Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/251

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


liści i kwiatów — nie rozumiał jak w niéj mógł tak długo wytrzymać. — A teraz? — rzekł w sobie — Teraz żyję... — odpowiedział.
— A przyszłość? — spytał głos wewnętrzny.
Adam nic nie odpowiedział, lecz w duszy swéj powtórzył wielkie kłamstwo, którém się codziennie upajał: Ona mnie kocha! Ona mnie kocha! Cóżby znaczyły jéj spojrzenia, jéj uśmiechy i te kwiaty wyrzucone z okna, które mi wyschły na piersi i te pół słowa — ona mnie kocha!
Długo, i długo tak marzył i już zmierzchać zaczęło, kościół świecił tylko kilką oknami, coraz słabsze rzucającemi światło, czas było wyjść, powrócić do domu — on siedział. Nagle ruch się zrobił w kościele, zaczęto chodzić, świece zapalać u ołtarza, kilka osób przebiegło, szeptało — organy zapiszczały raz i zamilkły — Adam podniósł głowę. Były-li to przygotowania pogrzebu czy wesela? Nie wiedział i nie spytał, ale został w ławce. Turkot powozów dał się słyszéć, a wkrótce potém szelest we drzwiach: ciekawie odwrócił głowę — spojrzał: w ciemnościach zaświeciła biała długa suknia.
Drobnym, szybkim krogiem szła pani młoda przed ołtarz, a mijając Adama, odwróciła głowę i uśmiechnęła się raz jeszcze, jeszcze raz, aby go dobić. Obok niéj szedł narzeczony ze wszystkiemi swemi krzyżami na piersiach, w nowéj rudéj peruce, w białéj kamizelce i czarnym fraku. Adamowi na ten niespodziewany widok, ścięły się zęby okropnie, oczy stanęły słupem, zawołał coś wielkim głosem po łacinie, roześmiał się, poskoczył ku drzwiom okręcając się na jednéj nodze, i — zniknął.

VI.

Mroźnym rankiem jesiennym, przechodziłem się około Ratusza, śpiesząc do jednego ze znajomych na śniadanie; biegłem szybko trotuarem, aby się rozegrzać, gdy nagle, w poprzek niego wyciągnięte nogi czyjeś wstrzymały mnie. Cofnąłem się aby minąć, jak mniemałem, żebraka, i spojrzałem na niego. Oparty plecami o ścianę, siedział na gołym bruku z głową pochyloną na piersi, na krzyż założonemi rękoma, podarte szmaty akademickiego munduru okrywały go. Długie włosy osłaniały twarz żółtą, zbrukaną, zarosłą. Pomimo wychudzenia, zmiany, poznałem biednego Adama, o którym już słyszałem, że skutkiem zbytecznego przykładania się do nauki, przed samemi egzaminami zwaryował. On także wlepił we mnie oczy i uśmiech przebiegł mu przez usta. Przycisnął ręce do piersi, zamarmotał coś pod nosem i wlepił oczy w okna przeciwległéj kamienicy.
— Doktór filozofii! Ona mnie kocha!