Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/092

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mieszkańcy, a w zamku cisza jeszcze była, jakby wszyscy pomarli, kilku halabartników kręciło się po pierwszym dziedzińcu, a królowa i dwór jéj w oddalonych trzeciego podwórza komnatach spali jeszcze głęboko.
Niepojęty był ten sen wśród wrzasku i huku wznoszącego się potężnie pod niebo — a jednak tak było — i stało się, że chcący potém z zamku uciekać już nigdzie uciekać nie mogli, chyba za rzekę, bo z téj strony całe miasto było wielkiém ogniskiem.
Kiedy płomienie przez szczyt kościoła świętego Stanisława i zabudowania zamkowe zaglądać poczęły i bić czerwonym blaskiem w okna królowéj, dopiéro jedna z panien obudziła się. Przetarła oczy i ujrzała światło, usłyszała zgiełk daleki i krzyki i szum i mocne stukanie do kilku drzwi. Myślała, że to dzień jaśniał tak czerwono, miasto huczało, a która z panien stukała. Ale podniósłszy się trochę, ujrzała przez okno na niebie czarném iskry i czerwone dymy słupiące się ku górze, rozpoznała, że głosy oddalone nie były radośnym krzykiem przebudzenia i wołaniem życia, ale jękiem śmiertelnym, a u drzwi posłyszała drżący głos ochmistrza dworu:
— Pożar! pożar! Budzić Najjaśniejszą Panią!
Nagle z drugiéj strony od pokojów fraucymeru królowéj, z rozpuszczonemi włosami, w pół nocnym, pół rannym stroju, wbiegło pocichu panien kilka, — jedna z nich ze zwykłą w takich razach kobiecą prędkością, wołać zaczęła do przebudzonéj:
— Pożar objął z dwóch stron! już niéma prawie dokąd uciekać — całe miasto w ogniu — trzeba obudzić królową, trzeba iść stąd, prędko — prędko!!
I wszystkie pobiegły do łoża królowéj — ona spała mocno utrudzona modłami całodziennemi. Jedna śmielsza chwyciła Konstancyą za rękę, — i wnet królowa podniosła się, żegnając machinalnie i wielkie czarne nagle otwierając oczy.
—  Ranek — zawołała — czas na mszą? jaka pogoda?
— Pożar! pożar! — przerwały jéj panny razem wszystkie, — pożar! dochodzi już do zamku, Najjaśniejsza Pani. Oto łuna świeci w oknach — trzeba uciekać — całe miasto się pali — trzeba uciekać za rzekę.
— Mój syn! królewicz! — zawołała, porywając się królowa, i gdy połowa panien się rozbiegła, ona wyskoczyła z łóżka i klękła przed relikwiami — pierwsze jéj poruszenia było do Boga, ale łuna czerwieniejąca na ścianach przez okna, i krzyki rosnące i zbliżające się nie dały jéj się modlić. Wszystkie panny razem ubierały ją, ona wołała o syna i nim się odziała do ucieczki, wszedł ochmistrz blady i niespokojny, wniesiono królewicza w pie-