Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/053

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


cy — szkoda ust twoich na próżne słowa, lepiéjbyś ich użył na... uwodzenie dziewcząt... rozumiész mnie!...
— Co!? — krzyknął obrażony do najwyższego stopnia kalwin. — Jak mi to śmiesz mówić!... mnie?... wiesz ty, kto ja jestem?... co ja mogę?
— Jesteś łotr i możesz wisiéć!... — odpowiedział bardzo spokojnie Zaranek.
Tu rektor, do tak szczerych wyznań nieprzywykły, chwycił go za piersi i zamierzał się dać mu policzek, gdy Zaranek wstrząsnął się, porwał go za szyję i zawołał:
— Hej!... bracia! chodźcie-no tu! ksiądz rektor zmęczył się przechadzką, pić mu się chce, zaniesiemy go do Wilii.
Na te słowa, posłuszna jego rozkazom wyszła reszta towarzyszów. Rektor pobladł jak trup i sięgając do kieszeni, zawołał pokorniejszym tonem, któremu starał się nadać wesołość i obojętność:
— Ale, mój panie, czy się to godzi tak sobie żartować... Na! proszę cię, weź ten czerwony złoty i napij się za moje zdrowie... ja pić nie chcę, śpieszę się do miasta, nie mam czasu. Bądź zdrów...
Chciał iść, ale Zaranek go nie puszczał i trzymał ciągle za szyję.
— Oj! nie tak to my się prędko pożegnamy, jak ci się zdaje, mój dobrodzieju, poczekaj-no trochę!... Ten czerwony złoty zda się, biorę go z najuniżeńszém podziękowaniem od wielce przewielebnego księdza rektora, który będzie łaskaw pójść ze mną jeszcze na chwilkę, ku brzegowi Wilii.
— No! no! dajże pokój! — zawołał struchlały kalwin, dobywając z kieszeni drugi czerwony złoty i dając go Zarankowi. — Proszę cię, nie żartuj, bo nie mam czasu.
— Drugim razem nie zejdziemy się tak paradnie jak dziś! — zawołał Zaranek — trzeba korzystać z pory... Co się tyczy tego czerwonego złotego, biorę go i wypiję za zdrowie wielce przewielebnego księdza rektora i dobrodzieja, a tymczasem chodźmy się ochłodzić... Widzę, zacny panie, pot, który zlewa twe świątobliwe skronie, widzę, że ci krew bije do głowy, rumienisz się i bledniejesz... a że praktykowałem przed kilku laty u doktora nadwornego księcia marszałka, domyślam stę więc co to za choroba was dręczy, i troskliwy o wasze zdrowie, sam zajmę się przygotowaniem zimnéj wanny, która w tym razie jest nieodbicie potrzebna... hm!
— Ale no! no! daj pokój! — przerwał coraz niespokojniejszy rektor. Proszę cię, napij się sobie i puść mnie!...
To mówiąc, dał mu trzeciego dukata.