Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/592

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


skrzypce, dorwał się do butelki i wypił, co w niéj było, do dna, roztrzaskał ją o podłogę i rzucił się na krzesełko.
Nie mówił nic. Wesołość jego znikła, a śmiech, co go nigdy nie opuszczał, znikł z twarzy, zrozpaczony się zdawał, smutny i przybity.
Deszkiewicz począł coś mówić, odpowiedział mu, potrząsając tylko głową.
Daliśmy mu spocząć naturalnie — po takim wysiłku, ale spoczywając usnął, i gramatyk wziął go pod swoję opiekę, podejmując się odprowadzić do żony i dziecka.
Nazajutrz trochę niespokojny, co się z nieborakiem stało, nie mając się od kogo dowiedziéć, bo Deszkiewicza nie mogłem spotkać nigdzie, po południu poszedłem do domku, w którym Dereczko mieszkał.
Nie było tu już nikogo. Stancyjka przez nich zajęta stała otworem i okna były także, jakby dla przewietrzenia, szeroko poodmykane. Na łóżeczku leżało stare siano, po podłodze walało się mnóstwo papierków zatłuszczonych, sznurków i strzępek.
Nie miano jeszcze czasu przymieść po nich... ale gdzieindziéj czyż wiele więcéj pozostaje po życiu biednego człowieka?
Stałem zamyślony smutnie, gdy Deszkiewicz się przywlókł.
— A co? — zawołał pojrzawszy — nie mówiłem? Byłem pewny, że już go tu dziś nie będzie. Odprowadziłem wczoraj żonie i położyłem spać; jedno miał na myśli tylko, że ślicznie grał!! Słuchał go kto, czy nie, mniéj dbał o to.
— Nie udało się w Krynicy — rzekł do żony — no, to cóż? Trzeba próbować gdzieindziéj... w końcu albo się gdzieś uda, albo wszystkie struny pękną i będzie finał!!

1882.