Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/049

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Jak ci się podoba — odpowiedziała Justyna. — Ale któż-to tak późno stuka do bramy? to chyba matka Marya przyszła przenocować: kilka dni jak już nie była.
— Może kto po wino — dodał kupiec — bo dość mocno stuka.
Nie śmiał jednak kazać otworzyć, póki Justyna, wyjrzawszy przez okno, nie odezwała się tonem nakazującym do chłopca:
— No! idź-że tam, otwórz.
Kupiec, który tylko wyroku córki czekał, bo jéj we wszystkiém ulegał i nic bez jéj wiedzy nie stanowił, powtórzył także za nią:
— No! a idź że, otwórz!
Chłopiec wyleciał jak opętany, i w chwilę drzwi się otworzyły i głos ponury ozwał się na progu:
— Niechże będzie pochwalony Jezus Chrystus! Sama sobie odpowiadać muszę: na wieki wieków amen! bo wy kalwini tego nie zrobicie.
Osoba, która te słowa wyrzekła, zasłoniona jeszcze była szerokim kapturem komina, lecz gdy parę kroków postąpiła, ukazała się przy blasku ognia kobieta wysokiego wzrostu i mocnéj ciała budowy.
Mateuszek poddmuchał przygasający ogień, a fantastyczna jéj postać błysnęła w całém świetle. Czarna wytarta suknia okrywała ją całkiem, a na głowie dumnie wzniesionéj unosiły się zeschłe kwiatów i krzewów gałązki; rysy jéj twarzy chociaż wiek zeszpecił, nosiły jednak cechę dawnéj piękności; oczy miała duże i czarne, nos mały, usta ściśnione i wpadłe, czoło wysokie, a nad niém zwijało się kilka puklów czarnych posiwiałych włosów. Wyraz jéj oczu i całéj postawy miał w sobie coś tak uderzającego, iż raz ją zobaczywszy, niepodobna było zapomniéć. Wejście jéj, długi olbrzymi cień postaci rysujący się na przeciwnéj ścianie, jéj słowa i mina stanowiły scenę godną lepszego pióra.
— Siadaj, matko — odezwała się Justyna — musiałaś zziębnąć na dworze, przyszłaś przenocować zapewne... wiatr być musi dojmujący na dworze.
— Dojmujący! — powtórzyła przybyła wyciągając długie, wyschłe ręce nad kominem — dojmujący; ale duszy nie przejmie, a kto ogień nosi w duszy, temu taki wiatr niczém!
Kiedy to mówiła, Francuz Desaus, zapewne do podobnych scen przywykły, mrugnął na chłopca i na palcach pocichu zgarbiony wyszedł z izby.
— Tak! zapewne — odpowiedziała Justyna Maryi — ale ten ogień duszy gaśnie z wiekiem.