Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/654

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


sobniony, oparty na krzywéj szabli, w kołpaku z piórem zamiast korony, odziany pancerzem żelaznym, okryty płaszczem zszarzanym w bojach. Twarz miał bladą i ogorzałą, płeć ciemną, włos czarny. Tuż za nim z głową do góry, z brwią ściągniętą, oparty na hetmańskiéj buławie, z księgą pod pachą — stał, jak na straży, mąż rozumnego oblicza.
Czy hetman był królem? czy król hetmanem tylko? nie podobna było rozeznać, ani na jednego patrząc, nie widziéć drugiego. Zrosłemi z sobą być się zdawali.
W tym cieniów świecie milczącym, myśl nie potrzebuje głosu, aby na jego skrzydłach uleciała; niewidoma przebywa mil tysiące i dostaje się tam, dokąd je wola posłała.
Widziałem, jak się zmarszczył, czując, że myśl czyjaś nad nim ulatywała.
Dźwięczało w niéj wiekopomne: — Disce, puer!
Ściągała mu się brew i falowało czoło, szukając w pamięci tego ubogiego chłopięcia, które spotkawszy idące do szkoły, uginające się pod ciężarem dźwiganéj księgi — obdarzył nieśmiertelném słowem.
Na obłoku, nad głową jego, zarysował się obrazek...
Był dzień jesienny, słotny i zimny. Szare chmury goniły się na niebie zamgloném. W ulicach Wilna świeciły błotniste kałuże. On i hetman wracali pieszo z téj góry, na któréj urwisku stanąć miała wieża grobowa dla Bekiesza, bo dla kacerza na cmentarzu miejsca nie było.
Wróg, współzawodnik, przyjaciel od serca potém, Bekiesz miał tu pomnik otrzymać z ręki Stefana.
Król szedł smutny — Zamojski zadumany o ludzkich losach.
Przed niemi na pustym placyku nie było nikogo, krom chłopięcia idącego do szkoły. Był to pauper z miseczką drewnianą u pasa, w połatanym kubraczku, w skórzniach sznurkami pościąganych, w czapeczce staréj z uszami. Twarz miał bladą, policzki wpadłe, ale w oczach jakąś gorączkę i męstwo.
Ciężka, ogromna księga w drzewo oprawna, z mosiężnemi klamrami, spoczywała na słabém ramieniu, ale ją dźwigał dumnie a śmiało, choć mu pot lał się z czoła.
Stanął król i usta mu się otwarły, z poza warg uśmiechniętych wilcze białe zęby błysnęły. Czekał. Gdy chłopię się zbliżyło, uderzył je po ramieniu.
Pauper podniósł ciekawe, ale nieulękłe oczy.
Disce, puer — odezwał się król — faciam te Mości panie!...
Zamojski szepnął dziecku:
— To król.