Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/241

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


W wiośnie życia, kiedy człek cały rozkwita nadziejami, innego mu nad nie nie potrzeba pokarmu; chleb, woda, niebo pogodne i marzenia, a marzenia wijące się niebieskiemi wstęgami, jak szerokie rzeki z umajonemi brzegi — i dosyć dla niego. Znosi pracę, niedostatek, upokorzenia, szyderstwa, w duszy jego dzwoni nadzieja wołając — za wszystko przyszłość zapłaci, za wszystko, i za głód i za łzy i za krwawy rumieniec upokorzenia i za długie dni samotności — za wszystko!
Biedny on nie wié, że każdy wiek ma swoje owoce, cierpienia, a nic za nie nie płaci! Że młodość tém tylko szczęśliwsza, iż nie żyje rzeczywistością, ale jutrem, urojeniem; że to sen, co go człek wyniósł z nieba, z którego na ziemię przyszedł. A gdy świat rozbudzi zupełnie, otworzy oczy — o! po wszystkiém! po wszystkiém wówczas i na wieki. Resztka niedojedzonego życia, to mozolny ciężar do dźwigania, a co krok zawody, co się nie skończą aż jedną tylko niezawodną — śmiercią.
W młodości — ale któż tego nie wié? każdy kto był młody i odwrócił się potém popatrzéć na uciekającą młodość, musiał westchnąć nad nią. A są i tacy, co nigdy nie byli młodzi i co niemi są do śmierci. Tacy to jedni szczęśliwi — i świat ich staremi dziećmi nazywa — on szydzi, bo go boli to szczęście, którego zazdrości, któreby im wydarł, aby nigdy nie kosztowali.
Znałem jednego młodego — o! ten był prawdziwie młody i pił z zaczarowanéj czary; pił, aż się upajał, aż szalał! Ubogi, bardzo ubogi, żył z ciężkiéj pracy, z bezsennych nocy, z nudnego wlewania nauki po kropli do głów dziecinnych, wybladły, wycieńczony, zmordowany na ciele, żył cały nadzieją swojéj złotéj przyszłości, do któréj szedł z taką w nią wiarą, z taką pewnością o jéj niechybném osiągnieniu, jakby go minąć nie mogła. Kiedyś się nad nim użalał, że cierpiał, że był ubogi, że tak ciężko pracował, odpowiadał tylko wzgardliwym uśmiechem, jak gdyby mówił: — Nie użalaj się nade mną — jest coś, co wszystko nagrodzi. Z niewymownym zapałem chwytał się nauki; wyobrażał sobie, że ona ma być drabiną, po któréj dojdzie na wysokości marzeń, pił ją zewsząd i z prelekcyj nauczycielskich i z ksiąg i z żywego świata, i z doświadczeń i z rozumowania, chwytał bez wyboru, byle więcéj a więcéj. Ale cały zajęty nauką, miał ją tylko za środek do dopięcia celu swojego, za drogę do szczęścia, do sławy, do bogactwa. Pragnął tych rozkoszy życia, których nie kosztował nigdy, co mu się zdawały nieprzepitém morzem nektarów! Nie raz nad księgą, w nocy, rzucał ją na kolana, wlepiał oczy i tak wychodził na przechadzkę do raju myśli i w nim błądził do dnia. Serce bijące prragnieniem mówiło mu: — Wszystko to się miéć będzie, wszystko!