Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/250

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Z rozpaczą spojrzał w przyszłość — rok znowu trzeba było pracować i rok życia czekać, rok stracić. — Pobiegł szalony pod okno Pauliny, a jéj uśmiech nagrodził mu wszystko — ona mu się uśmiechnęła, ona spojrzała — jak spoglądała i uśmiechała się, gdy ich nikt nie widział, gdy ją to kompromitować nie mogło. Nie wiedząc co czyni, Adam wbiegł do jéj domu — nadspodziewanie przyjęła go. Paulina siedziała sama jedna w swoim saloniku na kanapie, wskazała mu krzesło, zaczęła rozmowę. Biedny zakochany, zrozpaczony, chciał jéj wyznać swoję miłość, chciał do nóg jéj upaść, prosząc, aby go raz na zawsze odepchnęła, lub... Napróżno. Ilekroć rozmowa nachylała się w niebezpieczną stronę, Paulina zręcznie zwracała ją w inną, i szydersko, zimno, zbijała go z odwagi. Nareszcie ktoś nadszedł i tak się wszystko skończyło. Paulina skryła swój uśmiech, wejrzenia, stała się zimną, obojętną, prawie gniewną, a Adam powrócił do domu rozpaczający.
Nazajutrz rano mijając jéj okno, spotkał się z wejrzeniem słodkiém, z ukłonem, i kilka kwiatków upadło mu pod nogi! Znowu był szczęśliwy! A kobieta!... Kobieta się śmiała z niego.
Sowietnikowa była wdową od lat trzech i panią swéj woli zupełną, wiedział o tém Adam i karmił nadzieję! Nie wiedział, kto Paulina, i nic nie znał prócz jéj twarzyczki i spojrzenia, nie dowiadywał się téż o nią, z nikim prawie o niéj nie mówił. Ona tymczasem rzucając mu jak jałmużnę wejrzenia i uśmiechy, już była rękę swą przyrzekła innemu, a tym innym był stary, zjedzony od trądu, krzywy, łysy, w rudéj peruce P...
Adam nie wiedział nic o tém, on bujał w swoich marzeniach, on już nie troszcząc się o swoję przyszłość, wszystko święcil najszaleńszym nadziejom, bez podstawy, bez kształtów wyraźnych w jego nawet oczach.

V.

Był to wieczór wiosenny — cała ludność Wilna wysypała się na Antokole ku Tivoli i Sapieżyńskiemu ogrodowi. Adam zamyślony, popychany od tłumu, szedł powoli ku św. Piotrowi, powozy i ludzie mijali go, on wszedł do kościoła otwartego, choć dnia tego nie było święta ani nabożeństwa. Zakrystyan rozścielał dywan przed ołtarzem Najświętszéj Panny zażywając coraz tabaki z drewnianéj tabakierki. Adam siadł w ławce, podparł się na ręku i dumał. Zakrystyan zmierzył go oczyma, ruszył ramionami i odszedł — został sam jeden, przypomniał sobie pierwsze z nią spotkanie i porównywał swe życie dawne z teraźniejszém, wyglądając z tego nowego świata na przeszłość, widział ją biedną, zimną, bez