Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/407

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


chłopaka Sulmierzyckiego, uzbroić się także, i zbiegłszy do stajni, samotrzeć z pokojowcem i masztalerzem dosiadłem konia i wyjechałem na ulicę. Co tam mną w téj ekspedycyi kierowało, nie wiem; jakiś instynkt, czy wola boża, dosyć, że się to, niewiele zastanawiając, czyniło, a po myśli się błąkało, żeby wartę pod pałacem marszałka napocząć i przy pierwszém spotkaniu obelgą za obelgę publicznie zapłacić, albo łeb mu roztrzaskać.
Dopiéro gdyśmy się w czarną noc znaleźli w pustych ulicach, pomiarkowałem, żem oszaléć musiał, i nie wiedziéć po co nocą wyruszył, ale już znowu wstyd było zawracać. Puściwszy tedy konia w czwał, poleciałem do pałacu Bielińskich.
Niedaleko Saskiego pałacu, zdaleka mignęły mi dwie pochodnie i kareta. Dopadam i poznaję, jakby mi sam go Pan Bóg chciał dać w ręce, marszałka, który parą ogromnych, całemu miastu znanych tarantów, powoli do siebie powracał.
Gdybym miał czas ochłonąć z pasyi, możebym się zastanowił, że głowę moję ryzykowałem, ale w téj chwili nic mię powstrzymać nie mogło. Jak-em skoro poznał, że mi los szczęśliwy daje w ręce nieprzyjaciela, pokojowcowi kazałem konie u karety chwycić, a tenby był na mój rozkaz koło młyńskie zębami porwał, konia mojego oddałem masztalerzowi, a sam rzuciłem się do drzwiczek i gwałtownie je oderwawszy, staję przeciwko Bielińskiemu.
Stary, pomimo nieograniczonéj władzy w mieście i zupełnego bezpieczeństwa o swą osobę, którą prawo otaczało strachem, poczuwając się snać do czegoś, pobladł, ale gwałtowny jak zawsze, drżał zarazem i wściekał się. Postrzegłem go przy świetle pochodni oniemiałego, z oczyma prawie z głowy wyskakującemi i drżącemi wargami.
— Słuchaj — krzyknąłem — wiesz lub dorozumiewasz się, kto jestem... bo ci sumienie wyrzucać musi, żeś starca publicznie pokrzywdził, a póki jest na świecie choć jeden imię jego noszący, tego ci darować nie możemy. Jestem Gozdzki... i przyszedłem ci to oddać z nawiązką, czémeś ojca mojego nakarmił. Jesteś podły i nikczemny, boś się rzucił na bezbronnego, boś nadużył władzy, boś szlachcica sobie równego uczynił pośmiewiskiem... Naucz się drugi raz ludzi szanować!
To mówiąc, rękawiczką uchylającego się przede mną i pieniącego się ze złości trzepnąłem po twarzy i odskoczyłem od drzwiczek.
Sam nie wiem potém, jak-em konia mojego dosiadł i do ojcowskiego domu się dostał. W dziedzińcu rzuciłem wierzchowca i wprost wbiegłem do ojca, który nie spał jeszcze.
— Jesteś pomszczony... — rzekłem wchodząc — los mi dał