Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/665

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


skał; Iwaś nie wiedział, za co on mu mógł tak dziękować? Szedł za instynktem... inaczéj nie mógł postąpić.
Z nowemi ludźmi żyć nie potrafiłby nigdy.
Z kredencerza wrócił tedy na sługę do wszystkiego, jakim był w wojsku.
Alfred najął gdzieś izdebkę na czwartém piętrze, w alkierzyku barłóg sobie wysłał Iwaś.
Z początku szło jako tako, późniéj pan Alfred nie zawsze trzeźwy do domu powracać zaczął. To była klęska straszna dla Iwasia, który nie pił nigdy nic oprócz wody.
Opłakał to po cichu.
Zamiast znaléźć zajęcie w mieście, znalazł tu stary żołnierz towarzyszy i zabawiał, otumaniał biedę swoję.
Iwaś musiał czatować, aby go na schody wciągnąć, rozebrać, położyć, otulić, przesiedziéć przy nim część nocy. Żałował tego swojego pana, nie mogąc zrozumiéć nałogu jego.
— Musi pić z desperacyi — mówił w duchu. — Taki piękny majątek mu zabrali.
Za temi staremi drzewami, które Iwaś znał od dzieciństwa, i on tęsknił bolejąc, a we snach nigdy o niczém inném prócz nich nie marzył.
Panu Alfredowi uwag czynić, przestrogi mu dawać, nigdyby nie śmiał stary sługa. Myślał, co to będzie? i oczy ocierał.
Z początku wypadki te z paniczem, bo Iwaś Alfreda i teraz jeszcze tak nazywał, trafiały się rzadziéj, potém przypadać zaczęły częściéj coraz, naostatek weszły tak we zwyczaj, że sługa musiał czatować na powracającego, którego zawsze ktoś odprowadzał do wrót kamienicy.
Pomimo takiego życia Alfred, dzięki znajomym, przyjaciołom, rodzinie, utrzymywał się przez czas jakiś, płacił komorne i chodził dosyć porządnie odziany.
Iwaś jednak dostrzegał, że coraz ciaśniéj być musiało.
Gdy zaczynało braknąć na pierwsze życia potrzeby, bardzo nieznacznie, aby panicza nie obrazić, spróbował czerpać z własnych oszczędności, byle mu na niczém nie zbywało.
Pan Alfred wcale się na tém nie poznawał, szło jak z płatka.
Iwaś mówił sobie:
— Do czego mnie to potrzebne? Uchowaj Boże nieszczęścia, a nie będzie nic, no, to co? pójdę żebrać pod kościół; albo to mnie wiele potrzeba! Byle suchar a woda.
W ciągłém prawie upojeniu, pan Alfred nie domyślał się nawet ofiary swojego sługi. Najsmutniejszém to było, że im gorzéj szło, tém biedny stary żołnierz był weselszym. Powtarzał: