Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/054

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Hm! — odezwał się niczém nieporuszony Zaranek — ja to biorę, to mi się przyda, to dobrze... wanna sobie pójdzie swoim porządkiem... Chory nigdy sam nie zna swojéj choroby; spuść się wasza wielebność na mnie... Ja ci ręczę, że to dla twego drogiego zdrowia koniecznie jest potrzebném... Śpieszmy się, towarzysze, weźcie pod ręce, bo sam z osłabienia widać, kroku się z miejsca nie ruszy.
— Ale... proszę mi dać pokój! — wrzasnął kalwin. — Cóż to? łotrze! śmiesz z mojéj powolności korzystać?... nie waż się postąpić krokiem... bo cię jutro powieszą na rynku, ciebie i twoich łotrów towarzyszy. Precz ode mnie, hołoto, bo krzyknę, piechota nadejdzie i...
— I!... tymczasem będziesz leżał w Wilii, nim tu kto nadbieży!... — rzekł Zaranek — o nas się nie turbuj... nie tak to łatwo wisiéć, jak się waszéj przewielebności marzy... Nie, nie, ja za siebie ręczę, że nie będę tańcował w powietrzu, jak nieboszczyk Absalon... i moi towarzysze także... Co się tyczy przywołania piechoty, to także uspokoić was muszę... możesz, księże, wrzeszczéć jak opętany, żywa dusza tu nie nadejdzie. Piechota przechadza się teraz po rynku!...
— No! puszczajcie, łotry!... — przerwał znowu kalwin — idę do wojewody... Wojewoda mnie czeka... wojewoda...
— Kiedy czeka, to nic! będzie jeszcze czas na wszystko! tym czasem umyć się nie zawadzi... Hrehory, weź pod rękę przewielebnego i ruszajmy; bo i ja i ksiądz rektor nie mamy czasu, trzeba się śpieszyć!...
Gdy to mówił, już Hrehory porwał go pod drugą rękę, i mimowoli pociągnęli go oba ku brzegowi Wilii.
Dreszcz śmiertelny przebiegł rektora, ale nie wiedział już sposobu uniknienia smutnego losu, który mu widocznie przeznaczono. Po groźbach nastąpiły znowu prośby, znowu do ostatniego grosza wyjął wszystko z kieszeni, i w zaklinaniach, w obietnicach dowlókł się do brzegu rzeki. Ale Zaranek zdawał się być niczém nieporuszony, z najzimniejszą krwią prowadził go do brzegu i zupełnie obojętnie słuchał najgorętszych jego modłów.
Za każdym dukatem, który przechodził do jego kieszeni, uśmiechał się wesoło, ale zresztą dary te nie wpływały ani trochę na zmianę jego zamiarów.
Stanęli nakoniec u samego brzegu rzeki, i tu ponowiły się prośby.
— Łaskawco! królu! weź, co chcesz, ale nie odbieraj mi życia!...
— A na cóżby mi się zdało?
— No! to puść!