort niesie żyda, — rzekł pocichu, nie będzie nocy spokojnéj.
Żydzi kłaniali mu się, a towarzysz Hersza szeptał, kto go przysłał.
— Dobrze, dobrze, — rzekł chłop — już to jakoś będzie, a co dacie?
— Nu, a co ty chcesz?
— Wy idziecie z wielkiemi pieniędzmi — mówił Jow.
— My! a wej!... — zakrzyknęli żydzi oba pobladłszy — my nie mamy, tylko to co tobie dać, czy szalone wieść z sobą pieniądze.
— Nu, a ja to znam, że wy macie pieniądze — rzekł Jow podpalając fajkę — gadajcie, co chcecie. Jest was dwóch, po pierwsze, ty, — wskazał na Hersza, — masz trzos na brzuchu, a ty — rzekł do drugiego, — pewnie podwiązki tłuste.
Żydzi pobledli.
— A czego się boicie? ja was nie obedrę — rzekł Jow, — mnie ludzie znają; ja sprawiedliwy człowiek. A co dacie?
Żydzi się naradzili.
— Damy dwa czerwońce, — rzekli — to więcéj niż wszyscy dają.
— Dacie cztery, — rzekł chłop.
— Ani grosza jak trzy.
Jow milczał, zapalił fajkę na nowo, usiadł pod piecem i powoli powiedział:
— Niby to ja nie wiem, że wy dać musicie, a jak nie dacie, to ja się nie ruszę krokiem.
— A to my wolim wrócić do domu — rzekł Hersz.
— Dobréj nocy wam, idźcież sobie z Bogiem, a dajcie mnie pokój.
Żydzi szwargotali znowu, Jow fajkę palił i drumkał pod nosem i ognia poprawiał.
— Nu, co z tobą robić, — rzekł Hersz — damy, a chodź i prowadź.
— Dawajcież na stół.
— Jak przeprowadzisz.
— E! czy to ja mołokosos czy co? Ja nigdy inaczéj nie idę, aż pieniądze żonie oddam wprzódy. Wola wasza. A jak ja was przeprowadzę, gdzie ja was będę szukał?
Nareszcie namyśliwszy się, żydzi dobyli czterech oberżniętych dukatów, i położyli na kominie. Chłop spojrzał i nie wziął.
— Nu, a co nie bierzesz? — rzekł Hersz.
— Kulfony! — powiedział chłop.
— A! wej kulfony, — zawołali żydzi, — to najlepsze nowe dukaty. — Ale napróżno gadali, musieli dobyć lepszych. Dopiero się Jow udobruchał.
— Prowadź-że nas, prowadź, noc ciemna.
— Co wy wiecie kiedy prowadzić? — śmiejąc się Jow odpowiedział. — Nad rankiem choć nie tak ciemno, ale straż śpi najlepiéj i bezpieczniéj. Odpocznijcie wy tymczasem.
Musieli się żydzi zgodzić na to, radzi nie radzi. Jow tymczasem, wódką ich, dla dodania serca, poczęstował, jajami nakarmił, a sam wziąwszy czapkę wyszedł z chaty.
Żydzi pokładli się spać na ziemi.
Gdy ich skrzyp otwierających się drzwi przebudził, krzyknęli z przestrachu i porwali się na nogi. Przed niemi stał Jow, ale nie sam, ze strażnikiem granicznym, który fajkę zapalał.
— Gdzie te żydy? — spytał strażnik.
W żydach duchu nie stało.
— Śpią tutaj.
— Już czas, — rzekł strażnik.
— Pójdziemy, — zawołał chłop.
Żydzi jak martwi nie odzywali się.
— Ot, — mówił Jow do nich, — tak najlepiéj będzie, pojdziemy z panem strażnikiem razem, on najlepiéj przeprowadzi; a to nie wiele będzie kosztować.
I śmiał się z przestrachu żydów, których ledwie przekonać mógł, iż im pan strażnik nic nie zrobi. Nad rankiem byli już w Galicyi.
Ale to dopiero połowa i najłatwiejsza połowa wyprawy dopełniona była; przejść do Galicyi najłatwiéj, chodzi o to jak wrócić i jak przewieść towary. Żydzi wiedzieli dobrze, że płacąc pięćdziesiąt procentów, można dostać towary przewiezione już na naszę stronę, bez wszelkiego frasunku; ruszaj tylko w konie i strzeż się sprawnika lub strapczego, żeby o nakładne świadectwo i o plomby nie spytał. Ale żydom chciało się być mędrszemi od mądrych. Porachowali oni, że opłacając przewodnika, strażnika, opędzając koszta wszelkie, nie wyekspensują nawet dwadzieścia pięć na sto. Umyślili sami przekradać kontrabandę, i zatrzymawszy Jowa przy sobie, a umówiwszy się ze strażnikiem, któremu dobrze zapłacili, a więcéj jeszcze obiecali, poczęli kupna swoje.
Po akcencie, po ubiorze, po gatunku monety, jaką z sobą mieli, poznano ich łatwo we Lwowie, że są z Wołynia, nie trudno téż było domyślić się, po co przyjechali, zwłaszcza gdy choć pocichu i ostrożnie, sprawunki robić poczęli. Natychmiast mnóstwo przemycaczy jęło im się stręczyć, do przeprowadzenia towarów przez granicę. Żydzi odpowiedzieli, że nie jadą do Rosyi, kontrabandy wieść nie myślą i posługi niczyjéj nie potrzebują. Poczęto śledzić i dośledzono, skąd są i za czém. Jow, którego z sobą mieli, po części się wygadał, po części dał się domyślić prawdy, którą niezgrabnie ukrywał. Tymczasem żydzi chodzili po kupcach i robili sprawunki, radzi, że im się bardzo tanio udawało nabyć towary.
Jow siedział tymczasem u komina gospody i fajkę palił spluwając i klnąc pocichu, brał wprawdzie po reńskim na dzień, ale go korciło do domu.
Nareszcie pokupki zostały pokończone, upakowane, żydzi siedli na brykę z Jowem i ruszyli zupełnie w przeciwną stronę. Nie zatrzymując się nigdzie u karczem, nie gadając z nikim, zawrócili ujechawszy dobry drogi kawałek, nazad i manowcami, które Jow znał doskonale, skierowali się ku granicy, w toż samo miejsce, gdzie raz już nocą się przekradli. Chłop wysłany naprzód po strażnika, zostawił żydów samych jednych na bryce siedzących i dzwoniących zębami ze strachu, bo noc była ciemna i na krok przed końmi nic rozróżnić nie podobna. Dobra godzina upłynęła, nim Jow zasapany powrócił.
Strażnika, z którym uczyniona była umowa, nie znalazł i kazał żydom jechać, wołając:
— Nie bijte sia, nie bijte! Sam przeprowadzę!
Żydzi marli ze strachu, trzęśli się, ale nie było co począć, musieli się na Jowa spuścić. Zbliżyli się ku linii granicznéj. Straże gdzieś pod krzakami spały, a deszcz lał coraz mocniejszy, przemknęli się bez szwanku na drugą stronę, przejechali jakoś lasek i wybrawszy się na pierwszy gościniec, Jow usiadł do bryki, zacięto konie — polecieli.
Ale zaledwie z miejsca[29] — błysnęło, dał się słyszéć wystrzał, ruch na linii, tętent koni; żydzi pomarli z bojaźni, Jow zaciął konie rachując trochę na ciemność, trochę na swoje szczęście — i daléj.
Za niemi krzyki, pogoń, wystrzały, Jow ciągle zacina konie i jedzie, żydzi już chcieli wszystkiego się wyrzekłszy, uciekać, ale nie było sposobu; bryka przewracając się po rozmytéj od deszczu drodze, toczyła się szybko naprzód. Po pewnym upływie czasu, pogoń w tyle pozostała, żydzi odetchnęli, Jow jednak nie przestał koni zacinać i pędzić. Tak w największym strachu dojechali do jakiéjś wsi, w którą wleciawszy chłop, prosto zawrócił na podwórko, do stodoły.
— Gdzie ty jedziesz? gdzie? — zakrzyczeli żydzi.
— Siedźcież cicho, żydy! — odpowiedział złażąc z bryki Jow, zrzucając co prędzéj towary, — i nie puszczajcie głosu.
Nadszedł drugi chłop, poczęli się naradzać i kazali żydom zrzucić kontrabandę w słomę.
— A bryka, a konie? — niespokojny spytał Hersz.
— Tu niéma co robić, tylko chcecie być cali, to słuchać mnie, pogoń za nami. Wyrzucajcie co jest z bryki, a konie zaciąwszy puścić ku granicy, jak złapią, zadurzą się i może nam dadzą pokój. Inaczéj my przepadli.
Zmuszeni słuchać Jowa, żydzi wzięli się do zrzucania paczek w słomę, a zaledwie się uprzątnęli, chłop siadł na wóz znowu, i poleciał. Długo siedzieli w stodółce, czekając na niego, miało się na dzień dobrze, gdy pieszo, zmęczony, ocierając pot z czoła, przywlókł się Jow do nich.
— A konie, a bryka? — zawołali żydzi.
— Na tamożni, zabrali strażnicy, chwała Bogu.
— Jak to? chwała Bogu!
— Lepiéj stracić konie i brykę, niż towary, teraz najmijcie konie i wieźcie pekele, a nam płaćcie.
— Jeszcze tobie zapłacić! Jeszcze tobie zapłacić! a konie! a wóz?
— Ja ich nie wziął!
— A kto wié, czy ty ich nie wziął!
— No! no! — odparł Jow zapalając fajkę, — nie gadajcie, nie gadajcie, a zapłaćcie i mnie i kumowi, co stodoły pozwolił; a nie...
— A nie, to co? — zawołali żydzi.
— A nie, to pójdziem po strażników. Ot, tutaj w karczmie dwóch jest.
Żydzi potruchleli, nuż w targ z chłopami i jakoś skończyli. Teraz trudność najęcia podwody, bo lada kogo nająć nie można, aby nie wydał po drodze. Jow tedy znowu poszedł najmować fury, i szarym mrokiem porannym żydzi wyjechali z wioski, kierując się na Boremel, Nieśwież ku Łuckowi. Byle dopadli miasta, mogli już być spokojni; towary pochować było łatwo. Ale tu cały dzień drogi przed niemi, a w dzień jechać niepodobna. Sami chłopi poradzili, zajechać do lasu, w gęstwinę i tam do drugiego zmroku przestać. Tak się i stało. Jow pożegnał śmiejąc się, żydów, zdając ich na ręce nowym przewodnikom. Niedaleko odjechawszy, gdy rozedniało, zawrócono w dąbrowę gęstą, opodal od drogi.
Żydzi znużeni całonocną niespokojnością, pokładli się na ziemi i poczęli usypiać, chłopi spętawszy konie, posiadali u ognia i zabrali się do gotowania obiadu. Tymczasem deszczyk pruszył gęsty, dąbrowa szumiała i zdaleka tylko dochodziły podróżnych głosy przejeżdżających traktem pocztowych powozów i bryk kupieckich.
Posiliwszy się, chłopi także widząc, że konie na bujnéj trawie spokojnie się pasą, pokładli się spocząć — nakrywszy od deszczu siermięgami. Nagle, zbudził ich i żydów, dosyć głośny śmiech i wykrzyk.
— A nu! na nogi!
Wszyscy się przestraszeni porwali.
Jakiś jegomość w płaszczu z futrzanym kołnierzem, w czapce z czerwoną obwódką (co było znakiem najfatalniejszym) z cybuchem krótkim w ręku, z szablą w drugiéj, stał koło bryk, poglądając na nie okiem wprawnego znawcy. Oblicze tego jegomości zwiastowało dowodnie, że to był asesor, który aż w głąb lasu wziąwszy ślad za poimką się wybrał.
Na ten głos: A nu na nogi! żydzi naprzód pomyśleli uciekać, ale widząc samego pana asesora, wstrzymali się i mrugnęli na chłopów. Ci dorozumieli się, o co chodzi, i pobiegli za końmi.
— Nie myślcie darmo uciekać — zawołał śmiejąc się jeszcze raźniéj urzędnik, — bo tu są ludzie moi niedaleko i czekają tylko znaku, to pochwycą was i pekele wasze pobiorą razem, a nim słońce zajdzie, będziecie pod dobrym kluczem w turmie.
— Pekele! pekele! — zawołał żyd jeden odważniejszy. — Albo my to wieziemy pekele, albo co? My jedziemy po obywatelach z towarami.
— Anu! a tak — dodał drugi.
— A waść co za jedny? — dodał żyd pierwszy.
— Zaprzęgaj konie! — krzyczał Hersz.
— Ja moi kochani żysiowie — rzekł cierpliwie asesor — jestem wiecie kto, bo mnie znacie i ja was znam. Wy zaś wieziecie kontrabandę ze Lwowa, wczoraj przekradliście się nocą przez granicę, brykę waszę próżną złapali, nocowaliście w stodole u chłopa za Boremlem, najęliście konie. — Wszystko wiem. — A nie myślcie uciekać, bo moi ludzie blizko. Tylko nie chciałem ich tu prowadzić, myśląc że z wami po ludzku się ułożę i puszczę was, ale kiedy myślicie mi tu...
Nie kończąc odwrócił się, żyd przyskoczył.
— Jegomość, nu! nu! dajcie pokój — pogadajmy!
— Ot tak, i będzie zgoda!
Poszli i począł się targ, ale nie uszedł żydom na sucho, broniąc się od poimki musieli zapłacić pięćdziesiąt rubli srebrem i dać nowiuteńkie futro szopy, a dodatku sukna na pokrycie. Odebrawszy swoję należność, urzędnik znikł w gęstwinie, a żydzi zostali z pospuszczanemi nosami, drapiąc się po głowach.
Nie było czego czekać, pozaprzęgano konie, ruszyli; lękali się, aby ich kto nie napędził znowu. — Zmierzchem przebrali się na Nieśwież, Korszów, Gródek, do Kozińskiéj karczemki i tu dopiéro odetchnęli spokojniéj, widząc się blizko Łucka! — Poszli napić się sami wódki i poczęstować ludzi. Deszcz ciągle kropił i zmierzch padał.
Po oślizłéj i zatoczystéj drodze, puścili się daléj, mijając Zaborol. Tu u murowanéj karczmy, znowu stali wytchnąć koniom, bo szkapy niewiele karmione, pomęczyły się były zupełnie, ciągnąc dość wielką wagę. Łuck już był pod bokiem, o pięć werstw, mimo tylu przygód i tylu opłat, żydzi rachowali swoje zyski i śpieszyli niespokojnie do miasteczka. Po ciemku posunęli się znowu zgóry na górę rżnąc się po kolejach błotnistych. — Na grobelce, którą zowią czortkiem i nie darmo, bo ją tam czort cały posadzić musiał, dla zniecierpliwienia podróżnych, konie w gęstszym niż gdzieindziéj błocie ustawać zaczęły wyraźnie. Z tyłu dał się jak na złość słyszéć dzwonek pocztowy i wołanie pocztyliona.
Żydzi powstali na nogi, pochwycili baty od chłopów i nuż po koniach bić. Nareszcie wydobyli się z błota i pokłusowali. Na lżejszéj drodze, wstąpił szczęściem duch w konie, Łuck był blizko, świecił przed niemi, błyszczała woda rozlanego po ługach Styru, bielały mury kościołów.
— A nu! a nu! — Jadą co konie mogą wyskoczyć, za niemi ciągle pocztarski dzwonek, co ich dreszczem przejmuje.
Jeden drugiemu szepcze:
— Może to asesor?
— Może asesor.
Spuszczają się z góry, przez rozlazłą kałużę przebierają, już są u mostu Kraśniańskiego, a za niemi ciągle dzwoni: a tu u rogatki przystępuje rewidować strażnik, czy wódki nie wiozą. Hersz miał przytomność dać mu dziesięć groszy, puszczono ich. Ledwie są na pół mostu, słychać za niemi:
— Łowi! łowi! derży!
Żydzi zacinają konie co sił staje, chłopi sobie — za niémi dudni na moście powózka asesorska.
Jeszcze chwila, a będą w mieście, jeszcze chwila, a ocaleni zostaną.
Szczęściem na wiecznie popsutym moście Kraśniańskim, nie trudno o zawady: pod goniącym pomocnikiem pana asesora i strażnikami pęka mośnica, koń zapada. — Chwila zwłoki, a żydzi już znikli.
Z mostu rzucili się po wyłamanych drewnianych pokładach, wprawo na stare miasto, przez rynek, na karaimszczyznę, a nie dojechawszy do niéj, we wrota żydowskiego domu, które natychmiast zaparto. Kupa żydów otoczyła bryki, pochwycono towary w mgnieniu oka, naładowano wozy workami ze zbożem, które się znalazły na podorędziu, żydzi siedli na furmanki i wyjechali na rynek.
Na rynku nos w nos spotkali się z goniącemi za poimką.
— Stój! stój! oto oni! to oni. — Stój! otaczają wozy i znajdują na nich kilka korcy pszenicy.
Tym sposobem wwiózł Hersz kontrabandę, na któréj pomimo kosztów niemałych grosz na groszu zarobił. To go zachęciło, ale nie odważył się jednak więcéj sam przekradać, czyniąc potém jak wszyscy i płacąc procent od przemycania.
Żydzi nie umiejący ocenić gwałtownych wzruszeń, dla których gracze stawią znaczne pieniądze na kartę, wolą spokojnieszy zysk, bez wzruszenia.
Daléj rozpowiedział Hersz naszym podróżnym, jak pieniądze robią i jakie procenta biorą żydzi od pożyczanych panom obywatelom. Wprawdzie bardzo się często trafia, że tracą kapitał i procenta, ułakomiwszy się na lichwę, ale częściéj odbierają to zbożem, to fantami i zyskując na tanio przyjętych towarach, sowicie. Ostrożniejsi po stracie, nie dają pieniędzy, jak na formalny oblig, a że procentu w nim, nad prawny, wypisać nie można, na to łatwa rada, przylicza się do kapitału i pisze bez procentu. Tym sposobem suma przepaść nie może i lichwiarz odpowiedzialności nie podpada. W razie niewypłatności, żyd zabiera, co mu dają, byleby małą ceną, lub (jeśli ma nadzieję późniejszéj wypłaty) dolicza tylko procenta do kapitału, odmienia oblig, i od niespłaconych procentów liczy procenta nowe. Tym sposobem trzysta rubli co rok uczynić może około tysiąca. Na wielkich sumach widoczniejszą jest lichwa, na mniejszych i w krótkich terminach, nie znaczną. Sami żydzi, na handel nawet pożyczając, płacą ją sobie wzajemnie. Zastawy biorą się tylko od tych, którym zupełnie wiary dać nie można; dla innych wystarcza nadzór pilny.
Gdy raz kto u żyda się zapożyczył, niech nie myśli, żeby swobodnie i po swojéj woli mógł cokolwiekbądź spieniężyć. Albo wierzyciel staje się sam kupcem i zmusza do uczynienia kontraktu, potrząsając swym długiem, albo w ślad za każdym kupcem się jawi, w samę chwilę, gdy zadatkowe pieniądze liczą się na stole. Arendarz, oficyalista, chłop może, donosi mu najdokładniéj, co się we dworze dzieje, wié każdy grosz wchodzący i wychodzący i rozrachowuje dochody, lepiéj niż ich właściciel. Przy takiéj ostrożności i baczności nieustannéj, nie podobna, aby pieniędzy swych nie odzyskał.
Hersz, popijając herbatę, rozpowiedział to wszystko podróżnym z pewną pół-szyderską, pół-dumną minką. Czuł on swoję godność i swój rozum, czuł wielką wyższość swoję — opowiadanie jego z małemi wyjątki było pieśnią tryumfu: paeanem.
Późno już w noc było, gdy nareszcie opowiadanie się razem z herbatą skończyło; Hersz życzył dobréj nocy podróżnym i zaczął słać sobie pod piecem, w izbie, w któréj na rozmaitych wysokościach, spało sześciu żydów wyziewających najróżniejsze wonie z siebie i odzienia. Na podłodze z dziesięciu chłopów powyciąganych chrapali smaczno, dnia czekając. Na kominku tliły reszty ognia niedogasłego, a kur w alkierzu piał zapamiętale.
1843.





Wspomnienia pana Szambelana.


Relata refero.

Mało kto, na Polesiu i na Wołyniu całym, nie znał tego poczciwego i miłego Szambelana, który tak niespodzianie ma być wydrukowanym po śmierci. Mogliżbyśmy go zapomniéć? jednego z tych, na wieki już dla nas zaginionych ludzi epoki, która się odrodzić drugi raz nie może, a któréj synowie dogorywają, lub skonali wzdychając i tęskniąc za swoim światem. Smutne, smutne życie ludzkie, tyle nadziei w niém, tyle szumu, a potém starość w cierniowéj koronie żalów i pamiątek, i cicha zapomniana mogiła. Zstąpił już do niéj i mój Szambelan! Wieczny mu pokój! Ale umierając, nie płakał, bo szczęściem Bóg dał mu umrzéć, jak żył, swobodnym, wesołym i na sercu młodym, choć mu czas poorał czoło i posiwił włosy.
Niechże się po nim zostanie choć to maluczkie wspomnienie, odgłos jego opowiadań, tak młodzieńczych pomimo wieku, których lubiliśmy słuchać.
Opuściwszy dwór Stanisława Augusta, na którym przebył najlepszą część młodości, Szambelan powrócił do rodziny, i tu doświadczywszy różnych losów, zostawszy gospodarzem, ojcem, obywatelem, nareszcie wyrzekłszy się majątku dla dzieci, w maleńkim domku, bawiąc się pracą, dożył reszty dni, które ozłacały wspomnienia świetnéj Warszawy Stanisława Augusta. Nie wiem, czemu smutno było i pocieszająco razem, patrzéć na tę piękną, pracowitą, swobodną i wesołą starość, w któréj ani umysł swéj żywości, ani serce młodych uczuć, ani uśmiech swéj łatwości nie stracił. Oddawszy dzieciom, co miał, i zostawiwszy sobie skromne utrzymanie, osiadł w dawnéj swojéj wiosce, w maleńkim domku, nie dając nawet poznać po sobie, że jakąkolwiek z siebie uczynił ofiarę. Pod tym słomianym dachem urządził sobie całe życie nowe i zapełnione w sposób najoryginalniejszy. Znawca i lubownik wyrobów hebla i dłuta, bawił się stolarką, wychowywał kury, uczył sroczki, któreby mu samotną ciszę ożywiały, i powiesiwszy przed sobą, z jednéj strony portret króla, z drugiéj, portret ulubionego krewnego, wesoło, swobodnie trawił dni, przerywane tylko odwiedzinami w sąsiedztwie i podróżami do familii.
Nigdzie Szambelan nie mógł być niepożądanym, bo wszędzie przynosił z sobą, właściwą wiekowi, w którym lepsze lata przeżył, wesołość, grzeczność uprzedzającą, dla kobiet uśmiech zalotny, mimo siwych już włosów i w siedmdziesięciu leciech do mazura gotów, do pogadanki ochotny, wytrwały w zabawie czy w pracy, jak dwudziesto-letni młody człowiek, z każdym się zgodził, każdemu podobał, każdego ująć potrafił.
Już sama postawa rzeźka, ruch przymilenia pełen, twarz rozświecona uśmiechem, oznajmiały, że siwe jego włosy nie zmrożą żadnego weselszego towarzystwa. A było z nim tak swobodnie i miło, tak ochoczo przy zabawie, że nikt nigdy nie stęknął na niego. Brak do mazura pary — gotów Szambelan, byle z piękną tancerką, i wytnie jeszcze hołubca jak należy, brak do wista partnera, siada sam i będzie grał, póki trzeba graczom; zechcecie posłuchać opowiadania z dawnych czasów, powie wam, co pamięta. A gdy opowiadać zacznie, oczki mu się zaświecą, usta zadrżą, wyprostują krzyże, i znać, że to, co mówi, rozgrzewa go wewnątrz, bawi, zajmuje ożywia.
Trudno mi zapomniéć opowiadań pana Szambelana, i zdaje mi się, że szkodaby było, żeby te oryginalne powiastki, malujące swój czas w pewien sposób, z nim zaginąć miały. Sprobuję więc przypomniéć, co od niego słyszałem, i nie dodając nic, nie ubierając, powtórzę, jak mi opowiadał swoje przygody, to co słyszał, co widział, et quorum pars magna fuit.
W r. 1788 byłem jeszcze młodym chłopcem i dalipan niczego — opowiadał mi Szambelan. — Król Jegomość postanowił świetnym obchodem uczcić pamięć Jana III. Byłem naówczas w korpusie paziów i jako paź uczestniczyłem w sławnym owym karuzelu, do którego gonitw gotowaliśmy się kilka tygodni bez ustanku, krusząc kopie, zdejmując mniéj więcéj szczęśliwie pierścienie. Pułkownik Königsfeld, naczelnik paziów, przewodniczył nam w tych przygotowaniach.
Uroczystość ta, która zwabiła nie tylko mieszkańców stolicy, kraju, ale wielu cudzoziemców, odbyć się miała w Łazienkach. Na placu łazienkowskim, niedaleko Białego Domu, zbudowane było okazale trzypiętrowe amfiteatrum. Były to ganki koliste, mające w sobie siedzenia na kilka stopni podzielone, pokryte różnobarwnemi dachami płóciennemi. Na samym dole mieścić się miał tłum widzów, oddzielonych od jeźdźców i goniących szrankami. W gankach tych były cztery loże i cztery bramy wjezdne, pięknie ubrane. Loże przeznaczone były dla Króla JM., dla dostojnych gości i sędziów, obite bogato i przystojnie. Na bramach, których rysunek dawał budowniczy J. K. M. pan Kubiński podobno, były herby kraju, Poniatowskich i Sobieskich. Na wierzchu ich powiewały chorągiewki: zielona, pąsowa i żółta, oznaczające, gdzie kto z biletem tegoż koloru miał się umieścić.
W środku, na polu amfiteatrum, ustawiono drzewa z pierścieniami, tarcze do strzelania i figury wypchane murzynów i turków, na których kruszyliśmy groty, tępili pałasze i egzonerowaliśmy pistolety swoje. Przy samych szrankach, oddzielających nas od widzów, wisiały także w czterech miejscach pierścienie, a na ziemi leżały głowy, które w całym pędzie konia, kopiami i pałaszami zbierać mieliśmy. Takież pierścienie wisiały w bramach. Zacząć miał festyn ów karuzel, po nim następowało teatrum, balet i kantata, i iluminacya, fajerwerk; ale o tém zaraz lepiéj rozpowiem; wróćmy do początku.
Z pomiędzy nas paziów, do pierwszego kadryla wybrani byli: pp. Raczyński, Ostrowski, Aksamitowski i Linowski, do trzeciego ja, Lipiński, de Tylly, późniéj szambelan J. K. M. i Mysłowski. Wybrany był także Stanisław Jabłonowski, ale ten późniéj usunięty został. Mieliśmy pracy niemało w nabyciu potrzebnéj zręczności, ale człek wówczas był młody, ochoczy, zwinny, i tysiące pięknych oczu, co na niego patrzéć miały, niemało dodawały ognia.
Wystawże sobie, kochany panie, ten cały amfiteatr pełen aż do brzegów, okoliczne drzewa obwieszone ludźmi, loże jaśniejące pięknościami, Króla Jego Mości w świetném gronie, a całe góry sąsiednie, zwłaszcza górę, gdzie stoją koszary gwardyi litewskiéj, jak makiem zasianą ludem. Mówiono, że tysiąc powozów, a do 30,000 głów i oczu przytoczyły się do Łazienek. Miarkuj pan, jak tam serce nam bić musiało, żeby się popisać.
Tandem zasiada Król J. M. w loży swojéj, posłowie zagraniczni i dostojniejsi w wyznaczonych lożach, za biletami wpuszczani na wschodach, a dołem zaproszeni. Każdy z nas paziów miał po piętnaście biletów do rozdania, — ej! i miał je komu rozdać, choć drudzy niemi frymarczyli, bo je po 15 czerwonych złotych w końcu kupowano.
J. M. P. Konarski, pułkownik artyleryi koronnéj, za przybyciem Króla J. M. dał znak, i z dział uderzono na rozpoczęcie karuzelu. Byliśmy już w gotowości i w stroju za bramami, i poczęliśmy wjazd przez bramę litewską, przy odgłosie trąb i kotłów. Dwóch oficerów prowadzili najprzód z trębaczami kilkudziesiąt ludzi dobornych z lejb-regimentu gwardyi koronnéj. Byli ci oficerowie, pp. Broniewski i Frankowski, jeśli dobrze pamiętam.
Za niemi nasz pułkownik Königsfeld, dyrektor karuzelu ad hoc, w kolecie białym, suknia na nim pąsowa ze złotym galonem, na piersi orzeł wypukło szyty srebrny, z cyfrą Jana III, na głowie szyszak srebrny, z piórami strusiemi białemi z pąsowém.
Za nim tuż pierwszy kadryl, podobnie coś ubrany, ale u pąsowych sukni obszlegi zielone, galony złote, na głowach kaszkiety srebrne z piórami, w ręku kopie złocone. Potém kadryl drugi, czterech pp. kadetów, kolety białe, galony złote, obszlegi pąsowe, kaszkiety złocone, pióra białe. Tandem i nasza czwórka następowała, tak samo przybrana, tylko na piersiach mieliśmy wyszytą Pogoń. Czwarty kadryl, czterech podkoniuszych J. K. M., suknie białe, kolety zielone ze złotem, na piersiach i na plecach wyszyte słońca, kaszkiety szmelcowane czarno, orły na nich złociste, pióra białe z czarném, szarfy z białego atlasu z frędzlą złotą. Daléj kadryl złożony z pp. oficerów regimentu lejb-gwardyi koronnéj. Ubrani w kolety paradne regimentu swego pąsowe ze srebrem, na piersiach i plecach haftowane słońce srebrne, kapelusze i kopie. Szósty kadryl w mundurach kawaleryi narodowéj, porucznicy kawaleryi i przedniéj straży porucznik także, Strutyński. Siódmy i ostatni miał w sobie dwóch szambelanów króla i pułkownika litewskiego Kirkora, z pułkownikiem i adjutantem Byszewskim, kolety białe, suknie pąs ze złotem, słońce złote na piersiach i plecach, szarfy atłasowe białe ze złotą frędzlą, kaszkiety srebrne ze złotemi orłami, pióra czarne. Zamykali wjazd nasz kilkudziesiąt ludzi, z lejb-regimentu gwardyi, z trębaczami, prowadzeni przez poruczników Pągowskiego i Kępińskiego. Najprzód tedy objechaliśmy plac dokoła, salutując króla, sędziów i damy; potém pułkownik Königsfeld stanął w pośrodku, jako mistrz karuzelu, a my po jednym do każdéj bramy ustąpiliśmy, czekając znaku na rozpoczęcie gonitwy.
Tandem poczęliśmy najprzód do pierścieni, potém do turków i murzynów biegać, strzelać, kłóć, rąbać, nareszcie objeżdżać amfiteatrum i chwytać na kopie i pałasze, głowy i pierścienie. Po trzy razy tę zabawkę z powszechnym powtarzaliśmy aplauzem. Trwał karuzel pięć kwadransów, a, powiem panu otwarcie, nie powiedziałbym, czy pięć minut, czy pięć wieków, tak mi się czas pobałamucił. A, jak wszędzie na świecie, nie było bez wypadku. W czasie saméj reprezentacyi, koń pana Linowskiego podobno, jeśli nie bałamucę, wściekł się od huku trąb, od strzałów i wrzasków i przesadziwszy szranki, uniósł go z bramy w pole, tam długo z nim walcząc i usiłując go pohamować, p. Linowski musiał mu wreszcie z pistoletu, który miał przy sobie nabity (bo to było przed strzelaniem do tarczy), w łeb wypalić. W czasie zaś ataku na ostatku, Nakwaski przypadkiem ciął w twarz Lipińskiego, który od tego razu całe życie miał pamiątkę. Ten Nakwaski był, słyszę, potém prefektem miasta Warszawy.
Połamawszy brechlance i narzucawszy głów co niemiara przed lożą królewską, skończyliśmy; a żaden podobno z nas nie miał apetytu pójść na kantatę inauguracyjną, choćby był zobaczył piękne ówczesne aktorki, pannę Sitańską, panią Jasińską i pannę Rudnicką.
Po kantacie był balet heroiczny z rycerzami, starcami, parą zakochanych, i co do tego należy.
Nim balet wytańcowali, już wspaniała, nowéj inwencyi iluminacya alla Borghese gotowa była; kilkadziesiąt tysięcy lamp różnokolorowych, przedziwnie ustawionych, śliczny tworzyły widok. Nad posągiem Jana III unosił się łuk tryumfalny przepyszny, z transparentami po bokach, wszystko to i posąg w ogniu kolorowym jaśniało. Na skroni Jana III palił się wieniec zielony. Nad kanałem po brzegach stały trofea na słupach, połączonych z sobą festonami, łączące dom króla z tryumfalnym łukiem. Po drugiéj stronie, ogniami oświecony był także staw, aż do kaskady, nad którą stał obelisk ognisty. Dziedziniec, szpalery, obwieszone latarniami i świecznikami wspaniale, widne były jak we dnie.
Król, czego już daléj byłem świadkiem, powróciwszy do sali, słuchał pięknéj mowy, młodego Michała Sobieskiego, wojszczyca litewskiego, którego potém wziął na swoję opiekę i wychowanie, ale co się z nim stało, nie wiem.
Przyszła na nas koléj do nagród, których sędziami byli: generał Byszewski, pułkownik Michniewicz, Döbel, Lantau i Poświatowski. Ci spisywali, ile kto razy zdjął pierścień, podjął głowę, i kto ile razy chybił celu, z tego gdy zdali sprawę królowi J. M., sekretarz J. M. P. Karaś czytał imiona odznaczających się, a damy: wojewodzina Bracławska (Jabłonowska), księżna Nassau-Siegen i pani Humiecka, miecznikowa koronna, rozdawały nam i przypinały medale złote i srebrne, na niebieskich wstążkach, z napisem: Equiti dextro, zapony z medalami i pamiętne téj uroczystości medale z Jana III wizerunkiem. Mnie się dostało odebrać medal z rąk pani miecznikowéj koronnéj. A powiem tu panu nawiasem, że taż sama pani Humiecka (która mieszkała przeciwko Przebendowskich, na rogu ulicy Koziéj), ocaliła w czasie rozruchu generała Igelstrom. Wpadł on do pani Humieckiéj, prosząc o ratunek, i nie zawiódł się, bo go tyłem domu swego bezpiecznie potém wypuściła.
Po rozdaniu nagród, nastąpiła wieczerza na trzysta osób; stół jeden nakryty był w sali wielkiéj, inne pod namiotami umyślnie na to rozbitemi i po mniejszych pokojach. Skończyło się wreszcie wszystko fajerwerkiem, i tym nazajutrz przylepionym po mieście wierszykiem:

Sto tysięcy karuzel, jabym trzykroć łożył,
Żeby Stanisław umarł, a Jan III ożył.

Przyniesiono jednę z kartek królowi, i mówią, że go ten koncept zmartwił niemało.
Wszystko to mignęło i przeszło, a my dziś starzy, co to się z nas porobiło! ha! ktoby to uwierzył, żem tak hasał na koniu z kopią w ręku? I gdzie się to wszystko podziało, te piękności naszych czasów!
— Widywałeś pan Grab?...
— Jakże nie! Ta nie była piękna z twarzy, ale figurę miała cudowną, i pierś jak z marmuru wyciosaną. Była z domu L.. Wpływ jéj na króla był niesłychany, tak że Bóg wié czego na nim nie wymogła, gdy chciała, do tego stopnia, że gdy raz, brat jéj, sławny gracz i rozrzutnik L..., zgrawszy się po swojemu do szczętu, i na słowo w dodatku, niejakiemu Wyhowskiemu, począł przed siostrą narzekać, skłoniła króla, żeby pośredniczył między nim a Wyhowskim, w układach z gry wynikłych. Ten Wyhowski był graczem z profesyi, a jak grał, uczciwie czy nie, tego nie wiem, to pewna, że L... grając z nim, przegrał, co tylko jeszcze mu z łaski siostry i króla zostawało. Pieniądze gotowe, klejnoty, powozy, konie i znaczną sumę na słowo puścił. Król wieczorem będąc u Grab... widzi ją we łzach, rozpytuje przyczyny, i daje słowo, że na to poradzi.
Nazajutrz rano, byłem na służbie w pokojach królewskich; wołają pazia, staję.
— Pójdziesz do pana Wyhowskiego — powiada mi król — i poprosisz go do mnie, natychmiast.
Skłoniłem się, ale tymczasem dyabeł wiedział, kto był pan Wyhowski, gdzie on mieszkał i jak go było szukać? W wielkim kłopocie stoję i myślę, gdy szambelan Kownacki, siedzący podówczas w sali, który rozkaz dany mi słyszał, a podobno i wiedział, o co chodziło, bo transpirowało, o co rzecz szła, powiada mi mieszkanie Wyhowskiego. Nie było więcéj nad dziewiątą rano; ruszam szybko.
Nie pamiętam już na jakiéj ulicy, wskazują mi mieszkanie przepyszne na pierwszém piętrze; wchodzę.
W pokojach zastaję samę jednę tylko, przecudnéj piękności kobietę, tak, że na widok jéj, osłupiawszy z admiracyi, ledwie zapytać mogłem:
— Czy zastałem pana Wyhowskiego?
— Nie — odpowiada mi — ale wkrótce powróci, wyszedł na ranną przechadzkę.
— Jestem przysłany od jego królewskiéj mości.
— Może pan wstrzymasz się chwilę?
I jak się tu nie wstrzymać? kobieta jak anioł, panie Boże mnie skarz, nie mogłem nawet pojąć, jak ten człowiek śmiał chodzić na przechadzkę, mając takie bóstwo za żonę.
Nawiasem mówiąc widziałem ją potém na Wołyniu powtórnie, gdzie za jakąś sprawą przybyła, i trafiło mi się, czego nigdy nie zapomnę, żem ją omdlałą w czasie trzęsienia ziemi, trzeźwił w objęciach. Ale wracam do materyi.
Śliczna owa pani prosi mnie do dalszych pokoi, prowadzi przez wspaniałe apartamenta, udekorowane po królewsku. Siadamy w gabinecie dotykającym sypialni, w któréj widzę łoże z baldachimem adamaszkowym. Wyobraź sobie pan, ten łotr Wyhowski, sto dyabłów zjadł, ze wszystkich stron ubrał wewnątrz łóżko, zwierciadłami. Jak Boga kocham prawda. Proszą mnie na czekoladę, łudzi mnie pani, że mąż wróci wprędce, rozpytuje o przyczynę poselstwa, ja udaję skłopotanego, instyguję i siedzę. A jakże było nie siedziéć? Choć mi wracać kazano rychło, jak-em się w te czarne oczy wlepił, ani sposobu odejść. Ej! byłaż-bo piękna! w życiu takiéj drugiéj nie spotkałem.
Że téż to i takim pięknym trzeba starzéć! Ale choć to tu miło i słodko godziny lecą, Königsfeld gotów wsadzić do aresztu; rozum mi przyszedł nareszcie, i wycofałem się od téj syreny.
Na wschodach właśnie spotkałem pana Wyhowskiego, już powracającego, i odniosłem mu słowa królewskie. Przyrzekł się stawić; piękny był mężczyzna i polityk. Wkrótce przyjechał na zamek i puszczony był do gabinetu jego królewskiéj mości, gdzie sam-nasam z półtoréj godziny zabawił. Słyszeliśmy potém, że odpuścił wszystko, co od L. wygrał na słowo, kontentując się gotowizną, precyozami. Taką-to władzę miała nad królem piękna, nie piękna, ale zręczna i kształtna p. Gr. Wszakże kiedy mu zakazała słodkich oczu robić do księżnéj kurlandzkiéj, i tego usłuchać musiał, zostawując innym ten kąsek.
Oto panie był przepych! Oto dwór drugi królewski powiem. Księżna jéjmość miała z sobą pazi bez liku, panów de Sohns, de Reta, i marszałka dworu pana Klopmann. Rozrzutnie i ogromnie wydawała na wystawne w Warszawie życie. Sama pani Łazarowiczowa, co jéj sukni dostarczała, kilka tysięcy dukatów za nie wzięła, bo ani księżna, ani nikt z pań i panien jéj dworu, dwa razy jednéj sukni nie kładli. Stosy ich zawalały całą jednę salę; wyjeżdżając, darowała tę garderobę na szpitale. Sami królewscy furmani, co ją nosili, po kilkaset dukatów podostawali.
Przybyłéj król jegomość chciał dodać paziów swoich, ale ci kaprysy stroili, i jako szlachta, oświadczyli, że królowi tylko w tym obowiązku służyć mogą.
Jeden szambelan de Tylly został jéj dodany, i miał się z tego dobrze. Był to piękny, zręczny i umiejący sobie radzić człowiek. Zwąchawszy, że u księżnéj pani był w łaskach, poczyna jednego razu kwaśną minę stroić, wzdychać i chodzić zasmucony. Księżna poleca panu Klopmann dowiedziéć się o przyczynie frasunku. Targuje się długo z wydaniem swéj tajemnicy de Tylly, nareszcie cedzi przez zęby, że się zadłużył ogromnie, że mu dłużnicy pokoju nie dają, że od nich dnia ani nocy nie ma spokojnéj. Tymczasem umówił się z Hurtigiem, Bessonem i innemi, podawał im kwity na znaczne kwoty, których i dziesiątéj części nie był winien, i oczekując wyrachowanego skutku, chodził udając wielce zafrasowanego.
Księżna, czy jéj wpadł w oko, czy tak z łaski, a z litości robiąc sobie renomę wspaniałości, poleciła nareszcie Klopmannowi zapłacić długi pana de Tylly.
Stało się, jak przewidział, kupcy odebrali pieniądze, oddali je szambelanowi, księżna z uśmiechem wręczyła mu kwity, a dobry humor powrócił. Oprócz tego, otrzymał na odjezdném tabakierę kameryzowaną z portretem księżnéj, pełną dukatów, drugą mniejszą od pani de Solms, i coś tam jeszcze.
Księżna była wcale piękna, i nie bez tego, żeby królowi nie miała się podobać, ale wcześnie to postrzegłszy Gr. wymogła na nim, że całkiem zobojętniał.
Kochał się już w niéj otwarcie książę Kazimierz Sapieha, ale faworytem był niejaki Batowski, który potém do księżnéj za granicę wyruszył. Księżna przez ciąg całego pobytu miała na usługi ekwipaż dworski i szambelana.
Człowiek już nie pamięta, co się naówczas napatrzył, nasłuchał, nażył! Było to życie! Jednego mi żal, to żem medalu z karuzelu nie schował, w pilnéj potrzebie musiałem go dać do schowania żydowi Salomonowi, który mieszkał przy kadeckich koszarach, a tylem go potém i widział.
Opowiem panu jednę historyjkę ciekawą, tylko nie wiem o ile prawdziwą, którą z ust rzeźbiarza jego królewskiéj mości, pana Regulskiego słyszałem, o sławnym podskarbim koronnym, i podkanclerzym Garnyszu.
Żył pod owe czasy w Warszawie stary kanonik, niejaki pan Piotr Szulc, człowiek niezmiernie bogaty, ale żyjący skąpo, dający na procenta i zastawy, który tym sposobem przyszedł do ogromnego w kosztownościach i kapitałach majątku. Zwąchał to pan podskarbi, który go znał dobrze i był z nim w stosunkach nieraz, bo mu zawsze brakło na karty i rozpustę. Poprzyjaźniwszy się ze starym, wypatrzył, gdzie co było, i ułożył sobie odziedziczyć po kanoniku. Ksiądz Piotr bojąc się śmierci, zawsze odkładał zrobienie testamentu do jutra i nigdy go zrobić nie chciał, choć miał ubogich bardzo krewnych. Gdy kanonik leżał na śmiertelnéj pościeli, podskarbi, wyszukawszy Piotra Szulca, między mnóstwem Szulców, którzy śmietankowe ciasteczka roznosili po Warszawie, datkiem i czmuceniem skłonił go do podpisania zawczasu przygotowanego testamentu, i dawszy mu potém kilkadziesiąt dukatów na drogę, wyprawił go, skąd przyszedł. Mógł tedy już przysiądz poczciwy podskarbi, że testament Piotr Szulc podpisał własnoręcznie.
Tymczasem kanonik umiera, kapituła zabezpiecza fundusze, a podskarbi pilnując się, pieczętuje stante pede wszystko i wynosi na jaw testament.
Było tak i owak, ale podskarbi, któremu nie było z kim wojować tak dalece, zagarnął, jak powiadają, z milion gotówki i ogromne precyoza. Tymczasem o testamencie przebąkiwać różnie zaczęto; zjawili się spadkobiercy ubodzy, i różnemi sposobami usiłowali trafić do podskarbiego, ale on, albo ich do siebie nie dopuszczał, albo śmiejąc się z nich, odprawiał z niczém.
Ksiądz Garnysz, podkanclerzy żyjący wówczas, bardzo zacny i poczciwy człowiek, znany był z litościwego serca i chętnego dla biednych miłosierdzia. Spadkobiercy Szulca udali się do niego, padając mu do nóg i prosząc o instancyę do podskarbiego.
Reflektował się długo prałat, że on im się tu na nic przydać nie może, ale wreszcie, nie mogąc się naleganiom oprzéć, choć nie ufał w skutek, pojechać obiecał do podskarbiego.
A trzeba wiedziéć, że ksiądz Garnysz miał jednę wadę, był tabacznik zapamiętały. Co chwila tabakę zażywał, nosił ją w kieszeni, a w mieszkaniu na każdym stoliku, oknie, stały tabakiery.
Jedzie tedy zamyślony ksiądz Garnysz do podskarbiego, i dobrawszy chwilę, w któréjby miał świadków, zaklinać go poczyna na wszystko, aby się ulitował nad ubogiemi spadkobiercami Szulca, i jeśli nie wszystko, to choć część im należnego dziedzictwa powrócił.
— Dajże mi aspan pokój, mości księże podkanclerzy — odparł podskarbi — to nigdy być nie może; tak, jak niepodobna jest, żebyś waszmość przestał tabakę zażywać, niepodobna równie, żebym ja raz wzięte pieniądze powrócił.
W tém ksiądz Garnysz, biorąc żart na seryo, pyta:
— Na jakże długo mam przestać zażywać tabakę?
— Ba! choćby na cztery tygodnie.
— Biorę waszmości za słowo, panie podskarbi, coram testes.
— Ani razu?
— Staje umowa.
— Że jeśli nie zażyję tabaki przez cztery tygodnie, podskarbi odda dziedzictwo kanonika naturalnym spadkobiercom.
— Opiszemy się.
— Opiszem.
Byli świadkowie, a podskarbi dodał nieodstępnego stróża księdzu Garnyszowi, który dał słowo, iż, jeśli złamie umowę, sam się do tego przyzna, co byłby i zrobił.
Wystawmyż sobie teraz męki podkanclerzego! Kazał zaraz wszystkie tabakierki sprzątnąć i pochować, a w przedpokoju straż postawił, aby zażywający tabakę z tabakierkami do niego nie wchodzili. Ze swojéj strony podskarbi wszelkie robił starania, żeby skusić księdza Garnysza. Ale napróżno podsuwano mu tabakę.
Cztery tygodnie uszły, a ksiądz Garnysz chorował, czując jakąś ciężkość w głowie i niezdrowie nieopisane, ale wytrwał. Wezwany podskarbi, aby umowie zadość uczynił, zwyciężony ofiarą uczciwego człowieka, przyznał się, że wielką część zagarniętych kapitałów już puścił i wrócić nie może (co wynosiło praeter propter do 400,000), resztę zaś musiał oddać za tę tabakę.
Podkanclerzy rozdzielił ją między ubogich Szulców, i rozdzieliwszy, zaraz chorzéć począł na głowy boleść. A choć do tabaki powrócił, już mu ona nie pomogła. Umarł nieborak, a co najgorsze, że w drukowanych paszkwilach (Rozmowy umarłych), przypisywano śmierć jego niepoczciwym powodom.
Cała prawda, jak mi powtarzał pan Regulski, że na mózgu znaleziono materyę zebraną, z powodu nagłego zaprzestania tabaki.
— Zdaje mi się — mówił po chwili przestanku, zażywszy tabaki Szambelan — że gdybym teraz jeszcze zobaczył, przy siwych włosach, naszego pułkownika Königsfelda, tobym się go jeszcze zląkł. Prześladował bo nas biednych, a my jego; włóczył się po nocy, śledząc, czyśmy na miejscu i nieraz ślizgał się na wschodach, po rozsypanym grochu, chwytał rozpalone klamki i t. p. Nazajutrz zaskarżeni paziowie, na których czele był swawolny Turkuł, szli aresztowani wysiadywać rekolekcye w Łazienkach, gdzie ich ze stołu królewskiego karmiono.
Co-tośmy się nieraz napatrzyli!
Powiem panu o wiśniach Turkuła, ale o tych pewnie słyszałeś?
— Słyszałem wistocie.
— A więc o mojém jedném poselstwie do marszałkowéj koronnej. Raz tedy król, jak nas zwykle posyłał, kazał mi pójść do synowicy swéj, córki księcia eks-podkomorzego, nie, mylę się, do siostrzenicy, bo synowica, córka księcia eks-podkomorzego, była za hetmanem Tyszkiewiczem, który miał ten sławny dom, pod karyatydami w Warszawie; a mnie król posłał do siostrzenicy, urodzonéj z Zam... siostry królewskiéj, która była za M... marszałkiem koronnym. Jak on sam był grzeczny i układny, tak ona wielce dumna i nieprzystępna. Król, który lubił, żeby jego Grab... grzeczności robiono, wzywał panią marszałkową na wieczór do niéj, gdzie i sam miał być.
Było to po obiedzie. Stawię się z poselstwem królewskiém, nie puszczają mnie.
— Co to jest?
— Nie można!
— Jakto nie można, kiedy od króla jegomości, albo to ja nie wiem obyczajów?
Więc, choć mi służba drogę zapiera, odpycham, drzwi otwieram i wchodzę przebojem. W trzecim pokoju zastaję panią marszałkową, leżącą na kanapie, która na mnie z gniewem ręką kiwa, i głosem powolnym woła:
— Tra-a-a-wię, tra-a-wię.
Ale ja, nie zważając na trawienie, wypowiedziałem, co mi polecono, ukłoniłem się i odszedłem.
Król jegomość nigdy mnie potém do pani marszałkowéj nie posyłał.
Miałem jeszcze jedno ciekawe poselstwo za panem Szczęsnym P., kiedy to w czasie sejmu, gdy król gwarancyi odstąpił i dał się Luchesiniemu obałamucić, pan ten, z ławki powstawszy, eo instante, chciał Warszawę opuścić. Królowi jegomości bardzo o to chodziło, żeby się z panem Szczęsnym widziéć i rozmówić koniecznie; posłano mnie już nocą z pachołkiem i pochodnią, szukać wiatru w polu. Poleciałem szparko do kwatery na ulicę Długą, ale tam już go nie było; postawiwszy wartę, aby nie wyjechał, sam udałem się go szukać konno po całém mieście. Na poczcie imieniem królewskiém zaprzeczyłem, aby mu koni nie dawano. Jeżdżę i jeżdżę, a wszystko nadaremno, aż na Krakowskiém-Przedmieściu, naprzeciw banku Kabrego, spotykam żydka Judela faktora, któregom przed godziną pytał o pana P...
— Co mi wacpan dasz, a ja pokażę, gdzie on jest.
Targ w targ, daję mu cztery talary. Usłużny Izraelita prowadzi mnie na trzecie piętro, do jakichś panienek. Tu zastaję w pierwszym pokoju dwie milutkie twarzyczki, ale o panu P. ani słychu! Drugi pokój na klucz zamknięty, klucza niéma, jak mówią, pustka tylko i skład rzeczy. Myślę sobie, żydby mnie nie zwodził, więc, pomimo krzyku i oporu, podważywszy kolanem, wyłamuję drzwi i wchodzę.
Pan P. siedział dość niespokojny na łóżku. Aż z trąbką pocztarską, zajeżdża i ekwipaż jego, bo mu mimo zakazu mojego z poczty konie dano.
Pan P. usilnie prosić i nalegać zaczyna, abym go puścił, ofiaruje mi pieniądze, potém dożywociem wioseczkę z Tulczyńskiego klucza, i kusi, żebym z nim jechał. Naśmiawszy się do woli, z tych niewłaściwych propozycyj, nalegam i coraz gwałtowniéj domagam się, aby ze mną do króla jechał. Widząc, że nie przelewki, chmurny idzie za mną. Oddawszy konia pachołkowi, siadam z nim do powozu. Była godzina druga z północy, gdym odszukał pana S. P., o trzeciéj stanęliśmy u króla. Jak skoro wszedł do gabinetu królewskiego, gwałt i krzyk dał się słyszéć, jakiemu równego w życiu nie trafiło mi się być świadkiem. Gadano potém długo i żywo, aż nareszcie król wyszedł i kazał mnie przywołać, bo mu pan P. o mojéj nieugiętości wiele mówił. Wziął mnie pod brodę i pochwaliwszy, darował mi na pamiątkę piękny swój własny, kameryzowany zegarek, roboty Kukumusa, zegarmistrza królewskiego. Pan P. S. téż nazajutrz rano, zaprosiwszy do siebie, zobowiązał mnie do przyjęcia upominku. Wielkie obietnice, jakie mi przy téj okoliczności uczynił król jegomość, spełzły na niczém. Przeszły te czasy swawolne i wesołe, a w ciężkiéj biedzie, wiele się przyrzeczeń zapomniéć musiało.

1848.





Sobieradzka.


Może to być wielką prawdą, że kobieta jest istotą z natury swojéj słabą, przynajmniéj wieki ten oklepany pewnik tyle razy powtórzyły, że nareszcie nikt mu się już sprzeciwiać nie śmié; ale — u nas, doprawdy, kto wié czy nie mocniejsze są jeszcze kobiety od mężczyzn. Kilku to już moralistów zanotowało, że wogólności, co się tyczy wykształcenia umysłowego, kobiety stoją u nas wyżéj od drugiéj wąsatéj połowy rodzaju ludzkiego, i tak jest wistocie, a jabym dodał, że wolą i charakterem są od niéj daleko wyższe. Pomimo to przecie zawsze jest to słabsza połowa rodzaju ludzkiego, i darmo się już sprzeczać, — gdy dwóch powie, żeś pijany, kładź się spać.
Przywiodę tu jeden tylko ciekawy przykład, jeden z tysiąca — boby mi ich nie brakło, gdyby chodziło o liczbę; ab uno disce omnes.
Panna Katarzyna Sobieradzka była córką majętnych ludzi, staréj szlachty wołyńskiéj (Sobieradzcy po całéj Polsce są rozsiedleni, ale i na Wołyniu ich nie brak). Rodzicom jéj, choć się dźwigali jak mogli, nie bardzo się wiodło, wioska była nie zła, ale dzieci kilkanaścioro, a długów i interesów nie brakło. Przytém starzy Sobieradzcy jakoś się charakterami nie dobrali, i jéjmość i jegomość ukuci byli z twardéj stali, tak, że ani jedno ani drugie w niczém nie ustępowało na włos, i żyli drąc koty od rana do nocy w bezustannéj wojnie. — Dom w Sobieradziu prawdziwém był piekłem, a dzieciom patrzącym na to w życia początkach, nie bardzo życie zasmakować mogło. — Chowało się to dość zaniedbane, na łasce bożéj, rosnąc i wyrabiając się własnemi siłami. Starania o nich wielkiego nie było, synowie ledwie się na nogi podnieśli, zapięci w mundurzyki szli do pierwszéj lepszéj szkółki, córki z rąk nianiek prawie pchano na pensyjkę do miasteczka. Ojciec tak był zaprzątniony swojemi interesami, że o potomstwie nie myślał, w czasie wakacyj tylko dając starszym swoim przepisywać prośby i noty procesowe, a matka, choć z sercem macierzyńskiém, ale ostro się z niemi obchodziła. Koniec końcem jakoś ta gromadka niewiele pielęgnowana, poszła w świat jako tako, dosyć szczęśliwie. Synowie poumieszczali się w wojsku, po kancelaryach, córek dwie ruszyło za mąż niespodzianie, a że panna Katarzyna trzecią była z rzędu, już na nią przychodziła koléj.
Ale ona po matce i ojcu wziąwszy charakter nieugięty, jeszcze maleńką dała sobie słowo, że za mąż nie pójdzie i gdy matka poczęła ją naglić o determinacyą, bo się tam już ktoś trafiał — odpowiedziała stanowczo:
— Ja za mąż iść nie myślę.
— A cóż myślisz?
— Wolę być sama...
— Ale gdzież się podziejesz?
— Czy to świata mało!
— Oszalała Kasia!
Kasia zamilkła; a było to wcale naówczas ładne dziecko piętnastoletnie, i bodaj czy nie perła rodziny, — oczki czarne błyszczące, włos kruczy, brewki gdyby pędzlem zakreślone, rumiane liczko, ząbki drobne i śliczne, nóżka i rączka królewska, słowem co się zowie piękna panienka. Ona téż najmniéj zadała rodzicom kłopotu, bo jéj wychowanie poszło łatwo, uczyła się wybornie, pensyą przebiegła w lat parę, grała nieźle na rozbitym fortepianiku, rozumiała i odezwać się mogła po francusku, a tańcowała jak nikt w okolicy. Matka rachowała, że i twarz i talenta dadzą jéj dobrego zięcia, aż tu nagle zjawiło się postanowienie, któreśmy słyszeli, nie wychodzenia nigdy za mąż. Myślała jéjmość, że to sobie zwyczajnie jakiś kaprys dziewiczy, nie wiedziała bowiem, że jéj Kasia, w dziesiątym roku jeszcze napatrzywszy się kłótni rodzicielskich codziennych i kłopotów, jakie mieli z dziećmi, powiedziała sobie z góry: — nie pójdę za mąż. Bardzo to było niedojrzałe postanowienie, ale rosnąc z Kasią razem nabrało siły i wzmocniło się zapatrywaniem na świat, już z téj strony, na któréj wcześnie stanęła.
Starający się o rękę panny Katarzyny, za pierwszém posunięciem się ku niéj, dostał najwyraźniejszego i nic w bawełnę nie obwijanego odkosza. — Bardzo pana przepraszam — odpowiedziała mu śmiało panienka, — ale ja nie chcę i nie pójdę za mąż.
Zdawało się konkurentowi, że powinien wybuchnąć z afektami, by pannę rozczulić, ale Kasia odskoczyła od klękającego z ostrożnością o czarne swe opięte ubranie kawalera, i na wyznanie miłości, bardzo zimno spytała go:
— To co?
— Ale ja panią kocham!
— To co? — spytała Kasia.
— Pani będziesz tak okrutną!
— A chciałżebyś pan, żebym się dla niego poświęciła, kiedy ja ani go kocham, ani myślę się za mąż wybierać!
Kawaler, który nie pojmował, jak można było go nie kochać, zaperzył się, wstał, otrzepał z pyłu kolana, udał rozpacz i pojechał. Matka załamała ręce, bo to była partya doskonała, ojciec wpadł z furyą na biedną Kasię, ale ona z uszanowaniem, a stale odpowiedziała im:
— Ja nie pójdę za mąż!
— Oszalała! — powtarzała matka.
— Dlaczego? — spytał ojciec.
— Dlatego, kochany ojcze, — odezwała się Kasia — że nie widzę w małżeństwie szczęścia nigdzie, nie stworzoną jestem do ulegania i za niczyje szczęście odpowiadać nie chcę.
Ojciec wielkie oczy otworzył.
— Patrzcie, jak rozumuje! — mruczał — ledwie to od ziemi odrosło, a już ma swoję wolę!  
Niepodobna było zawrócić starającego się jegomości, który nadzwyczajnie czuł się obrażonym, że panna go kochać nie chciała i śmiała mu to w żywe powiedziéć oczy: dali więc rodzice pokój na ten raz Kasi, a ona po swojemu zajęła się domem jak wprzódy.
Może téż pomiarkowali się, że ciężko-by im było obejść się bez niéj, tak im była w domu potrzebną; chwilki to nigdy nie spróżnowało, nie posiedziało momentu, a przy pracy tak się jéj wesoły humor trzymał, że po piosence słychać ją było wszędzie w domu. Odezwała się śpiewka, mówiono napewno — to Kasia! Wszyscy się nią posługiwali, ojciec, matka, siostry, bracia, słudzy nawet i wszyscy ją lubili, choć nikomu prócz rodziców nie szczędziła prawdy.
Proszona czy nie, mówiła śmiało w oczy każdemu, co myślała, a broniąc nieobecnych gorąco, równie téż żwawo wypowiadała im choćby gorzką prawdę.
Tymczasem rok za rokiem reszta córek wyszła za mąż, jak się udało, a Kasia, która swoich starających się odsyłała do sióstr, została sama jedna przy rodzicach i braci. Ojciec powoli się rujnował, przyszłość coraz stawała czarniejszą, wioska wisiała na włosku, bo ją już z publicznego targu sprzedawać miano; gdy matka Kasi, zagryzłszy się ciągłym niepokojem, umarła.
Wkrótce potém ojciec z rozpaczy, jak mówiono, choć kąta prawie nie miał, choć obsadzony rodziną, choć siwy i niedołęga, wynalazł sobie jakąś ubogą panienkę i ożenił się. Przybyła macocha w wieku prawie Kasi; ujrzawszy ją w domu i przewidując w niéj czujnego nieprzyjaciela, postanowiła ją wyprawić za mąż czy na służbę, byle się jéj pozbyć. Ale z Kasią nie było łatwo, znosiła zimno, co na nią padło, a stała murem.
Gdy się zebrało na łzy, poszła się wypłakać do kątka, potém oczy wymyła zimną wodą i pogodna, spokojna wracała do pokoju i roboty. Rozmaite prześladowania wymyślała młoda macocha, najcięższemi trapiła posługami, łajała, gniewała się, obrażała lada czém, nasadzała ojca na córkę, spodziewając się, że dokuczy jéj tyle, że się w końcu za pierwszego lepszego wyniesie lub uciecze z domu — ale nie dała jéj rady. Kasia przetrwała burze, łajania, prześladowanie, niedostatek i ani myślała się z domu rodzicielskiego wynosić. Zawsze ładna, miała konkurentów jeszcze, ale się wszystkich pozbywała jednakowo:
— Ja nie myślę iść za mąż.
Ojca to w końcu znudziło, bo jak zwykle starzy mężowie ulegał żonie zupełnie, naposiadł się więc, żeby córkę wydać koniecznie.
— Cóż to ty myślisz sobie — zawołał dowiedziawszy się o ostatnim harbuzie — ja nie jestem nieśmiertelny, a co będzie, gdy pozostaniesz na łasce macochy i braci?
— Wówczas pomyślę, jak sobie życie urządzić — odpowiedziało dziewczę.
— Pamiętaj, że grosza nie masz!
— Alboż to ubożsi nie żyją? będę pracować!
Rozgniewawszy się, napiorunowawszy stary Sobieradzki, plunął i dał pokój; Kasia poszła do swojéj izdebki na strychu, bo ją tam aż wypędzono po przybyciu macochy, popłakała, pomodliła się, łzy otarła i poczęła śpiewać.
A macosze te śpiewy dokuczały jak wyrzuty, wolałaby była przekleństwa! Często posyłała służącą, żeby Kasi zakazać piosenki, i naówczas posłuszne dziewczę uśmiechając się milkło.
Sposobu na nią nie było i już wielką konspiracyę rozpoczynała młoda pani ze swoim bratem i siostrą, gdy stary mąż powrócił w nocy zgryziony administracyą, którą mu zagrożono, i uderzony apopleksyą nagle życie zakończył. Wypadek ten najokropniejsze miał dla wszystkich skutki — wiedziano, że majątek cudem się tylko trzymał jeszcze w ręku starego, że go po śmierci natychmiast chwycą wierzyciele, rwał więc kto co mógł jak najśpieszniéj, i nie myśląc o nieboszczyku, który jeszcze nie zastygł, wdowa sobie, synowie sobie pakowali, darli, chwytali, nieśli, zabierali z rozdzierającą serce chciwością.
U łóżka zmarłego nie było nikogo prócz Kasi, która powieki zamknąwszy staremu, dała rabować wszystkim, a zajmowała się pogrzebem. Pozwoliła brać każdemu, co kto chciał, nawet ze swojéj najuboższéj izdebki, i suchém okiem, gniewu pełném patrząc na ten rabunek, szyła ojcu poduszkę na wieczny spoczynek.
Ubogi, pusty był pogrzeb starca, za którym z kilkanaściorga, kilkoro tylko szło dzieci; kiedy wrócili do domu pustego, Kasia obejrzawszy się, nic w nim prawie już nie znalazła; a po macosze został tylko stary słoik od pomady i rozbita flaszeczka wódki kolońskiéj.
W ślad za pogrzebem najechali urzędnicy wprowadzający już nowego administratora, a Kasi zapowiedziano, żeby sobie kąta szukała. Poszła biedna na strych, otworzyła kufereczek, obejrzała rzeczy i razem cały zebrawszy majątek, ledwie starczyło na węzełek leciutki, a w kieszeni miała tylko pięć złotych. Nie strwożyła się jednak wcale, upakowała żwawo, a nazajutrz rano wyszła na wieś pieszo, tęskna, niepewna przyszłości, ale w Bogu zupełnie o nią spokojna.
Miała przyjaciół na wiosce, bo tam nikt nie poradził, nie leczył, nie pomógł, nie dał dobrego słowa prócz niéj; ludzie więc gromadką zebrali się ją żegnać. A i jéj spojrzawszy na stare domostwo, w którém się urodziła, wychowała, wyrosła, łzą zaszły oczy czarne.
— Któż mnie z was zawiezie do brata? — spytała ludzi — może ty stary Iwanie?
— A dobrze panieneczko, czemu nie, wejdźcie tylko do chaty, konie pokarmię i ruszymy, gdzie każecie; ale może do dworu pójść po rzeczy?
Kasia tęskno się uśmiechając pokazała mu swoje zawiniątko:
— Ot moje rzeczy...
— A więcéj?
— A więcéj nie mam!
Pojechali tedy naprzód do najstarszego brata, który ożeniwszy się z wdową na Polesiu niemłodą już kobietą, a bezdzietną, miał wcale niezłą cząstkę we wsi i uchodził za najbogatszego z rodzeństwa. Ale téż od czasu ożenienia swego tak był zerwał z familią, że go niczyje nie widziały oczy: bo go jéjmość bojąca się najazdu sióstr i braci, odciągała jak mogła od swoich. Kiedy przed ganek porządnego dworku zaszedł prosty wóz, którym przyjechała Kasia, zabiło jéj może serce, ale tego po sobie nie pokazała i śmiało weszła do pokoju. Brata jéj nie było w domu, w kilka minut weszła z dość kwaśną miną sama pani. Kasia jéj prawie nie znała; ona Kasi udała, że nie poznaje.
— Wiecie, kochana bratowo — rzekła śmiało — że nie mam kątka; możebym na co mogła się wam przydać, choćby na klucznicę... przyjechałam was prosić nie o daremny dach i chleb, ale o robotę...
Grzecznie ale dosyć niechętnie przyjęła ją gospodyni, wybąknęła słów kilka, ruszyła ramionami, trzasnęła drzwiami i wyszła. Kasia się nie uraziła, nie pierwszyzna to była dla niéj, zniesiono jéj zawiniąteczko, naznaczono zimną izdebkę na tyle i częstowano jak natręta, — tyle tylko że nie wypędzili. Brat już tak był o niéj zapomniał, że zobaczywszy ją, nie uczuł politowania nad sierotą, ale zląkł się tylko żony i wymówek, które mu za to czynić miała.
Jakoż zmyła mu głowę porządnie, i byłby Kasię wypędził natychmiast, ale go sama wstrzymała.
— Czekaj aspan — rzekła — ja jéj tak dokuczę, że sama się wyniesie... nie potrzeba będzie jéj wyganiać.
Uwzięła się bratowa, ale trafiła kosa na kamień. Kasia jéj gniewy, wymysły, żądania, pracą i powolnością tak umiała przełamywać, że po tygodniu już nie było mowy o prześladowaniu.
— A wiesz aspan co! — mruknęła biorąc się pod boki bratowa — to zdaje się dobra dziewczyna ta twoja Kaśka! Służy mi lepiéj od klucznicy dalipan i nie wymyśla; pokorne to, pracowite! Tylko że to ją utrzymać będzie potrzeba na siostrzyńskiéj stopie! ale mi się zdała w domu!
Jedno tylko miała jéj do zarzucenia jéjmość stara i okrutnie brzydka, że Kasia była ładna, i zbyt przy niéj gospodyni wydawała się szpetną babą: ale zresztą tak ją za serce ujęła, że po roku obawiała się już bratowa, by jéj nie stracić. Życie tu nie było rajem, ale po domowém, jakiego w ostatnich czasach doświadczyła Katarzyna, tu się jéj zdawało tak dobrze! Staréj niełatwo było dogodzić, chodził cały dom na palcach, jedna Kasia umiała trafić w humor. Co dziwniéj nie pochlebiała wcale, nie udawała uwielbienia i poszanowania; ale tak była naturalnie wesołą, niezachmurzoną, a tak przytém niezmordowanie pracowitą, że jéjmość zakosztowawszy swobody, którą z nią zyskała, nie chciała się już z nią rozstać.
Kasia władała wszystkiém, rządziła domem, miała w swém rozporządzeniu całe kobiece gospodarstwo, a że dla siebie nigdy się o nic nie upomniała, tańszą była od klucznicy. Sukienki jéj, bielizna i to co miała, cudem się jakoś trzymało, przerabiało i trwało, a choć nie strojna, panna Katarzyna wstydu nie robiła domowi. Brat posądzał żonę, że ją oporządza, jéjmość podejrzewała męża, że ją tajemnie wspomaga, a wistocie nikt nic nie dawał na zawiązanie palca. Już sobie była wpadłszy w łaski bratowéj zapewniła przytułek biedna dziewczyna i śpiewała znowu w swojéj izdebce, w któréj stary kanarek towarzystwa jéj dotrzymywał, gdy niespodzianie brat chorować począł, wpadł w suchoty i choć najtroskliwiéj pielęgnowany, po roku cierpienia, umarł.
Dzieci nie mieli, została wdowa z Kasią same jedne w pustym dworze.
— Gdzieś to było przeznaczenie moje — odezwała się stara po dwóch miesiącach żałoby — żebym trzeci raz za mąż poszła!
Kasia otwarła czarne oczy pełne podziwu.
— A tak — dodała smutnie wdowa — co sądzono, tego człowiek nie uniknie, kiedy mi to nawet cyganka przepowiadała!
Spełniła się cygańska przepowiednia, niestety, jakiś dawny zbrakowany konkurent, dobrze zakonserwowany jeszcze i nieźle wyglądający, zgłosił się o rękę dziedziczki, niedługo się namyślając, westchnęła i dozwoliła mu miéć nadzieje, byleby się choć o cztery konie do koczyka postarał.
— To dobry człowiek — odezwała się do Kasi, gdy odjechał — i nie pijak, choć na niego ludzie gadają może... ale to nie prawda! A przytém to już taki sądzono!
Poszła wdowa za mąż, Kasia została przy niéj, ale niedługo postrzegła się, że jegomość cichaczem czułe wejrzenia ku niéj rzucać począł. Za pierwszém słówkiem odcięła mu się ostro, ale widząc, że uparty, pod pozorem zatęsknienia do familii, mimo nalegań dawnéj swéj bratowéj, by została, ruszyła do siostry.
Siostra starsza poszła była za rządcę znacznego majątku i mieszkała z nim o mil dziesięć, w zapadłém Polesiu. Mąż jéj dobre człeczysko, ale hulaką, nie bardzo domu pilnował, a że mu się lepiéj wiodło po biedzie, któréj zaznał za młodu, aż nadto puszczał sobie cugli. Żyli państwo oboje bez jutra, choć na jutro czekało czworo dziatek. Kasia przyjechała do nich właśnie jakoś na suty bal, który w zapusty dawano dla sąsiedztwa, bo pan rządca niezmiernie się wysoko nosił i chciał koniecznie stać na równi z podpankami, co go otaczali — a rzecz nie była trudna. Kwaśno więc ją i tu przyjęto zajeżdżającą lichym wózkiem i ubraną bardzo skromnie; zwłaszcza, że sam pan często gęsto rozpowiadał o famili swéj żony, jako o bardzo znakomitéj i możnéj rodzinie. Zapchnięto Kasię do kąta prosząc, żeby się nie pokazywała, a siostra, która już była od męża przejęła dumę, wystrojona i obwieszona łańcuchami, ledwie ją raczyła przywitać. W domu puszczono odgłos, że to daleka tylko krewna powinowatych... lub coś podobnego, ale najmniejszéj rzeczy nie siostra, a Kasia śmiejąc się dała słowo, że z pokrewieństwem się nie wyda.
— Słuchaj no, moja Julko — odezwała się nazajutrz do siostry — kiedyście tacy śmieszni, że się ubogich krewnych wstydzicie, róbcie, jak wam lepiéj, ale ot dajcie mi czém się zająć w domu, jakie zatrudnienie, bylebym nie próżnowała.
Julka miała dwie córeczki, Kasia wzięła je pod swoję opiekę i jakoś prędko przypomniawszy, czego się uczyła na pensyi, poczęła wyłącznie niemi się zajmować. Doskonale się to trafiało i rządcy, który dla pokazania się pragnął miéć guwernantkę, i Julce, która wolała bawić się niż dzieci pilnować. A córeczki tak się przywiązały do téj, któréj ciocią pod najsroższą karą nazywać im nie było wolno, że dla nich jak z nieba spadła. Kasia potrosze przypomniała z książek, czego już trochę zapomniała w biedzie, a że dzieweczki były pojętne, a jegomość na wychowanie nie żałował, bo się niém musiał chwalić, szło tedy jak z płatka.
Skarb to był w domu taka siostra; i wkrótce się téż na niéj wszyscy poznali, uczuwszy, jak z nią dobrze i spokojnie było, jak połagodniały i wyludniały dzieweczki, a przyuczać się zaczęły. Zyskała powierzchowność ich nawet, aż poładniały pod tą nową serdeczną opieką. Nie było téż źle i pannie Katarzynie, choć jéj się do pokrewieństwa przyznawać nie dozwolono, zaledwie daleką jakąś mianując kuzynką; i byłaby tu siedziała, gdyby nie los, co ją na próby zda się pędzał z kąta do kąta, zrywając dachy domostw, pod które się schroniła. W rok po przybyciu jéj do domu Julii, rządca ów, który tak szumiał i już na pana patrzał, nagle padł z wysokości najniespodziewaniéj. Wykryły się jakieś nadużycia w majątku, zaszły skargi, pokazały regestra, zjechali rachmistrze, płacz i lament rozległy we dworze, a ostatecznie w kasie zabrakło kilkunastu tysięcy rubli!
Sceny najprzykrzejsze nastąpiły nagle po balikach i podwieczorkach, niedostatek bez przejścia, bez stopniowania zajął miejsce zbytku. Julia z mężem po zabraniu wszystkiego, co mieli w remanentach, musiała na nędznym wózku ruszyć do miasteczka, gdzie eks-rządca rozpoczął o żebraninie prawie nieskończony proces przeciw dawnemu swemu pryncypałowi. Kasia przywykła do nieszczęścia, przywiązawszy się do dzieci jéj powierzonych, pojechała z niemi; ale tu państwo szwagrowstwo nie mogli już ani jéj mieścić, ani utrzymać; potrzeba było szukać znowu kąta i chleba.
Kilkaset złotych, które miała od Julii Kasia oddać musiała siostrze, widząc ją w ubóstwie i nagłéj potrzebie, nie zostało jéj nic nad stary zegarek matki jeszcze, parę kolczyków koralowych i srebrną tabakierkę. Zawinąwszy to w chusteczkę, poszła rankiem do kościoła, pomodliła się i udała się do złotników, by sprzedać ostatek i nająć gdzie izdebkę.
Szczęściem dla niéj u złotnika właśnie spotkała się z dawnym znajomym, widywanym u brata, zamożnym obywatelem, który dla słabości żony mieszkał od roku w miasteczku, kto inny byłby się przez fałszywy wstyd taił z położeniem i celem nawet przyjścia, ale panna Katarzyna śmiało mu opowiedziawszy swe dzieje, użyła go zaraz za pośrednika do sprzedaży.
— Daj pani temu pokój — rzekł jéj stary znajomy — schowaj te pamiątki i chodźmy do mnie, może co innego uradzimy.
Dała się namówić i poszli.
— Moja żona chora, w domu nas dwoje, przenieś się pani do nas — rzekł w drodze po namyśle spotkany obywatel — pomożesz nam pani, a spokojny kątek miéć będziesz.
Złożyło się to tak dziwnie jakoś i wyśmienicie, że gdyby panna Katarzyna sama sobie wybierała i obmyślała schronienie, nie mogłaby na lepsze trafić. Sam pan Jan był najpoczciwszy człowiek, trochę tylko hulaka, żona dobra kobiecina, łagodna, zmęczona chorobą i potrzebująca kogoś, komu-by się ciągle skarżyć mogła. Rada była niezmiernie z przybycia towarzyszki, z pomocy, jaką ona jéj była w domu, a pan Jan z porządku, który mu zaraz zaprowadziła. Poszło tedy znowu jak z płatka, dni ubiegały spokojnie, w dostatku, a Kasia otrzymała nawet pozwolenie wzięcia do siebie jednéj ze swych siostrzeniczek.
— Daję ja sobie jakoś radę na świecie — rzekła w duchu — to dam i temu biedactwu; gdzie jest na jedno, starczy na dwoje! Jakoś to będzie!
Julia chętnie się pozbyła córeczki, a państwu Janowstwu szczebiotka w domu ich pustym bardzo była miłym przybyszem. W ciągu tych wszystkich przygód piękna Kasia, znacznie powoli starzéć poczęła, ale jeszcze, jeszcze nawet starą panną nazwać się nie mogła, bo nie doszła trzydziestki, a w pracowitém i poczciwém życiu zatrzymała młodość dłużéj niż inne rówieśnice.
Nie było to już świeże dziewczątko, ale panna piękna jeszcze, na którą kto spojrzał raz, odwrócił się pewnie, żeby ją zobaczyć jeszcze, tak było coś miłego, nęcącego w jéj poważnéj twarzyczce i śmiałym, a pogodnym wzroku. Snuło się koło niéj wielu, próbowali szczęścia i młodzi i starzy, ale im wszystkim zamykała usta otwartém wyznaniem:
— Za mąż iść nie myślę.
— No? a pokochać się?
— Dajcie mi pokój, mam i bez tego kłopotu z życiem dosyć, zostawmy to szczęśliwszym.
I tak, to żartem, to seryo, to uśmiechem, to gniewem, rozpędzała wielbicieli, którzy przekonawszy się, że darmo-by czas tracili, odchodzili westchnąwszy. Któż tam wié, co się tymczasem działo w sercu niewieściém, w zamkniętéj piersi i zamkniętych ustach? Nie jedno westchnienie wyrwało się może z nich nie postrzeżone za tém szczęściem, którego nigdy zaznać nie miała Kasia, nigdy skosztować, którego nawet zakazała sobie spodziewać się i pożądać. Nieraz jéj śmiałością i wzrokiem znęcony zbliżył się ktoś do niéj, a słówkiem, wejrzeniem, rozkołysał pragnienia uśpione, ale bicia serca tamując dłonią męską, Kasia powtarzała sobie:
— Nie! nie! nie pójdę za mąż! Słodko się to poczyna zawsze, Bóg tylko wié jak kończy.
Po przyjęciu małéj wychowanicy na opiekę, jakoś się już tak uspokoiła tém przybraném macierzyństwem, że prawie była szczęśliwą; ale gdzie na świecie długie szczęście? Pani Janowa chorą była i coraz słabszą, nareszcie umarła biedaczka, a mąż jéj opłakawszy ją i zapiwszy na stypie gorzkie łzy swoje, najdziwniéj w świecie zaproponował Kasi, żeby w jego domu pozostała. Kto wié? musiał miéć jakieś projekta może! ufał, że biedna sierota opiekę jego w niedostatku innéj przyjąć będzie musiała, choć ją swą poczciwą sławą opłaci.
— Bardzom panu wdzięczna — odparła Kasia — ale to być nie może.
— Czemu? — spytał pan Jan.
— Ludzie-by pletli Bóg wié co, i byłoby to wistocie nieprzyzwoicie.
Pan Jan się zmieszał.
— Co tam ludzie — rzekł — czy to na nich zważać!
— Musimy się na nich przecie oglądać — odpowiedziała Kasia — bo ich najniesprawiedliwsze paplanie zawsze taki ma grunt jakiś i czegoś nauczy.
Nie było sposobu wstrzymać, i panna Katarzyna wyniosła się zaraz do najętéj małéj izdebki na oddalonéj uliczce, ze swoją wychowanicą. Drobny legat nieboszczki pani Janowéj dostateczny jéj był na początek gospodarstwa.
Ułożyła sobie nie mieścić się już u nikogo, pozostać samą, począć uczyć za małą zapłatą miejskie dziewczęta i z tego się utrzymywać. Śmiały to był pomysł w początku mało znanéj i nie mającéj nikogo za sobą kobiecie chciéć tak sobie dać radę własną siłą, ale panna Katarzyna znała swoję cierpliwość, i ufała Bogu, a po nim pracy.
Naturalnie szło jéj to trudno w początku, uczennic nie było całkiem, trafiła się jedna rozpieszczona, nie było na nią sposobu, z drugą się téż nie udało, ludzie swych broniąc dzieci, winili mistrzynię, ale na twardéj téj drodze z pogodną idąc twarzą, Kasia powtarzała sobie:
— Jakoś to będzie z pomocą bożą!
Ciężkie téż dni przebywać było potrzeba, nim się cokolwiek byt polepszył, nim nawet praca znalazła; często niewiele było do zjedzenia, a z drogiemi drewkami do pieca bardzo się musiano zaoszczędzać. Ale Kasia umiała przebyć dzień o pieczonym kartoflu z solą, a gdy chłodno było w izbie, kładła chustkę, perswadując sobie, że jéj gorąco szkodzi i tuląc tylko swoję dziecinę, żeby jéj nie było zimno.
Rok jakiś, dwa może potrzeba się było bić z przeciwnościami, ale potém, gdy znowu wieść się zaczęło, poszło jak po maśle. Uczennic było aż do zbytku, dochodzik wystarczający bardzo, a zaoszczędzonym groszem jeszcze się żywiło siostrę...
Niedawnom jeszcze widział pannę Katarzynę idącą do kościoła ze swoją przybraną dziatwą i myślałem, poglądając na nią zdaleka, czy wielu téż jest mężczyzn, coby tak, jak ona radę sobie dać w ciężkiém życiu umieli? I w jakiémże życiu, w jakich losach, osieroceniu, przy tylu upadkach po nadziei, nadziejach daremnych i tylekroć rozerwanym spokoju?
W rok po śmierci żony, mówią, że się o jéj rękę oświadczał pan Jan, któremu w domu było tęskno, ale panna Katarzyna ślicznym mu dygiem podziękowała.
— A na co nam to starym! — odpowiedziała wesoło — ja z moją córeczką dam sobie rady z pomocą bożą, a pan-byś nas dwie wziąć musiał i w dodatku jeszczeby i ludzie gadali, że to stare romanse pomiędzy nami? Pan sobie znajdziesz i młodszą i ładniejszą, a mnie nie o tém myśléć.
I jak chodziła, tak chodzi sobie ze swemi dziewczątkami do kościoła, modli się, jak modliła, pracuje, jak pracowała, powtarzając swoje:
— Jakoś to będzie, z pomocą bożą! Jakoś to będzie!
I jakoś téż to jest.

Około r. 1850.





Motyl.


Przed laty dziesiątkiem, kiedym się częściéj z domu ruszał i więcéj po bożym jeździł świecie, często mi przypadała droga przez wieś jednę, któréj dziedzicowi szczerze nieraz zazdrościłem w głębi serca. Śliczna-bo téż to była wioska, wybranym tylko od losu podobne się trafiają! Na pograniczu Wołynia i Podola, wśród najżyźniejszego kraju, gdzie nigdy chleba powszedniego nie braknie ani panu, ani włości, odznaczała się uroczém położeniem i tak wdzięczną fizyognomią, jakiéj mi się drugi raz widziéć nie trafiło. Dwór prześlicznym otoczony ogrodem, przez który przebiegała kilka razy skręcona rzeczułka, stał sobie na wzgóreczku i bielił się wśród drzew, które wieki pielęgnowały na pociechę dziedzicowi.
Dokoła w amfiteatr kraj taki chyba na obrazie zobaczysz, uśmiechnięty, wesoły, zielony, na wzgórkach tu gaik ciemnieje, tam świeci kościołek, to się doliną srebrzy rzeczułka, to dworek w drzew wianku sinemi dymy się zdradza. Gdzieś rzucił okiem, coraz inaczéj, coraz piękniéj, a wszystko razem całość składało wdzięczną i cudną. Wioska téż czysta, szeroko pobudowana, otoczona sadami, zamożna aż miło, że się z niéj, wjechawszy, podróżnemu nawet wyjeżdżać nie chce.
Jeszcze i to miał szczęście ten dziedzic, którego nazwiska nie wiedząc, zgóry miałem za jednego z najszczęśliwszych ludzi, że dwór jego czy pałacyk, nie był świeżą i wytworną tylko bez wspomnień i przeszłości budową. Miejsce było historyczne, dwór przerobiony nieco ze starego zamczyska, a śliczna krągła wieżyca dotąd do boku jego była przyparta. Wokoło, jak ptaszęta, latały tradycye wiekowe, powieści, pieśni, legendy, bo i okolica usiana była mogiłami, wałami, tajemniczemi uroczyskami. W samym ogrodzie zieleniały stare wały, stał kurhan spiczasty na wyniosłości, były lochy zaklęte, a codzień niemal, jak mi ludzie mówili, odkopywano tysiące najciekawszych zabytków!
A! to był ideał dla mnie przy zamożności włościan, przy dobrym bycie, to mieszkanie otoczone pamiątkami, posypane popiołem przeszłości, z malowniczą i uroczą fizyognomią! Wzdychałem jadąc i mówiłem sobie:
— Mój Boże, czemuś mi téż nie dał co podobnego? — jakbym to ja te mury, te mogilniki i ten kątek ukochał i ocenił!
— Tak — odpowiedział głos wewnętrzny — i potém-by ci się nie chciało umierać, bobyś zanadto przywiązał się do życia?
— Może to prawda! — mówiłem w głębi — i może to dobrze, że mi Bóg nie dał mieszkać w takim ziemskim raju!
A przecież ile mi razy w blizkości przejeżdżać wypadło, zawszem nakręcał drogę tak, aby przez tę wioskę choć przejechać, choć zobaczyć ten mój ideał sadyby! Bo zważcie, jak ideałem nie mam jéj nazywać, kiedy nawet los ją umieścił choć niedaleko gościńca, o kilka jednak mil od miasta powiatowego i innych kłopoty rodzących miasteczek, a tak ją obwarował granicami naturalnemi, że ani procesu o kopce miéć nie mogła, ani nawet szkód, jakie inne wsie ponoszą od sąsiadów. Słowem było to coś nadzwyczaj wybornego i pięknego, aż do nieszczęsnéj podbudzającego zazdrości.
Za nią mnie pewnie téż Pan Bóg pokarał, bom razu jednego w saméj wsi na gładkiéj drodze, w pilnym jadąc interesie, oś złamał.
Oś była żelazna, a w tym ideale wioski brakło niestety! kowala; musiałem się więc zawrócić pieszo do karczmy, by posłać o milę do kuźni, którą mi z góry w sinéj dali pokazano. Rozmyślałem właśnie nad szczególném przeznaczeniem, które chciało, bym tu, a nie gdzieindziéj odsiadywał rekolekcye, i szedłem powolnie ku gospodzie, gdy mnie ktoś grzeczném — dobry wieczór! — powitał.
Podniosłem głowę i ujrzałem przed sobą mężczyznę lat około czterdzieści mającego, w pełni sił i zdrowia, zlekka opalonego, z uśmiechem na ustach, wejrzeniem łagodném i wyrazem dobroci na twarzy wyrytym. Na pierwszy rzut oka poznałem w nim członka téj rodziny ludzi, którym nic nie braknie do powodzenia, nawet zupełnego przeświadczenia o swéj wyższości, znaczeniu, talentach i nieskończonych przymiotach. Zadowolenie opromieniało jego łysawe czoło, wyjaśniało oczy niebieskie, otwierało usta rumiane do przyjaznego uśmiechu. Miernie otyły nieznajomy mój pulchniutki był, różowy, miłego oblicza i wielce grzecznego widać obejścia, bo nie kończąc na ukłonie, przybliżył się do mnie z ofiarą pomocy, jakiéjbym mógł żądać.
Po twarzy dyszącéj szczęściem, domyśliłem się w nim dziedzica, bo takim, takusieńkim go sobie właśnie wyobrażałem!
— Serdecznie panu dziękuję — rzekłem, oddając grzecznością za grzeczność, ale mi nic już nie potrzeba, posłałem ludzi z przewodnikiem do kowala, spodziewam się, że poprawka około osi nie zabawi długo!
— Zawsze godzin kilka! — rzekł nieznajomy — a co przez ten czas robić w nudnéj karczmie zamkniętemu między czterema ścianami? Staropolskie nasze zwyczaje gościnności upoważniają mnie prosić pana do dworu.
Tu mi się zaprezentował, jako gospodarz, ja mu wzajemnie, a żeśmy zaraz po nazwiskach poszedłszy, dopytali się jakichś familijnych stosunków nawet — bo któż u nas nie koligat! — musiałem przyjąć zaproszenie do dworu.
Szczęściem gospodarz był sam jeden, żona w dalekiéj podróży i mój surdut letni uszedł na te niespodziane odwiedziny.
Poszliśmy więc powoli, z sobą rozmawiając, do dworu. Zaraz na wstępie uderzyły mnie przy pierwszych wrotach prześliczne kwiatów klomby, krzewy egzotyczne pielęgnowane starannie i mnóstwo drzewek i roślinek, przy których stojące na straży numery zwiastowały upodobanie w botanice lub ogrodnictwie.
— Zapewne to zajęcie pani dobrodziejki — rzekłem wskazując na kwiaty.
— Tak, żona moja dosyć je lubi, ale... ale, to raczéj moje niż jéj wychowańcy, jestem bowiem zapalonym miłośnikiem ogrodu i Flory.
I dowiódł tego więcéj jeszcze uczynkiem niż słowy mój towarzysz, bo postrzegłszy robaczka na gałązce jakiéjś krzewiny rzucił się ku niemu, prawie zapominając o mnie.
— Za pozwoleniem — rzekł — kwiaty potrzebują ciągłego oka, baczności, pielęgnowań nieustannych, a naszym ludziom niepodobna wlać zamiłowania ich... Pracują z musu, niechętnie, bez przejęcia się, bez namaszczenia, bez zapału!
To mówiąc gorąco się rzucił ku krzaczkowi i począł żwawo liszki z niego opędzać.
— Otóż po pączkach! — zawołał — pierwsze, największych nadziei, najsilniejsze, najpiękniejsze, z których się chciałem dochować nasienia, przepadły! Znowu rok stracony! Ani jednego, ani jednego, to prawdziwe nieszczęście!
Postaliśmy chwilkę, nim przyszedł ogrodnik, nim mu gospodarz mój wyłożył traktat cały o wygubianiu owadów, teorye francuskie, praktykę niemiecką, doświadczenia angielskie i sposoby domowe, nareszcie posunęliśmy się parę kroków daléj.
Ale na drodze pełno było kwiatów, musieliśmy się znów przy nich zatrzymać. Amfitryon z największą uprzejmością pokazywał mi skarby swoje, a były to rzeczywiście cudne i u nas prawie nieznane dzieci Flory, tak bujno na téj podolskiéj niwie, pod niebem naszém wyrosłe, jakby za rodzinnemi ziemią i niebem nie tęskniły. Nieznacznie przechodziliśmy od prześlicznych portulaków, do niewidzianych dalij, do całéj kolekcyi floksów różnego wzrostu, laków wielkich i karłowatych, maków, aster i t. d. i t. d. O każdéj roślince była jakaś historya ciekawa, każdy kwiat miał swoję kronikę, każdy krzew swe dzieje, każda trawka imię, nazwisko i przymioty niedojrzane oku profana.
Chociaż mnie to dosyć bawiło, bo kwiaty lubię, przypiekające wszakże słońce, znużenie podróżne, a i głód potrosze, zwracały oczy moje ku pięknemu domowi, od którego jeszcześmy byli daleko, a rachując grzędy, mimo których przechodzić było potrzeba, i  komentarze, jakie wywołać mogły, przewidywałem, że nie staniemy w ganku chyba ku wieczorowi. A że tuż przy drzwiach wchodowych wyglądała oranżerya, i cala ulica pięknych drzew z niéj wyniesionych, niepodobna było, nie zachwyciwszy nocy, tego wszystkiego obejrzéć.
Tymczasem szliśmy noga za nogą, od klombu do klombu, to barwy, to zapach, to kształty podziwiając, a pan domu coraz się jeszcze rozżarzał tą rewią wychowańców i w końcu już mnie pod rękę schwyciwszy, rozśmiał się, wołając:
— Obejdziemy ogród cały!
— Najchętniéj — odpowiedziałem z uśmiechem, myśląc jednak w duchu, że ledwie trzeciego dnia staniemy w domu.
Poszliśmy; a tuż przepyszny klomb lupinusów zaraz nas uwięził. Obejrzeliśmy wszystkie, począwszy od różowych do grandiflorów, musiałem admirować trwałego, który bujał prawda wspaniale, i bylibyśmy zakręcili się w uliczkę, gdyby nie zbiór nieśmiertelników.
Zdziwić się musiałem ich ogromowi, elychrysom najrozmaitszym, gomphrenom, athanasiom, amaranthusom; ale jeszcześmy nie skończyli ich przeglądu, gdy gospodarz ujrzawszy trejbhauz, popędził ze mną ku niemu.
— Tu — zawołał — ujrzysz pan to, czego u nas niéma nigdzie w kraju jeszcze, unikaty! nowe odmiany, rośliny bez ceny! Proszę z sobą! przekonasz się, że nie przesadzam.
Niestety! nie przesadzał wistocie, bo samych kaktusów cała armia we drzwiach nas kolcami najeżonemi spotkała — flagelliformis, tetragonus, hexagonus, cilindricus, stały w porządku, chwaląc się dziwacznością swoich kształtów i poczwarnością stanowiącą podobno całą rośliny téj piękność. Mamillarie, opuntie, gloxinie, hibiscusy, phoenixy, heliotropy, muzy, aloesy, musieliśmy obejść z końca w koniec, a od samych nazwisk aż mi się w głowie zawracać poczynało.
— Gdybym był wiedział — rzekłem sobie w duchu — że pod słodziuchną powierzchownością kryje się taki zdrajca! wolałbym w pustéj karczmie pozostać!
Teraz cofnąć się było zapóźno. Z trejbhauzu poszliśmy znowu na grzędy, do szkółek, do drzew, krzewów, na trawniki sposobem angielskim utrzymywane, i ledwie po trzech godzinach wykładu botaniki i hortykultury, ujrzałem znowu dwór i krągłą przy nim wieżycę.
— Ha! — pomyślałem — przed wieczorem zajdziemy może, jeśli nas ulica drzew wazonowych i oranżerya nie zatrzymają!
Zatrzymały! bo wszystko to było jakąś osobliwością; liść, kwiat lub owoc musiał być cudem, a niczego się nie godziło pominąć. Zdziwił się gospodarz, usłyszawszy bijącą na zegarze w wieży umieszczonym godzinę czwartą i rzuciwszy wreszcie nie przerwany dotąd kurs, szybko powiódł mnie do dworu.
— Jak nam ten czas przeleciał! — rzekł śmiejąc się dobrodusznie — aniśmy się opatrzyli, jak czwarta wybiła. Ależ to czas jeść!
W domu było czyściuchno, wytwornie, miło, ale i tu z kwiatami lub gospodarstwem botaniczném rozminąć się niepodobna. Na półkach, żardynierkach, stolikach, zieleniły się i pstrzyły bukiety, wazony, klomby całe; zapach od nich napełniał aż do przesytu powietrze, a datury i tuberozy nie dawały odetchnąć. Wszędzie pełno było ksiąg o przedmiocie ulubionym gospodarzowi, począwszy od Almanachu dobrego ogrodnika, do ogrodów Strumiłły i listów Al. Karr. Nasiona schły na najwytworniejszych sprzętach nawet. Rozmowa i w czasie obiadu, któryśmy we dwóch tylko jedli, nie przestała krążyć w kole roślinném, a gdyśmy wstali od stołu, zmierzchać powoli poczęło. Dano mi znać, że powóz był naprawiony, chciałem jechać, ale uprzejmy gospodarz nie myślał mnie puścić i zmusił nocować.
Przesycony kwiatami, z ogromnym bukietem i gwałtem przywiązanemi na przedzie dwoma wazonikami białego cyklamen’u, wyruszyłem nazajutrz rano w dalszą drogę. Nie mając nic pilniejszego przed sobą, myślałem o nowym moim znajomym i przyznając mu najmilszy charakter, gościnność rzadką, umysł ukształcony wielce, nie mogłem się wstrzymać, by mu nie dać nazwiska monomana, na które zasługiwał.
Ale któż z nas nie monoman potrosze?
Znam takich, co i przed żydem przyjeżdżającym kupować pszenicę popisują się ze swoim ulubionym przedmiotem, sam nie jestem wolny od téj wady, jeśli to wadą nazwać się godzi, jakżem nie miał kwiatomanii panu Jerzemu wybaczyć?
Śmiałem się z niego trochę, alem sobie téż mówił pocichu, że takie niewinne szały najwięcéj dają życiu szczęścia i chwil czystéj rozkoszy. Proszę sobie wyobrazić rozkwitły kwiat barwy lub kształtu nowego? nową zdaleka sprowadzoną roślinę! ziarnko dojrzałego nasionka zebrane po długich trudach, ile to w tém wszystkiém uciech, radości, a dla ludzi śmiechu!
Ale ba! śmiejemy się wszyscy, choć wszyscy szalejem, sobieśmy tylko nieśmieszni.
Bukiet zwiądł, cyklameny stanęły na oknie, a ja-m wkrótce o panu Jerzym zapomniał.
W parę lat potém wypadło mi jechać znowu przez tę prześliczną wioskę, alem sobie tak rozrachował popasy i noclegi, żeby tylko przez nią nie zastanawiając się przejechać, bom chwili do stracenia nie miał. Ale chłop strzela, Pan Bóg kule nosi! Jadę, jadę, zamyśliłem się sobie, w tém: — stój, dobry dzień! — budzi mnie z marzenia. Podnoszę głowę, nieoszacowany pan Jerzy ze swą rozpromienioną twarzą i uśmiechem przede mną.
— Jakto? mijasz pan mnie, nie wstępując, a bodajże ci oś pękła!
— Na Boga, nigdybym téj niegrzeczności nie popełnił, ale się tak śpieszę.
— Ależ godzinę mi darować i obiadek zjeść prawdziwie można! i musisz pan, musisz! — dodał gorąco. — Mojéj żony niéma, przebierać się niepotrzeba, zawracaj do dworu!
— Zmiłuj się pan dobrodziej, interes.
— Nic nie pomoże! nic nie pomoże! — zawracaj do dworu!
Postrzegłszy, że się nie wykręcę, pomyślałem w duchu:
— Poczekajże, słuchałem raz pierwszy cierpliwie i uważnie wykładu, temum to winien drugie zaproszenie, ale nic z tego nie będzie! Trzeci raz pan pewnie mnie nie zawrócisz do siebie!
Wysiadłem więc i poszliśmy pieszo, bo ranek był piękny, a gdyśmy się zbliżyli do wrót, aż mnie dreszcze przeszły, pomyślawszy o nomenklaturze nowych dalij, które z powodu bałamuctwa téj rośliny tak obficie się wyradzają... Wchodzę. Dalij prawie nie widać, na grzędach kwiaty niepielęgnowane, opuszczone, nowości żadnych, ogród jak wszędzie, a mój gospodarz ani poczyna o swojém.
— Co to jest? — pomyślałem — musiało go chyba spotkać jakie nieszczęście! Spytać już nie śmiałem, ale mu się twarz śmiała jak za dobrych czasów lupinusów i floksów. Nieszczęśliwe lupinusy kwitły teraz zapomniane, w kącie na łasce ogrodnika. Spostrzegł pan Jerzy, że się dziwię i szukam oczyma czegoś, uśmiechnął i biorąc pod rękę pośpieszył ze mną ku domowi.
— Coś piękniejszego teraz panu pokażę — rzekł — niżeli przeszłym razem — nie straciłem zamiłowania w kwiatach, alem się postrzegł, że mnie to rujnowało! Musiałem się z bólem serca wyrzec ogrodu.
— Czyż podobna? — zawołałem.
— Tak jest, zbieram Elzewiry!
Spojrzałem mu w oczy.
— Nadewszystko — dodał seryo — z szerokiemi brzegami i nie obcięte! Ale to rzecz tak rzadka! tak na nieszczęście za granicą pokupna i do wysokich cen podniesiona!
— Elzewiry! Elzewiry! — powtarzałem pocichu, słuchając go i nie mogąc się wydziwić nagłéj zmianie upodobania; on ciągnął daléj:
— Jestem pewien, że nikt w kraju nie będzie miał tak pięknego zbioru wydań elzewirskich jak ja... niéma sprzedaży, licytacyi, niéma księgarni za granicą, z któréjby mi coś nie przybyło.
Śpiesznieśmy teraz dzięki Elzewirom przybyli do dworu, gdzie wielkie zaszły zmiany; zamiast bukietów pełno było wszędzie katalogów, notatek a Manuel Brunet’a z mnogiemi zakładkami leżał u gospodarza na stoliku widocznie, jako przedmiot nieustannych studyów jego. Kolekcya już się poczynała układać w przepysznéj palisandrowéj szafie na klucz zamkniętéj, którą otworzono zaraz dla mnie, a że mam bibliomanii trochę, bawiliśmy się Elzewirami daleko lepiéj niż kwiatami przeszłym razem.
Niektóre egzemplarze nie obcięte z szerokiemi brzegami na wagę złota płacone, oprawne przez Thouvenin’a w Paryżu, pieścił gospodarz jak dzieci ukochane, a tak się niemi cieszył, radował, unosił, żem mu jeszcze raz pozazdrościł szczęścia, które potrafił kupić Elzewirami.
Zwróciły szczególniéj ciekawość moją Respubliki Elzewirów, śliczny miniaturowy zbiorek opisu różnych krajów, między któremi kilkakroć i Polonia się znajduje. Anim się postrzegł, jak zmierzchło przy oględzinach, a uprzejmy mój gospodarz ani mnie puścił od noclegu. Cały wieczór bibliomanowaliśmy z nim zapalczywie, a że zawsze miléj mi, gdy widzę, że kto swoje nie cudze zbiera i studyuje, poddałem panu Jerzemu myśl zbierania Försterów, jak za granicą zbierają Elzewirów, bo co się tyczy piękności wydań i zalet powierzchownych, księgi tego gdańskiego bibliopoli z Elzewirami w parze iść mogą.
Nazajutrz rano odjeżdżając przede dniem, cieszyłem się, że kiedyś znowu przejeżdżając, zobaczę tu może komplet Försterów, między któremi i ważne dla dziejów naszych są dzieła. Ale niestety, pan Jerzy był wielki bałamut! wszystko gorąco ukochać umiał, namiętnie, cóż kiedy na krótko. W rok potem zjechaliśmy się z nim na wielkich imieninach, co to czasem z dwóch prowincyj ściągają młodzież i swobodniejszych nawet starych włóczęgów. Ujrzałem go w tłumie i doszedłszy, żywo ścisnąłem za rękę, pytając stante pede o Försterów.
Pan Jerzy osłupiał, powiódł okiem szklaném po suficie, po ścianach, zmieszał się trochę.
— A! — rzekł z westchnieniem — ta kolekcyomania znacznie mnie nadrujnowała, musiałem się wyrzec jéj całkowicie, oranżeryę zamknąć, a Elzewiry sprzedać Lissnerowi do Poznania za pół ceny! Wziąłem się teraz do gospodarstwa, a szczególniéj do fabryki sukiennéj, w którą już włożyłem do dwóchkroć, alem pewny, że mi dawać będzie pięćdziesiąt tysięcy czystego dochodu.
— Daj to Boże — rzekłem pocichu — daj to Boże!
— Nasz kraj — dodał, rozżarzając się pan Jerzy — potrzebuje ożywienia przemysłu, fabryk i rzemiosł. Sprzedajemy materyały nasze surowe, a u nas ręce tańsze niż gdzieindziéj, moglibyśmy więc taniéj produkować...
Puścił się w całą rozprawę z ekonomii politycznéj, dowodząc dosyć zręcznie, że wiele zależy na tém, byśmy gospodarzami tylko i rolnikami być przestali, a weszli do wielkiéj rodziny fabrykantów. Nie przekonywały mnie wcale argumenta, ale żem się gorącego mego antagonisty nie spodziewał przekonać, leniłem się darmo z nim spierać i dałem pokój. Pan Jerzy usiadł do preferansa, a ja znalazłszy sobie starego znajomego do ciętéj gawędki, usunąłem się z nim w kątek.
— Znasz Jerzego? — spytał wskazując mi go — nie wiedziałem, to mój szkolny jeszcze towarzysz.
Opowiedziałem poznanie nasze przypadkowe, pierwszą i drugą bytność moję, nareszcie zdziwienie dzisiejsze, gdym porzuciwszy go Elzewirem, znalazł po roku sukiennikiem.
— A! a! — rzekł mój przyjaciel — widać, że go nie znasz, jeśli się mu dziwisz; my cośmy z nim siedzieli na jednéj ławie, żałujemy go tylko, bo nic podobnego nie znajdziesz, żebyś kraj obszedł ze świécą. Chłopakiem jeszcze miał te manie napadające go i odchodzące mu nagle, uczył się przez rok prześlicznie, potém zawróciły mu głowę rysunki, porzucił wszystko, chcąc zostać artystą, szalał za ołówkiem i rwał się do pędzla; gdyśmy się rozstali, zaczynał z równą zawziętością łamać palce nad skrzypcami. Widziałem go potém w życiu zmieniającego barwy najdziwaczniéj, blizkiego wstąpienia do klasztoru, potém hulającego na zabój lat kilka w Rowieńskiém; na czele fabryki powozów, na ogromnéj dzierżawie, koniarzem pół roku, dwa tygodnie bałagułą, anglomanem... ale któż zliczy, czém był w ciągu tych lat? nawet filantropem.
Napadła go ta chandra jak inne, założył szkółki, lazaret, ochronę, oddał się cały swojéj włości i kazał nam o ofiarach i obowiązkach, aż łzy nieraz wywoływał, cóż kiedy i ten szlachetny popęd, jak inne, jakiś wiaterek leciuchny rozwiał, by mgłę na świtaniu.
— Takiego typu, jak Jerzy — odpowiedziałem — trudno jest zapewne znaléźć drugiego, ale zważ, że to tylko spotęgowana wada nas wszystkich, przesadzony grzech pierworodny szlachecki, narodowy! niestety. Wszystko u nas tak jak u pana Jerzego uczuciem się dzieje nie głową, rzucamy się chciwi, gotowi na ofiary i gdyby nam w pierwszéj chwili łeb ucięto, nastawilibyśmy go ochotnie... ale jutro, pozajutro, za półrocze ani się już dowiaduj o wczorajsze postanowienia. W niczém nie możemy wyrobić na sobie stałości, ciągu, wytrwania. Pan Jerzy reprezentuje większość i usposobienie ogółu, najnieszczęśliwsze dla nas samych. Usposobienie to odbija się w opinii, w działaniach, w całkowitém życiu społeczném i aż w literaturze naszéj, wierném zwierciedle żywota. Nie widzimyż codziennie gwałtownie miotanych potępień, które jutro gotowiśmy po szampanie zmienić w uwielbienie dochodzące do szału i zaprządz się do powozu tego, na którego przed godziną rzucaliśmy kamieniem. W codzienném domowém pożyciu brak ciągu, planu, stałości sprowadza co chwila ruiny i bankructwa. W literaturze naostatek mamy pisarzy, z których ust tak dziwnie z dnia na dzień ciepło i zimno wychodzi, że dwóch ich dzieł za utwory jednéj głowy i serca uznać niepodobna.
Niedawno widziałem całą młodzież opętaną Szleglem, późniéj Trentowskim, i przechodzącą, dzięki Bogu, do złotego Ołtarzyka równie łatwo, jak szła pod sztandary racyonalizmu. Ale smutno to na to patrzéć, bo cóż zaręczy, że jutro niepocznie ich trząść jaka febra Feuerbachowska, i nie chwyci jaki paroksyzm Straussowy?
Była chwila takiéj gorączki i zapału do literatury; kto nie pisał, ten zbierał, czytał, kupował książki stare i nowe, lub choć maleńki chciał miéć udział w czynności literackiéj kupki, która się zaprzęgła orać tę rolę niewdzięczną. Spójrzmyż dziś, co się nas pracujących zostało na zagonie, ilu wróciło do cukrowarni, do gospodarstw, do próżnowania i kart? spójrzmy kto czyta i kto pisze z tych, co w pierwszéj chwili gotowi się byli po samę szyję umoczyć w atramencie, a po oczy zakopać w książkach?

Rari nantes in gurgite vasto.

I tak wszędzie, i tak wszystko, jak u pana Jerzego, dziś kwiatki, jutro Elzewiry, pozajutro sukiennia, a naostatku nic. W kraju, którego większość niéma tyle siły, by w sobie charakter stalszy wyrobić, pytam na co rachować można? Co do mnie lękam się każdego przedsięwzięcia literackiego, naukowego, i we wszelkiéj innéj sferze, które tylko wytrwania wymaga. U nas co tylko nie kończy się na jednym tomie i na doraźnéj czynności, musi się skończyć zawodem. Ziewanie zamyka wszystko.
— Za surowy może jesteś — rzekł mój przyjaciel — chociaż jest coś prawdy w słowach twoich, dla mnie nie nowych, bom je i z ust i z pod pióra twojego kilkakroć powtórzone słyszał.
— Powtarza się — westchnąłem — powtarza, co leży na sercu! a mnie nic jak to nie uciska. Nie mogę nie przyznać, że z wielu względów jesteśmy ogólnie biorąc najobficiéj od Boga udarowani, nie brak nam ani talentów, ani pomysłu, ani szlachetności, ani gotowości do ofiar, jednéj woli wyrobić w sobie nie umiemy. Skąd to poszło? Oto z utraty wiary. Tak jest, jedna tylko wiara i wpływ jéj uczy kierować wolą i wykształca ją; w miarę jak kraj utracał religijne swe przekonania i charakter jego nabierał téj niestałości, co go dzisiaj znamionuje. Spójrzmy w dzieje, jawny tam ten paralellismus, i niepodobna nie widziéć w braku religijnych zasad pierwszéj przyczyny złego, jakie nam brak wytrwania wyrządza.
Nie łacno może ukazać w krótkich słowach, jak dalece skutek ten jest wypływem nie innéj, a wyłącznie téj tylko przyczyny, ale tak jest. Od trzpiotowatych monomanij pana Jerzego do tego wniosku ostatecznego, który wyprowadzam, przestrzeń ogromna, a przecież, przecież! pan Jerzy jest dziecięciem tych niewidzialnych rodziców, jak my wszyscy... Że ta niestałość, ta wybuchliwość nigdy dawniéj nie piętnowała nas, na to dowody są w dziejach; żeśmy przestając być chrześcijanami w duchu, głębi i istocie, przestawali zarazem być ludźmi charakteru, to dla mnie pewnik.
— Trochę paradoksujesz — rzekł mój sąsiad.
— Nic a nic, pomyśl, przypatrz się, a osądzisz sam. Tylko głęboka wiara jakaś dać może człowiekowi charakter, nie mówię tu wyłącznie o katolicyzmie, choć dla mnie on stoi na czele, ale wogólności o silném przekonaniu religijném. Ludzie wielcy, potężni wolą, co życiem całém kieruje do jednego celu, wszyscy mieli wiarę. Narody silne nią się odznaczały, z utratą, z osłabieniem nawet zasad religijnych charakter indywidualny ulega téj zmianie, któréj maluczką i niewiele znaczącą próbkę na panu Jerzym widzimy.
Zamilkliśmy oba, spoglądając, z jakim zapałem oddawał się grze ten, który nas na tę rozprawę naprowadził.
— Nie zakładałbym się — szepnął mi przyjaciel — żeby porzuciwszy fabrykę sukienną, Jerzy nie oddał się rozkoszom preferansa i marzeniom próżnowania. Z jego krótko trwającą gorączką łatwo przewidziéć, że niewiele sukna i kołder wyrobi, a pierwszy bilans, który mu małą stratę lub nie ten, jaki sobie zakładał, zysk pokaże, będzie ostatnią sukienni godziną.
Nim się zupełnie zrujnuje, przejdzie jeszcze przez cukrowarnie, płodozmian, merynosy, Niemca agronoma, handel gdański i kto wié co? może na ostatku ruszy się, sprzedawszy majątki na spekulacye do Odesy? — może pocznie pisać, może będzie podróżować? może wdzieje mundur i przypasze szablę?
Z nim za nicbym nie ręczył, nawet za kapucyńską brodę, a jeżeli tę zapuści, a uwinie się z nowicyatem i klamka zapadnie, nie wiem, co pocznie nie mogąc już wyjść z za furty! Wielkie zaprawdę nieszczęście niestałość taka, bo któż przewidziéć może, do czego ona doprowadzi? Wolałbym już upartego; jest nadzieja, że gdzieś dojdzie, choćby głowę o mur miał roztrzaskać.
Około r. 1850.





Pieśń życia.
(fragment).


Pieśni życia, wielka pieśni, po raz setny, niech cię rozpocznie człowiek: pieśni niewyśpiewana, nieskończona nigdy pieśni, zawsze jedną grobową kończąca się zwrotką, a zawsze nowa i ponętna...
W krainie ducha wszystko jest pieśnią życia, jak na ziemi, od pyłku do dębu wszystko jest żywotem. W pyłku śpi może świata zarodek, w dębie szumi myśl zielona, i w słowach życia pieśni, co dźwięczą urwane, snują się myśli wielkie, niemowlęcym bełkocząc językiem...
Życie, życie, życie! potrzykroć wołam cię, zaklinam, wywołuję, bym zrozumiał; chciałbym czarnoksięską różczką zmusić cię, byś stanęło przede mną, przyoblekło ciało, i odpowiedziało mi samo, czém ty jesteś? Ja cię rozumiem i nie pojmuję cię jeszcze, chwytam i pojąć nie mogę. Spojrzę w niebo, zda mi się, żem schwytał słowo wielkiéj zagadki, obejrzę się na ziemię i błąkam znowu. Toż to jest życie? do czego?
Chciałbym zaśpiewać wam wielką wiekuistego życia pieśń, a usta zawiera zdumienie, cierpienie, bezsilność i boleść; boleję, ale nie nad sobą. Usta mi zamyka szał ludzi, nędza ludzka i wszystkie życia sprzeczności, które ściąga myśl na sznur tego różańca, nie mogąc ich z sobą pogodzić, pobratać i skleić.
Niech pieśń ta pyłkiem będzie... gdy zaszumiéć dębem nie może, — i pyłek w stworzeniu potrzebny i on nieśmiertelny.
„Pieśń życia! — spytają zdumieni, — a żyłżeś ty, co ją chcesz wyśpiewać?“ — O! żyłem, jeśli życiem nazwać się godzi to dziwno pasemko nadziei, łez, boleści, burzy i ciszy i pracy, pracy mozolnéj, na którą gdy się obejrzę, to mi żal, że tak drobna, że tak nieznacząca, że tak w obliczu myśli, co ją zrodziła — niedołężna... O! żyłem, śniłem, cierpiałem, pragnąłem, pracowałem, a dziś gdy się tak wiele przeżyło i prześniło, przecierpiało i przepracowało, nie potrafię powiedziéć, czy warto żyć było.
Chcę jednak wyśpiewać pieśń nie mojego życia, która pyłkiem będzie tylko, bom i ja w świecie pyłkiem był zaledwie.
Stańmyż, — oto kolebka — zagadka! Widzicie, na świat przychodzi dziedzic świata, człowiek; z jaką go witają radością, jakiemi mu sypią życzeniami! Jakby sami byli szczęśliwi, jakby kiedy spełniły się ich życzenia!
Jedna tylko, matka jedna, wita męczennika łzą na oku, a łza to prorocza, co przepowiada cierpienia, co pierwszym chrzestem boleści obmywa dziedzica ziemi...
Srebrna kropelka błogosławieństwa i wieszczby spadła na rumianą skroń, a z nią wielka, tajemnicza siła; dziecię dotknięte nią drgnęło, poruszyło się, uczuło już może ból, który ją zrodził, i błogosławieństwo, które niesie z sobą... Łza to święta — chrzest to pierwszy.
Ojciec się zbliżył i zapłakał także; ale łza jego, łza męska, łza owoc myśli nie serca; poleciał duchem w świat i przyniósł zeń tę łzę, równie proroczą, ale chłodną. Tamta spłynęła na pierś dziecięcia — ta mu oblała głowę i znowu poruszyło się przeczuciem... Był to chrzest drugi, chrzest boju, jak pierwszy był chrztem miłości.
Inni zamiast łez przynieśli słowa i posypali niemi kolebkę, jak szeleszczącemi liśćmi suchemi, które jesień zwarzyła.
I spadły słowa, jedne jak martwe liście, a inne jak muchy z brzękiem przeleciały ponad kolebką, zaszemrały, uciekły i pochowały się zaraz... Słońce życia wywiedzie je kiedyś znowu z kryjówek, znowu przylecą i odlecą znowu, kołysze się, kołysze kolebka dzieciny.
A razem z pieśnią piastunki, słychać już nad nią, nad dziecięcia głową, wiele krzyżujących się głosów... Posłuchaj sercem zdaleka, bo je sercem tylko schwytać można, jak do snu kołyszą, jak niemowlęciu śpiewają jego przyszłością.
Zdala, zdala, dochodzi najprzód głos wojny.
Z pól krwawych śmierci, przebiegają jęki bólu i boleści, i wpadły mu w ucho, aż się wstrząsnęła dziecina, i płacze i kwili... Czegoż ty płaczesz, dziecino? pyta matka. — Jakiś je szelest przebudził! — odpowiedziała piastunka, śpiewa i kołysze.
Nie szelest sen mu przerwał, ale bój i mordy, bo ucho dziecka wszystko jeszcze słyszy, wszystko, co się po świecie dzieje, ono jeszcze nie oderwało się od ludzkości, nie odcięte od niéj,