Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/046

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


się dwie hrabine, chcąc korzystać i przypatrzyć się podziwieniu swego kochanka.
Ledwie za księciem ukazała się we drzwiach panna S..., z dwóch stron dwa przeraźliwe kobiece, ostre, gniewne dwa krzyki wyleciały. Palmira piérwsza, ukryta długą firanką, urwała ją popędliwie i z gniewem do szaleństwa dochodzącym stanęła nagle przed księciem.
Struchlał i on, widząc za nią wybiegającą drugą hrabinę z równym gniewem z drugiéj strony łóżka — struchlał i puścił rękę aktorki, która sobie także krzyknęła przeraźliwie, lecz mniéj arystokratycznie i wybiegła ukryć się w innych pokojach.
— Boże! — zawołała jedna.
— Cóżem widziała! — krzyknęła druga.
— Aktorka — podchwyciła Palmira — aktorka! Niewdzięczny! kiedy my żyjem tylko twoją myślą, kiedy się jednamy dla ciebie, ty! o Boże! aktorka!
Gniew zatamował jéj mowę. Druga dokończyła filipiki.
— Zdrajca! — zawołała, zrzucając serwis kryształowy ze stolika — on gardzi naszemi ofiarami, najdroższemi ofiarami honoru i miłości własnéj! o Boże! aktorka!
I w gniewie porwała alabastrowy zegar nocny i strzaskała go o przepyszne źwierciadło. To uderzenie było hasłem powszechnego zniszczenia. Co tylko znalazło się pod ręką: drogie sprzęty sprowadzone zdaleka, szkło, porcelana, gipsy, źwierciadła — wszystko leciało, pękało, wywracało się, gniotło, trzaskało na kawałki. Podłoga pokryła się szczątkami ozdób, które wprzódy pyszne ze swéj nowości i ceny oczekiwały księcia.
A książę stał jak niemy i próżno pokilkakroć, pomieszanym głosem starał się upamiętać dwie nieubłagane kochanki swoje.
— Ale pani! prawdziwie! na honor! pani hrabino! Palmiro! ale bo, wistocie! — Nic nie pomogło i (proszę wybaczyć za stare porównanie) jak wśród burzy morskiéj i huku bałwanów nikną słabe majtków głosy, tak wśród wrzasku, hałasu, trzasku dwóch rozgniewanych pań, niknął słaby głos księcia.
Niestało co tłuc, nie było co mówić, nie można było dłużéj pozostać, bo gniew mógł się uśmierzyć, obie więc wybiegły; karety nie było na podwórzu, musiały czekać na nią. Próżno stroskany książę na klęczkach prosił o przebaczenie, wymawiał się, zaklinał, ono uparły się i przebłagać się nie dały. Zaszły nareszcie karety, siadły prędko i uwiozły z sobą zazdrość i gniew za nieszczęśliwym trafem wyrządzoną obelgę.
Turkot odjeżdżających pojazdów zginął był w oddaleniu. Książę stał w sali i patrzał zdumiony, nie dowierzając swym oczom, na