Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/059

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— O! czyżeś ty takie dziecko, żebyś się bał upiora! Zresztą weźmiem święconéj wody, a do północy daleko, ledwie dziewiąta, uwiniem się i basta... o tu! tu! Chodźcie-no! pomóżcie mi kamień odwalić! tak! za ucho! weź z drugiéj strony! no!... mocniéj! pomóżcie no tam jemu, bo słaby jak gołąbek!... jeszcze! jeszcze! odwal na bok! powoli! nogi mi potłuczesz!... ot tak!
Kamień grobowy odwalił się z łoskotem, a jeden z łotrów, świecąc w otworze latarnią, zawołał:
— A czy są schody?... no! są! uważnie! chodźcie za mną, powoli, bo tu ślizko i zimno dyabelnie, zupełnie jakby w grobie!
— Pfe! co za smród! zgnilizna jakaś! dalibóg, gdyby nie pierścionki tych nieboszczyków, nigdybym tu za życia nie wlazł do téj dziury, a po śmierci jestem pewny że nie będę, bo bernardyni darmo do lochów nie wsadzą, a ja nie mam czém zapłacić! Powoli! to ostatni stopień, idźcie prosto za mną! Szelmy nietoperze! co ich tu lata nad głowami, a szczury... o tu im rozkosz! Hej! Mateusz, odemknij no wieko téj trumny! bogata! obita aksamitem pąsowym ze złotym galonem... nieboszczyk musi miéć choć pierścień lub spinkę, albo kawał złotogłowu!
— O! patrz jeno! sterczą czarne kościska jak pałki od maku, kiedy im główki pozrywają. Jaki łeb... a palce!... o! sygnet błyszczy na kościach. Jemu on nie potrzebny, daj go tu... zda się... poszukaj koło przegniłego kontusza, czy niéma tam spinki złotéj?
— Niéma!
— Szkoda!
— Nie zamykaj, niech się trupisko przewietrzy!
— Ot tu na prawo...
— Co?
— Jakaś błyszcząca trumna!
— Napisano coś na blasze!
— Podaj latarkę!
— Nie przeczytamy, bo nie umiemy, ale blacha srebrna, odedrzyjno ją; zobaczym, co w środku...
— Powoli! bo trumnę wywrócisz, a po ziemi trudno między kościskami szukać złota i drogich kamieni.
— Fiu! jaka gidya, rycht cepy te ręce! ale czółko ze złotogłowu... weź go...
— O! na ręku coś błyszczy... jeden, dwa, trzy pierścienie.
— Daj tu! tu! daj! ale jak poczerniała jéjmość nieboraczka! tfu! ktoby to uwierzył, że te kości i proch paskudny i śmierdzący był kiedyś kobietą, pewno ładną, kochaną... ktoś ją może nieraz w te ręczyska popróchniałe całował, aż mu po sercu chodziło! a teraz... ho! chodźmy daléj, panie Antoni!