Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/555

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nie choroba, nie rany zwyciężyły go i obaliły; długi trud, niezmierne troski wyczerpały sił ostatek. Gasnął powoli, bo życia ogień wypalił się w nim do dna.
Umierał z tą mocą duszy, z jaką żył, mężny i spokojny; nie broniąc się śmierci, pożądając jéj, zstępując do grobu z pociechą w sercu.
Nie dokonał wszystkiego, co zamierzał, ale niewiele brakło do spełnienia myśli jego, zrodzonéj w dzieciństwie, wykołysanéj życiem, dojrzałéj w bojach...
Myśl swą, spuścizną zostawiał synowi.
Mnich, stojący w nogach łoża, pobożny dominikan Heliasz już był przejednał króla z Bogiem. Władysław dnia tego wolę swą objawił mężom dostojnym, ojczycom królestwa swego, i pożegnał wszystkich; rozstał się z żoną, pobłogosławił syna, któremu Polskę oddawał, ziemianom zleciwszy jedyne dziecię.
Lekarz kanonik Wacław przepowiadał zgon blizki; królowa Jadwiga płacząc powtarzała modlitwy za konających, lecz śmierć nie przychodziła jeszcze...
Wojownik stary bronił się jéj resztą potęgi, w bojach mnogich nabytéj.
Król się tylko usypiać zdawał. Oddech jego stawał się to przyspieszonym gorączkowo, to słabnącym tak, że go ledwie czuć było. Zapadłe powieki podnosiły się nagle, głowa poruszała, zaschłe usta otwierały, zbladłe oczy biegały po otaczających, i Łoktek chwilowo powracał do życia.
Duch starego wojownika, jak przykuty do tego starganego wiekiem ciała, nie mógł się z niego wyzwolić.
Nadchodziła noc, po któréj wracający dzień już, wedle przepowiedni lekarza, króla nie miał zastać między żywemi.
Medyk patrzał zdumiony i upokorzony, bo na tém łożu śmierci dział się cud, walka się odbywała nieprzewidywana, niewidoma, nieznana mu, życie opierało się zniszczeniu.
Łoktek powracał doń snem pokrzepiony.
Oblicze jego przybrało już dawno tę barwę trupią, bezkrwistą, wyżółkłą, która nadchodzącego zgonu czytać na niém nie dozwalała; lecz piersi się poruszały, oddech był widoczny. Zeschłe płuca odzywały się w nim jeszcze głucho i smutnie... powietrze w nich chrzęszczało.
Stojący nad chorym kanonik lekarz dał zlekka znak, aby mu spoczynku nie przerywano i sam począł na palcach odchodzić. Cofnął się téż, ujrzawszy to, mnich Heliasz i królowa po cichu, powolnie ku drzwiom zwróciła.
Król usypiał.