Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/414

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


niała, to żal niewymowny życia, które marnie dla popisu utracić miałem.
W dodatku, ta sromotna szubienica, którą widziałem przed sobą, dreszczem mnie przejmowała. Chodziłem jak obłąkany, ale już nic nie mając do stracenia, postanowiłem drogo sprzedać życie i bronić się do upadłego.
W moment powraca Wołkowski, z doniesieniem, że gienerała niéma, bo do królewskiéj kwatery wezwany, tłómaczyć się pojechał.
Trochę życia wstąpiło we mnie, bom czuł, że mnie tak nie da obwiesić, nie spróbowawszy szabli. Ale z Fryderykiem II sprawa była ciężka, gdy co postanowił, i w dyscyplinie militarnéj ludzkie życie za fraszkę się liczyło.
Wołkowski wciąż u drzwi, a co chwila mi tłomoczek i dukaty przypomina, żebym ich Prusakom skonfiskować nie dał; małom go nie ubił z gniewu. Późno w noc posłałem znowu do Małachowskiego, ale jeszcze nie powrócił.
Wiele się w życiu przebyło na wozie i pod wozem, mospaneńku, ale téj nocy szubienicznéj, i tego czém mnie ona nakarmiła, nie zapomnę do śmierci; jeszcze mnie przechodzą śmiertelne dreszcze, gdy mi to na myśl przyjdzie; a we śnie ów namiot i Wołkowskiego u drzwi, i tę ciszę przerywaną tylko obozowym obluzem warty, często jeszcze mam na oczach.
Gdyby tak dziś gardło dać przyszło, jużby to takiego nie zrobiło wrażenia; ale wówczas, gdy byłem w pełni sił i życia; gdy mi się uśmiechało wszystko, i jeszcze dla tych pluder niemieckich pójść na szubienicę jako złodziéj... nie zdziwisz się, gdy ci powiem, żem omal nie zwaryował. Rzucałem się w najdzikszych projektach, między któremi było i wartę moję ubić, a pieszo uciekać z obozu, i domagać się widziéć z królem, i kaduk wie co... Ale co to natura; nad rankiem, mimo tego niepokoju, który mną miotał, sparłem się na stoliku i tak-em nie wiedząc jak zasnął. Sen był dalszym ciągiem tego, co mnie dręczyło na jawie, przerywany i gorączkowy. Zerwałem się z niego, sądząc, że mnie na śmierć już prowadzić mają, gdy ujrzałem starego Małachowskiego, który mnie targnął za rękaw, żeby mnie obudzić.
— Gienerale, ratuj! — wykrzyknąłem, rzucając się ku niemu.
— Szalonego nikt uratować nie może, kiedy sam głową w przepaść leci... — surowo odezwał się Małachowski. — Byłem u króla, musiałem mu powiedziéć wszystko, wydać imię twoje, odkryć pokrewieństwo, rozczulić go młodym wiekiem i nie-