Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/168

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ponad drogą gęste widać znamiona pobożności, krzyże na każdym prawie zakręcie i dróg przecięciu. Te krzyże ozdobniejsze są znacznie niźli na Litwie i Polesiu, malowane często z figurą ukrzyżowanego; z daszkiem, na którym wisi cały firmament złocony i srebrzony, z godłami męki Pańskiéj, a na wierzchu z kogutkiem kręcącym się zazwyczaj, którego chociaż aplikacya i znaczenie jest wiadome, nie znajduję wszakże, aby co dodawał do świętych znaków męki, prędzéj myślę, że go stawią na wierzchołku dlatego, aby tam ptaki nie siadały.
W Litwie staréj stawią na mogiłach dotąd jeszcze chatki z krzyżykiem na dachu, bogatsi większe, ubożsi tylko coś podobnego do nich, lub kłodę wielką na dwóch podporach. Chatki te umarłych, które są widocznie zabytkiem pogańszczyzny, co dzień stają się rzadsze. W nich to, lub przy nich, stawi się na Dziady jadło ubogich lub umarłych. Na Wołyniu i Rusi, gdzie dawniéj greckie wyznanie wprowadzone zostało, niéma tych chatek, tylko greckie krzyże podwójne lub potrójne oznaczają grób. Nie wiem także, czy się tu zachowuje zwyczaj wyrzucania pod najbliższy krzyż tych dwóch polan drzewa, na których w chacie stoi trumna zmarłego, ani czy na Zielone święta mając chaty młodemi brzozami, opuszczają te drzwi, do których w przeciągu roku śmierć zajrzała. Ten smutny zwyczaj litewski, odpychający oznakę radości od drzwi żałobnych, wielce mi się podobał.
Każdy, kto kiedy podróżował, pamięta, jakie na nim wrażenie czyniły spotykane osoby, domy, powozy, czasem sceny zajmujące z życia, migające się tylko i znikające z przed oczu, jak obrazki fantasmagoryi.
Rano po okropnym noclegu w Horodyszczu wyjechawszy, dumałem, niecierpliwiąc się trochę powolnym koni chodem, kiedym usłyszał tentent za sobą. Obróciłem się i ujrzałem młodego człowieka na siwym koniu, a za nim jadącego sługę ze smyczą chartów. Ten widok mocno mnie zajął — ranek był jesienny, chłodny — myślałem sobie, wielki to być musi myśliwiec, kiedy tak rano wyjechał. Któż wie? i spojrzałem mu w oczy, ale nie mogłem jego przejażdżki innym przypisywać powodom. Głębsze spojrzenie na myśliwca wyprowadziło mnie z błędu. Dwóch ludzi, widzących się raz piérwszy i zapewne ostatni, na drodze zimnym rankiem jesiennym, poglądających na siebie ciekawie, jakby się chcieli zrozumiéć i odgadnąć nawzajem — nie jest-że to scena ciekawa do opisania, do odmalowania?
Myśmy się tak na siebie ciekawie patrzyli, on na książkę, którą ja trzymałem w ręku, ja na jego siwosza i charty. Chcąc się z ko-