Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/151

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


a arędarze mogą się nazwać wielkorządcami téj osady, bo bez nich nic się nie dzieje.
Kiedyśmy przybywszy potrzebowali nająć czółno, żeby nas stąd daléj przeniosło na Styr, radziłem śpiesznie z tém żądaniem udać się do szlachty, ale mój towarzysz podróży, znający miejscowość, odpowiedział mi:
— Szlachta sama nie najmuje czółen swoich i siebie bez arędarza wszechwładnącego Łachmana. On ich godzi, kłóci, najmuje i połowę najmu sobie bierze. Żaden szlachcic nie ma obijanika, a gdyby go miał, żydzi, którzy przy sobie utrzymują monopolium żeglugi, zaraz-by go odkupili. Żyd tutaj jest-to osoba wszystko mogąca, wszystko znacząca, a panowie szlachta, mimo całéj swéj dumy, słuchają go jak pana. Łachman każe iść, idą, każe nie iść, nie pójdą, swata ich, żeni — godzi, kłóci, bogaci i obdziéra — słowem jego to kraj i zawojowana prowincya, on z téj strony Stubla, z drugiéj pan Skirmunt, jednakowo panują!
Ruszyłem ramionami, myśląc o władzy, jaką oni ruchliwym umysłem, kwaterką i pochlebstwem wyrobić sobie umieją. Tymczasem, z łaski i namowy pana Łachmana, ruszyła szlachta, napiwszy się wódki, gotować nam czółno, z którego wylewano wodę, zaściełano słomą i wiszarem we środku. Reszta próżnujących a ciekawych otaczała nas, prowadząc żywą rozmowę.
Na samym przedzie kolumny, stał pan Hor..., mający, jak było widać, reputacyą dowcipu i rozumu; nieco podpiły i bardzo wesoły. Jego oczki świécące i zęby ciągle wystawione na jaw, dowodziły, że humoru nie brak mu było. Cały w konceptach, śpieszył się z gadaniem, chcąc jak widać wysypać przed nami wszystko, co miał w głowie.
— Wszystko prędko będzie; niech się panowie obywatele nie turbują. Szlachta sérnicka nie odmówi przysługi dla swojego sąsiada. Żwawo, chłopcze — zawołał na wylewającego wodę z czółna. To dobry chłopiec — obrócił się do nas — o, będziecie z niego panowie obywatele kontenci — to krew moja! to krew moja, a familia Hor... nie zawodzi.
Uśmiéchnąłem się na te słowa, które mi przypomniały słyszane niedawno od jednego wołyńskiego magnata, z równą dumą jak z ust sérnickiego szlachcica wyszłe — podobne wyrazy zupełnie jednéj myśli z temi.
Potém pan Hor... ciekawy o mnie, kto jestem, bo mnie nigdy nie widział, póty chodził, póki się nie dowiedział nazwiska i znajomości nie zabrał. Nareszcie przymówił się niezgrabnie do garstki tureckiego tytuniu i zaczął narzekać na zerwaną groblę na części gościńca pocztowego należącéj do Sérnik pod Lubiaziem.