Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/156

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zawalony błotem, stajnia bydłem, wozami i saniami. W izbie dymią okropnie fajki poleskie, słychać gwar głuchy pijackiéj rozmowy. Pytasz o osobną izbę — żydzi ci się w oczy śmieją.
Rad nie rad, ciemno, późno, słota, wchodzisz do jedynéj! Ach! pod nogami twemi plączą się bachury, gęsi, kury, błoto; głowa twoja zawadza o lichtarz siedmioramienny, wiszący z pułapu i kapiący łojem, w nos twój zapach gorzałki, dymu fajek, swędu właściwego żydom, kwasu, czadu, łoju, dziegciu, błota, wpada i uderza o uszy twoje gwar pomięszany beku dzieci, krzyku kur, kaczek, gęsi, żydówek, brzęku kwart i pieśni chłopskich. Na dobitkę, w jednym kącie żydzi rzną kozę wśród izby, w drugim szpektor uczy dziecko, ponuro powtarzając — Gecher! Uciekasz do alkierza! W alkierzu na betach i piernatach żydzi mieszą bułki i łokszyn, wisi kołyska, stoi stół kulawy, włóczy się kotka z kociętami, skaczą kozy po ławach, zawala drogę worek z owsem, w kącie śmierdzi rzepa i brukiew, a w drugim leży kupa kartofli. Ani sposobu! — Gdzież ja będę nocował! — myśli biédny podróżny.
Żyd, jako bardzo przebiegły, wybiega naprzód do stajni zobaczyć, czém podróżny przyjechał. Od tego zależy przyjęcie.
Jeśli parą końmi, nie krytym wózkiem, a żyd ma kilkaset rubli, traktuje podróżnego de puissance en puissance, en égal, kładzie ręce w kieszenie, pluje, zapala fajkę (tu wszyscy żydzi fajkę palą) i chodzi w czapce. Jeśli konie zaprzężone w szwarc, z trochę większą dystynkcyą, jeśli jedziesz ze dzwonkiem, najwyższy respekt, jeśli masz kocz i brykę, wypędza chłopów i oczyszcza ci piérwszą izbę. Daje ci świécę chorą, leżącą na bok w lichtarzu, gospodyni zmiata stoły i ławy fartuchem, podłogę posypują piaskiem. Ale któż cię wybawi od całéj historyi naturalnéj, wijącéj się po ścianach, jakby naumyślnie do obserwacyi, od smrodów, któremi już ściany przesiękły, od krzyku z sąsiedniéj wylatającego izby bachurów, kotów, żydów, szpektora i t. d.
Nic obrzydliwszego na świecie nad karczmę poleską, nic podobniejszego do czysca nad nocleg w niéj, nic przytém nudniejszego, nad żydów jéj mieszkańców, którzy pijawczanym sposobem siedząc w każdéj wsi, ssą chłopów, odzierają podróżnych i wypłacają się rozmaicie panom swoim, często dziedzicznie po lat dwieście, w jednéj familii, jednę karczmę sobie podając.
Nic szkodliwszego przytém dla gospodarstwa nad nich. Oni bliżéj z wieśniakiem w stosunkach zostając, wiedzą o wszystkiém,