Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/252

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Te kilka tylko słów niezrozumiale wymówionych rozumiéć mogłem.
— Adamie! Adamie! — zawołałem — nie poznałeś mnie; co ci jest?
Uśmiechnął się znowu szydersko i wskazał mi ręką, abym szedł daléj, kładnąc palce na usta. Potém szepnął:
— Otrzymałem miejsce — jedziemy — czekam na nią — ona mnie kocha — nie wierz temu, co ludzie mówią.
Smutny odszedłem od niego. Wpół roku potém jeszcze raz go widziałem — ale już nie na ulicy, w szpitalu bonifratrów. Obchodziliśmy groby, i jak zawsze cisnęła się ciżba do kościoła, aby usłyszéć amatorską muzykę i widziéć obłąkanych.
Kilku ich stało niedaleko drzwi lewych, z kościoła do szpitala wiodących. Tam z dziecinną ciekawością kobiety, młodzież z uśmiechem na ustach, z wesołą twarzą szli patrzéć na najsmutniejszy widok w świecie. Mijając szybko te drzwi, na które patrząc dreszcz mnie przejmował, ujrzałem bladą twarz Adama, z jego uśmiechem wiecznym na ustach. Jakaś kobieta strojna wytwornie, z lornetką w ręku zbliżyła się ku drzwiom i spojrzała w głąb, a patrząc pobladła, zaczerwieniła się, zadrżała. Zastanowiłem się mimowolnie. — Adam patrzał na nią i palce kładł na usta, jakiś niebiańskiego szczęścia wyraz rozlał się po jego twarzy, jakgdyby czarowny sen mu się ziścił, jakby ujrzał otwarte niebiosa — on patrzał, patrzał, a spoglądając na niego, źle mi się aż zrobiło. Kobiéta jeszcze trzymała lornetkę na oczach, ale ręka jéj drżała, a całe ciało jak od uderzenia silnego chwiało się. Oczy obłąkanego wlepione w nią, w obliczu wazystkich trzymały ją niepojętą siłą na miejscu, choć chciała uciekać, choć dałaby pół życia, aby być o sto mil stamtąd. Nareszcie odwróciła się od niego blada, nieprzytomna i chciała odejść. Adam rzucił się za nią do drzwi — na ten szelest spuściła głowę przelękniona i upadła. Wszyscy przybiegli ratować ją, a okute wrota szpitala z trzaskiem się zawarły i za niemi słychać było krzyk i wrzawę i szamotanie się, których muzyka zagłuszyć nie mogła.
Paulina przyszła wkrótce do siebie, lecz chora powróciła do domu. Mąż to przypisywał znużeniu i wiosennemu powietrzu, ludzie różnie mówili. Działo się to w wielki piątek; w niedzielę byłem u nich na święconém, i — wszycy wybornie się bawili — a gospodyni uśmiechała się tak wdzięcznie, tak miluchno, tak swobodnie, jak zawsze.
18 października 1842 r. Gródek.