Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/602

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


stanęliśmy zdumieni i zachwyt się musiał na nas malować, bo dziewczę zmieszane odwróciło się szybko i pierzchnęło.
Spojrzeliśmy na siebie z X., który uśmiechając się zrobił uwagę, że dla malarza miéć na parterze taki cudny wzór i spotykać go codzień może, było osobliwém szczęściem, bo cudniejszego wzoru trudno było znaléźć.
— Niepodobna, ażeby go nie natchnęła — zawołał X.
U góry czekał już na nas Dowmund we drzwiach otwartych, aby do pracowni wprowadzić.
Nie była ona tak zaniedbaną i brudną, jak pierwsza, ale ubóstwo i tu patrzało z każdego kątka. W pośrodku pokoju, w niezłém świetle na sztalugach, wystawiony był obrazek tak jak ukończony.
Dowmund milczący wprowadził nas wprost przed płótno.
Wystawiało ono jakąś rusałkę, czy świteziankę, istotę idealną, legendową, zaledwie dotykającą stopą ziemi, płynącą ponad nią. Skronie jéj były uwieńczone kwiatami wodnemi.
Na pierwsze spojrzenie poznałem w rusałce wzór, który tylko co się oczom naszym przedstawił, niepodobna się było omylić, ani wątpić, że to było studyum z natury. Malarz tylko z ziemi zupełnie tę istotę przeniósł w krainy nadpowietrzne i uczynił ją niemal bezcielesną.
Była prześliczna, a cały obrazek miał doskonale pochwycony charakter poetyczny, legendowy, jakiegoś podania ludu. Wyglądało to jak strofa z jakiéjś pieśni.
Szczególniéj pięknie był pojęty krajobraz i tło w mrokach, mgłach i światłach jakichś czarodziejskich, tajemniczo go przerzynających.
Staliśmy długo, nic nie mówiąc, i zdaje się, że to milczenie niepokoiło Dowmunda, bo się oglądał ciągle na mnie i na X., jakby wyzywał, abyśmy coś powiedzieli o obrazie.
Czerwieniał i bladł. Widząc go tak poruszonym, począłem pochwałą kompozycyi, na którą ona ze wszech miar zasługiwała.
X. jeszcze się więcéj unosił nad nią. Uścisnęliśmy rękę artysty, a ja obróciwszy się do niego, wpatrywałem się teraz w twarz uważniéj.
Uderzyła mnie wychudzeniem i jakby chorobliwym wyrazem, który dziwnie się na niéj zlewał i łączył z jakiémś wewnętrzném uspokojeniem i daleko większą pewnością siebie, niż dawniéj Dowmund okazywał.
Zmężniał i dojrzał, widocznie był panem swego talentu.
Na pochwały jednak odpowiedział bardzo skromnie, iż spodziewał się coś więcéj i lepszego stworzyć w przyszłości, że mu po