Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/647

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


stolika, rzucając na papier wierszy kilka. Niekiedy pocichu, na palcach wymykał się ze swéj izdebki i szedł posłuchać oddechu uśpionéj żony choréj, leżących w kolebkach dzieci... Wszędzie widać było więcéj niż ubóstwo, niedostatek, brak najpotrzebniejszych w życiu posiłków, które czynią je znośném.
Obok tego ogołocenia, wszędzie wisiały wieńce laurowe, pochwalne hymny, apoteozy malowane i pisane.
Był to jeden z najsłynniejszych poetów swojego wieku, wieszcz, przed którym kłonili głowy swoi i obcy, mąż, którego słowa słuchano, jak wyroczni z poszanowaniem, ale mu dawano z głodu umierać.
Mówili jedni:
— Nie prosi przecie?
Drudzy:
— Obraziłby się ofiarą!
Inni, odkładali pomoc do obrad, do namysłu, do jakiegoś daru narodowego, któryby miłości własnéj nie obrażał.
Tymczasem wieszcz — wieszcz z głodu, z troski o rodzinę obumierał. Miałże się skarżyć? nie mówiłoż wymownie za niego położenie? Nie wiedzieliż oni wszyscy, że nie miał nic...
Król Kadzidła patrzył długo na swą ofiarę... milczał, a król Złota szepnął:
— I sława nie daje szczęścia...
Nie było tu już nic więcéj do badania, do widzenia, ale król z tego jednego przykładu o swych darach sądzić nie mógł. Cóż dziwnego, że poeta był nieszczęśliwym?... zawsze brakłoby mu tych ideałów, za któremi gonił.
I znowu lecieli daléj, ale już żaden z nich nie otwierał ust.
Widok tych losów ludzkich tak różnych, tak dziwnych, tak do dźwigania ciężkich, przygniatał szczęśliwe i do kontemplacyi szczęścia nawykłe duchy.
W chwili, gdy anioł ich wiódł do pałacu, który jak gmach urzędowy wyglądał, i był nim, ogromna kupa zburzonego motłochu opasywała dziedzińce... a straszliwa kocia muzyka przerywała sen najsławniejszemu z mężów stanu tego wieku.
Nie wiedzieli, co zawinił i czy był winnym, lecz oburzyło ich to ściganie, a król Kadzidła zgorszył się tém, iż ujrzał twarz swego wybrańca z za szyb odgrażającą się i pięść jego wyciągniętą do góry, jakby na karki gminowi zburzonemu spaść miała.
Szybko dał znak aniołowi, aby ukazał ostatniego z okadzonych... wzdychając już, aby choć jednego znalazł szczęśliwym...
Stanęli nad brzegiem Renu, u którego wznosiła się piękna willa w ogródku. Widok z niéj roztaczał się szeroko na rozlaną rzekę