Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/091

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


bijał, czerwieniało niebo, leciały iskry, zbiegali się z hakami i wiadrami ludzie, krzyki rosły, rosła ciżba i jęki, przybiegła straż miejska ratować, obudziły się dzwony, wzywając litości dla pogorzelców.
Wiatr śmiał się z ich starań i krzyków, pożar świszcząc, łamiąc dachy, mury, drewniane kletki, kościelne blachy topiąc szedł groźny, rozszerzał się w tę, drugą i trzecią stronę, rósł i leciał pędem piorunu. Spiący płonęli w ogniu, a ci, co się pobudzili, krzyczeli płacząc nad sobą i mieniem, które tonęło w strudze ognstéj. Gdyby Wilii wody wystąpiły były z brzegów na zalanie pożaru, nie byłyby go już zmogły, tak się prędko rozciągnął, urósł w siłę i jednym ciągłym sznurem pogorzelisk dymiących połączony, szedł daléj ze śmiercią i nędzą! Czasem wicher chwytał belkę, lub kawał dachu zapalony, niósł go ponad miastem i rzucał na drugą ulicę i mieszkania oddalone, bezpieczne napozór, a w téjże chwili, z drugiego końca, rodził się pożar, wznosił i szedł łączyć z wielkiém ogniskiem.
Straszna to noc była Wilnu, kiedy jego mieszkańcy w pierwszym twardym śnie schwyceni, ujrzeli wkoło siebie nieprzełamane wały płomieni i nie wiedząc gdzie biedz z ratunkiem, nigdzie nie biegli i nie ratowali. Wśród czarnéj nocy, buchało ogniem wielkie miasto, jakby się ziemia otworzyła i podpaliła je całe w jednéj chwili.
Cała ludność była na ulicach; starzy, dzieci, kobiéty ze snu porwawszy się, bez odzieży, bez przytomności patrzali na domy i majętnosć swoję płonącą i płakali; słychać było jęki zamkniętych w płomieniach — czasem blade ich twarze pokazywały się z dymu buchającego przez okna, czasem śmielszy z nich padał z wysoka i rozbijał się na bruku.
Kościoły pełne były ludu, z zapalonych wynosili księża i lud krzyże, chorągwie, świętości, złote i srebrne naczynia, księgi i skarby — do nietkniętych ogniem jeszcze; znosili mieszczanie resztę ocalonych rzeczy rzucając je pod boską opiekę. Dzwony dzwoniły, szczęk, hałas, krzyki, trzask palących się domów, rozchodził się wkoło. Do ratusza mieszczanie, rajcy, burmistrze, ławnicy, wójt miasta biegli ocalać swoje przywileje. Cechy unosiły chorągwie patronów, żydzi modlili się w pół spalonéj szkole, rabusie kradli i zabijali korzystając z zamieszania — powozy i konie panów, kufry, posłania, sprzęty, księgi, zawalały rynki i ulice.
Straszna to noc była!
Już pożar z dwóch stron obejmował zamek i miał go zupełnie opasać płomienistą zaporą, już z bliższych domów wynosili się