Nowe studja literackie. Tom II/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Nowe studja literackie
Tom II
Wydawca S. Orgelbrand
Data wydania 1843
Druk Drukarnia S. Strąbskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
NOWE
STUDJA LITERACKIE
PRZEZ
J. I. KRASZEWSKIEGO.

TOM II.
WARSZAWA,
Nakładem S. Orgelbranda Księgarza,
przy ulicy Miodowéj Nr. 496.

1843.

Za pozwoleniem Cenzury Rządowéj.
w Drukarni S. Strąbskiego, przy ulicy
Bednarskiéj Nr. 2690.

I.
Jan Kochanowski.
Proszę, niech ze mną zaraz me rymy nie giną,
Ale kiedy ja umrę, one niechaj słyną.
Pieśni X. IV, XXXIX.

Skreśliliśmy krótki rys życia Kochanowskiego, mówiąc o domowém życiu kilku pisarzy polskich, w piérwszym ciągu Studjów naszych; zważając jednak jak nieodbicie do pojęcia charakteru talentu poety, do zupełnego poznania go, jakim był, potrzebne jest zastanowienie się nad żywotem jaki sobie uczynił, w którym druga strona człowieka się objawia — musiémy tu powtórzyć treściwie, niewielką ilość wiadomości co nas o Kochanowskim doszły. Jeśli czyje, to jego życie, jest doskonałym do pojęcia pism komentarzem; nie sztuczne bowiem uczucia, wyléwał w swych pieśniach poeta, ale te, któremi żył w istocie, które się z serca wprost na papier cisnęły. Malował w czém się kochał, co najwyżéj cenił, wioskę, ustronie, spokój, mierność, miłość uczciwą, przyjacielskie biesiady, malował swą duszę nieustannie wznoszącą się do Boga i niebios.
Jan Kochanowski urodził się w Sycynie, dziedzicznéj wiosce swojego rodu, w Sandomirskiém, w r. 1532, z ojca Piotra Kochanowskiego, Sędziego Ziemskiego Sandomirskiego, i matki Anny z Białaczowa Odrowążownéj, matrony godnéj takiego syna, co sześciu ich osieroconych przez ojca w młodym wieku, wychowała sama, w sercu dzieci zostawując po sobie pamięć niewygasłą. Dowodem tego przywiązania u Jana, jest nie jedno wspomnienie matki w poezjach, mianowicie ten czuły głos pociechy z drugiego świata, w ostatnim trenie na śmierć Urszulki.
Odbywszy przygotowawcze nauki w kraju, Jan, udał się do Niemiec i Francij, a w Paryżu siedm lat przykładał się pod sławnémi mistrzami w Sorbonie, do nauki języków starożytnych, filozofij i literatury. Tu poznał sławnego podówczas poetę francuzkiego Ronsarda; a i w nim już poetyczny duch obudzać się musiał, bo z zagranicy wracający współrodacy, przywozili do kraju, piękne, a zadziwiające wykończeniem i łatwością poezje jego, z których jednę mianowicie, stary Rej przeczytawszy, w obec licznego zgromadzenia, uznał młodego Jana swym mistrzem w poezij.
Jest to prześliczny śpiéw pobożny, poczynający się od tych słów.

Czego chcesz od nas Panie, za Twe hojne dary
Czego za dobrodziejstwa, którym niémasz miary.
Kościół Cię nie ogarnie, wszędy pełno Ciebie,
I w otchłaniach i w morzu, na ziemi i niebie!

(Xięga II. IX.)

Kasper Miaskowski, opisując wrażenie, jakie ta pieśń przywieziona do kraju, uczyniła na wszystkich, dodaje, że Rej wychwalając poetę i dank mu dając przed sobą, niezapomniał jednak i o sobie, jako o piérwszym poecie narodowego języka. Sam Miaskowski równa go z Enniuszem i Hesiodem.
W tym czasie także Jan pisać musiał wiele swawolniejszych, miłosnych piosnek, do których treści i natchnienia późniejsze jego życie, spokojne, ustronne, całe w przywiązaniu do rodziny zamknięte, dać nie mogło. Wskażemy w szczegółowym rozbiorze, te poezje, które wedle nas, zdają się z piérwszéj epoki Kochanowskiego pochodzić.
Z Paryża udał się Jan do Włoch, gdzie zwiedziwszy różne akademje, kilka lat w Rzymie i Padwie spędził. Tu zaznajomił się poufaléj i ściśléj z sławnym Robertelet’em i Manucjuszem, z współziomkami, podróżującémi jak ón, Jędrzejem Patrycjuszem, Stanisławem Fogelswerkiem, Łukaszem Górnickim, późniéj sławnym publicystą, moralistą i historykiem, a podobno i z Janem Zamojskim, którego wszakże, już na rektorstwie w Padwie, wedle podania biografów naszych, zastać nie mógł. Jan Zamojski był już w kraju, gdy Kochanowski był jeszcze w Paryżu.
O swoich podróżach tak wspomina w jednéj z pieśni:

Gdziem potém niebył? czegom nie kosztował?
Jażem przez morze głębokie żeglował,
Jażem Francuzy, ja Niemce, ja Włochy,
Jażem nawiédził Sibilijne lochy.
Dziś tak spokojny, jutro przypasany
Do miecza rycerz. Dziś między dworzany
W pańskim pałacu, jutro zasię cichy
Xiądz w kapitule....

(Xięga IV, XXIV.)

Miejsce jego za powrotem do kraju, już naznaczone mu było, gdyby chciał być swojemu losowi posłusznym i pożądał wyniesienia się i fortuny. Natychmiast po powrocie, wziął go Filip Padniewski, kanclerz koronny do swojéj kancellarij, razem z Górnickim. Padniewski który jak Kochanowski spędził młodość, usposabiając się za granicą, aby być użytecznym w kraju, na dworach Karola i Ferdynanda, żołnierz, potém duchowny, doszedł zasługą do tak wysokich godności. Wyniesienie Padniewskiego, było dla Jana, wymowną obietnicą pięknéj przyszłości. Padniewski, dla wielkich jakie w nim odkrył talentów, a mianowicie dla znajomości głębokiéj języka łacińskiego, tak naówczas nieodbicie potrzebnego, koniecznego, zalecił Kochanowskiego królowi Zygmuntowi Augustowi; i Jan wkrótce między sekretarzy królewskich policzony został. Tu oceniono go jak zasługiwał, używając nietylko do spraw w kraju trudniejszych, ale w kilku zagranicznych poselstwach.
Niedostawało Kochanowskiemu jak wdziać suknią duchowną, do któréj go Padniewski uporczywie namawiał, aby pójść drogą dostojeństw i zaszczytów, coraz a coraz wyżéj. Ale Kochanowskiemu i dwór nie smakował i nadzieje wzniesienia i fortuny nie łudziły go. Prawdziwy poeta, czuł, że spokój, i swoboda wiejska milsza nad wszystko, że w tém, co zowią wzniesieniem na świecie, jest wiele fałszu i wiele poświęcenia; nareście nie czuł się powołanym do stanu duchownego, a religijny w duszy, dla prostych widoków polepszenia losu, nie chciał brać na się sukni duchownéj. Nie łatwo jednak było Kochanowskiemu oprzéć się upartym naleganiom przyjaznych, co go prawie gwałtem, na odpowiednią jego talentem dostojność, wznieść chcieli.
Myszkowski, kanclerz koronny po Padniewskim, największy podobno przyjaciel Jana, mocniéj jeszcze od swego poprzednika jął go do stanu duchownego zachęcać, a chcąc skusić bogatą prebendą, puścił mu, wyjednawszy dlań u króla, probostwo poznańskie i kilka podobno innych. Nie dość na tém jeszcze, król sam wchodząc w myśl dwóch swoich kanclerzy, sam Kochanowskiego ciągnąć począł do stanu duchownego, wszelkiemi sposoby; naznaczywszy wprzódy tysiąc dwieście złotych (summę na ówczas dość znaczną) jurgieltu, dał kilka prelatur, i polecił nareście obrać Opatem Sieciechowskim.
Wszystko napróżno — Jan wolał ciszę swojéj wsi, ubogi spokój i nauki, nad życie trudne, mozolne, nie zaspokajające duszy, a często ofiary przekonania własnego i poczciwéj otwartości, na którą się zdobyć nie mógł — wymagające. Gdy tylko Myszkowski uchylił się od spraw publicznych, za nim i Kochanowski ustąpił także ze dworu, i na wieś się schronił, uporczywie prosząc, aby go w pokoju zostawiono.
Ale Jan Zamojski, następca po Myszkowskim na kanclerstwo, niespuścił jeszcze z oczów Kochanowskiego i nie dał mu marzyć o wytchnieniu i swobodzie, ofiarując coraz nowe dostojeństwa. — Wszystko jednak napróżno. Usunąwszy się na wieś, po krótkim tu pobycie, zasłaniając się od uporczywych natręctw przyjaciół, co go mimo i przeciw jego woli, wynosić chcieli, ożenił się z Dorotą Podlodowską i stanowczo wyrzekł dworu, bogatych prelatur i nadziei wyniesienia; obierając dziedziczny Czarnolas, na mieszkanie i port bezpieczny.
Przyjaźń Zamojskiego, gnała za nim jeszcze, z dostojeństwy nowémi. Wyrobiono mu łatwo u króla kasztelanją Połaniecką, któréj znowu nie przyjął, wielce charakterystycznie się z tego tłumacząc, zawsze w jednym duchu, z jedną myślą.
— Nie chcę wpuścić do domu mego, dumnego kasztelana, aby tego co zbierze Kochanowski, nie zmarnował.
Nareście Wojskim Sandomirskim obrany, przyjął tę godność, tłumacząc się, że ona go od wypraw wojennych uwalnia, domowéj strzechy pilnować dozwalając.
Nie widzicież w tém życiu, prawdziwego poety dawnych czasów, co tak kochał poezją, że jéj wszystko poświęcał? Dziś, szuka się tylko sławy, aby jéj użyć jako stopnia do osiągnienia czegoś innego; dziś poeta daje dowód zręczności, sztuki, uczucia, kwalifikując się niemi Bóg wié czasem do czego; wówczas kochano poezją prawdziwie, miłością nie obłudną, co się ofiar nie lękała. Jakoż Jan poświęcił wszystko poezij, którą z duszy kochał i upornie odpychając, co go od niéj oderwać mogło, został przy swojém ubóstwie, ale i przy niéj razem. Całe życie Kochanowskiego w tych kilku skreślone słowach, ono było nie wypadkami, ale uczuciami i myślami całe, więcéj go jest w dziełach, niż w opisie żywota. Jeden tylko ostatni rys jeszcze, który zaiste nie plami tego życia, to na niém i jednéj niema plamy — jasne ono całe i prawdziwie czyste, jak czysta była dusza poety.
W roku 1585, Podlodowski, brat żony Jana rozsiekany został przez Turków, czy Kozaków. Kochanowski kochał go jak brata, żal wygnał dopiéro z ulubionéj wsi poetę; biegł stanąć w sprawie zabitego, przed królem Stefanem w Lublinie, lecz poruszony niezmierném oburzeniem i żałością, apoplexją został tknięty i umarł tamże, d. 22 Sierpnia. — Pochowany w Zwoleńcu, grobie familijnym Kochanowskich. Koniec życia godzien, całego jego pasma.
Otoż cały żywot ten piękny i czysty, żywot poety niesplamiony niczém, zawsze jednego okazujący człowieka, a człowieka chrześcianina-filozofa i poetę, co umiał przestać na życiu duszą, nauką, sztuką, uczuciami rodzinnemi, umiał wystarczyć sobie hymnami i pieśniami — odpychając jak dziécęce zabawki dostojeństwa, bogactwa, któremi świat kusi i odwodzi do zaprzedania pokoju i swobody za marne błyskotki. Zaiste, kto nie widzi w tém, cudnéj jedności charakteru, wzoru może życia prawego poety, ten nie wié co poezja. Owe gwałtowne szarpanie się z namiętnościami, owe życie wypadków, niespokoju, walki, które myśmy sami wystawili gdzieindziéj, jako cechę jenjuszu, jest w porównaniu z tém życiem, drobném, brudném, nadewszystko słabości charakteru dowodzącém. Jest w niém coś niepewnego, wahającego się, silnego może, wyznajem, ale z złém użyciem lub nadużyciem siły; a przy obrazie poety co wolał cień swojéj lipy i wieś swoją, nad opactwa i kasztellanje, co żył cały poezją, a ona mu wystarczała tak, że w niéj namiętności młodzieńcze utopił — niknie i maleje, życie poetów co więcéj sił wypotrzebowali na targanie się z losem, niż na poezje swoje. Niżéj, mówiąc o fraszkach Kochanowskiego, wspomnim o jego życiu na wsi. Tu jeszcze przywieść musim, niewiele miejsc z pieśni, w których o sobie wyraźniéj wspomina.
Jan nie był po dzisiejszemu egotystą, rzadko ón bardzo wystawując uczucia prawdziwe, sam się wyprowadzał na scenę, na teatrum, częściej, ukrywał się przez uczucie przyzwoitości i jakiegoś uczciwego wstydu, które dobrze jego śłachetny wszędzie charakter tłumaczy.
Oto wspomnienie z czasów, w których niepewien był jeszcze obioru stanu, a Piotr Kłoczowski, jak widać towarzysz pierwszej podróży do Włoch, proponował mu nową.

Niechcę cię Piotrze, do Włoch drugi raz prowadzić,
Trafisz sam: a mnie też czas o sobie poradzić.
Jeśli mi w rewerendzie, czy lepiéj w sajanie,
Jeśli mieszkać przy dworze, czy na swoim łanie.

(Xigęa IV, XII.)

I poeta został na swoim łanie.
W pieśni, któréj wyżéj cytowaliśmy kilka wiérszy, z jak miłym spokojem, który go wszędzie charakteryzuje i nieodstępnie mu towarzyszy, duma o sobie i losie swoim:

Wysokie góry i odziane lasy
Jako rad na was patrzę, a swe czasy
Młodsze wspominam — które tu zostały,
Gdy był na statek człowiek mało dbały.
Gdziem potém nie był, czegom nie kosztował,
Jażem przez morze głębokie żeglował,
Jażem Francuzy, ja Niemce, ja Włochy
Jażem nawiedził Sibilijne lochy.
Dziś tak spokojny, jutro przypasany
Do miecza rycerz, dziś między dworzany
W pańskim pałacu, jutro zasię cichy
Xiądz w kapitule, tylko że nie z mnichy
W szaréj kapicy, a z dwojakim płatem
I to czemu nie, jeśli że opatem.
Tak był proteus, mieniąc się to w smoka,
To w dészcz, to w ogień, to w barwę obłoka
Daléj co będzie? Srébrne w głowie nici
A ja z tym trzymam, kto co w czas uchwyci.

Z odwiedzin poetów u Jana, w Czarnolesie, poetów, których nazwiska nas nie doszły i domyślać się ich trudno, bo kto przy Janie współcześnie z nim, nazwać się może poetą? — został nam ten wiérsz.

Jako Chiron z dwojakiéj natury złożony
Wzgórę człowiek, a na dół koń nieobjeżdżony,
Rad był kiedy przyjmował do swej leśnéj szopy
Nauczonego syna pięknéj Kalliopy,

Naówczas gdy do Kolchów rycerze wybrani,
Pławili się przez morze, po kożuch barani.
Równie wam i ja rad zacni poetowie
A jeśli u Chirona cni bohatérowie,
Przyjmowali za wdzięczne wieczerzę ubogą
Bo tam wszystka cześć była mléko z świnią nogą,
Nie gardźcie i wy tém co dom ubogi niesie,
Bo jako Chiron także i ja mieszkam w lesie
Będzie sér, będzie szołdra, będą wonne śliwy,
Każecie li téż zagrać i na tom ja chciwy.
Owa prosto będziecie ze mnie mieć Chirona,
Tylko że ja nie włóczę za sobą ogona.

(Xięga IV, XXXIV.)

Z stosunków poety z Myszkowskim, w dwóch i więcéj miejscach pieśni, pozostały ślady, także w dedykacij Psałtérza, do którego przekładu zachęcał go Kanclerz i w Muzie. W dedykacij Psałtérza Myszkowskiemu tak mówi:

Żniwa swego piérwszy snop tobie ofiaruję
Cny Myszkowski, którego dobrodziejstwem czuję
Uwiązane swe serce, bo komu jest tajna
Twa łaska przeciwko mnie i chęć niezwyczajna.
Jedeneś ty nalezion, u którego miały,
Miejsce Muze wzgardzone i twarz wdzięczną znały
Jedeneś ty rozumiał, że moje Kameny
Mogły jednak być godne jakiéjkolwiek ceny.
Tymeś mi serca dodał. —

Jeszcze wyraźniéj mówi o Myszkowskim w Muzie, u końca:

Mówi zazdrość: — Wiem o co idzie Pisorymie
Chciałbyś wziąść. Jędzo, tu się mię troska nie imie.

By mi był nie zostawił ojciec nic po sobie
Abo żebym nie umiał przestać na chudobie.
Jednak by mnie Myszkowski Piotr był nie przebaczył
Który swą hojną ręką podeprzéć mnie raczył.
Nie przeto żebym przed nim stał w pacholczym kole,
Abo i przy nastołce (przy czapraku) ciągnął się przez pole.
Ale żebym wygnawszy niedostatek z domu,
Tym głośniéj śpiewał, a nie podlegał nikomu.
Tę łaskę jego, proszę siostry wiekopomne
Pomnicie opowiadać na czasy potomne,
Aby w niebie swą ludzkość i sam widział potym etc.

Pokazuje się więc, że Myszkowski był prawdziwie mecenasem Jana, i że pomógłszy mu wygnać niedostatek z domu, zapewniwszy mu niepodległość, niezależność, przyłożył się do późniejszego swobodnego życia Kochanowskiego.
Oto prawie wszystko, co o sobie wyraźnie napisał w poezjach Jan. Ale one i bez tych egotycznych wspomnień, są całe obrazem jego życia bez wypadków i duszy bez skazy, bez plamy. Wszystko w nich poszło wprost z uczucia, nie mieńmy go niczyim naśladowcą, bo nim nie był.
Dla okazania charakteru talentu Kochanowskiego i jego poezij, wzięliśmy przed się rozebrać to tylko, co jest li jego własnością w dziełach po nim pozostałych i to co językiem polskim śpiéwał, na ten raz odsuwając łacińskie prace i wszystkie przekłady niechybnie znakomite wykończeniem, wiernością, łatwością, ale już nie objaśniające nas wprost o poecie. W tym rozbiorze wskażemy na piękniejsze pieśni, które cechują się czém kolwiek wybitniejszém, a potém ogólnie powiémy, co trzymamy o wielkim Janie.
W poezyach Jana, jak w życiu jego, są widocznie dwie odrębne epoki, oddzielnego charakteru; jedna epoka szału, swawoli, wesołości, miłostek, druga spokoju duszy i życia, rezygnacij, religijnych poważnych, swobodnych i pogodnych uczuć. Poezje piérwszéj od drugiéj epoki, łatwo się bardzo odróżnić dają, nie tylko myślą główną, cechującą je, ale nawet wielką różnicą uprawy językowéj. W piérwszéj epoce język Jana jest już wprawdzie widocznie w ręku mistrza, co go uprawia cudownie i po mistrzowsku nim władnie, ale tu i owdzie jest czasem grubszy zarys, jakiś chód niepewny, jakaś twardość Reja przypominająca. Tu także częściejsze są daleko, niż w poezjach drugiéj epoki, wspomnienia mitologiczne, wyrażenia staro-rzymskiego kroju, zacierające się późniéj, powoli, gdy Jan osiedział się w kraju, na wsi, i że tak powiém, znarodowiał w życiu wieśniaczém.
Zastanawiając się nad językiem Kochanowskiego i porównywając go z językiem wszystkich co go mało wyprzedzili, albo z nim żyli współcześnie, przekonamy się łatwo, że Jan język poetyczny, bez przesady mówiąc, stworzył. Czém jest ciężki, trudno chodzący, jakby w sandały ozuty język poczciwego Reja, przy swobodnych ruchach, śmiałości pociągów, delikatności wyrażeń, wykończeniu doskonałym Jana? Tamci walczą chcąc wyrazić myśl swoją, naginają wyrazy, gwałcą często składnię, ten pewien siebie z cudownym instynktem, używa języka co tak przypadł do jego myśli, jakby do nich był skrojony, myśli jego od razu porodziły się w téj szacie i w niéj im najlepiéj do twarzy. Bez przejścia bez gradacij, wpadamy od razu z nieuprawnego, w najdelikatniéj cieniowany i na najwyższym stopniu doskonałości zostający język, któren ręka mistrza instynktowie stworzyła.
Już w téj pieśni, którą, z pewnością wiémy pisał za granicą jeszcze będąc, język tak łatwy, tak swobodny, tak uprawny, iż nie dziw że z trudnością używający go Rej, zdumiał się Kochanowskiego pieśni. Sto lat jest między językiem Reja a Kochanowskiego, a tę przestrzeń zapełnia jedna pieśń jego. Zaiste trzeba się było urodzić niepospolicie udarowanym, aby to zrobić z językiem, co Kochanowski z nim zrobił bez trudności. Od jego czasów, nie pochlebiajmy sobie, nie postąpiliśmy wiele, wracamy teraz do języka Jana, bo wracamy do prawego języka polskiego; a ściśle wziąwszy wyżéj nie byliśmy i nie będziemy. Wprawdzie Kochanowski uksztaicony na łacinie, przesycony łaciną, nadał językowi wygładzenie i kulturę zupełnie łacińską, ale snać tu mu najlepiéj przystawała, bo widzim jak łatwo przyjęła się do języka i jaki w niéj uczynił postęp. Czyli śpiéwa o Bogu, czy o sobie, o miłości, czy się wysoko unosząc woła:

Kto mi dał skrzydła, kto mię odział pióry —

czy żartuje trefnie swawoli i dowcipuje, spójrzcie tylko (na stronę odłożywszy nieuchronne, a w mniejszéj niż u kogokolwiek bądź spotykające się liczbie — archaizmy) co to za łatwość, co za prostota, jasność, jaka wyrazistość i jakie odcienia, jakie wykończenie bez wymuszenia.
O sto lat późniejsi poeci, językiem wydają się nam starsi daleko od niego i pełno w nich archaizmów, bo oni walczą jeszcze z językiem, gdy Jan nim włada jak mistrz narzędziem, którego zna wszystkie tajnie, wszystkie skryte użytki, wszystkie dźwięki, cienia i półcienia. Nie maca ón, nie próbuje, ale śmiało co chce kreśli.
W Kochanowskim poecie, nie dość, że zawsze forma odpowiada myśli, z któréj wyrasta naturalnie, ale formy szata nawet cudownie dobrana i utkana wzorzysto. Język jak myśl Kochanowskiego, wszędzie jest naturalny, łatwy, prosty, jasny, a razem dziwnie i po mistrzowsku delikatny, cieniowany, wykończony. We wszystkich jego dziełach jest prostota poczciwości i cnoty, prostota prawości, jaśnieje pogoda, spokój duszy niezamącony niczém — tę pogodę, jasność, widziemy odbijającą się, aż w języku.
Język Jana na swą epokę jest fenomenalnym, ale bardziej się nam jeszcze nim wyda, gdy zechcemy się zastanowić, jak mało dla nas przez lat trzysta ustarzał. W porównaniu języka, późniejszych od Jana — Shakspeara, Corneilla, współczesnego Ronsard’a i innych, Kochanowski bliżéj jest naszego dzisiejszego, niż oni. My go daleko lepiéj rozumiemy, niż Anglicy i Francuzi swoich, a połowa poezij, jakby wczoraj dopiero pisana. To wedle nas dowodzi, że Jan stwarzając język, trafił w jego naturę, w normę mu właściwą, nadał mu ducha i kształty, jakie fiziognomją jego stanowić mają na zawsze. Drugiego przykładu tak małéj zmiany w języku przez lat trzysta nie znamy, a ten fenomen tylko na Janie się spełnił. Późniejsi pisarze są dalsi i mniéj dla nas od niego zrozumiali, wydają się starsi od niego — ón jeden, powtarzam, po wszystkie wieki będzie prawie współczesnym, bo jest silnie narodowym polskim.
Idźmy teraz do rozbioru pojedyńczych pieśni, które my uważamy za najcelniejszy utwór poety; przebieżmy je wskazując najpiękniejsze tylko i w nich jaśniejące szczególne myśli i wyrażenia.
Piérwsza, którą poeta na czele położył, jest pochwałą dobréj żony; myśl ta z serca i przekonania popłynąć musiała, ale niedość poetycznie jest wyrażona. Tu jak w bardzo wielu innych poezjach, Jan wziął swą myśl, za uczucie i ułożył w rymy to, co ledwie na pogadankę wieczorną z przyjacielem wystarczyć mogło. Może być, że ta pieśń jak wiele innych, naśladowaną jest z kogo, ale nie badając tego naśladownictwa i zważając na to, że Jan co cudzego przybrał, po swojemu przerobił i jakby swoje wylał, nie będziemy nawet w ciągu rozbioru pieśni, wskazywać na oryginały.
Jan lubi sentencje i aforyzmy, lubi filozofować w swych pieśniach. — Zaraz następna jest jedną z tych sentencij upoetyzowanych, malujących niezmiennie swobodny, niczém niezachwiany spokój duszy autora. Ileż to razy z nim i po nim powtórzono weszło w przysłowie razem z wielą innemi jego wiérszami, zdanie poczynające pieśń drugą?

Nie porzucaj nadzieje,
Jakoć się kolwiek dzieje,
Bo nie już słońce ostatnie zachodzi
A po złéj chwili, piękny dzień przychodzi.

Porównanie do lasów proste a piękne:

Patrzaj teraz na lasy
Jako przez zimne czasy
Wszystką swą krasę drzewa utraciły
A śniegi pola wysoko pokryły.

Po chwili wiosna przyjdzie
Ten śnieg z nienagła zejdzie,
A ziemia skoro słońce jéj zagrzeje,
W rozliczne barwy znowu się odzieje.

Pieśń z okoliczności wezbrania Wilny (Wilejki czy Wilij??) która się zdaje jedną z dawniejszych autora, mogłaby się zadeterminować co do roku, gdybyśmy mieli o tym wylewie dokładną wiadomość. Szukaliśmy jéj, lecz napróżno. Jest to opisanie potopu, więcéj jeszcze niż wylewu Wilny; nie wiém dla czego widziemy w tém obrobieniu, piętna piérwszéj Kochanowskiego epoki. Może się z resztą grubo mylemy.
Pieśń czwarta zapraszająca uczoną Hannę do Czarnolasu, wiele ma miejsc pięknych, wspomnienie w niéj sławnej Lipy, dowodzi że należy do czasów, w których już autor wioskę swoję zamieszkał.

Same cię ściany wołają
I z dobrą myślą czekają.
Lipa stojąc w pośród dworu
Wygląda cię coraz z boru.
Każ bystre konie zakładać,
A sama się gotuj wsiadać.
Teraz na weselsze czasy
Zielenią się piękne lasy.
Łąki kwitną rozmaicie,
Zająca już nieznać w życie,
Przy nadziei, oracz ścisły,
Że będzie miał z czém do Wisły (do Gdańska płynąć).
Stada igrają przy wodzie
............
Kwap’ się póki jasne zorze,
Po chwili ćmy czarne wstaną,
Noc przynosząc nie naspaną.

W szóstéj pieśni tok się o swojém ubóstwie odzywa:

Pan znaczniejszy gdy państwem wzgardzi niżby wszytki
Żóławskie urodzaje i Gdańskie pożytki,
W jednym śpichlerzu zamknął, a sam siedząc w cieniu
Nie mógł się chleba najeść nędznik w dobrém mieniu.
Zdrój przezroczystéj wody, lasu średnia miara
I zasiewku mojego niepochybna wiara
Rządzcy płodnéj Afryki szeroko-władnemu

(Płodna Afryka weszła tu na wiarę rzymskich poetów.)

Nie da się znać że w szczęściu przyrównana jemu.
Acz mi miodu podolskie pasieki nie dają,
Ani w mym lochu wina Seremskie stawają,
Ani bogate stada owiec niezliczonych
Strzygą odroślą trawę po górach zielonych.
Przed się nazbyt ubóstwa nieznać w domu moim
Aby mi więcéj trzeba, ufam w Bogu swoim
Ale gdy niepotrzebne chciwości odprawię
Lepiéj daleko płatu sobie tém poprawię.
Niżbym bogate pola Węgierskie z porządnym
Państwem Weneckiém złączył, ludziom wielożądnym
Wiela i niedostawa, niech przyjmuje z dzięką
Komu ścisłą, co dosyć, Bóg udzielił ręką.

Zważajcie, jak ón zawsze jest sobą samym, jak zgodne pisma z życiem poety. Ta pieśń mogła by stać za odpowiedź, gdy mu ofiarowano Opactwo Sieciechowskie, a nie tylko ona, ale i innych wiele tejże myśli. Z tego się przekonywamy, że nierymował naśladowanych uczuć, przejętych, ale własne swoje.
Piękna jest, ale zimniejsza nad inne podobno, pieśń pocieszająca wojewodę po stracie żony (I. VIII), któremu radzi cierpliwość, jedyne ale ciężkie na boleść lekarstwo, a często równie przykre jak choroba.
W pieśni dziewiątéj, tę swoją ukochaną Lipę, którą śpiéwał tak często znowu przypomina. Śliczny tu obraz skwarnego lata.

Słońce pali a ziemia idzie w popiół prawie,
Świata nieznać w kurzawie,

Rzéki dnem uciekają
A zagorzałe zioła dżdżu z nieba wołają.

Dzieci! z flaszą do studni, a stół w cień lipowy
Gdzie gospodarskiéj głowy
Od gorącego lata
Broni liść, za wsadzenie przyjemna zapłata.

Lutni moja, ty zemną; bo twe wdzięczne strony
Cieszą umysł strapiony
A troski nieuspione
Prędkim wiatrom podają za morze czerwone.

Widzim go zda się z pogodą na wyniosłem czole, pod cieniem ukochanéj lipy, widziémy zdaleka wzbijające się tumany kurzawy, powiędłe zioła pochylone, i rzéki, dnem uciekające, jak się cudnie poeta wyraził. Następne pieśni są ciągłą jednéj myśli, a raczéj jednéj sfery myśli, parafrazą, opowiadają one wszystkie duszę Jana i wołają: „Spokój, mierność, swoboda wiejska, to prawe i jedyne szczęście, poczciwa żona, miłe dzieci, dobry przyjaciel i lutnia — wystarczają żądaniom. W przeciwności nie daj się złamać, bogactw nie pożądaj, honorów nie ceń; wszystko mija, zmienia się, wywraca, przechodzi pokój — sumienia to skarb niewydarty, prawe i jedyne szczęście.” Takie są myśli Jana i te ciągle w różne szaty ubrane w poezjach się jego z różnych stron malują.
Pieśń czternasta, wyjątkiem jest z odprawy posłów, w któréj stanowi jeden z chórów, pełen prostoty i powagi. Zapewne późniéj z pieśni, dla stosowności przedmiotu, z pospiechu w odprawę wcielona. Nie prawdaż, że to głos starożytnego choru:

Wy, którzy pospolitą rzeczą władacie,
A ludzką sprawiedliwość w ręku trzymacie.
Wy, mówię, którym ludzi paść poruczono
I zwierzchność nad stadem Bożém zwierzono.
Miejcie to przed oczyma zawżdy swojemi
Żeście miejsce zasiedli Boże na ziemi.
................
A wam więc nad mniejszemi zwierzchność jest dana,
Ale i sami macie nad sobą Pana. —

W pieśni szesnastéj, śpiewa tę swoję lutnię, dla któréj zaparł się dobrowolnie wszystkiego. Wiérszy tych nie cytujem, bo je wszyscy znają.
Historja Danaid w pieśni ośmnastéj, kończy się piękną i pełną tęsknoty mową żony wiernéj do męża:

Mnie niechaj ojciec trzyma w pęcie srogim
Żem litość miała nad mężem ubogim
Mnie niechaj zaśle w pogańskie narody
Przez morskie wody.

Idź — gdzie cię nogi i wiatry powiodą,
Za tą życzliwą ćmy nocnéj pogodą.
Idź zdrów, a skargę na mogiłę smętną
Włóż mi pamiętną.

Do liczby tych zdań ulubionych Kochanowskiemu, które mu się pomimowoli lały z ust w pieśniach, należy także wyrażona w XIX p. o sławie i żywocie dusznym.
Jak ón wysoce cenił życie umysłowe, pokazuje się i w praktycznym żywocie jego, i w tylekroć wyrażonych w poezjach zdaniach. Cały był myślą i uczuciem czystém.
W dwudziestéj pieśni, widziémy go samego (co rzadka) występującego, oddalony od żony, przesiaduje u biskupa i wyprasza mu się aby mógł do domu powrócić: (Zapewne u Myszkowskiego być musiał).

Jako rozumiesz zazdrość zjednałeś sobie
Zacny biskupie — w mojéj małéj osobie,
Żeś mnie z domu wyciągnął w te dalsze strony
Od małych dziatek i od tęskliwéj żony.

Prosi w końcu uprzejmego gospodarza, aby go puścił do domu i złączył na nowo z żoną, z którą się nigdy rozdzielać nie chce.
Cudnie piękna, jest pełna uniesienia poetycznego pieśń XXIV (I.) w któréj widzi się nieśmiertelnym poeta.

Niezwykłém i nielada piórem opatrzony,
Polecę precz, poeta, ze dwojéj złożony
Natury. Ani ja już przebywać na ziemi
Więcéj będę, a większy nad zazdrość, ludnemi

Miasty wzgardzę, ón w równém szczęściu urodzony
On ja — jako mnie zowiész, wielce ulubiony
Mój Myszkowski, nie umrę, ani mnie czarnémi
Styx niewesoły zamknie odnogami swémi.

Oto najpiękniejsza strofa:

Już mi skóra chropawa padnie na goleni
Już mi w ptaka białego wićrzch się głowy mieni.
Po palcach wszędy nowe pióra się puszczają,
A z ramion sążeniste skrzydła wyrastają.

Żaden największy poeta dzisiejszy niezaparł by się téj strofy. Albo tych jeszcze kilka wiérszy ostatnich:

Niech przy próżnym pogrzebie żadne narzékanie,
Żaden lament nie będzie, ani uskarżanie,
Swiéc, dzwonów zaniechaj i mar drogo słanych
I głosem żałobiiwym z ółtarzów śpiéwanych.

Niektóre pieśni, a w ich liczbie tylko co cytowana, zdają się nam wielce podobnie improwizacjami, któremi poeta na myśl podaną wręcz odpowiadać musiał; potém je wcielając do zbioru swych pieśni. Tak i ta do gości poetów, wyżej przywiedziona i ostatnia, zdają się odpowiedzią na pytanie, wybuchem natchnienia, nie skutkiem rozmysłu.
W téj xiędze znajdujemy już kilka pieśni, umyślnie przez nas w przeglądzie ominionych, o których niżéj wspomnieć mamy na swojém miejscu, zawiérających silne a często dowcipne protestacje przeciw obyczajom wieku, a mianowicie (XXVI, XXVII) przeciw niepotrzebnemu i zbytecznemu pojeniu gości i przyjaciół, które jak widziémy z anegdot trefnych Górnickiego o Smóliku i innych, do takich nieraz wiodło excessow.
Nieporównanéj piękności, jest ta modlitwa o dészcz, tak prosta a tak wzniosła, że każdego przejąć musi uczuciem. Niewiém dla czego nie śpiéwano jéj po kościołach, nie położono w xięgach modlitw, możeż co być wznioślejszego a razem prostszego i wymowniejszego nad nią:

Wszego dobrego dawco i szafarzu wieczny,
Tobie ziemia spalona przez ogień słoneczny
Modli się dżdżu i smętne zioła pochylone
I nadzieja oraczów, zboża upragnione.
Ściśnij wilgotne chmury świętą ręką swoją
A one suchą ziemią i drzewa napoją,
Ogniem zjęte. Ty który z suchéj skały zdroje,
Niesłychane pobudzasz; okaż dary swoje.
Ty nocną rosę spuszczasz, Ty dostatkiem hojnym
Żywéj wody dodawasz rzekom niespokojnym
Ty przepaści nasycasz i łakome morze.
Ztąd gwiazdy żywność mają i ogniste zorze.
Kiedy ty chcesz wszystek świat powodzią zatonie,
A kiedy chcesz od ognia jako pióro spłonie.

Pieśń drugą oczekującej na powrót męża z pod Troi, odniósł bym chętnie z innémi do epoki piérwszej Jana, jest to widocznie tłumaczenie czy naśladowanie. Język pieśni zdaje się nawet to przypuszczenie potwierdzać.
Pieśń trzecia jest parafrazą téj, którąśmy już cytowali w xiędze piérwszéj, jako wyjętą z Odprawy posłów; daléj następuje parafraza myśli zwyczajnych Janowi o troskach bogactw i wielkości, o spokoju sumienia. Patrzmy jak maluje troskę idącą w ślad za człowiekiem:

Na okręt li budowny, na koń li siędzie,
Troska w okręcie, troska za siodłem będzie.

Poczęcie czwartéj pieśni jest tak piękne, że nieustępuje niczemu co najcudniejszego stworzył poeta. Zważajcie: jak tu, jak wszędzie, język mu posłuszny, koń posłuszny pod wprawnym jeźdzcem, słucha jego rozkazów.

Kto mi dał skrzydła? kto mię odział pióry,
A tak wysoko postawił, że z góry
Wszystek świat widzę?....

To li jest ogień ón nieugaszony
Złotego słońca, które nieskończony
Bieg bieżąc, wrotne od początku świata,
Prowadzi lata?

To li jest ón krąg odmiennéj światłości
Wódz gwiazd rozlicznych i sprawca żyzności
Słyszę głos wdzięczny, przebóg, czym na jawi,
Czy mię sen bawi?


Tu widzę ani ciemne mgły dochodzę,
Ani śnieg, ani zimne grady szkodzą
Wieczna pogoda, dzień na wszystkie strony,
Trwa nieskończony i t. d.

(Xięga II. IV.)

Krój strof Kochanowskiego, jest zupełnie starożytny, i ta i inne pieśni, są w istocie pieśniami, którym tylko muzyki braknie, aby śpiéwać można, rozmiary ich muzykalne.
Po wspaniałém zaczęciu poprzedzającéj pieśni, co to znowu za miła prostota naiwność, następnéj, pełnéj ulubionych Janowi senlencij

Chcemy sobie być radzi
Rozkaż panie czeladzi,
Niechaj na stół dobrego wina przynaszają,
A przy tém w złote gęśli, albo w lutnią grają.
Kto tak mądry że zgadnie
Co nam jutro przypadnie?
Sam Bóg wié przyszłe rzeczy, a śmieje się z nieba,
Kiedy się człowiek troszczy więcéj niźli trzeba.

Cała pieśń jest w tym duchu.
W innéj (VIII) jak mi się zdaje z piérwszéj epoki Kochanowskiego, nic piękniejszego nad początek, co najpiękniejsze poetów łacińskich przypomina strofy:

Ty spisz — a ja sam na dworze,
Jeszcze od wieczornéj zorze
Cierpię nocne niepogody.
Użałuj się mojéj szkody


Słuchaj jako bije w ściany,
Z gwałtownym dżdżem grad zmięszany,
Ocknij się a przemów słowo,
Nieużyta białogłowo.

A dalej:

Słuchasz czy mój głos nie może
Doleciéć na twoje łoże?

Jaka wszędzie łatwość i swoboda. Koniec jest znowu obrazem wybornym:

A ja długo mam bić w strony?
Już u mnichów słyszę dzwony.
Dziwnośmy się pomięszali,
Jam niespał, a oni wstali.

Pieśń dziewiąta, jest tą sławną przysłaną z zagranicy, co Reja zmusiła do uznania Jana swym mistrzem.

Czego chcesz od nas panie, za Twe hojne dary,
Czego za dobrodziejstwa, którym niémasz miary!
Kościół cię nie ogarnie, wszędy pełno ciebie,
I w otchłaniach i w morzu, na ziemi i niebie.
Złota téż wiém niepragniesz, bo to wszystko Twoje.
Cokolwiek na tym świecie człowiek mieni swoje.
Wdzięczném cię tedy sercem, Panie, wyznawamy
Bo dla Cię przystojniejszéj ofiary niémamy.
Tyś pan wszystkiego świata, Tyś niebo zbudował,
I złotémi gwiazdami ślicznieś uhaftował,
Tyś fundament założył nieobeszłéj ziemi,
I przykryłeś jéj nagość zioły rozlicznémi.
Za Twojém wskazaniom morze w brzegach stoi,
A zamierzonych granic przeskoczyć się boi.

Rzéki wód nieprzebranych wielką hojność mają,
Biały dzień a noc ciemna, czasy swoje znają.
Tobie k woli rozliczne kwiaty wiosna rodzi,
Tobie k woli w kłosianym wieńcu lato chodzi.
Wino jesień i jabłka rozmaite dawa,
Potém do gotowego gnuśna zima stawa.
Z Twéj łaski nocna rosa na mdłe zioła padnie
A zagorzałe zboża dészcz ożywia snadnie,
Z Twoich rąk wszelkie zwiérze patrza swéj żywności
A Ty każdego żywisz z swéj szczodrobliwości.
Bądź na wieki pochwalon, nieśmiertelny Panie,
Twoja łaska, Twa dobroć nigdy nie ustanie.
Chowaj nas póki raczysz, na téj niskiéj ziemi,
Jedno niech zawsze będziem pod skrzydłami Twemi.

Wyobrazić sobie łatwo zdumienie tych ludzi, co tak piękne, proste, jasne myśli wyczytali w języku własnym wydane łatwo, dobitnie, poetycznie, co po Reja twardych wiérszach, wymuszonych, niepoprawnych, często sens dla rymu łamiących padli na tę, dziś dla nas jeszcze piękną poezją. Kochanowski od razu stanął u szczytu i zostawił wszystkich za sobą.

Często powrót wiosny, dostarcza poecie obrazów, oto jeden z najświeższych i najżywszych (X. II. IX).

Serce rośnie patrząc na te czasy,
Mało przed tém gołe były lasy,
Śniég na ziemi wyżéj łokcia leżał
A po rzekach wóz najcięższy zbieżał.
Teraz drzewa liście na się wzięły
Polne łąki pięknie zakwitnęły,

Lody zeszły, a po czystéj wodzie,
Idą statki i ciosane łodzie.
Teraz prawie świat się wszystek śmieje,
Zboża wstały, wiatr zachodny wieje,
Ptacy sobie gniazda omyślają,
A przededniem śpiéwać poczynają.

Jakże to znowu ochocza, rzeźwa i wesoła, ta apostrofa do dzbana. (XII).

Dzbanie mój pisany,
Dzbanie poléwany,
Bądź płacz, bądź żarty, bądź gorące wojny,
Bądź miłość niesiesz, albo sen spokojny.
Jakkolwiek zwano,
Wino co w cię lano,
Przymknij się do nas, a daj się nachylić,
Chciałbym twym darem gości swych posilić.

Ta piosenka jak się wyraźnie z zakończenia pokazuje, wyleciała z ust poecie, przyjmującemu gości w swym domu, obyczajem krajowym, na któren narzekał, a jednak musiał mu być posłusznym.
W szesnastéj pieśni jest śliczne porównanie kochanki do zorzy.

Już mi z myśli wypadły tu obecne twarzy
Twoje nadobne lice jest podobne zarzy (zorzy)
Która nad wielkiém morzem rano się czerwieni,
A z nienagła ciemności nocne w światło mieni,
Przed nią gwiazdy drobniejsze po jednéj znikają.

Mnóstwo w téj xiędze własnych i naśladowanych pieśni miłosnych, zdają się poświadczać swą treścią pochodzenie z piérwszéj epoki życia Kochanowskiego. Wszystkie prawie piękne, lecz boim się cytować, bo i tak nas podobno za daleko chęć okazania zapomnianych w Janie piękności unosi, a wiele jeszcze niżéj wypisywać dowodząc jego narodowości, będziemy musieli.
Znowu obrazek zimy: (XIX).

Patrząj jako śnieg po górach się bieli,
Wiatry z północy wstają,
Jeziora się ścinają
Żórawie czując zimę precz lecieli.
Nam nie lza tylko patrzać też swe rzeczy,
Niechaj drew do komina,
Na stół przynoszą wina.
Ostatek niechaj Bóg ma na swéj pieczy.

I daléj już wpada, w rozwijanie upodobanych sobie myśli, że nikt przyszłości nie przewidzi, że troskać się niema o co, że,

Krótki wiek długiéj nadziei nie lubi.

i t. d.
Piérwsza pieśń xięgi trzeciéj, jest natchniona tym duchem spokojnéj rezygnacij chrześcijańskiéj, któren nieodstępował nigdy Jana. Jest to rym o przyszłości, podobny treścią wielu innym rozsypanym w zbiorze poezij Kochanowskiego.

</nowiki/>

Pewienem tego, a nic się nie mylę
Że bądź za długą, bądź za krótką chwilę,
Albo w okręcie całym doniesiony
Albo na desce biednéj przypławiony,
Będę jednak u brzegu,
Gdzie daléj niśmasz biegu.
Lecz odpoczynek i sen nieprzespany,
Tak panom jako chudym zgotowany.

Toż samo uczucie zdania się na wolą Bożę, uczucie wzniosłe swym spokojem i prawdziwie chrześciańskie, natrafiamy znowu w pieśni czwartéj, którą byśmy gotowi wziąść za rodzaj pocieszania się po śmierci Podlodowskiego, lub w inném jakiém gwałtownem strapieniu. Zakończenie jest prawdziwą i jedyną możną pociechą:

Jedenże to Bóg i co chmury zbiéra,
I co rozświéca niebo słońcem złotem.

Pieśń piąta, jest wyraźnie podziękowaniem Bogu, za uniknienie jakiegoś grożącego niebezpieczeństwa. Nie jest li to tylko naśladowanie lub tłumaczenie jakiego psalmu, bo charakter ma biblijnéj poezij wybitny, krój i myśli? Nie wiémy. Gdyby była własną Jana, odnieślibyśmy ją naturalnie do piérwszéj epoki jego życia, bo drugą tak spokojnie przeżył, iż w niéj nawet domyślić się niepodobna wypadku, jaki tu opisany jest wyraźnie.

Nieprzyjaciel stał nademną,
Mógł uczynić wszystko ze mną,
Spałem jak zarzezany,
On mi nieśmiał zadać rany.

Piękna jest następna pieśń do Hanny, ale w niéj już nam znajome i stokroć przez poetę wyrażone myśli, znajdujemy: w coraz nowych tylko a coraz świetniejszych wyrażeniach. U Jana bowiem, cała poezja w wyrażeniu, w expressij, w formie. Najpospolitszą, oklepaną myśl wielki mistrz czyni nową dając jéj szaty młodzieńcze. Najtrywjalniejsza sentencja, uderza nas w nim, choć przeszła już w tak zwane komunaty (lieux communs).
W ślicznéj siódméj pieśni, żale białogłowy, którą gwałtem nie miłemu poślubiono. Wzięlibyśmy ją za tłumaczenie, choć rzecz dzieje się wedle autora, na wiślanym brzegu, na wysokiéj wieży.
Piękne jest wyrażenie:

Ręce mógł związać, myśli nie zniewoli.

A nieco daléj:

Jednę mam wolność w swéj ciężkiéj niewoli,
Że się choć mogę napłakać do woli.

Wszystko to dziś być może zużyte, bo takie to właśnie frazy, pochwytywali późniéj poeci naśladowcy i walając je za sobą po ulicznym błocie, nareście zhydzili, spowszednili, zużyli. Ale w czasie kiedy to pisał Kochanowski, było to jeszcze świéże i zachwycać musiało. Pieśń ta albo jest naśladowaną, albo wysnutą z jakiegoś wypadku, najpewniéj z historij dawnéj; autor przeznaczać je musiał do większéj całości, z któréj potém wyrwaną, piérwszą strofę dopisawszy, tak zostawił. Wyszczególnia dobitniéj tę kobietę opłakującą swój stan, kilka wiérszy ostatniéj strofy.

A ty mój bracie, wzorem stryja twego,
Pomścij méj krzywdy i zelżenia swego.

Kolęda w pieśni dwunastéj zawarta, na rok nowy, pełna jest prostoty i pobożności. Takiéj dziś pewnie nikt już nie napisze, tak szczerej, prostéj, naiwnéj, a tak poczciwéj:

Tobie bądź chwała, Panie wszego świata,
Żeś nam doczekać dał nowego lata,
Daj byśmy się i sami odnowili
Grzéch porzuciwszy w niewinności żyli.
Łaska Twa święta, niechaj będzie z nami,
Bo nic dobrego nie uczynim sami.
Mnóż w nas nadzieję, przyspórz prawéj wiary,
Niech uważamy Twe przedziwne dary,
Użycz pokoju nam i świętej zgody,
Niech się nas boją pogańskie narody.
A Ty nas niechciéj odstępować Panie,
I owszem racz nam dopomagać na nie,

Błogosław ziemi z swéj szczodrobliwości,
Niechaj nam dawa dostatek żywności.
Uchowaj głodu i powietrza złego,
Daj wszystko dobre z miłosierdzia swego.

Równie prostą, poważną, piękną i chrześciańską jest pieśń XIV, o odwadze przeciw śmierci. Boim się cytować bośmy i tak uniesieni nadto może wolności téj użyli. Ale jak inaczéj dać poznać pisarza, którego dziś dla przyjemności swéj, nikt pewnie nie czyta?? Pozwalamy sobie tylko początek umieścić:

Synu mój! słusznie się zły człowiek śmierci boi,
Ale się jéj dobremu lękać nie przystoi,
Bo zły mniema, że wszystek już na wieki ginie,
A dobry wtenczas tylko do portu przypłynie.

Tu mamy miejsce powiedziéć, o religijném uczuciu w Kochanowskim, o jego ortodoxij — powierzchowne spójrzenie w jego Fraszki i inne urywki w których sobie często żarcików z duchownych dozwala, zdaje się naprowadzać na wniosek, jakoby się zaraził duchem reformy, co bardzo łatwo było za granicą, chociaż Sorbona, Padwa i Rzym były w całej Europie, najbardziej katolickiemi uniwersytetami; ale Kochanowski był i w Niemczech i łatwo mógł chwycić zarazy. Przemógł jednak, młodzieńczą do nowinek (jak je wybornie dziadowie nazywali) skłonność i wpływy rozliczne, z żywą wiarą przeszedł Scyllę i Charybdę (mówim stylem jego czasów) i cały zbiór pism jego głębiéj się zastanawiającemu dowodzi, jak ten człowiek miał silną wiarę, jak był religijny. Kilkakroć nawet w pismach swoich dobitnie okazuje się przeciwnikiem reformy. Cytujem tu tylko (xięga IV. XV.) wiérsz o Łazarzowych księgach, poczynający się od słów:

Co wymyślili ci heretykowie?

I w Satyrze, gdzie się zastanawia nad wiarą i niezgodami religijnemi. Oprócz tych miejsc wyraźnych, pieśni pełne są zwrotów nieustannych do Boga; pełne pobożnych westchnień, namaszczenia, rezygnacij chrześciańskiéj i ducha religijnego. Ten duch nigdy Jana nie opuszcza. Drobne igraszki we Fraszkach i gdzie indziej, żarty z duchownych i t. p. kładziemy na karb wybryków młodości. A tych jest bardzo niewiele, gdy pieśni w duchu pobożnym religijnym, więcéj niż wszelkich innych, że już nie wspomnim tego tak pięknego Psałterza, któren stanowi trzecią część prac Kochanowskiego i najpiękniejszy może z jego laurów. Psałtérz nigdy lepiéj, wierniéj, prościéj przełożonym być nie mógł i nie może, napróżnoby się o to silić. W tej chwili odczytywałem

Super flumina Babilonis —

i łzy mi na oczach stanęły; a wieleż to innych psalmów, te łzy strumieniem z pod powiek wyprowadzić by mogły??
Pieśń ośmnastą, do siebie zdaje się nucić poeta, ona potwierdza z wielą innémi, tę głęboką religijność, wiarę, chrześciańską rezygnacją, spokojną, poczciwą, o których tylko cośmy mówili. Pogodne czoło Jana, świéci nad wszystkiém co pisał.
Nie rozbieramy tu pieśni Święto-Jańskich o Sobótce, bo na te niżéj kolej przyjdzie, idziemy daléj. Xięga czwarta pieśni poczyna się od przekładów z Anakreonta, które się nam zdają należéć do prac piérwszéj epoki Kochanowskiego, odznaczają się one jak wszystko co Jan tłumaczył, wielką łatwością i wiernością. W Anakreontykach przekład jest swobodny, spolszczony aż do użycia wyrazów, wcale Anakreonta nie przypominających, jako Kasztelan, Podgórski zrobek-Bogumiła i t. d., na które tu natrafiamy. W języku wiele archaizmów. Pewną jest dla nas, że to jedna z początkowych robót Jana. Dziewiąta pieśń jest anakreontykiem, ale podobno własnym Jana, i wedle nas bardzo pięknym, mianowicie początek:

Matko skrzydlatych miłości,
Szafarko trosk i radości,

Wsiądź na swój wóz uzłocony
Białym łabędziom zwierzony i t. d.

Pieśń trzynasta, do snu, przejęta jest jakąś melancholją i uroczym smutkiem.

Śnie, który uczysz umiérać człowieka,
I ukazujesz smak przyszłego wieka,
Uśpi na chwilę to śmiertelne ciało
A dusza sobie niech pobuja mało.
Chce li gdzie jasny dzień wychodzi z morza,
Chce li gdzie wieczór gaśnie późna zorza,
Albo gdzie śniegi panują i lody
Albo gdzie wyschły przed gorącem wody.
Wolno jéj w niebo gwiazdom się dziwować
I spornym biegom z bliska przypatrować.
.....Niech się nacieszy nieboga do woli,
A ciało które odpoczynek woli,
Niechaj tym czasem tęsknicy nie czuje
A co to nie żyć — w czas się przypatruje.

Nie prawdaż, że ta dusza wśród snu ulatująca pod gwiazdy, przypatrująca się światom, jest poetycznym obrazem, a ciało co się umiérać uczy?
Wielu innych pieśni, w których piękności wyrażenia świécą na każdém miejscu, bo w nich cały jenjusz Jana, cytować już nie będziemy. Myśli ich zawsze prawie jedne, myśli nie wymuszone, nie wydarte gwałtem z siebie, ale naturalną koleją do serca i z serca przychodzące. Oto jeszcze śliczny wiérsz do miłości, którego pominąć nie można (X. IV. XXVI).

Ciebie na pomoc wzywam, ciebie o miłości —
.................
Która spornych żywiołów gniéw spinasz łańcuchem
Dna morskiego i nieba sięgasz swoim duchem,
Lwom srogość odejmujesz i żubrom północnym
Użyte serce dajesz bohatérom mocnym i t. d.

W wiérszu tejże księgi do Jana, jakże to piękny, prost ze zbolałego serca pochodzący wykrzyknik (IV. XXXVI).

Czyś ludzi nieznał? czyś tak rozumiał nieboże
Że ciernie inszy owoc, niż tarki dać może?
Abo wilk nie miał szkodzić rogatemu stadu?
Abo wąż miał za czasem przestać swego jadu?

Taki jest wszędzie wielki ten nasz poeta, im głębiéj wczytujesz się w niego, tém większe odkrywasz w nim piękności. Na tém tle jasném, spokojném, wspaniałém, myśli wielkich, narodowych, religijnych, wykwitają cudnéj barwy i oblicza kwiaty poetyczne, wyrażenia zdumiewające obrazami, odcieniami, delikatnością a nawet siłą. Wprawdzie w Kochanowskim, ta siła tak jest pohamowana reflexją, że się rzadzéj ukazuje, ale znajdziecie ją w satyryku częściéj niż w poecie liryku, co naprzód i przedewszystkiem wylewa się ze swą rezygnacją chrześciańską i znosząc wszystko co Bóg zesłał, jak Bóg przykazał, nie użala się bardzo, nie narzeka zbytecznie, nie rozpacza, bo zna świat, zna ludzi, nieroił wielkich nadziei, a zatem nie doznał wielkich zawodów.
Słyszeliśmy i słyszémy głosy, wymawiające imie Jana Kochanowskiego, z niejaką pogardą, powtarzające trywjalny zarzut, że nie jest narodowym, że czysto naśladowca tylko, tłumacz, nic nie stworzył własnego, cudze myśli przeléwał, cudzego kroju wiérszami. Przyszło nawet do śmiesznego, dziecinnego zarzutu, że myśli jego często chodziły w mitologicznéj szacie. A jakżeście chcieli aby chodziły u człowieka, co wyssał, co strawił pół wieku na nauce wzorów klassycznych, co wyssał sztukę ze starożytnych, języka poetycznego w nich się wyuczył, kochał swe wzory i uważał je za niedoścignione; gdy papieżowi wolno było w bullach używać Dijs dla łaciny i zwać się Pontifex. Maximus, chcecie zabronić Janowi, używać Muzy, Jowisza i Apollina? Były to w owych czasach symbola tyle myśli jedném słowem wyrażające, tak poetyczne, tak wygodne a razem tak dokładne, że bez nich obejść się nie mógł poeta. Cały świat w ówczas pisał témi przyjętémi, że tak powiém — znakami, i unarodowieniem, przyjęciem historij starożytnych krewnił się z tym światem wzorem, co go tak ubóstwiał, bo nie widział mu równego, a miał słuszność kochając go, kochał w nim bowiem doskonałość sztuki, piękność najwyższą jaką widział.
Jak Janowi mitologją, zważywszy wiek w którym żył, zarzucać można, niepojmujemy zupełnie. Myślicież że ón tak wszędzie, lada dla czego, bez braku, bez potrzeby, bez miary nią szafował?? Jest to największy fałsz w święcie. Czytajcie a przekonacie się sami, że prawie z konieczności, z musu tylko wspominał te Bogi, którémi się tak brzydzicie. Ale czemuż Shakspearowi, co często także o mitologją bez potrzeby nawet i bez uczucia jéj zawadzał, nikt tego nie wyrzuca i za złe mu jéj niéma??
Gdzie tylko Jan Kochanowski, ma przed sobą przedmiot narodowy, obyczaje własnego kraju, tam ón najzupełniej zapomina o mitologicznych bóstwach. W Sobotkach naprzykład, prześlicznych Sobotkach, które natychmiast rozbiérać, a raczéj przywodzić tylko będziemy, raz tylko Faunów jakby przypadkiem wspomniał, a bajkę o Filomeli i Prognie opowiadając, przerobił ją tak, że nazwisk nawet nie wspomniał, jakby proste podanie gminu z niéj tworząc. Co więcéj, zaraz w następującéj strofie, silne uczucie miejsca i czasu ozwało się. W Satyrze, tak czuł niestosowność swego Satyra, że niémając kim go zastąpić, a niewiedząc znów jak go postawić przed współczesnemi i w usta mu dać dzisiejsze myśli i zdania, ochrzcił Satyra nieboraka. Inaczéj, jakby mówił o religij? W pieśniach prócz tłumaczonych i naśladowanych, niezmiernie jest mało mitologij, w innych ani znaku, ani śladu. Daleko więcéj jest w Naruszewiczu, często daleko nie stosowniéj. A chcieliścież aby jéj nie było w odprawie posłów, téj ślicznéj płaskorzeźbie surowego greckiego dłóta, chcieliżeście aby marząc o Urszuli utraconéj, nie przyszła mu na myśl bajka która z świata duchów starożytności pogańskiéj? Czémże wówczas mógł zastąpić ten świat poeta“? W XVI wieku, uważano by za świętokradztwo wprowadzenie obrazów i machiny do poezij świeckiéj, z ewangelij, pisma i podań kościoła; one wówczas nie były dla igraszki, nie dla poetyckich wykręcań, ale dla serca, dla duszy. Ewangelia, nie postąpiła jeszcze wówczas jak dziś, na miejsce mitologij, co niestety dowodzi, że w nią nie wierzą, kiedy jéj nie szanują.
Dowiedźmy tu naprzód, że Jan lubił przedmioty narodowe i brał je często, dowiedźmy to przykładami.
Oto naprzód (Xiega I. VII) Pieśń narzékająca na spustoszenie Podola przez Tatarów; przedmiot narodowy i duchem narodowym przejęty, posłuchajmy wymownego żalu poety:

Wieczna sromota i nie nagrodzona,
Szkoda Polaku, ziemia spustoszona,
Podolska leży, a pohaniec sprośny
Nad Niestrem siedząc dzieli łup żałośny
Niewierny Turczyn psy zapuścił swoje
Którzy zagnali piękne łanie twoje,
Z dziećmi pospołu: a nie masz nadzieje
By kiedy miały nawiedzić swe knieje, etc.
...............
Zbójcę niestety! zbójcę nas wojują,
Którzy ani miast, ani wsi budują,
Pod kotarami tylko w polach siedzą,
A nas nierządnych ach! nierządnych jedzą!
Tak odbieżałe stado więc drapają
Rozbójce wilcy, gdy po woli mają,
Że ani pasterz nad owcami chodzi,
Ani ostróżnych psów za sobą wodzi i t. d.

Dalej następuje to wezwanie do wojny:

Wsiadajmy! Czy nas półmiski trzymają,
Biédne półmiski, czego tu czekają.
To pan, i jadać na srébrze godniejszy,
Komu żelazny mars będzie chętniejszy.
Skujmy talérze na talary skujmy,
A żołniérzowi piéniądze gotujmy.
Insi to darmo po drogach rzucali,
A my nie damy byśmy cało trwali??
Dajmy, a naprzód dajmy sami siebie,
Ku gwałtowniejszéj chowajmy potrzebie
Tarczy niż piersi, piérwéj nastawiają,
Próżno przebici puklerza macają...

Wybór króla jest przedmiotem innéj pieśni (I. X.) gdzie poeta religijny i głęboko wierzący w Opatrzność, na Boga spuścić go radzi. Było to w czasie Elekcij Stefana, jak się pokazuje z kilku strof téj pieśni, wspominających ucieczkę Henryka.

Precz krasomówcy! wywody na stronę,
A my gdzie w polu na słupie koronę,
Zawieśmy złotą, jeśli nie mędrszemu,
Niech ją da szczęście przynajmniéj rętszemu.

Pieśń trzynasta, opiéwa jedno ze zwycięztw Stefana. Hymn to narodowy, poczynający się dziękczynieniem Bogu.

Panu dzięki oddawajmy,
Jego łaskę wyznawajmy,
Który hardym mięsza rzeczy,
A skromnych ma na swéj pieczy.

On hardy, nieunoszony,
On tyran północnéj strony —

Zdajem się słyszéć psalmistę, opiéwającego zwycięztwo Izraela.
W pieśni XXIX, co to za prześliczny obraz:

Gdzie pójdę wszędy widzę polskiéj siły znaki:
Tu do Czarnego morza jeszcze świéże szlaki,
Tu droga znakomita przez śniéżne Bałchany,
Tu psie pole, a sam brzeg pruski zwojowany
A ktoby oczy podał jeszcze w głębsze lata,
Przodkom naszym wielka część hołdowała świata.

Bo od zmarzłego morza, po brzeg Adrjański
Wszystko był opanował cny naród Słowiański.

Równie narodowéj treści, jest zaraz następująca pieśń, na śmiérć Jana Tarnowskiego K. Krakowskiego, do syna jego Krzysztofa. Jest to poważna, ale zimna pociecha, pełna téj rezygnacij i spokoju, jakie zawsze towarzyszą, wszelkiemu uczuciu Kochanowskiego. Jest tu ku końcowi téj elegij, piękny obraz.

Na koniec pełen wieku i przystojnéj chwały,
Sam się prawie położył, jako kłos dostały!

A taż pieśń, w któréj wzniesiony w krainy podniebne, widzi duchy królów i po kolei je wita. (Xięga II. IV).

.....widzę mężne Bolesławy
Przez których dzielność i stateczne sprawy
Polska széroko swych granic pomknęła
I serce wzięła!

...............
Tuż z Alexandrem Zygmunt za którego
Polska zakwitła, a po długim boju
Wytchła w pokoju.

Pełno jest pieśni z przedmiotów narodowych u Kochanowskiego. Tak w VII (Xięga II) znać oczekujący nocą na przybycie królewskie (Stefana) śpiéwa zachęcając do boju, i jakże wymownie:

Prze Bóg! tycheśmy ojców dzieci, czyli
W tak krótkim wiekuśmy się wyrodzili.
Święty pokoju, tę masz wadę w sobie,
Że ludzie radzi gnuśnieją przy tobie.

Zacytujem tu jeszcze wiérsze do J. Konarskiego Bisk. Poznańskiego, do młodego Radziwiłła (II. XXVIII. XXIX) i do Mikołaja Firleja (Xięga III. XIII). Niezmiernie znowu od tych, więcéj jest pieśni, w których maluje obyczaje swojego wieku, okazując się w nich wybornym Satyrykiem, pełnym dowcipu, często oburzenia, częściéj dojmującego szyderstwa. Jedną z wad którą najchętniéj ohydzał, było pijaństwo, zbytek i niezgody. U Jana Kochanowskiego Satyra przebiéra się rozmaicie, w piosenkę, w list, w odę; ale to zawsze Satyra, co maluje żywo czas, obyczaje i odkrywa śmiészną stronę, słabą stronę, aby w nią silnie uderzyć. W tych satyrycznych ucinkach Kochanowski nieustępuje nikomu, nawet wielkim naszym Satyrykom XVIII wieku. Przebieżmy tę najciekawszą może część poezij, wskazując na nieporównanej piękności i prawdy obrazki, w niej zawarte.
Oto naprzód (I. XXVI) dowodzenie jak źle się dopijać przyjaciół w bankietach. Co to za śliczne i jak pełne dowcipu zakończenie.

.....począwszy od stworzenia świata,
Aż po te nasze ostateczne lata,
Ledwie par kilka w dziejach opisano
Które za prawe przyjacioły miano.
A my się tego piwem dopić chcemy?
Za prawdę lekce przyjaźń szacujemy.

W następnéj pieśni, ta sama myśl dramatycznie przedstawiona.

Prze zdrowie gospodarz pije,
Wstawaj gościu — A prze czyje?
Prze królewskie — powstawajmy,
I także je wypijajmy.

— Prze królowéj! wstać się godzi
I wypić. Ta za tą chodzi.
— Prze królewnéj! — Już ja stoję
A podaj co rychléj moję.

— Prze biskupie! powstawajmy
Abo raczéj nie siadajmy
Ta prze zdrowie Marszałkowe,
Owa gościu wstań na nowe.

Ta prze Hrabię — Wstańmy tedy,
Odpoczniemże nogom kiedy?
Gospodarz ma w ręku czaszę
My wiédzmy powinność naszę.

Chłopcze wymknij ławkę moję
Już ja tak obiad przestoję.

A daléj, co to za pełen prostoty obrazek, w rozmowie pana z włodarzem.

— Pijże włodarzu — Panie jużem podpił sobie
Pij ty przed się. Dziękuję jako panu tobie.

Mało już nic mam za swe, a człowiek się boi
By z słówkiem nie wyleciał, co więc chmiél rad broi.

Pij ty włodarzu i mów coć się będzie zdało
Prosto jako za naszych ojców więc bywało.
— Tak ci bywało panie, pijaliśmy z sobą,
Ani gardził pan kmiotka swojego osobą.

Dziś wszystko już inaczéj, wszystko spoważniało,
Jak to mówią — postawy dosyć — wątku mało!

W xiędze II pieśń X, jest także rodzajem patetycznéj Satyry. Ostatni w niéj obraz, całkiem satyryczny.

Nie umié syn ślachecki na koń wsięść na łowy
Na dziki zwiérz z oszczepem jechać nie gotowy,
Lepiéj kufla świadomy, albo kart pisanych,
Każesz li dać i kostek prawem zakazanych.

Więc ojciec krzywo przysiągł, wydarł sąsiadowi,
Gotując niegodnemu spadek potomkowi
I przybywać ma rzkomo, ale niewiém czemu,
Zawsze na czymścić schodzi państwu niesporemu.

Doskonałą Satyrą, jest XXI pieśń (Xigga II) humor tu nawet satyryka.

Czołem na cześć, łaskawy mój panie sąsiedzie,
Boże nie daj u ciebie bywać na biesiedzie —
Każesz mi pić prze dzięki twe przemierzłe piwo,
Że do dna nie wypijam patrzysz na mnie krzywo.

Wszystkoć wadzi, boć na nos biédna mucha padła,
Rzucasz głową i mniemasz, że cię do krwi zjadła.
Od stołu żonie każesz, fukasz na pachołki,
Wyciskałeś talérze, wyciskasz i stołki.


Patrzaj djablo, że się tu i gościom dostanie
Gniéwaj się jako raczysz, tylko nie léj panie,
Bo ja w tém piwie twojém roskoszy nie czuję,
Zdrowie rad mam od ciebie, kufla nie przyjmuję,

Jeślić osiowo idzie, kto więcéj pić może,
Dajęć przodek w tym męztwie, sam pójdę na łoże,
Już ty bądź w tym rycerzem, co piwo usieczesz —
Tego niewiém, jeśli przed chłopem nie ucieczesz.

Jeśli téż tak rozumiész żebyś mnie częstował —
Męczysz mnie nie częstujesz — tociem podziękował.
Chcesz mnie uczcić — Dajże mi dobrą wolę w domu
A niechaj po niewoli nie pełnię nikomu

................

I tak we łbie rozumu po trzeźwu nie wiele
A ostatek chcesz zalać w to miłe wesele,
Niech raczéj nic nie będzie — mali go być mało!
Radoby niebożątko z mózgu oszalało.

Więc téż wojna bez wici — gospodarz się wierci
Porwoniście zabitéj na ostatek śmierci.
Do tylam was rozwadzał, aż mi się dostało
Bijcie się póki chcecie — mnie tam na tém mało.

Kufle lecą jako grad: a drugi już jęczy,
Wziął konwią aż mu na łbie zostały obręczy
Potém do arkabuzów — a więc to biesiada?
Jeśliście tak weseli, jakaż u was zwada?

Nazajutrz się jednają — przed się go naléwaj,
A kto z nieżadnym głosem przed pany zaśpiéwaj.
.................

Bodajże wam smród w gębę, mili pijanice,
A trąd na twarz, bo żona lubi takie lice.
Krzywe nogi na starość, nieobrotnéj szyje,
Krom klątwy, kto będzie żyw, snadnie się dopije.

Ten obraz bankietu ślacheckiego, nie jestże wyborny? A co za dowcip w opowiadaniu, jak trefne ucinki.
Mnóstwo jest podobnych obrazków z żywego świata wziętych u Jana. Taki i następny (II. XXII) z dość pospolitego poetom rzymskim tematu, do staréj zalotnicy. Taki jeszcze anakreontyk pijaczy (XXIII).

Niech się tu nikt z państwem nie ozywa
Ani z nami powagi używa
Przywileje powieśmy na kołku,
A ty wedle pana siądź pachołku

Tam dobra myśl nigdy nie postoi
Gdzie z rejestru patrzą co przystoi
A powiém wam, że się tym świat słodzi,
Gdy koleją statek i żart chodzi i t. d.

Żale fórty (może naśladowane) (II XXVII) niczém inném nie są tylko satyrą na nierządnicę — początek ich tylko tu przywiedziem.

Użałuj się kto dobry a potłucz zawiasy
I mnie samą wrzuć w ogień, bo przez te niewczasy
Dobrze już nie szaleję, ja fórta strapiona
Jednak mnie ten bezmierny niepokój dokona.
................
Co tu za méj pamięci powrozów stargano,
Wrzeciądzów ukręcono, młotków skołatano,
Teraz już głowicami łotrostwo mnie tłucze
A ubogi gospodarz kryje się pod klucze.

W pieśni do Arcy-Biskupa Gnieźnieńskiego, jaki to piękny obrazek. (III. XI).

W jakiéj tęsknicy domu pozostały
Wygląda ojca miłego syn mały,
Który mu kupić jarmark obiecował
Gdy się do miasta rano wyprawował.
Więc się kłopoce co tam ojciec trzyma
Mniemając że ón inszéj sprawy niéma
Jeno pas kupić, abo czapkę nową
Abo nakoniec kukłę szelągową
A ten czego dom za się potrzebuje
Tym czasem chodząc po targu kupuje,
Tu sól, tu garnce, tu kocioł miedziany,
Tu krój, tu lemiesz, tu wóz okowany.
Aż nic nakoniec niéma w pęcherzynie,
Syna wzdy szklanna banieczka nie minie.

I gdzież tu proszę ta wyrzucana mitologia, którą tak ma być przesycony Kochanowski? Nie sąż to obrazy narodowe, krajowe, swoje własne.
Pieśni Święto-jańskie o Sobótce, naprzód są z myśli narodowéj, ale i wykonaniem zbliżył się w nich wielce poeta do gminnych, prostych, sielskich piosnek.
We wstępie rozpala poeta ognie, rozsypuje tłum widzów, bąki grają, echo powtarza, siadają na murawie i występuje sześć par dziéwcząt bylicą przepasanych. Piérwsza śpiéwaczka tłumaczy że Sobótka od najdawniejszych czasów palona bywała; potém biorąc z tego treść pieśni, do zachowania dawnych świąt i zwyczajów zachęca. Wszędzie prostota wyrażeń prawdziwie wiejska, gminna, a poetyczna.
Druga śpiéwaczka jakże wesoło poczyna, jak naiwnie, zupełnie tonem piosnki gminnéj.

To moja największa wada,
Że tańcuję bardzo rada.
Powiédzcie mi me sąsiady?
Jest tu która bez téj wady?

W pieśni trzeciéj, wyśmiewają pijaka — co ciągnął kota. Jak naiwnie poczyna się czwarta:

Komum ja kwiateczki rwała
A ten wianek gotowała?
Tobie miły nie inszemu
Któryś sam mił sercu memu.

Początek ten komum i t. d. jest zupełnie zwrotem prostéj piosnki gminnéj.
W piątéj prawdziwie wiejskie opisane zaloty, i ten wyborny Szymek co nieustannie na trzewik dziewczynie następuje,

A powiada że miłuje.

W szóstéj malowniczy, a prosty obraz lata i nadziei zbiorów z pola. W siódméj ofiaruje się dziewczyna iść ze swym miłym na łowy, co chętniéj poluje niż tańcuje albo pije; gotowa za nim ze psy leciéć i siéci mu zastawiać.
Ósma, pastusza:

Pracowite woły moje
Przy tym lesie chłodne zdroje,
I łąka nieprzepasiona
Kosą nigdy nie sieczona.

Tu wasza dziś pasza będzie,
A ja mając oko wszędzie,
Będę nad wami siedziała
I tym czasem kwiatki rwała.
............
Pracowite woły moje,
Wam płyną te chłodne zdroje,
Wam kwitnie łąka zielona,
Kosą nigdy nie sieczona.

W dziewiątéj pieśni, co się tak ślicznie poczyna, opisana historja Filomeli i Progne, ale przez dziwne przyzwoitości uczucie, imiona ominione i zrobiono z niéj zupełnie powiastkę gminną, po prostu opowiedzianą.

Ja płaczę a żal zakryty
Mnoży we mnie płacz obfity.
Spiéwa więzień okowany
Tając na czas wnętrzne rany.

Śpiéwa żeglarz, w cudze strony
Nagłym wiatrem zaniesiony
I oracz ubogi śpiéwa,
Choć od pracy aż omdléwa.

Śpiéwa słowik na topoli
A w sercu go przed się boli,
Dawna krzywda i t. d.

W piosnce téj historja Filomeii, stała się bajeczką gminną, którą wybornie w pieśń włożył poeta. A zaraz ukończywszy ją woła autor, jak by się wymawiał.

Chwała Bogu, że te kraje
Niosą insze obyczaje,
Ani w Polsce jako żywy
Zjawiły się takie dziwy.

W pieśni dziesiątéj kochanka narzeka na miłego co ją opuścił i na wojnę odjechał. W jedenastéj opis wdzięków cudnéj Dosi, zakrawa na rubaszność, tak usilnie poeta szukał prostoty i naiwności wiejskiéj. W dwunastéj jest tu pochwała wsi, tak popularna, którą wszyscy na pamięć umieją — Obraz prześliczny, zawsze z tém staraniem o prostotę wiejską wykonany. Dla nas, niema wątpliwości, że Jan Kochanowski, do pieśni o Sobótce, natchnąć się musiał gminnemi piosenki, a nawet w wielu miejscach za temat ich użyć, za prototyp swoich. Z wielką sztuką idzie w ślad za myślami ludu, za najzwyklejszemi jego uczuciami, za tém co go porusza, co go weseli, co go smuci. Wszystkie te śpiewające dziewczęta, prócz dworki, co gdzieś o Filomeli zasłyszała i po swojemu to wyśpiéwuje: prawe wiejskie dziewochy, pieśni ich nie uczone, ubrały się tylko w rym gładszy i świąteczną jakby szatę.
W Sobótce jest Kochanowski narodowym, o ile nim tylko swojego czasu być mógł, a więcéj niż ktokolwiek po nim był, aż do XIX wieku; bo późniejsi wszyscy niepojmują ani poezij gminnéj jak ón, ani przypuszczają ją za piérwiastek dla sztuki — ón to jeden daje przykład studjowania natchnień gminu w XVI wieku i jeden tylko tworzy w jego duchu, nie rojąc sobie jakiegoś konwencjonalnego pastuszego ludu, ale z prawdziwego biorąc wzory.
Jeszcze tylko kilka obrazków, z pieśni, na dowód narodowości Jana, o którą nam wielce chodzi. Oto naprzykład (IV. X.) jeden z najrzadszych u Kochanowskiego, bo w nim sam się ukazuje:

Pawle, rzecz pewna u twego sąsiada,
Możesz długiego nie czekać obiada.
Bo w méj komorze szczéra pajęczyna
W piwnicy także coś na schyłku wina.
Ale chléb (wedle przypowieści) z solą,
Każę położyć przed cię z dobrą wolą.
Muzyka będzie, pieśni téż dostanie,
A k temu płacić niepotrzeba za nie.
Bo się tu ten żmij rodzi tak okwito,
Lepiej daleko niż jęczmień i żyto.
Przeto siędź za stół mój dobry sąsiedzie,
Boś dawno bywał przy takiéj biesiedzie,

Gdzie śmiéchu więcéj niż potraw dawają,
Ale poetom wszystko przepuszczają.

Innego rodzaju jest obraz w pieśni XXI (Xięga IV) do Wojewody. Czarny koloryt jego zaraz w końcu uczuciem religijném się wyjaśnia. Albo jeszcze w pieśni XXXVII do Stanisława Wapowskiego, gdzie tak dawne czasy maluje:

Szczęśliwe czasy kiedy giermak stary
Był tak poczciwy jako te dzisiejsze,
Jedwabne bramy coraz kosztowniejsze.
Wprawdzieć nie było kosztu na maszkary
Ale był zawsze koń na stajni rzéźwy
Drzewo, tarcz pewna i pancerz na ścianie,
Szabla przy boku, sam pachołek trzeźwy
Nie szukał pierza wyspał się na sianie
A bił się dobrze! Bodaj tak uboga
Dziś była Polska — a poganom sroga.

Chcecież jeszcze więcéj dowodów narodowości Kochanowskiego, nie jestli jeszcze jawna, że wszystko czerpał z siebie i ze świata co go otaczał. Późniejsi następcy, naśladowcy, weszli już w ten świat konwencjonalnych myśli, którego ón jeszcze nie pojmował. W nim wszystko albo starożytne, albo własne swoje, rodowite polskie. On zawsze oryginalny sam sobą, nie naśladuje nigdy. Ma sobie właściwy sposób widzenia świata, malowania go, własną wzniosłą moralność, chrześciańską, spokojną, i język swój, co go sam stworzył, a który my mu winniśmy. Wieki późniejsze co po nim przepłynęły, więcéj mu ujęły, niż dodały. Obrazy Jana są zawsze wspaniałe, wielkie, ciche i pogodne, mniéj dobrze maluje burzę, bo jéj w życiu nie czuł i niepojmował przy swéj rezygnacij i pokoju duszy, bo w niéj nie było ani ciało, ani dusza jego. Drobne przygody jego żywota odbijają się w poezjach z cudowną wiernością rysów.
Patrzcie, jak pięknie maluje naturę, jak trafnie wystawia ludzi. Jego natura i ludzie przy całéj swéj prawdziwości, mają zawsze cóś idealnego, wzniosłego, czystego; nigdy nie pokazuje strony ich czarnéj, gorszéj, plamistéj. Celując w obrazach swobody, wesela, albo cichego smutku, gdy zechce wyśmiéwać, szydzić, wywięzuje się z satyry, z dowcipem nieporównanym, z jakąś naiwnością, dobrodusznością, wzbudzającą tém szczérszy uśmiech, że opowiadać zwykł rzeczy zabawne, wesołe, z zupełną powagą i serio. Jaki to malarz-satyryk w tych urywkach cośmy je wyżéj przywiedli, a prócz nich w wybornych swych Fraszkach. Jak chrakterystyczne natrafiamy w nich postacie, zacnych sąsiadów, i tak zwanych przyjaciół i cudackich czupiradeł.
Kochanowski, powtarzamy, — zawsze jest sobą. — Duch jeden w całych jego poezjach, a duch to narodowy i religijny nadewszystko. Duch ten, moralność Kochanowskiego jest obrazem ducha narodu, który odbił się w swoim poecie. Zdania jego stały się popularne jak przysłowia, a pieśni niektóre przeszły po części w najulubieńsze cytaty. Takiemi są w części lub całości, xięgi piérwszéj: XIX. XXIII. II. XIV. XXX. III. IV i t. d. i t. d.
O Bogu, o świecie, o ludziach, przeciwnościach, nieszczęściu, miłości, kobietach, i t. d. i t. d. zdania Jana były zdaniem ogółu u nas, i to nawet nie w jego tylko epoce, ale przez dwa wieki późniéj do naszych dni prawie. Czy cieszy w przeciwnościach, dodaje ducha, krzepi, czy zachęca do dzbana, czy o ukochanym mówi kraju, o młodzieży, o kobiétach, czy o Bogu, o przyszłości, zawsze to stary Polak kontuszowy, którego myśli nikt się z potomków nie zaprze, którego zdania cały świat Polski podzielał. Duch jego jest prawdziwie narodowym, naszym, nawet nałogi, plamki, przywary, swojskie a niepożyczane. Miły mu dzbanek, widzicie, miły mu gość od Boga zesłany, miła przystojna biesiada, wioska i rola, zachęca do oręża, do konia, do łowów; miły mu nadewszystko kraj własny, droga jego pomyślność. Lubi źle wróżyć o przyszłości i gdérać, o wychowaniu prawiąc, całe gruntuje na koniu i szabli, na rozwinieniu siły fizycznéj i męztwa. Głęboko w sercu ma wiarę i brzydzi się reformą, o którą się jednak otarł, i białą swą szatę o nią z tyłu, choć tego niepostrzega — osmołił trochę. Powtarzam, swój ón, narodowy i nie naśladowca wcale. Chcecie li wiedziéć co utworzył? Oto cztéry xięgi prześlicznych, różnobarwnych pieśni, Satyra, Proporzec, Odprawę posłów, Pamiątkę Janowi Tęczyńskiemu, Fraszki, Muzę, Zuzannę, Marszałka i t. d. Alboź jeszcze mało?
We wszystkich tych utworach swoich, jest narodowym i duch jego nie przesiąkł cudzemi wyziewy, za granicą nawet, nie zaraził się temi nowinki, co tak w ówczas smakowały wszystkim.
Przywykliśmy dziś do utworów, w które człowiek wléwa co tylko ma porządnych i nieporządnych passij, co tylko ma siły, co ma namiętności, ognia i życia. Przyszła do tego z zbytniej wprzód słabości, w zbytek siły (któren jest także chorobą) przerodzona literatura; że w nią jak w brudną rynwę, zléwają się resztki potraw wykwintnych i pomyje gorące; wszystko co jest w człowieku bezwstydnie nagie, w niéj się ukazuje. Nie tak było dawniéj, i tego rodzaju siły, ognia i życia, co czytelnika z zawiasów wysadzają, co mu burzą głowę i rozbijają piersi, nie szukać w Kochanowskim.
On podobien jest wielkiéj, wspaniałéj, cichéj rzece, co pławi spokojna bogate dary ziemi do odległych krain; na jéj brzegach naprzemian świetne, pogodne lub chmurne, ale wspaniałe zawsze, ale jednostajnie ślachetnego oblicza widoki. — Ona sama posuwa się wolno i połową odbija niebiosa, a skrajami tylko ziemię przez którą przechodzi. Nasz Jan wstydziłby się był pokazać w swych pieśniach głębokie wnętrze duszy, w któréj zakąty często się wciskają brudy nieoddzielne od człowieka. On co miał takiego w sobie, spowiednikowi tylko, tylko westchnieniem żalu nad sobą, Bogu powierzał.
Jeśli jest w nim czasem coś obnażonego, swawolnego, nie przepisujemy tego tym przyczynom, które dziś swawolę nagą w literaturę wiodą. On o tyle się tylko obnażał, o ile jego wieku zwyczaje wymagały, o ile starszych przykłady, utorowaną drogą wiodły go ku temu, a zawsze o ile dozwalała przystojność. Swawolny jego żart, częściej też jest po prostu żartem tylko, swawolą, wesołém szczebiotaniem, passij niéma w téj swawoli, niéma namiętności jak dzisiaj. Dzisiaj wszystko się opisze, co się myśli, co się poczuje w sobie, począwszy od wszelkich chorobliwych ciała wzruszeń, aż do wszystkich najdzikszych myśli duszy naszéj, myśli występnych, które bezwzględnie obnażamy, jak gdyby tym wszetecznym ogniem mogła się rozgrzać literatura, miał się dowodzić poetycki zapał. Dawniej tak nie było. Ón, gdy swawoli nawet, miarkuje się, i zwierzęcej strony człowieka, a chuci jego nago nie pokazuje, żartuje z nich na zimno, nie rozpala niémi słuchacza. Patrzcie jak zawsze umiarkowany, poważny, jak moralny nawet w najmniéj moralnych swych pieśniach, które podyktowała namiętność, ale tuż stał na straży wstyd, rozsądek, szacunek samego siebie i ludzi. W najwolniejszych powiastkach, gdy mu na pióro wleci myśl płocha, pusta, jest to realnie myśl tylko płocha, ale nie namiętna, nie buchająca czarnym passij dymem. Swawola jego jest tylko swawolą, nie zaraża, nie rozpala. Wymówić go jeszcze można tam gdzie swawolny. Przykładem greckich i rzymskich poetów dawnych, ulubionych wzorów ówczesnych, co wskazywali drogę, pierwsi bezwstydnie się obnażywszy; po nich Europa XVI wieku, w swych epigrammatach i ucinkach, wzięła dziedzictwo swawoli i patent bezwstydu. Piękna dykcja i trochę dowcipu były im exkuzą; — wziął to za wymówkę i nasz poeta, choć najmniéj w tém i dawnych i współcześnych sobie naśladował. Z resztą małéj téj ilości swawolnych ucinków i fraszek, nawet wymawiać i tłumaczyć nie widziémy więcéj potrzeby. Idziem daléj z rozbiorem naszym.
Treny Kochanowskiego, są wybuchem żałości rodzicielskiéj, po śmierci najulubieńszego dziecka, żałości już w piérwszém gwałtowném objawieniu się jéj, przecierpianéj, utulonéj, a w cichy, długi zmieniającéj się smętek, wylewający się powoli, w natchnionych bólem, poezjach. Nie jest to zimny jak w Klonowiczu na śmierć Kochanowskiego trenach, utwór; — sztuczne wzbudzenie żałości i sztuczny jéj wyraz, jest to prawdziwy ból, prawdziwa skarga ojcowska, z rany już zaskrzepłéj a jeszcze boleśnéj płynąca.
Nieskończona tu liczba pięknych obrazów i wybornie wyrażonych uczuć. — Tak w piérwszym trenie, to porównanie do węża połykającego ptaszęta:

Tak więc smok upatrzywszy gniazdo kryjome
Słowiczki liche zbiéra, a swe łakome

Gardło pasie: tym czasem matka szczebioce
Uboga, a na zbójcę coraz się miece.

A nieco niżéj, jak pełen boleści nieudanéj więc prostéj, ten wykrzyk z duszy:

Próżno płakać podobno drudzy rzeczecie!
Cóż prze Bóg żywy, nie jest próżno na świecie,
Wszystko próżno!!....

Poczęcie trenu drugiego, jak i wszystkie one, nadto są znajome, abyśmy je wypisywać tu mieli. Ze wszystkich poezij Jana, podobno treny, największą sprawiedliwość u ludzi znalazły i najłacniéj do serc trafiły. W trenie trzecim, jaki smutek rozlany, jak śliczne zakończenie, wzywające dzieciny, aby mu się przybywającemu na świat lepszy z rączkami na szyję rzuciła. We wszystkich dalszych trenach ten sam żal się rozléwa rozmaicie obrazowany, w piątym ta podcięta oliwka, co powoli więdnieje i usycha, w szóstym widziémy nieporównane dziécię, żegnające matkę i ojca przed śmiercią i szczebiocące jeszcze usteczkami co się za chwilę zamknąć mają. Daléj z jakimże smutkiem pogląda na pozostałe ubiory i sprzęty, co Urszulę przeżyły; a ona wzięła tylko z sobą koszulkę, czepeczek, a od ojca bryłkę ziemi pod głowę — I nic więcéj — Wierzym czytając, że poeta płakał, a łzami pisał.
W ósmym widziemy ten dom pusty, w którym jednéj maluczkiéj duszy zabrakło, a tak wiele z nią ubyło — taka cisza, taka samotność — Ojciec milczący, matka płacze — i cicho — cicho, niéma rozśmiać się komu — z każdego kąta żałość człowieka chwyta.
W następnym trenie odzywa się poeta, do mądrości nieczułéj, stoickiéj co uczy wszystko znosić, a na nic nie narzekać. Szedł i ón do takiéj mądrości, ale teraz jedna bolesna strata, z niéj go zrzuciła.
Pyta gdzie się podziała dziecina? Czy w słowika zamieniona, czy w czyścu zmywa plamkę, jeśli jaką miała — czy po śmierci poszła, kędy pierwéj była? I wzywa jéj:

Pociesz mnie jako możesz, a staw się przedemną
Lubo snem, lubo cieniem, lub marą nikczemną.

W jedénastym trenie, żal przywodzi go do rozpaczy, sam nie wié za co padła na niego boleść taka, za co go los tak srodze dotknął. Miarkuje się jednak w końcu — Opisanie nie zwyczajnych dziécięcia przymiotów, zajmuje tren dwunasty, a jeśli zważym, że Urszulka, miała, jak autor powiada, półtrzecia roku (30 miesięcy) tém dziwniejszemi się one wydadzą. Obraz téj dzieciny, prześliczny, ojcowskie serce go malowało. Wyrażenia wszędzie dziwnie dobrane, dziwnie delikatne. Porównanie zjawienia się tego dziecięcia na świecie do snu, w trenie XIII prześliczne i naturalne:

Omyliłaś mię jako nocny sen znikomy,
Który wielością złota cieszy zmysł łakomy
Potém nagłe uciecze, a temu na jawi
Z onych skarbów, tylko chęć a żądzę zostawi.

W trenie XV, znowu żywsze, i prawie rozpaczliwe głosy słyszéć się dają:

Nieszczęsna matko (Niobe)
Gdzie teraz twych siedm synów i dziéwek tak wiele,
Gdzie pociecha? gdzie radość? gdzie twoje wesele
Widzę czternaście mogił, a ty nieszczęśliwa,
I podobno tak długo nad wolę swą żywa,
Całujesz zimne groby —
Takie więc kwiaty leżą kosą podsieczone,
Abo dészczém gwałtownym na ziemię złożone.

W trenie XVII z zwykłém sobie uczuciem religijném do Boga się odzywa i woła z głębi duszy:
Muszę płakać — o mój Boże! Kto się przed Tobą skryć może? </poem>}} W ostatnim, matka Jana pokazuje mu się we śnie, z Urszulą na ręku:

Taka jak po paciórek do mnie przychodziła,
Skoro z swego posłania rano się ruszyła,
Koszulka na niéj biała, włoski pokręcone
Twarz rumiana, a oczki do śmiechu skłonione.

Co to za śliczny obraz!
W pocieszającéj mowie matki, pełno najpiękniejszych myśli. Tak naprzykład:

Ziemia się w ziemię wraca, a duch z nieba dany,
Miałby zginąć, ani na miejsca swe wezwany?

Spokojność niebieska świéci nad mową ducha, co z niebios zstąpił, aby strapionego pocieszyć. W ogólności treny są dziwnie pięknym poematem, pełnym uczucia i obrazów — Prawdziwa to poezja, strugą łzawą z serca płynąca. W trenach nie tylko się poeta ukazuje, ale człowiek, czuły, przywiązany, umiejący kochać — odsłania się w nich życie jego prywatne, co dnia każdego, poczynało się modlitwą dzieci u ojcowskiego łoża.
W Muzie, poeta chciał zda się pocieszać myślami o zacności poezij, o poetów losie, w zapomnieniu a pogardzie współcześnych. Niewierny do jakiéj epoki odnieść ten poemat, bo Jana Kochanowskiego od razu uznał naród poetą i jak należało uczcił; od ukazania się swego miał wielbicieli i nie było głosu, co by sławie jego zaprzeczył. Jednakże początek poemaciku tego, objawia jakieś zniechęcenie; cały się na téj osi obraca.

Sobie śpiewam a Muzom, bo kto jest na ziemi,
Coby serce ucieszyć chciał pieśniami memi.

Tu następuje gorzki uśmiéch i szyderskie spójrzenie na tych, co duszy się swéj i dusznych uciech zaparłszy, za groszem tylko i zyskiem uganiają.
W Pamiątce Jana Tęczyńskiego, pełno jest pięknych obrazów, cały to także poemat, ale treść jego traiczna do rodzaju talentu autora nieprzypadała wcale. Dla tego mimo starania, mimo wykończenia, brak tu może uczucia i zapału, brak przejęcia. Pojedyńczych piękności, powtarzamy, wiele: Taki jest obraz:

Bo jako na krępaku wiatr ze wszystkiéj siły
Burząc dąb stary wyparł, a ten wykręcony
Padł i dobrą część lasu starł na wszystkie strony.

Taki obrazek Wilejki wpadającéj do Wilij i obraz burzy na morzu, mniéj silnemi jednak rysy nakreślony. Nareście piękne są jeszcze, ale więcéj patetyczne niż poetyczne ostatnie słowa Tęczyńskiego, które poeta w usta mu kładzie. Bez wątpienia ten wiérsz Kochanowskiego, natchnąć musiał znakomitego pisarza, co niedawno stworzył piękny romans historyczny o Tęczyńskim.
Jednym z najpiękniejszych i najgodniejszych uwagi, utworów Jana, jest Satyr. Jest to obraz Polski wXVI wieku połowie, obraz opinij Polaków o sobie i przyszłości własnéj, opinij lepszéj części narodu; — obraz obyczajów, mniemań, wad narodowych, wróżby nareście na przyszłość, wróżby co przez lat dwieście kilkadziesiąt, aż do swego uiszczenia, brzmiały nieustannie nad głowami nieopatrznych i przebrzmiały, jak głos Kassandry, witane śmiéchem i niewiarą. Sprawdziły się i smutno dziś czytając je pomyśléć, że widząc bliski upadek, lak wesoło szli wszyscy do niego! Satyr jest wyborną satyrą, w swobodnej formie gdéraniny starca, wylaną.
Satyr odzywa się do Zygmunta Augusta, jako do naczelnika narodu. Wyszedł ón z lasów, spójrzał na świat, i stary gdéra co inną widział Polskę, inny świat, narzéka na zepsucie, na zmiękczenie obyczajów. Nie jest to komunał, jak by się komu zdawać mogło, dlatego, że to narzekanie powtarzane, stało się dziś, po trzechset latach komunałem w istocie. Ale właśnie za Zygmunta Augusta, po dość długim pokoju, w którym jak Jan powiada, Polska zakwitła, obyczaje, stały się polerowniejsze, na dwory, do domostw ślachty i panów wkradł się zbytek, a jak zawsze skutkiem pokoju, duch rycerski wygasać zaczynał, a handlarski wyrastać. Panowanie Augusta dla Polski, było dla Polski, czém Franciszka I° dla Francij; charaktery nawet obu monarchów, wiele mają w sobie podobieństwa. Nad tém to, wzrostem ducha handlu, uboléwa poeta, w początku zaraz wołając, że niéma w Polsce:

Jeno kupcy a rataje.

Że lasy, na klepkę, wańczosy, potasze powycinano, a biédny Satyr uciekać musi z nich, szukając sobie innego kraju:

Gdzieby w ludziach niebyło takiego starania
O te biédne piéniądze.

Na Podole, przeciw Tatarom nikt nie jedzie, wszyscy się pławią do Gdańska za talarami. Dawniéj, powiada, inną była stara Polska uboga, kmiéć parał się koło roli, a ślachcic przez lat siedém bił się nieustając.

I to wszystko bogactwo kto się sławy dobił.
Lepiéj się nią niż złotym łańcuchem ozdobił.

W pokoju nawet smakowały im jedynie rycerskie zabawy — koń i zbroja. W polu lud służebny trwał zawsze:

Tymci Polska urosła, a granice swoje,
Rozciągnęła széroko między morza dwoje.

A wy — odzywa się do współczesnych Satyr:

Skowaliście ojcowskie granaty na pługi,
A z drugiego już dawno w kuchni rożen długi.

W przyłbicach kwoczki siedzą, abo owies mierzą,
Kiedy obrok woźnice na noc koniom bierzą.
Kot czy to nadzieżny koń, a poczet zaś woły
Które stoją i w stajni i w tyle stodoły!
To już rotmistrz co fuka na chłopy u pługa,
A jego przednicjsza broń toczona maczuga.

Potém wystawując że zbogaciał kraj, przez podniesienie rolnictwa — prawda, rzecze, ale dawniéj przed upadkiem bogatszy był jeszcze. I cóżeście dokazali swemi bogactwy? pyta. Spójrzcie na Prusy, na porządek w nich, budowy, drogi, mosty, zamki. Jest li co u was bogatych takiego?
W przeciągu lat kilku, Tatarzy pięć razy was najechali, a bracią waszą zaprzedali w Turecką niewolę, dwakroć ziemię waszą przeszedł nieprzyjaciel, wzięty Połock, dopominają się Halicza. Szwed przez morze was sięga, Inflanty z garści wydziéra. To owoc bogactw i skutek przekucia oręży na pługi! Ale to nic jeszcze — będzie więcéj, gdy poznają, żeście swych przodków zabyli. Niemcy coraz bliżéj k wam, coraz się pod was pomykają, a wy tymczasem korczujcie, kopcie stawy, wieźcie i pławcie Wisłą burtnice i ławy, palcie lasy na popiół, rąbcie na wańczosy. Polak od pola zwany, mówicie, niech że będzie pole — A gdzież się skryjecie gdy was nieprzyjaciel napadnie, bo podobno bić się nie będziecie!
Tu narzekanie na zbytek powszechny, który ubogiemi czyni wszystkich; bo zbytkownikowi nigdy dosyć. Często już cytowano, to charakterystyczne z Satyra miejsce, musiemy je jednak przywieść.

Aby miał zginąć niechce ustąpić nikomu.
Da kto pięćdziesiąt potraw, da ón tyle troje,
Ty go upoisz, a ón i woźnice twoje.
Ty w rysiu, ón w sobolu. Ty na czapce złoto
On ma i na trzewiku, chocia czasem błoto
U niego obercuchy szérsze niż u kogo
Od kabata sto złotych jeszcze to nie drogo.
A kiedy się wystrychnie w usarskim ubierze
Po kołniérzu go poznasz, bo błam futra bierze.
Więc jako mu nie rzeczesz — Miłościwy panie —
To już pewna przymówka — Żeś głupi ziemianie.
By téż najwięcéj przegrał, nic go to nie smuci,
Jeszcze nadto chłopiętom ostatek rozrzuci.
Pochlebce to jego dwór, a rada zwodnicy,
Odźwiernych mu nietrzeba, strzegą drzwi dłużnicy.

I znowu powtarza, że mniemanych bogactw dzisiejszych, nie znać wcale w szafunku.

Kto dziś zamek założy? kto klasztór zbuduje?
Kto panu miasto puści i summę daruje?

Rychléj wezmą od króla, niż mu dadzą. Tu dziwaczną mieszaniną, Satyr wpada na rzecz o wierze. Niezbędną była, w obrazie tego czasu, wzmianka o wierze, ale autor kładnąc ją w usta Satyra którego papieżnikiem zowią, wymawia się, opowiadając, jako stary Baccha sługa, późniéj się ochrzcił.

Nakoniec jam się ochrzcił i szedłem w te kraje.

Dawniéj, powiada, dawniéj, gdy cnotą ludzie się rządzili, praw było mało, teraz prokuratorów, rzeczników, Statutów, moc wielka, a sprawiedliwości niéma. Dawniéj usiąść do stołu z podejrzanym, nikt nie chciał, przed nim obrus rznięto, talérz nożami kłuli — musiał ustąpić. — Dziś, ledwie jedno zostało z dawnego zwyczaju i to u kobiét tylko, bo matka jeszcze córce podaje, że cnotliwa przy wszetecznéj nie usiędzie. Chcecie aby was po staremu król tylko i sejm sądził, ale któż w tylu występkach i nierządach, sądzić wystarczy — Wróćcie do dawnych obyczajów, a i prawa dawne wrócą.
Gdy bić się czas, wy tylko rozprawiacie a gadacie — tak było, gdy Połock wzięto. Sejmowali jeszcze gdy do boju dobrze czas już było.
Za główną przyczynę przerodzenia się Polaków i odmiany w ich obyczajach, Satyr uważa wychowanie cudzoziemskie. U nas ono i miało i ma po dziś dzień wpływy niezmierne. Piérwsi co wysłali swych synów do Sorbony, Padwy, Lipska i Pragi, wyznali tém, że za granicą wyżéj wszystko stało, lepiéj było niż u nas. To wyznanie miało skutki wielkie, osłabiło wiarę w siebie, pociągnęło za sobą wzgardę kraju, zamiłowanie cudzoziemczyzny, co niby wyższość jakąś nad krajowcami, wychowankom zagranicznym dawała. Tu Jan Kochanowski niezmiernie rozumnie i trafnie dowodzi wad takiego wychowania. W kraju powiada daléj, nad dziesięć grzywien nie płacicie professorom akademij i chcecie mieć dobrych? nie starając się o nich, zaledwie chleba im dając — Ubóstwo Akademij Krakowskiéj, dziwne, gorszące, potwierdzają świéże w tym przedmiocie prace P. Muczkowskiego, ono bez wątpienia, było jedną z przyczyn upadku nauk u nas.

Ale niech ma zapłatę godność między wami,
Ręczę wam że zrównacie z ich tam Sorbonami
Nakoniec, weźcie doma taki koszt na dzieci,
Ujrzycie, że się do was, wszystka Padew zleci.

Ale, dla obyczajów, podobno ich ślecie, powiada — Wierzcie mi, że przy dobrych i złe tam znajdziecie, a wiadomo jakie lepiéj smakują młodemu. Ja, powtarza, przekonany jestem, że Polski odmiana, z wychowania młodzieży pochodzi — Z wychowaniem tém cudzoziemskiém miało się właśnie, jak z proroctwy, które wszyscy głosili, a nikt ich niesłuchał. Od XVI wieku począwszy, po dziś dzień, jednym głosem wszyscy wołają. Złe wychowanie cudzoziemskie, złe, szkodliwe! A wszyscy jednak dzieci mniéj więcéj z cudzoziemska wychowują!
Tu jest wyborne porównanie roskoszy świata obsiadających młodego przy wyjściu na świat, do mszyc (liszek).

Bo jako gęste mszyce nagle cię obsiędą
Roskoszy świata tego i odwodzić będą —
Twoje ślachetne serce od zabaw uczciwych.

A daléj jak pięknie, choć pospolitą już dziś, myśl wyraża:

Nie rozumiéj żeby to darmo uczyniono,
Iż wszelaki zwierz inszy pochyłym stworzono,
A człowiek twarz wyniosłą niesie przed wszystkiemi,
Patrząc w ozdobne niebo oczyma jasnémi.
Chciał nam Bóg tém swoją myśl opowiedziéć prawie,
Iż bydło a człowieka stworzył k różnéj sprawie.
Bydło więcéj nie szuka, jeno aby tyło,
Tego samego patrząc co jest ciału miło.
Ale człeka którego dusza poszła z nieba,
O tem czuć, o tém myśleć ustawicznie trzeba,
Jakoby się mógł wrócić na miejsca ojczyste
Gdzie spoinie przebywają duchy wiekuiste.

Albo daléj jeszcze rozszérzenie téj myśli o człowieku:

Bo tak wiédz że w człowieku są mocarki dziwne
Nie tylko sobie różne, ale i przeciwne,
Jest bystra popędliwość, jest żądza niesyta
Bojaźń mdła, żałość smutna, radość niepokryta
Nad któremi jest rozum, jako hetman.

Tu długa następuje mowa o hamowaniu namiętności, którą Satyr, dedykowany Królowi J. M. Zygmuntowi Augustowi jakby umyślnie dla niego ułożył, kładnąc to wszystko w usta Chirona do Achilla. Tym Achiłlem, nie jest-li Zygmunt August? Niewiém, ale tego by się można domyślać; bo i Orzechowski, dziwne mu rzeczy w żywe oczy prawił, z nieustraszoną stałością, prawda — po łacinie.
Nakoniec na téj mowie i szyderskich ucinkach, kończy Satyr, malujący powiedziéć można najlepiéj Polskę Augustową, już mięknącą, zabywającą dawnego rycerstwa, strojną, zbytkowną, pieniaczą. Co by powiedział, gdyby ją późniéj zobaczył!!
Przebieżmy jeszcze ostatnich kilka oryginalnych prac Kochanowskiego, mijając Monomachją, tłumaczenie trzeciéj pieśni Illjady wyborne, dowodzące, że może Jan, całą chciał przekładać; a śpiesząc do Odprawy posłów, piérwszego dramatu polskiego, co na to imie zasługuje. Dramat ten wystawiony był na teatrum przed Królem Stefanem i Anną Jagielonką w Ujazdowie pod Warszawą d. 12 Stycznia 1578 roku; kosztem i staraniem Jana Zamojskiego, podówczas kanclerza i hetmana W. koronnego. Znać Jan umyślnie na to dramat ten napisał, ale jak sam w posłaniu czy przedmowie uniewinnia się, nie wiedział potém czy będzie potrzebny lub nie ten dramat jego i myślał: „że tak ze mną zostać miało mólom na pokarm, albo na trąbki do Apteki. Jakom listy W. M. przeczytał, nie było czasu poprawować, bom wszystek musiał insumere na przepisanie. Quid quid id est, a baczę że błazeństwo i W. M. sam podobno rzeczesz, posyłam W. M. tém śmieléj, chocia niemasz co, żem to jeszcze z przodku W. M. opowiadał, że to nie miało być ad amussim, bo mistrz nie po temu. Rzeczy téż drugie nie wedle uszu naszych. Inter caetera są trzy chory, a trzeci jakby greckim chórom przygania, bo oni już osobny charakter do tego mają, niewiém jako to w polskim języku brzmiéć będzie. Ale w tym niech będzie arbitrium W. M., abo raczéj we wszystkiém etc. Datt 22 grudnia R. P. 1577.” — Tak więc we dwadzieścia dni od przepisania wyuczony i przedstawiony był ten dramat. Współcześni (o ile wiém) nie zostawili nam wiadomości, jaki był effekt na scenie i jak go przyjęto, ale spodziéwamy się, że zapewne choć dla nowości saméj, wrażenie wielkie uczynić musiał.
Jan Kochanowski niewykończony swój dramatyczny obraz z wielkich homerycznych czasów, zbyt surowo osądził, nazywając błazeństwem. Odprawa posłów w swym rodzaju, jest wybornym dramatem, ale nie takim jakim go dziś pojmujemy. Przedmiot jest bohaterskich grecij czasów i forma starodawna czysto grecka. Przedmowa Jana tylko co cytowana dowodzi, że pracował nad przejęciem téj formy, uznając ją konieczną wynikłością przedmiotu.
Słusznie Osiński napisał (Sybilla 1821) że na to baczyć mamy, sądząc o Odprawie posłów Jana Kochanowskiego, iż ón, niemiał innych wzorów nad starożytne tylko, bo Cervantesa o dziesięć, o trzydzieści Lopeza i Shakspeara, a więcéj niż o pół wieku uprzedził Kalderona i Kornela — nie miał więc wzorów nad greckie i rzymskie. Rzymskie z dziwną trafnością pominął, choć inni mu współcześni, świadkiem Górnicki, woleli je i przekładali. I gdyby był miał nasz poeta inne wzory, śmiało mówim, nie był by ich użył, jak nie użył rzymskich — jeden tylko był wzór dla przedmiotu takiego, starożytna tragedja grecka — Tę studjował Jan, jak dowodzi przedmowa jego. Mówi Osiński, że przełożył Jan Eschyla prostotę, nad nadętość Seneki, i tak być musiało, bo Jan doskonale czuł, czemu jaka szata przystała. Ubrał więc Odprawę posłów, w właściwy jéj strój starożytny. Żali się tenże krytyk na zbytnią prostotę Jana, na zaniedbanie ozdób poetyckich, zbyt prostą osnowę i obcięcie przedmiotu. Ale to, co mu się podoba, widziéć wadą prawie, my widzim zasługą — inaczéj nie była by Odprawa czém jest, greckiéj tragedij pierwszém i doskonałém odtworzeniem, którego nikt potém nie pojął tak; jeden Kochanowski, drugi we trzysta lat Goethe. Odprawa, cudna jest tą prostotą, którą olbrzymieją jéj postacie i stają się wielkie, ogromne. Nie dzisiejszych to czasów ludzie, ale wieków bohaterskich, jest w nich cóś, co ich czyni idealnemi istotami, mimo téj prostoty, a raczéj przez nią samą. Homera dramat nie byłby inszy pewnie. Właśnie ta niezmierna prostota, sprawą któréj dla Osińskiego, drobnieją kształty, dla nas (może fałszywie) podwaja rozmiary tych homerycznych postaci.
Z resztą wyznajemy z krytykiem chętnie, że brak tu węzła, brak przestrachu, trwogi na scenie. Ale wpatrzywszy się w ten obraz, co rozpoczyna wielką epopeję, widzim w proroctwie Kassandry, całą okropną przyszłość Troi i drżemy właśnie dla tego, że tu taki spokój, taka cisza, w Odprawie brzemiennéj tak czarną przyszłością. Mimo to, są tu sceny pełne życia i zapału nawet.
Na scenie ukazuje się piérwszy Antenor i opowiada przybycie posłów po Helenę. Ta expozycja niezmiernie prosta i naturalna, w kilkunastu wierszach. Nie wydamy Heleny — wojna! Parys praktyki czyni i jedna sobie przyjaciół aby w radzie większością zatrzymanie Heleny uchwalono. Sam Antenor, ogłasza z pełną powagi prostotą, że na zgubę kraju, nie da się ująć niczém i swe zdanie objawi bezwarunkowo. W tém nadchodzi Alexander-Parys. Scena następna w któréj Alexander, usiłuje naprzód pozyskać sobie Antenora, potém się z nim przemawia, poróżnia, do przymówek i otwartéj kłótni przychodzi, jest wyborną i słusznie Osiński, ceni ją na równi z sławną kłótnią Djego z Gomesem w Cydzie Kornela — Posłuchajmy i uważmy, jak stopniowo i nieznacznie, przychodzą do powaśnienia.

ALEXANDER.

Jako mi niemal wszyscy obiecali
Cny Antenorze, proszę i ty sprawie
Méj, bądź przychylnym, przeciw posłom greckim.

ANTENOR.

A ja z chęcią rad zacny królewicze
Cokolwiek będzie sprawiedliwość niosła
I dobro Rzeczypospolitéj naszéj.

ALEXANDER.

Wymówki niemasz gdy przyjaciel prosi

ANTENOR.

Przyzwalam, kiedy o słuszną rzecz prosi.

ALEXANDER.

Obcemu więcéj życzyć niźli swemu
Cóś niedaleko zda się od zazdrości.

ANTENOR.

Przyjacielowi więcéj niźli prawdzie
Chcieć służyć, zda się przeciw przystojności.

ALEXANDER.

Ręka umywa rękę, noga nogę
Wspiéra — Przyjaciel port przyjacielowi.

ANTENOR.

Wielki przyjaciel przystojność. Tą sobie
Rozkazać służyć — nie jest przyjacielska.

ALEXANDER.

W potrzebie mówią poznać przyjaciela.

ANTENOR.

I toż potrzeba, gdzie sumienie płaci?

ALEXANDER.

Piękne sumienie stać przy przyjacielu.

ANTENOR.

Jeszcze piękniejsze zostawać przy prawdzie.

ALEXANDER.

Grekom pomagać, to u ciebie prawda?

ANTENOR.

Grek u mnie każdy, kto ma sprawiedliwą.

ALEXANDER.

Widzę, żebyś ty mnie prędko osądził.

ANTENOR.

Swoje sumienie ma sądzić

ALEXANDER.

Znać że u ciebie gospodą posłowie.

ANTENOR.

Wszystkim uczciwym dom mój otworzony.

ALEXANDER.

A zwłaszcza kto nie z próżnémi rękoma.

ANTENOR.

Trzeba mi bowiem sędziom na podarki
Bom cudzą żonę wziął, o którą czynią —

ALEXANDER.

Nie wiém o żonę, ale dary bierzesz.
Od Greków zwłaszcza. Moje na cię małe.

ANTENOR.

I żon i cudzych darów nie rad biorę.
Ty jako żyjesz tak widzę i mówisz,
Niepowściągliwie — Niémam z tobą sprawy.

ALEXANDER.

I mnie żal żem cię kiedy o co prosił
Ufam swym Bogom że i krom twéj łaski
Najdę kto rzeczy mych podpierać będzie.

ANTENOR.

Taki jakiś sam.

ALEXANDER.

Da Bóg człek poczciwy.

Na tém koniec téj scenie pełnéj życia, a tak delikatnie stopniowanéj i wycieniowanéj, że bez gwałtownego przejścia od powitania życzliwego, dochodzą do najostrzejszych przymówek[1].
Następuje Chorus poważny, co się odzywa z tą dziwnie piękną uwagą:

By rozum był przy młodości,
Nigdy takiéj obfitości.
Pereł morze i ziemia złota nie urodzi
Żeby tego nie mieli tym dostawać młodzi —

Chorus kończy, napomykając, że w zebranéj radzie ma się los Heleny rozwiązać. Ale otóż i smutna Helena wychodzi, narzekając na Parysa, ciesząc się przybyciem posłów greckich. Wystawił tu ją autor upokorzoną swym losem, żalącą się nań, bo niechciał ją skazić miłością nie prawą. Na wyrzekania Heleny nadchodzi Pani stara, rodzaj starszéj służebnéj, jéj pociechy są ze źródła, otwartego wszystkim, pospolitych ogólników czerpane. Rozmowa ta chłodna, ale są i w niéj piękne miejsca, tak naprzykład:

PANI.

Raz radość,
Drugiraz smutek, z tego dwojga żywot
Nasz upleciony i roskoszyć nasze niepewne —

HELENA.

O matko moja! Nie również to tego
Wieńca pleciono! Więcéjże daleko
Człowiek frasunków czuje niż radości.

Chorus, któryśmy wzmiankowali między pieśniami, jako wyjęty z Odprawy, o rządzących, kończy tę scenę. Nakoniec z rady przychodzi poseł oznajmujący Helenie od Parysa, że Grecy z niczém odjeżdżają a ona zostaje. Na to Helena smutnie odpowiada:

Jeszcze nie widzę z czegobym się prawie
Ucieszyć miała!

Poseł rozpowiada długo, jak się miała rzecz na radzie, opowiadanie to wyborne, ale bez wątpienia dramatyczne wystawienie tych sporów w radzie, było by daleko więcéj zajmującém, niż zimna relacja, a do tego tak długa i szczegółowa. Grecy odprawieni z tém, aby wydali Medeę i Absyrta nim się o Helenę upominać będą, tu zdawać by się mogło, z Choru cztérowierszowego, że Helena udaje tylko smutek rada nowinie, iż się z Parysem zostanie. Wchodzi Ulisses narzekający na wypadek rady, narzeka na nierząd Troi, prorokuje jéj bliski upadek. Mowa Ulissessa jest wyraźną alluzją do nierządu i zepsucia polskiego:

Nie rozumieją ludzie, ani się w tém czują,
Jaki to wrzód szkodliwy w Rzcczypospolitéj
Młódź wszeteczna — a cnocie i wstydowi cenę
Ustawili, przed temi trudne człowiekiem być

Dobrym, ci domy niszczą, ci państwo ubożą.
................
A przykładem zaś swoim, jako wielką liczbę,
Drugich przy sobie psują — Patrz jakie orszaki
Darmojadów za niemi, którzy ustawicznym
Próżnowaniem, a zbytkiem, jako wieprze tyją
Z tego stada, mniemacie że się który przyda
Do posługi ojczyzny? Jako ten we zbroi
Wytrwa któremu czasem i w jedwabiu ciężko?

Ukazuje się Menelaus wyzywający pomsty Bogów na Troję — mowa jego krótka pełna żałości i powagi.
Chorus w żywym krótkiego kroju wierszu, prorokuje zgubę Troi i narzeka. — Następuje scena Antenora z Priamem. Antenor powtarza mu że radził wydać Helenę, że już słychać, iż się Grecy do wojny sposobią, życzy rozesłać śpiegi i czuwać o sobie. Priam nie chce wierzyć jeszcze. W tém wbiega prorocza Kassandra.

A to co za białogłowa
Z włosy roztarganémi i twarzy tak bladéj
Drżą na niéj wszystkie członki — piersiami pracuje
Oczy wywraca, głową kręci — To chce mówić,
To zamilknie.

Nic dodać do tego obrazu! Kassandra odzywa się wróżąc zgubę Troi, w pełnej siły i patetyczności mowie, która do najpiękniejszych miejsc Odprawy ze sceną Antonera i Parysa, należy:

O! wdzięczna ojczyzno moja!
O mury nieśmiertelnych ręku roboto,
Jaki koniec was czeka! Ciebie mój bracie,
Stróżu ojczyzny, domu zacna podporo
W koło murów Trojańskich Tessalskie konie
Włóczyć grożą, a twoje oziębłe ciało
Będzie li chciał nieszczęsny ojciec zachować
Musi je u rozbójcy złotem kupować
I ojczyzna umarła — jednaż mogiła
Oboje was przykryje!!

Chorus wywodzi Kassandrę.
Antenor i Priam zostają. Antenor ze słów Kassandry wyczytał upadek Troi. Priam mu niewierzy, a przecie się lęka przypominając sen żony, gdy miała porodzić Parysa, śniło jéj się że wyda na świat pochodnią — Narzéka na Parysa. Wchodzi rotmistrz z więźniem, donosząc o przybyciu floty greckiéj. Sposobią się do wojny — Na tém koniec dramatu. Wedle nas to zakończenie brzemienne upadkiem Troi, co nic jeszcze nie kończy — zostawia czytelnika ze smutném wrażeniem, wyrównywającém zupełnemu rozwiązaniu; wié już co idzie za tém i ze słów Kassandry widział przyszłość straszną. Zdaje się wszakże, iż gdyby Jan Kochanowski miał czas, byłby daléj rozwinął swój przedmiot, wyraźnie tutaj ucięty, byłby może główne wypadki wojny, aż do zniszczenia Troi, w szeregu scen odmalował. Żal nam bardzo, że pośpiech Zamojskiego, pozbawił nas może tak pięknego pomniku. Ale taką jaką jest Odprawa, zawsze bardzo piękny dramat grecki, pełen prostoty, wielkości, powagi, podobien starożytnéj płaskorzeźbie z paroskiego marmuru, z któréj występują wdzięczne postacie, bohaterskich homerycznych czasów.
Opuszczamy tu w rozbiorze Szachy, jako tłumaczenie i początkową zda się robotę Jana, przechodzim do pięknego poemaciku Proporzec, czyli Hołd pruski, w którym autor opisując Chorągiew homagialną X. Pruskiego Alberta i wyszyte na niéj wizerunki, opowiada historją Pruss polskich.
Początek jest wielkim i wspaniałym obrazem:

Oto w zacnym ubiorze i złotéj koronie
Siadł pomazaniec Boży, na swym pańskim tronie,
Jabłko złote i złotą laskę w ręku mając
A zakon najwyższego na łonie trzymając
Miecz przed nim srogi, ale złemu tylko srogi
Niewinnemu na sercu nie uczyni trwogi —
Z obu stron zacny Senat Koronny, a w koło
Sprawiony zastęp stoi i rycerstwa czoło

Albrecht Xiąże Pruskie przystępuje do tronu, składa wierności przysięgę; dana mu nauka w mowie, jak wszystko Kochanowskiego, poważnéj i obrazowanéj. — Król oddaje Albrechtowi proporzec malowany, świetny, wielki, ozdobny. Na proporcu tym były następne widoki — Prusacy wojują Mazowsze, Konrad przeciw nim Krzyżaków wiedzie i osadza ich w ziemi Dobrzyńskiéj, dobycie Gdańska, podbicie Pomorza, wojna z Krzyżaki, bitwa — Szamotulski, Florjan Szary na pobojowisku — Nowa wojna z Krzyżaki, daléj:

Tamże piękny majestat był wymalowany
Na nim król siedział w myślach swoich rozerwany
Bo się nazad oglądał, na to co się działo,
Przed nogami nie patrząc, abo dbając mało (Ludwik)

Bitwy Jagiełły z Krzyżaki, wsi goreją, bitwa pod Grünwaldem, oblężenie Malborga, bitwa pod Koronowem, pod Gołubiem — Rokowania z Krzyżaki. Niemców wtargnienie do Polski. Władysław, bitwa z Niemcami, podanie zamków królowi, Krzyżak czołem bije polskiemu królowi. I znowu niepokoje. Firlej zamki wali. Nakoniec:

Olbrycht klęczy w xiążęcym ubierze
A od króla chorągiew rozpuszczoną bierze,
Na niéj skrzydła roztoczył czarny orzeł śmiały,
Niosąc w sercu, zwycięzcy wielkiego znak mały!

Co to za wyrażenie!
Daléj — ujście Wisły do morza, gdzie brzegi bursztynem świécą — Historja Słowian dawnych, i prześliczny obraz życia Sarmatów:

Widać ich przy wysokim wierzchu prometowym (Kaukaz)
Widać je z drugiéj strony przy morzu lodowym.

Rozejście się Słowian po Europie, granice i t. d. Następuje opis uroczystości przy oddaniu chorągwi i głos do wszystkich dzieci, aby się jednoczyli więcéj sercami, niż Unjami. Cały ten poemat, dziwnie jest rozmaity i piękny, i zaiste niepowiecie, z temi co Kochanowskiego niechcą mieć narodowym, aby i w tém, nie zasłużył, na nazwisko narodowego. Gdybyśmy chcieli co piękne cytować, przyszło by bez mała czego xiążkę całą wypisać, a i tak podobno dla nie jednego za wiele.
W Dziewosłębie pisanym dla siostry, rady J. Kochanowskiego, w tym duchu, jaki go nigdy nie odstępywał. Tu historja Midasa. Porównanie łakomstwa do gorączki wyborne:

Ale jako w gorączce człowiek lubi wodę,
Mało się rozmyślając, że mu niesie szkodę
Tak łakomstwo bezecne myśl ludzką fałszuje
Że mu nic, okrom co wrzód rodzi, nie smakuje.

Rozdziela dobra ludzkie, na troistéj natury: pochodzące z duszy, od ciała i od wypadków postronnych pochodzące i te są losem, szczęściem. Wszędzie moralność najczystsza.
Drjas Zamechska, jest niby odbrzmieniem Satyra. Jest to głos dzikiéj Drjady z lasów wyszłéj na powitanie króla, krótko skreślona historja miejsca i rady królowi podane, powtórzenie już cytowanych w Satyrze i na innych miejscach — Zuzanna jest prostém opowiadaniem biblijném, historij dwu starców i Daniela. Żadnych tu ozdób, żadnych kwiatków, rzecz tylko pięknym opisana wiérszem, z powagą i prostotą.
Broda, ułamek czegoś niedokończonego, jakiegoś trefnego żartu, któren autor zarzucił. Wąs walczy w niebiosach z brodą, o piérwszeństwo. Jest to. walka na śmierć. Poczęta intryga wąsa na zgubę i wygnanie brody — nie kończy się. Z tego wiérsza cytują pospolicie początkowych kilka opisujących kształty różne bród, za czasów Jana noszonych.

Raz tak u gęby wisząc jako wałkownica,
Drugi raz przykrojona jako prochownica —
Dziś nożycom podobna — jutro końskiéj kosie
Czasem tak rzadka żebyś mógł liczyć po włosie
Jako kędy grad przejdzie — Czasem wygolona,
W koło gęby, a z brzegów w cyrkiel nastrzępiona.

W Marszałku pisze Kochanowski o sobie i zatrudnieniach wiejskich i o różności charakterów ludzkich. Tytuł wiérsza poszedł od tego do kogo był napisanym, wymawiając się że zatrudniony swém gospodarstwem wiejskiém i poezją, zjechać do niego nie mógł.
W Zgodzie zachęca poeta do niéj, jako zachęcał w Satyrze i Proporcu. Tu najlepiéj maluje się ortodoxja Kochanowskiego, gdy mówi o niezgodach religijnych, o zepsuciu duchownych, o samowolném tłumaczeniu pisma przez apostołów nowotnych, co to i sami każą i żony do tego wćwiczyli. Potém mówi jeszcze o zgnuśnieniu Polski, zarzuceniu obyczajów rycerskich.
Posłuchajmy jak się do nowowierców odzywa:

Oto teraz w Trydencie biskupi zasiedli,
Aby lud roztargniony ku zgodzie przywiedli,
Tam się stawcie wy wszyscy, którzy powiadacie
Że u siebie naukę gruntowniejszą macie,
Tam się stawcie — jeśli nie roztérku pragniecie.

Daléj napomina, aby każdy swego stanu pilnował, wszyscy chcieli żyć w zgodzie i miłości.

To czyńcie a nie będziem nigdy żałowali
I ja że radzę i wy żeście mnie słuchali.

W Epitalamium na wesele J. M. P. Krzysztofa Radziwiłła z X Katarzyną Ostrogską Wojewodzianką Kijowską 1578 r., jest historja Radziwiłłów domu, zalecanie pana młodego i t. d. Obraz panny młodéj bardzo piękny; cały ten poemat poważny, nieco jest na Epitalamium za chłodny. Szacunek osób trzymał na wodzy pióro poety.
Inne pisma Kochanowskiego, wspomnim już tylko po krotce; rozebrawszy ważniejsze, te tylko, aby nic nie pominąć, przytoczym. Głównemi są: Pieśni, Satyr, Proporzec, Odprawa, inne ani z równém staraniem, ani z takim zapałem pisane były; częściéj je myśl niż uczucie dyktowało, częściéj rozwaga niż serce. W pieśniach nadewszystko się wylał.
W kilku słowach (prozą) o pijaństwie nastaje na tę prawie narodową wadę, o któréj tylekroć i w poezjach swych mówił. Obraz pijaków i skutki pijaństwa wybornie odmalowane. 'Wzór pań mężnych jest zbiorem powiastek o kobiétach co się w historij starożytnéj wsławiły — wszystkie przykłady z dziejów dawnych.
We Wróżkach, rozmowie Ziemianina z Plebanem, rodzaju pamfletu, jakich po wszystkie czasy mnóstwo krążyło w Polsce, poeta nasz przez usta Plebana mówi o stanie kraju, zastanawia się nad jego domniemaną przyszłością. Naprzód o różności wiar i niezgodzie ich w Polsce, o wielkiéj zmianie obyczajów, jaka już za Zygmunta Augusta nastała:
„Najduje się w regestrach starych, powiada, wiele usłanie łoża królewskiego stało (kosztowało) wiele nasłanie kaftana, wiele wino kiedy król gości miał i t. d. co kiedy dziś czytamy, kto jest między nami, coby się temu nie śmiał? Tak skromnie na ówczas królowie polscy żyli, żeby tych czasów i podły ziemianin wstydził się tak żyć etc.” Cytuje daléj fakt szczególny, o wyjeździć Bony do Włoch:
„Mogę téż tu nowo zeszłą panią przypomniéć którą chcąc hamować, aby była do Włoch nie jeździła, uczyniono było edykt, iż kto by kolwiek z nią był jechał, ten poczciwość jeśli ślachcic, a jeśli chłop tedy gardło miał stracić. Dobra to była rada, bo za tym niémiał by pan nasz dzisiejszy takich trudności, koło Beru, własnej macierzyzny swéj, ani około zebrania jéj. Ale cóż po tym? Jeno przez jedną noc ten edykt trwał. Nazajutrz za się wołano, iż nie tylko wolno każdemu z królową jechać, ale jeszcze nadto król będzie utraty nagradzał tym co z nią pojadą? Z kądże tak prędka odmiana? albo którym fortelem do tego doszło? Trudno to wiedziéć, bo się w nocy działo, a ci téż już podobno pomarli, co o tém wiedzieli. Ale to jednak królowa przed swémi już będąc w drodze, w głos powiadała.

Si voluissem et filiurn mihi vendidissent.

Mówi daléj o swawoli i samowolności ślachty, o posłach. Tu wyraźnie żali się na anarchją powstającą z osłabienia władzy królewskiéj i rozsypania jej po ręku panów i ślachty.
Piękna to uwaga daléj:

A pieśni dzisiejsze tak daleko są różne od Bogarodzicy, jako i obyczaje od Statutu.

Cytuje jeszcze poeta, dziwne proroctwo jakieś: „W Poznaniu jest sala wielka Biskupia, tam niźli ją był nieboszczyk biskup Czarnkowski odnowił, byli namalowani rzędem wszyscy królowie polscy, jakoż podobno i dziś jeszcze są. Owa po królu Zygmuncie, nie zostało już miejsce innym królom, ino jednemu. Tam kiedy przyszło malować dzisiejszego téż pana (Augusta) na tém miejscu, które jakom powiedział już jedno to zostało, przypatrując się, naleziono nad nim pismo na wapnie żelazem, albo nożem wykréślone temi słowy:

Hic regnum mutabitur.

Tego niewiedziéć kto to pisał, i jako tam dolazł, bo pod samym stropem.”
Proroctwo to ze sławną pustułką Augustową razem, już się za życia Jana sprawdziło. Treścią całych Wróżek, są słowa Plebana, co całą przyszłość Polski buduje na wierze.
„Jeżeli Boga wprzód nie będzie, a postanowienia lepszego, próżno się czego dobrego spodziewać.” Wieszcze były słowa Jana!
W rozprawie o Lechu i Czechu, zastanawiająca jak Jan wyprzedził swój wiek piérwszą krytyką historyczną, nie uznając exystencij, dwu bajecznych braci, domyślając się już, że nazwa Lachów, przyszła do nas z Rusi dopiéro.
Wykład cnoty, jest zbiorem aforyzmów o cnocie i o przyjaciołach.
Fragmenta pozostałe poezij, znać późniéj Januszewskiemu przez żonę oddane, składają się z niewielu odrywków, widocznie niepokończonych i ledwie nakreślonych — Apostegmata tém są ciekawe, że wszystkie polskie i współcześne. Niektóre wyborne i charakterystyczne. Z napisów na XII tablic żywota ludzkiego, dwa, VII i IX stały się przysłowiami narodowémi.

Prawa są równo jako pajęczyna,
Wróbl się przebije, a na muchę wina.


Nie kto ma złoto, ma perły, ma szaty,
Ale kto na swym przestał, ten bogaty.

Fragment zatytułowany, o bitwie z Amuratem pod Warną, dowodzi że poeta miał intencją pisać o niéj, ale niedokonał. Fragment pozostały jest ledwie wstępem, w którym do rzeczy saméj nie dochodzi. — Piękny tu dwuwiérsz o Włodzisławie:

Grób jego jest Europa — słup — śniéżne Bałchany
Napis — wieczna pamiątka między chrześciany.

Możeż być piękniejszy nagrobek?
Alcestis, fragment dramatyczny, zawiéra tylko scenę Apollina ze śmiercią, którą autor raz rodzaju żeńskiego, to znów męzkiego czyni. Urywek to z którego o całości nic wróżyć nie można, a mniéj szczęśliwy wymysł śmierci, nie przypada do wyobrażeń starożytnych.
Nagrobki, niektóre w Fragmentach pomieszczone, w większéj liczbie znajdują się rozsypane po Fraszkach. Jeden z nich zda się nam widocznie, nagrobkiem Urszuli, tak wiele w nim uczucia.

Niewinna duszo, owaś ty już w niebie i t. d.

Nareście przychodzim do Fraszek, a raczéj epigrammatów, których dość znaczną zostawił liczbę. Są to ucinki, obrazki, żarty, w chwilach wesołości z ust uleciałe, malujące życie Jana ze strony jego prozaicznéj. Wszystkie widocznie urodzone są nie z namysłu nie poszukiwane, łapane, ale z okoliczności wysnute. Niektóre trefnym są żarcikiem; malują ludzi, kilką rysami, dobitnie i trafnie, inne uwieczniły pamięć biesiadniczych przygód pociesznych — utopienia w kuflu wąsów, spojenia gościa w łóżku i t. d. i t. d.
Nie będziemy tu drobnostkowo rozbiérać tych autora ucinków, nadto byśmy bowiem nadużyli cierpliwości czytelników i wolności cytowania; Fraszki zaś chcąc dać poznać, koniecznieby z nich celniejsze wypisać potrzeba. Tém łacniéj się od tego uwalniamy, że one po większéj części są znajome, częste z nich dawniéj wypisy robiono, każdy je czytał. Kochanowski w kilku ucinkach, sam bardzo sprawiedliwie swoje Fraszki osądził.

Najdziesz tu Fraszkę dobrą, najdziesz złą i średnią
Nie wszystkieć mury wiodą materją przednią.
Z boków cegłę rumieńszą i kamień ciosany
W pośrodku sztuki kładnę i gruz brukowany.


Możemy wziąść za miarę wartości pisarza, cenę jaką do niego przywiązywali współcześni, sąd o nim potomnych, mniejszą lub większą jego popularność. Tą miarą Kochanowskiego mierząc, trafim na wypadek już przez nas przewidziany. Cześć Jana, nie miała zaprzeczających nigdy. Trzy wieki sławy nad jego grobem się unoszą i niewiém czy w całéj literaturze naszéj znajdzie się dziesięć wiérszy przeciw niemu, na poniżenie go pisanych, licząc w to i ubliżające mu porównanie z Sępem, któryby nigdy niedoszedł Jana.
Zaledwie wrócił do kraju, ogłoszony mistrzem przez Reja, za mistrza jednogłośnie przyjęty, nie walczył o sławę, odebrał ją jak wypłaconą mu należytość. Późniejsi wspominają o nim zawsze ze czcią największą, wydania dzieł jego całkowicie lub cząstkowo mnożą się bez liczby. Jeden z tłumaczów Psałtérza ruskiego, uwiadamia nas, że psalmy Jana dla harmonij wiérsza, śpiéwano po cerkwiach ruskich. Pieśni jego są w ustach wszystkich, psalmy umié każdy na pamięć. Niewiém czy uwłaczającego sławie Kochanowskiego, dawniej by jak nieprzyjaciela kraju nierozsiekano, to pewna, że nim by wzgardzono. Mnóstwo urywków z pieśni jego poszły w przysłówia — imie jego stoi na czele poetów polskich, chlubi się nim Polska przez trzy wieki. A tu zważmy, że prace jego łacińskie, jakkolwiek wyborne, całkiem zapomniane zostały. Janicki z Sarbiewskim wyżéj w tym względzie stoją od Jana.
W czasach upadku literatury, cześć dla wielkiego poety nie zmniejszyła się wcale, dopiéro może za Stanisława Augusta, nowa szkoła na chwilę go sobą zaćmiła. Ale Naruszewicz lubi go, cytuje chętnie i ceni, Krasicki tylko w swoich Rymotwórcach, lekko go traktuje, stawiąc na równi z Piotrem. Dowiódł że go całkiem niepojął.
Być że może, aby naród cały, aby trzy wieki, mieniających się pokoleń tyle omylili się na Janie i niepoznali na nim? Nie jest że ta sława bez zaprzeczenia, bez negacij, najlepszym dowodem wysokiéj wartości narodowego poety? Dziś nawet kiedy zbyt pośpiesznie i nierozważnie, potępiono wszystko co nazwano klassyczném, Jan Kochanowski ostał się ze swoją sławą, usuniony na bok, zapomniany trochę, ale niepokalany szyderstwem, nie wzgardzony.
Jakkolwiek bądź, głos trzech wieków, dziwnie jeden i zgodny, jest w oczach naszych wielkiéj wagi. Nie narodowy poeta, coby nie miał czém nakarmić zmiennych umysłów tylu pokoleń, dawno by był spadł z piedestału.
To cośmy wyżéj, wśród rozbioru poezij Jana powiedzieli, widzim potrzebę zebrać i powtórzyć jeszcze. Poeta nasz doszedłszy wielkiéj sławy i imienia, czytany, ulubiony, nie został jednak dotąd oceniony krytycznie, rozpoznany. My sami co to piszemy, wyznajem, długo bardzo nie widzieliśmy w nim nic nad twórcę języka, twórcę polskiéj poetycznéj mowy, jakby cudem nagle pod jego piórem urodzonéj i wykształconéj do wysokiego stopnia. Ale oddając po lepszém rozpoznaniu go, pełną sprawiedliwość, potrzeba wyznać, że był prawdziwym poetą, poetą narodowym, duchem, nawet formami, krojem swych myśli, charakterem uczuć. Jego narodowość, nie była jak dzisiejsza podrobioną, ukraszoną imiony, słowy, nie była naśladownictwem, ale prawdziwą, pochodzącą z duszy. Wskazaliśmy już na to w ciągu tego artykułu, że Jan Kochanowski, widział świat, ludzi, kraj, właśnie tak jak go widział naród, tylko jaśniéj i dobitniéj. Charakterem Jana poezij, jest pogoda, spokój, rezygnacja, swoboda duszy, i obrazy jego zawsze ślachetne, wielkie, czyste; lubi nadewszystko malować nie głęboko w duszę wrastające, nie wybuchające płomieniem namiętności, ale cichy smutek, swobodne wesele, myśli ku Bogu wylatujące, żale przeszłości, obyczaje współcześne. Zawsze spokojny i pogodnego czoła, gdy dotyka przedmiotów głębiéj poruszających, silniejszego wymagających kolorytu, okazuje się słabszym i nawodzi je ogólną barwą swéj rezygnacij; spogląda z wysoka, gdzie płomień niedochodzi, nie dziw że się nim rozgrzać nie może. Nadewszyslko chrześcianin, każdy ziemski wypadek, uważa ze stanowiska religijnego; u niego największą pociechą jest ufność w Bogu, w Opatrzność, a największa rozpacz po śmierci Urszuli, kończy się objawieniem niebieskiego ducha, co mu niebiosa odsłania. Kochanowski, powtarzamy, jest duchem zupełnie narodowy. Sposób widzenia i uczucia jego, podzielał naród cały, aż do naszych czasów, w których tak wielka zaszła zmiana wyobrażeń i charakteru.
Wielkie nieszczęścia, wielkie wstrząśnienia, przechodziły niżéj takich ludzi jak Kochanowski, bo to były góry pod których szczytami idą obłoki — wielkie burze niedościgały ich. Spoglądając na nie, jedynym wykrzykiem poety było:

Panie, kto się skryje przed Tobą

albo

Stała się wola Boża!

I z swobodą, z ufnością w przyszłość, wracali do zatrudnień życia, do trosk jego i pociech, nie wyrzekając więcéj na wolę Bożą.
Kochanowskiego poezja jak życie jego, nigdzie ściślejszego związku, większéj solidarności jak tutaj. Poeta co swobodę wsi, jéj spokój nad wszystko przełożył, cały jest tą swobodą i pokojem przejęty, — to tylko śpiéwa, a tak się niewymusza, tak sobą jest samym, że obcych mu uczuć, wypadków, nie śpiéwa nawet, lub zmuszony do tego, widocznie słabnie. W wiérszu na śmierć Jana Tarnowskiego, na śmierć Jana z Tęczyna, poeta moralizuje, ale nie płacze; — za to co za łzy gorzkie po Urszuli! Całe cztéry xięgi pieśni malują jego życie, w połowie spędzone na podróżach, na dworach, na biesiadach i miłostkach, w połowie na dumaniach pod cieniem lipy, na rozmowie z przyjacioły, z Urszulką na kolanach, przy dzbanie zimnéj wody. Widziemy go z ukochaną dzieciną ranny mówiącego paciórek, bawiącego się z nią, idącego w pole. Siedzącego odmian w widokach natury, którą maluje zaraz na uczynku schwytaną. XV skwar letni chroni się pod lubą swą lipę, w zimie siada u komina na którym suche drzewka trzeszczą, biesiaduje z przyjacioły co go najeżdżają, których poi i karmi, wymawiając się jak może pajęczynami w komorze i pustkami w piwnicy.
Najdzie li go przeciwność, to pochmurzy czoło i wspomni na Boga i zanuci jak psalmista odnosząc wszystko do Pana, zdając wszystko na Pana. Ileż to razy potrzebuje się pocieszać nieśmiertelnością swéj duszy i krótkością a zmiennością kolei żywota. I koniec najgłębgłębszego żalu, oblany jest już wspaniałą rezygnacją chrześciańską.
Ale czy śpiéwa uczucia swéj duszy spokojnéj, czy dowcipuje wytwornie, zawsze to poeta (co do formy) wykształcony na tworach, które dziewięć lat gładzono, zawsze to uczeń tych mistrzów, co nie wydali na świat nic niewykończonego, niewystudjowanego do ostatecznéj możności. I ón też jest nieskończenie wykwintny w doborze wyrażeń, w ich użyciu, w ustawieniu, w obrazach, w porównaniach — często brak mu energij, nigdy delikatności.
Chrześciański nasz poeta krąży w pewnéj sferze wyobrażeń, myśli, co nieustannie z jego ust płyną, coraz inaczéj odziane, strojne, coraz świetniejsze i coraz inne, a podobne jak siostry rodzone. Niéma w nim wielkiego bogactwa myśli i wielkiéj ich oryginalności, ale wyrażenie zawsze oryginalne i poetyczne, ale szata cudnie utkana. Człowiek co jak ón pojął wiarę, nie mógł tego świata inaczéj widziéć, malować inaczéj. Dla niego każde uczucie, myśl, kończyły się od razu, zamykały, słowy — wola Boża święta — Imie jego niech będzie błogosławione. Żal tą myślą tamował, rozpacz gasił, a namiętności przed wielkiém przejęciem znikomością świata, stygnąć musiały. Jan, może się wydać dla nas słaby, dla tego żeśmy nizko i niezmiernie niżéj od niego duchem religijnym, ón zaś tak jest wyżéj ziemi, że wiela jéj złego i dobrego i pięknego i czarnego, nie widzi, nie pojmuje, lub uważa za tak przemijające, że malować je gardzi.
Największy gdy może wylać z siebie uczucie i myśl wzniosłą, czytajcie go gdy się do Boga odzywa — jest wówczas nieporównany, cudowny! Modlitwa o dészcz, to arcydzieło, a psalmy — drugi je Dawid wyśpiéwał. Kto w nich dójrzy tłómacza, wysilenie, niewolenie się, wymus? — Słyszę one z duszy, odtworzone raz drugi, a nietłumaczone.
Tak jest, Jan Kochanowski, wielkim jest poetą, oryginalnym (bo zawsze sobą) narodowym, ale poetą którego dzisiejsza generacja, może nie pojąć! Ón tak czysty i wielki, my tak mali i splamieni. Ón wysoko jest, myśmy się wryli głęboko.
Cześć ci na wieki nieśmiertelny, cześć twemu imieniowi, cześć pieśniom co duszę malują, tak spokojną, tak wielką, tak świętą — cześć twemu życiu co spłynęło ustronne, cnotliwe, prawe, nieskażone namiętnością, ozłocone modlitwą, piękne jak urojenie! Twoje życie było poezją największą i najpiękniejszą dla poezij danią, bo ona sama wystarczyła ci na cały żywot, tyś nią wyżył i nie tęsknił, podnosząc oczy ku niebu, temu końcowi czystego życia zasłużonemu, pożądanemu dla ciebie — gdzie na cię czekała święta matka twoja, anioły Urszula i Hanna. Cześć ci wielki nasz poeto i zapoznany jenjuszu, nie dziw, że dziś niepoznano się na tobie, tyś wielki prostotą, czystością, wspaniałością, powagą twoją, myśmy mali przy tobie — niewidzim cię całego i dla tego nieumiemy ocenić.

Listopad 1842 roku
Gródek.
II.
Mikotaj Sęp Szarzyński
† 1581.

Jednym z najmniéj bez wątpienia znanych poetów naszych, szesnastego wieku, jest ten którego tu imie wypisaliśmy — Mikołaj Sep Szarzyński — chociaż z wydania niewielu poezij jego 1601 roku, uczyniono już nowe. (1827 Poznań). Zgasły w kwiecie wieku, nie zebrawszy co utworzył, zostawił po sobie odłamki tylko nieliczne, które troskliwy brat jego Jakób Podstoli Ziemi Lwowskiej zgromadził i wydał; przypisawszy panu Jakóbowi Leśniowskiemu. Z kilku słów dedykacij widać że Mikołaj Sęp pozyskał już był sobie sławę i wziętość. — „Częstokroć, pisze on, wiele ludzi zacnych, którzy nieboszczyka pana Mikołaja Sępa, brata mego, albo zaznali, albo też pisma jego czytali, rozmawiali ze mną i z narzekaniem, żem się o to nie starał, aby prace i pisma jego do kupy były za mojém staraniem zebrane i światłu pokazane.” — Wspomniał téż o Sępie Paprocki i zgon jego w swej kronice przywiódł Bielski, co wszystko szacunku już, swego czasu, powszechnego dowodzi.
Przywodzim tu słowa Paprockiego, jako jedyną wiadomość o Sępie: „Dom Szarzeńskich, powiada, w płockiém województwie starodawny, z których jeden pojął Zimnowodzką, w Rusi u Lwowa, z majętnością wielką, tego dziś potomstwo Sępami zowią. Był wieku mego Joachim Sęp, podstolim Lwowskim, człowiek cnotliwy i bogobojny, zostawił dwóch synów Mikołaja człowieka uczonego i poetę, po Janie Kochanowskim, przedniejszego w polskim wiérszu. Ten umarł w r. 1581. Ciało jego pochowano w Przemyślu (podług Bielskiego w Przeworsku). Z innych słów Paprockiego, gdzie go uczonym młodzieńcem, nazywa z wyrażenia Bielskiego, który powiada: „by był doszedł lat swych byłby z niego poeta znamienity polski” okazuje się dowodnie, że Mikołaj zmarł młodo, gdy zaledwie pięknem i błysnął nadziejami.
Pisma jego zebrane przez brata, składają się z kilkadziesiąt pieśni różnéj treści, epigrammatów, napisów, najwięcwj zaś z parafraz psalmów i pobożnych śpiéwów. Para tylko z tych rytmów, opiéwa historyczne wypadki. Duch poezij Mikołaja, wszędzie jest silnie i wybitnie religijny i obywatelski, nadewszystko zaś religijny. To nam tłumaczy doskonale, wcześną wziętość i sławę młodzieńca; bo w Polsce tylko religijni i duchem wiary przejęci pisarze, przemawiając do religijnych uczuć narodu, do piersi jego się tulili. Wiara była treścią żywota polskiego, i chcąc pociągnąć ku sobie serca ludu, inaczéj nie było można, jak w dwie uderzając strony, wiary i miłości kraju. W piérwszą z nich silnie trącił Sęp, i to mu zjednało, tak rychłą wziętość, to do dziś dnia imie jego z tradycją dawnéj sławy przeprowadziło. Co do ducha, co do siły natchnienia, Sęp w téj nie wielkiéj liczbie pozostałych poezij, nieustępuje Kochanowskiemu, ale w formie, w użyciu języka, władaniu nim, w smaku, jakże daleko za mistrzem, z którym go obok postawiono, pozostał! Płynie myśl u Kochanowskiego czysta, pełna, jasna, spokojna, u niego trąca się co chwila o trudności wyrażenia, o wiérsz, napotyka szkopuły i rozbija się o nie. Ten instynkt formy, to przeczucie stosownego wyrażenia, tak zadziwiające w Kochanowskim, niespotyka się u Sępa, który z trudnością, z mozołem zdaje się walczyć z językiem. Czasem wprawdzie spotyka się i u niego wiérsz gładki, spokojny, łatwy ale rzadko bardzo. Porównanie obu poetów tém łatwiejsze, że Sęp wiele psalmów tłumaczył lub parafrazował, a pomimo silnego natchnienia religijnego, znać w nim tam pracę, gdzie u Kochanowskiego, wszystko zda się swoje własne, z serca pełnego popłynęło.
Poczyna się zbiorek od dość szczęśliwego wiersza na posąg abo obraz śmierci.

Córa to grzechowa,
Świat skazić gotowa,
Wszystko co się rodzi
Bądź po ziemi chodzi,
Luli w morskiéj wnętrzności
I wietrznéj próżności,
Jako kosarz ziele
Ostrą kosą ściele:
Tak ta wszystko składa,
Ani opowiada
Nikomu, swojego
Zamachu strasznego.
I wy co to ccicie (czytacie)
Prawda, że nie wiécie
 Jeśli nie przymierza
Ta sroga szampierza
Któremu do szyje,
Strzeż się — Oto bije.

U Jana Kochanowskiego, w śród podobnych myśli, często się napotyka rozjaśniający je poetyczny obraz, ukazujący nam przyrodzenie, człowieka, niebiosa — u Sępa więcéj jest filozoficznych myśli i zdań, niż obrazowości, więcéj morału niż poezij — więcéj zatém chłodu.
Następujących kilka Sonetów, powtarzają w rozmaity sposób, myśl o śmierci, znikomości i nędzy człowieka. Sonet z owych słów Joba:

Homo natus mutiere, brevi vivens tempore etc.

odznacza się, prawdziwie religijném natchnieniem:

Z wstydem poczęty człowiek, urodzony
Z boleścią, krótko tu na świecie żywie
I to odmiennie, nędznie, bojaźliwie
Ginie, od słońca jak cień opuszczony.
I od takiego (Boże nieskończony,
W sobie chwalebnie i w sobie szczęśliwie
Sam przez się żyjąc) żądasz jakmiarz chciwie
Być miłowany i chcesz być chwalony! i t. d.

Ten zwrot bardzo jest piękny; ale już z tych kilku wiérszy pokazuje się jak Sęp nieszczęśliwie władał językiem, zwłaszcza jeśli go z Janem porównamy. Słowa Jobowe cudnéj piękności, tu zeszły na bardzo pospolity frazes bez żadnego wdzięku.
W Sonecie do Najświętszéj Panny, dwa tylko wyrażenia poetyczne zastanawiają:Mbr>

Ty głowę starłszy smoka okrutnego
Którego jadem świat był wszystek chory

A daléj cudne porównanie:

Tyś jest dusz naszych jak xiężyc prawdziwy
W którym wiecznego baczymy promienie
Miłosierdzia — — —

Równie pobożny a tęskny jest Sonet piąty, który tu cały, aby lepiéj dać poznać Sępa wypiszemy:

I niemiłować ciężko i miłować
Nędzna pociecha! Gdy żądzą zwiedzione
Myśli, cukrują nazbyt rzeczy one
Które i zmieniać i muszą się psować.
Komu tak będzie dostatkiem smakować
Złoto, sceptr, sława, roskosz i stworzone
Piękne oblicze: by tym nasycone
I mógł mieć serce i trwóg się warować??
Miłość jest własny bieg życia naszego
Ale z żywiołów utworzone ciało,
To chwaląc, co z na początku równego
Zawodzi duszę — któréj wszystko mało.
Gdy ciebie wiecznéj i prawéj piękności
Saméj nie widzi, celu swéj miłości.

Wiersz do P. Mikołaja Tomickiego, ani myślą, ani wyrażeniem się nie odznacza, zimny to komplement tylko, a i w nim i w innych Sępa poezjach czuć, nie wiém dla czego, że zda się, kształcił na poezjach włoskich.
Jak u Kochanowskiego wszędzie jest podszewka łacińska, tak u Sępa włoska, mianowicie w Sonetach, co potwierdza naszém zdaniem, nawet wyżéj zacytowany.
Pieśń z XIX psalmu ułożona, dozwoli nam okazać wielką różnicę Sępa od Kochanowskiego. Oto początek jej u Sępa:

Narodzie głupią mądrością chlubliwy
I błędom zmyślnym wierzyć uporczywy
Mnóstwem gwiazd ślicznych niebo ozdobione
Obacz, a zmysły wżdy oświéć zaćmione.
Poznasz że mądrym, że jest wiekuistym
Pan, co ma pałac, na sklepie ognistym
W którym zawiesił i wietrzne próżności
I możną wodę zniósł z ziemnéj ciężkości etc.

Jak daleko prostszy, dobitniejszy, silniejszy Kochanowski; jak daleko świéższy i bliższy nam językiem.

Głupia mądrości, rozumie szalony
Gdyś na umyśle tak jest zaślepiony
Że Boga nieznasz tym cielesnym okiem
Pójrzyj przynajmniéj po niebie szerokiem.

Jest kto krom Boga, o kimbyś rozumiał
Że abo mógł, abo więcéj umiał
Ten sklep zawiesić nieustanowiony
Złotemi zewsząd gwiazdami natkniony i t. d.

Taż sama różnica, daje się postrzegać w przekładzie następującym psalmu LII, taż w LVI i następujących. Wszędzie Sęp jest tłumaczem pracowitym, czasem szczęśliwym, Kochanowski poetą, co bez trudności, myśl jak by swą właśną, jasną, swobodną, pełną, wyléwa. Sępowi jednak oddajmy tę sprawiedliwość, że mimo ciągłéj wiérsza chropowatości, mimo mozolnéj jego budowy, wszędzie w nim widać głębokie religijne uczucie, przejęcie się duchem psalmisty pańskiego. Sama ilość w tym zbiorze pieśni pobożnych, okazuje już dowodnie kierunek ducha poety; wybitniéj go jeszcze poznajem w własnych pieśniach o Bożéj opatrzności o rządzie Bożym na świecie, o wielomożnosci Bożéj i t. d. Ostatnia acz nic nowego i uderzającego w sobie nie zawiéra, i jest jakby echem Kochanowskiego, odznacza się jednak łatwiejszym, swobodniejszym od innych wiérszem.
P. IV o cnocie ślacheckiéj, jest podobno naśladowaniem, Horacjuszowéj.
Następują dwie historyczne, o Fryderyku Herburcie, zabitym od Tatar pod Sokalem w r. 1519 i o Strusiu, poległym pod Rastawicą 1520 roku. — Trudny, zawikłany wiérsz na śmierć Herburta, w którym poeta jak w wielu innych, passować się zdaje z językiem i wiérszem, nie maluje nam bohaterskiego czynu, tego młodzieńca, którego śmierć daleko prościéj, a dobitniéj, opisał w swéj dobrodusznéj kronice — Bielski. Nawet słowa ostatnie bohatera, w pieśni Sępa, rozbite, rozdęte, znaczenia nie mają. Jedno tylko widać w poecie; szczére uwielbienie czynu, prawdziwe uczucie, co prawie słowa mu w ustach hamuje. Śmierć Strusia w kilku wiérszach następnéj pieśni, dość żywo jest odmalowana, zawsze z tym zapałem uwielbienia, jaki w poprzednim wiérszu uczuć się dawał:

Wnet jako pierzchać nieuczony
Lew od młodéj tai będąc oskoczony
I od tysiąc łowców z gotowémi łuki
Bliższe zagubiwszy, drugie gromi huki
Wszyscy, wszyscy serca natrzéć nań niemają
Tylko mu z daleka rany podawają —
On zemdlon ostatniéj już pomsty pożąda
I w kimby ząb martwy zostawić — pogląda.

Wiérsz ten w całości drukowany jest także w herbarzu Paprockiego, i wedle nas text jego, w nim daleko lepszy, niż w wydaniu poezij 1601 roku.
Wiérsz na pochwałę Stefana Batorego, jest jednym z najpiękniejszych u Sępa, któren zawsze będąc sobą, wynosi naprzód króla z tego, że wierze nie dał upaść i błędy powstrzymał:

On w piérwszéj ojczyźnie
Gdy moc błąd wziął bezbożny, sam się oparł, iż nic
Zgasła powszechna wiara — Stąd go łaski swojéj
Pan naczyniem uczynił.

Piękna to jest pochwała, choć historja potwierdzić jéj nie może, bo Stefan w pierwszéj swéj ojczyźnie, słuchając rad Blandraty, wcale podobno nie myślał opiérać się reformie.
Piękne jest wyrażenie:

Królu z twojéj natury, nie tylko z korony.

Takim w istocie był Stefan, który jak ślicznie dalej Sęp powiada wskrzesił sławę naszą.
W całéj téj pieśni, zapał poety widny; nie jest to zimny panegyryk, ale silnie uczuta cześć bohatera, co nad przepaścią zatrzymał Polskę i wskrzesił Bolesławowskie czasy, swemi dalekiemi podbojami. Poeta marzy wielką przyszłość i nie waha się w zapale, prorokować podbicie Pułtawy i zniszczenie potęgi tureckiéj. Cały ten wiérsz, mimo swéj szorstkiéj powierzchowności, silném się wyszczególnia uczuciem.
Następne pieśni, znowu poeta religijném natchnione uczuciem, nuci; jest to powtórzenie myśli, które i u Kochanowskiego i u Sępa już spotkaliśmy nie jeden raz.

Niech moja łódź, gdzie pędzi wola Boża wbieży
I przy brzegu który mi Bóg naznaczył stanie
Jeśli nie jest bezportne ludzkie żeglowanie.
Co na świecie, chyba błąd, kłopoty, marności?
Imie tylko pokoju snąc i szczęśliwości
Którą widzi a niezna duch, chciwy lepszego etc.

Reszta dochowanych poezij Sępa, składa się z krótkich urywków, żadnego nam nowego o autorze niedających pojęcia. Więcéj tu tylko w nagrobkach może czułości, wdzięku, a niektóre wiérsze, przypominają mimowolnie treny na śmierć Urszuli — całość jednak nigdy w Sępie, Kochanowskiemu nie dorówna, i jednego nieznam wiérsza, któren by w całości można przypisać Janowi.
W nagrobku dziewczyny, jest dwa wiérsze wdzięczne:

Pytasz czemu nadobny kwiateczek, ku wiośnie,
Gdy drugie kwiatki rosną, znowu nie wyrośnie?

Ale zaraz niżéj niknie ta prostota chwilowa. Epitaphium pannie Jadwidze Tarłownie, pełne mythologicznych przypomnień, zupełnie zda się chybione i niestosowne, zwłaszcza początek, po którym by się nigdy nagrobku spodziéwać nie można. Na obraz Stefana Batorego, napis, zdał się nam tu znowu jak tam pieśń o nim, najpiękniejszy, bo prosty i poważny a dobitny. Wdzięczny jest także przekład nagrobku dziecięcia przez Koniecpolskiego. — Kilka wiérszy łacińskich, kończy zbiór cały.
Wnosząc z tego co nas doszło, o talencie Sępa, którego współcześni po Janie Kochanowskim kładli i tak piękne rokowali nadzieje; nie możemy się z niemi zgodzić, na zuchwałe w oczach naszych porównywanie go z wielkim XVI w. mistrzem. Sęp, niéma Kochanowskiego natchnienia, niéma jego swobodnych ruchów, niéma téj wyraźności obrysów, niéma wcale obrazowości wyrażeń — wiérsz jego trudny, myśl pospolita i więcéj filozoficzna niżeli poetyczna. Uczucie tylko religijne i obywatelskie na chwilę go rozgrzéwa, ale w największym swym zapale, postawiony obok mistrza, zda się bełkotać niewprawnie. Kto wié, gdyby był żył, czy by się nie sprawdziły przepowiednie, czy by nie wyrósł także na mistrza; takim jakim go znamy, porównywać się nawet nie da z Janem, a jedno ich rodowe podobieństwo, w równém uczuciu religijném, dla nas wziętość Sępa u współcześnych doskonale tłumaczącém.


III.
Naruszewicz
jako Poeta.

Zaprawdę ciekawą dla nas i godną zastanowienia, jest epoka odrodzenia literatury za Stanisława Augusta, epoka co sama siebie wysoko stawiła, a któréj już o kilkadziesiąt tylko lat od niéj żyjąc nieznamy; zapomnieliśmy jéj największych pisarzy, zaparliśmy się wszelkiego z nią związku, wzgardziliśmy prawie wszystkiém co wydała. Prace historyczne tylko tego czasu, cenę dziś jeszcze mają i wiążą się z naszemi, właściwa literatura, prócz nielicznych wyjątków, dla nas dziś wcale umarła. A jednak tyle to tam było poetów sławionych, tylu wysoce utalentowanych pisarzy, co trochę się kłócąc, a bardzo się wzajemnie wychwalając, narobiwszy dużo hałasu za życia, legli przykryci kamieniem zapomnienia — gorzéj, bo prawie wzgardy. Była to jednak świetna chwila dla literatury — posłuchajcie tylko niedawnych jeszcze dziejopisów, jak ją porównywają z wiekiem Ludwika XIV i Augusta Rzymskiego! Zewsząd, ukazywały się jenjusze, talenta — poeci, historycy, wyrastali bujno pod promieniami królewskiéj protekcij — sypały się dzieła za dziełami, pieśni za pieśniami! Niestety! jakże to wszystko prędko zniszczało i cenę straciło. Jakże rokowana im nieśmiertelność, krótką była. Literatura Stanisławowskiéj plejady, umarła prawie ze Stanisłasławowską epoką, z Stanisława fortuną i dworem, bo ona nie dla kraju (po największéj części) nie dla ogółu, stworzoną została. Wyrósłszy pod dostojném okiem panującego, zgasła, gdy mu pochwał śpiéwać nie mogła. Wszystko co z téj epoki do nas doszło, co jeszcze dziś ma cenę, najmniéj wypłynęło z natchnienia protektora, najmniéj pochlebiało czasowym okolicznościom. Te tylko utwory, znane są jeszcze i zostaną w historij literatury, które szczęśliwym trafem wyłamały się z pod zbyt absolutnego wpływu ducha czasu. Karpiński co najmniéj śpiéwał gwoli dworowi, dworakom i Najjaśniejszemu Panu, dziś ze wszystkich poetów najwyżéj stoi podobno. Naruszewicz co całe życie dworował, pochlebiał, wielbił, czcił i śpiéwał Mecenasa Augusta, jako poeta poszedł w zupełne zapomnienie. Możebyśmy z tąd wnieść mogli, że protekcja dla literatury, ledwie nie jest szkodliwą, krzywiąc jéj kierunek prawie koniecznie, wedle własnego widzimisię; mianowicie taka protekcja jak Stanisławowska; co żądała za chléb i wino które rozdawała, kadzidła, i zabawki. Z konieczności więc literatura stała wpół dworską, wpół swawolną.
Zaiste, król co tak silnie wpływał na ducha, na całe życie literatury, na jéj kierunek, charakter, co za nią śledził niespokojném okiem, co ją trzymał uwięzioną na swym dworze, jak małpę lub papugę na łańcużku, król ten winien w historij epoki, koniecznie się wybitnie pokazać; poznanie jego charakteru, wyjaśni dopiéro całkowicie charakter literatury ówczesnéj, bo on go jéj nadał. Lecz nie tu miejsce właściwe, na skréślenie wielkiéj historycznéj postaci, co na schyłku naszych dziejów, jednym się jeszcze wydaje olbrzymią, drugim cieniem bez żywota. Stanisław August nie urodził się na króla, tęgości charakteru, panowania nad sobą, odwagi, nerwu mu brakło — Za to łatwe pojęcie, dowcip, wspaniałość, czułość dała mu natura. Stworzony na wielkiego pana, na poetę XVIII wieku, na protektora sztuk i miłośnika ich. Jemu nie życia czynu, nie życia walki, boju i poświęceń, potrzeba było; ale swobodnego nasycenia, wesołych biesiad, życia salonów, rozmowy poufałej a dowcipnéj, słowem życia łatwego ludzi, co żyją tylko aby go użyć. Przeznaczenie postawiło go na niewłaściwém miejscu, na trudném stanowisku; a nawet położenie jego, nie potrafiło męztwa w nim wyrobić, charakteru, odwagi. Widać było jak żałował pięknego życia, zmarnowanego na walce, któréj znaczenia nigdy pojąć nie chciał. Nieraz dzwony bijące na gwałt w stolicy i huk dział na przedmieściach, zastawały Stanisława u trójnoga malarskiego; nieraz łza kręciła mu się w oku, gdy szczęśliwsze przypominał chwile, przywiedziony do tego, że wiernemu słudze, niemiał czém swojej okazać wdzięczności. Słyszałem naocznego świadka, opowiadającego o kilku chwilach ostatnich czasów Stanisława. O! ciężko i ón przecierpiał, a ciężéj niż kto inny, bo nie wyobrażał sobie, nie spodziéwał się dla siebie innego życia, nad płynące strugą wesołą, bogatą, złocistą, spokojną. Taki człowiek, co się urodził wcale nie do walki, i nie do stérowania zaburzonym krajem, siadł na tronie Batorych i Zygmuntów. Gdy po raz piérwszy korona swą złotą, ale zimną i ciężką okową, przycisnęła mu skronie, gdy uczuł że berło nie lekkie, a życie królewskie, nie życiem o jakiem marzył i jakiego potrzebował, Stanisław chciał się odurzyć, chciał zakryć przed sobą następstwa teraźniejszości, któréj przyszłość poświęcał, tak łatwo, tak nierozważnie. Otoczył się sztukami, poezją, kobiétami, uczonemi dworakami i głuszył w ich gwarze, głos co mu wołał zapewne: Pamiętaj na straszne jutro!
Literatura któréj przeznaczeniem było, słodzić królewskie troski i rozweselać czwartkowe obiady, któréj missją było, bawić i bawić tylko, któréj nie wolno ozwać się surowiéj, poważniéj, godniéj, poezja w szacie dworaka na pół, na pół arlekina; — zrobiła się po dworacku błyskotliwą, drobnostkową, próżną myśli, a wyrazów pełną, polerowną a czczą — w jednéj Satyrze tylko wylewali poeci, czego w czém inném powiedziéć nie śmieli. Ale dowcipny Xiądz Biskup Warmiński, raz nawet Satyrę, potrafił użyć na pochlebstwo. Literatura Stanisławowska cała żyjąc w nim i dla niego, nie dziw, że z nim téż umarła.
Wiek, w którym na nią koléj przyszła nie mało téż się przyczynił, do uczynienia jéj taką, jaką była. Wiek to był skeptycyzmu, reakcij, entuzjazmu dla pięknych marzeń, a szyderstwa dla wiary. Wszystkich oczy zwracały się na Francją, wszyscy z nią sympatywali, poklaskiwali jéj szałom, naśladowali wyblakłą jéj literaturę klassyczną, wielbili teorje polityczne. Polska przed chwilą jeszcze religijna, jakby w niéj nie postała reforma — nagle za wahała się w wierze swojéj i pobladła tuląc ostatek religij do wylękłego łona.
Król sam zdaje się także, dzielił obłąkanie naśladowców, choć w części. Zdało się wszystkim, że zostać przy staréj wierze, było to zhańbić się i nieodpowiedziéć wymaganiom wieku, cofnąć się w przeszłość którą zwano barbarzyńską i ciemną — Przesąd został prześladowany, pobity, wygnany, choć to co nazwano przesądem, było częstokroć poczciwą wiarą, starą i odwieczną prawdą. Bronią przesądu zwalczonego, zabijano całą przeszłość. Co w niéj się niepodobało, co nie przypadło do teorij, co się wytłumaczyć nie dało, nieumiejącym się zastanowić i śpieszącym burzyć ludziom, zabito, nazywając wzgardliwie przesądem. Wszystko stało się przesądem tylko — Z drugiej strony wystawując jakiś stan błogi człowieka natury, obiecywano na danych przezeń pewnikach, nową zbudować teorją socjalną. — Ale nim gmach wznosić poczęto, ze wszech stron walono stare przybytki, i kupy gruzów, były pierwszą podstawą, nowéj Babel.
W poetach, w literatach, historykach Stanisławowskiéj plejady, znać potężny wpływ wieku — niema w nich szczeréj, poczciwéj, staropolskiéj wiary — tchnienie skeptycyzmu już ich owiało; lękają się okazać niższemi od swego wieku. Xiądz Biskup Warmiński, tłumaczy z upodobaniem Woltera, naśladuje Woltera, co więcéj, Biskup pisze przeciw mnichom, dowcipne, ale najniedorzeczniejsze poemaciki, w których, zupełny brak nawet konwencjonalnéj prawdy, brak znaczenia, zastępuje jeden tylko i jeden zawsze dowcip. Drugi Xiądz Biskup Naruszewicz pozwala sobie nie jeden raz z mnichów także żartować, co gorzéj, pochlebiając skłonnościom wieku, upodobaniu pana i panów, bluzga obrzydłemi, nieprzystojnemi wiérszami, których pełna priapeia XVIII wieku.
Życie Krasickiego, czyste jest jeszcze, życie Naruszewica nieraz podobno rozwiązłością się splamiło, którą opiéwał tak jędrnemi wyrazy. Smutno na to patrzéć, smutniéj jeszcze że duchownym wyrzucać musiemy tak wielkie uchybienia, przeciw świętym obowiązkom stanu. Darowana Węgierskiemu naśladowcy Pirona jego swawolna, dowcipna, choć zawsze dla nas trywjaina tylko ciągła z poezij igraszka, ale niedarowana nigdy wojna mnichów Krasickiemu, swawolne wiérsze Naruszewiczowi.
Postanowiliśmy tu powiedziéć kilka słów o tym ostatnim, jako o poecie. Jego zasługi jako historyka, gdzie indziéj może ocenim, tu przedsięwzięliśmy przejrzéć własne tylko jego utwory poetyczne, aby się przekonać czyli zasługiwał na wziętość swego czasu, a na takie zapomnienie naszego. Omijamy tłumaczenia, gdyż te o stylu tylko i sposobie władania językiem objaśniać by nas mogły.
Adam Stanisław Naruszewicz, urodził się d. 20 Października 1733 roku z Jerzego i Pauliny Abramowiczównéj Naruszewiczów Łowczych Pińskich, z familij nie bogatéj, ale niegdyś znakomitéj w Litwie ślachty. W życiu Jana Karola Chodkiewicza, sam ón o rodzinie swéj wspomina. W roku 1748 skończywszy nauki w szkołach Pińskich, wstąpił do zakonu Jezuitów, wysłany do Lugdunu, potém wsparty przez X. Czartoryskiego Kanclerza Litew., zwiedził Francją, Włochy i Niemcy. Po powrocie do kraju mianowany professorem poetyki w Uniwersytecie Wileńskim, lecz przeniesiony w krotce do Warszawy, na nauczyciela Collegium Nobilium. Tu zapewne z poezij naprzód hojnie okolicznościom czasowym sypanych, poznał go Stanisław August, a ceniąc w nim i talent i tę łatwość i giętkość charakteru, co tak na dworach popłaca, przywiązał go do swéj osoby, po kassacie zakonu w roku 1773. Nikt z poetów dworaków, nikt współcześnych, tylą nie był od króla co Naruszewicz obsypany łaskami, bo nikt téż tyle do króla, o królu, dla króla nie napisał, nikt tak zręcznie wszystkim otaczającym kadzić nie umiał. Oprócz ód, hymnów, pieśni, dytyrambów, na cześć i chwałę Stanisława wysypanych, pisał co tylko królowi rozkazać się podobało, wiérsze do każdego podarku królewskiego, do piesków, do faworytów; ucinki swawolne, gdy ich trzeba było, polityczne rozprawy, historyczne dowodzenia, mowy i tym podobne. To téż, z razu Koadjutor Biskupstwa Smoleńskiego, późniéj Pisarz W. Xięztwa Litewskiego, Sekretarz Rady Nieustającéj, Biskup Smoleński, wreście w 1790 Biskup Łucki, kawaler orderów Orła Białego i Ś. Stanisława, obdarzony medalem na cześć jego bitym, uczczony popiersiem bronzowém, postawioném na zamku, w sali wielkich ludzi — niémiał już czego żądać, o co prosić — Ale jak doskonale, jak pokornie dziękował!!
Nadto są wszystkim znajome poezje Naruszewicza, abyśmy je szczegółowie rozbiérać i cytować mieli, przebieżym je tylko i przypomnim. Z cztérech xiąg jego pieśni oryginalnych, w stu kilkudziesiąt poezjach, naliczyliśmy siedemdziesiąt przeszło pisanych z rozmaitych okoliczności, częstokroć wcale nie mogących natchnąć poety. To ciągłe przymuszanie się do śpiéwu, ciągłe wyzywanie natchnienia, niepodobna aby zawsze rodzić miało prawdziwą poezją, najczęściéj téż Naruszewicz w tych okolicznościowych swych pieśniach, jest wymuszony, nadęty, nie smaczny i zimny. Znać że pisał, nie że czuł, lecz że myślał iż wypadało cóś napisać. Mogłoż pobudzić prawdziwy zapał lada wesele J. M. P. Niesiołowskiego Kasztellana Nowogrodzkiego z Katarzyną Massalską, urodzenie Wojewodzica Połockiego Sapiehy, widok sań Xiężnéj Izabelli Czartoryskiéj (oda XIX xięga I). Imieniny Xiężniczki Elżbiéty Lubomirskiéj, X. Anny Sapieżanki, Anny Szaniawskiéj i Anny Lefore, odjazd pani Branickiéj (II. VI). Akt weselny J. M. P. Radzickiego Cześnika Zakroczymskiego z panną Teressą Krajewską Instygatorką Kor. i t. i t. d.
Nie urodził się nikt, nie ożenił, nie umarł, nie wyjechał, nie wrócił, żeby Naruszewicz z téj szczęśliwéj okoliczności, z tego pełnego wdzięku tematu, nie napisał wiérsza. Zapala się Warszawa, ón występuje z odą, ktoś komuś ofiaruje bukiet, druga, ktoś komuś zégarek, trzecia, ktoś kogoś pokochał, czwarta i tak nieustannie. Nie podobna żeby tej powodzi wierszowéj, wystarczyło olbrzymie nawet natchnienie.
Lecz jakkolwiek wiele jest poezij u Naruszewicza okolicznościowych, do różnych osób, z różnych powodów adressowanych, do nikogo, o nikim ich więcéj jak o królu.
Cztéry te xięgi piesni, są ogromną kadzielnicą, nieustanny dym wydającą u stóp tronu. Za każdy datek dziękczynienie, za każdy uśmiechy oda, a ileż to dytyrambów, przy imieninach, rocznicy ocalenia, etc. Z tytułów tych smutnych poezij, można sobie wystawić życie Naruszewicza utrapione, w ciągłéj pracy pochlebstwa i dworszczyzny spędzone. Spotykamy tu nie jednę pieśń, okazującą stosunki króla z faworytem; w jednéj dziękuje za Niemenczyńskie probostwo, w drugiéj za medal, w trzeciéj za order, w innéj za butelkę wina i t. p. nieomijając żadnéj zręczności zaręczenia, że wierny swemu panu póki dysze, że go kocha i gotów zań dać życie, porównywając Augusta z Bogi, z bohaterami. Równie zręcznie przymila mu się ofiarując to numizma, to naczynie na kwiaty, to kałamarz (IV. XIII); a gdy nic nie pomaga odzywa się ogromnym głosem, któren niewiém jak potrafił z piersi wydobyć:

Bez chleba kęsa, bez roli zagonu
Wstyd mi: lecz muszę dolę mą otwiérać.
Użal się królu! z wysokiego tronu,
A nie daj z głodu na starość umiérać.

To już ostatni stopień spodlenia — W innych pieśniach, zawsze dworską nutą nuconych, staje się zupełnie śmiésznym, wynosząc króla pod obłoki, za każdą nowo-otrzymaną łaską, przypomina na ówczas panią Sevigné, która po przetańcowaniu z królem J. M. Menueta, odezwała się siadając na miejsce, z naiwnym zapałem: Nous avous un grand roi! Takie jest właśnie uniesienie w tych, co je natchnęło odebranie medalu i orderu. Nieskończylibyśmy nigdy, gdybyśmy wyszczególniać chcieli poezje w rodzaju poprzedzających, jest ich tyle, że policzyć trudno, a większéj części, czytać nie podobna, są to dziś trupy, z których życie uciekło.
W pozostałych lirykach, już czysto natchnionych, nie temi dobrodziejstwami żywota, ale prawdziwemi uczuciami, uczuciami naturalnemi, Naruszewicz nie wiele jest szczęśliwszy. Język jego mozolnie na stary krój wymoderowany, pełen archaizmów, wyrażeń dziwnych, już napuszonych, już trywjalnych i rubasznych, już niesmaczno-nagich; wiele ma czasem energij, pospolicie zbywa mu zupełnie na wdzięku. Życie nawet dworskie nie potrafiło go ogładzić i dać mu uczucia tego co piękne i przyzwoite. Ody te są bardziéj patetycznemi rymowanemi mowy, niż lirykami, a gdzie udaje zapał i chce się unosić wysoko, wpada niechybnie w przesadę i nadętość. Co gorzéj, czujemy wszędzie że natchnionym nie był, ale sztucznie naśladował, wyrabiał natchnienie, że nie czuł, ale myślał. Sama przesada już jest tego dowodem; bo ten tylko przesadza, kto nie czując, niéma miary na wyrażenie uczucia. Zdaje mu się że silne uczucie tak by się wyrazić powinno, a myli się, gdyby prawdziwie czuł, wyraził by się silnie bez najmniejszéj trudności. Niemało w pieśniach Naruszewicza zadziwia, nietylko użycie ale nieustanne nadużywanie mythologicznych ozdób, któremi bez miary sypie. Jest to wada klassycyzmu XVIII wieku i wszystkich prawie pisarzy Stanisławowskiéj plejady, a najbardziéj X. Biskupa Smoleńskiego. Znać z tąd bardzo, że był Professorem Poetyki, w Jezuickiej szkole; i czytał, studjował Gradus ad Parnassum.
W stosie tym różnéj wartości, różnéj treści i barwy wiérszy, które zebrane są w cztéry xięgi Liryków, są jednak ody odznaczające się, jeśli nie prawdziwém uczuciem, to patetycznością, zręcznemi zwroty, niekiedy powagą, niekiedy dowcipem. Jakiemi są, piérwsza xięgi piérwszéj, druga, Hymn do Boga, wiérsz na ruinę Jezuitów i t. d. W tym ostatnim dał dowód niepospolitéj zręczności poeta, płacząc po swoim zakonie, nie mogąc go o nic obwinić, a bojąc się narzekać na upadek, wywija się tak ciągle, że ani tych co upadli, ani tych co ich wywrócili, nie potępia. Kończy polecając Jezuitów narodowi. Długa to rymowana i patetyczna mowa.
Ile Jan Kochanowski ma prostoty, tyle Naruszewicz nadętości, napuszoności, przesady; wszystko w nim kunsztowne. Natchnienia gwałtem z siebie dobywa i ubiéra je na zimno rozważając, w czem im lepiéj będzie do twarzy. Gdy chce być prostym i naiwnym jak naprzykład w Bajkach (powiększéj części naśladowanych) robi się rubasznym, gminnym, niesmaczno pospolitym. Między bajkami to natrafiamy na wiérsz o Kapucynie Celestynie, wiérsz który nam swą lekkością, zdał się prawdziwie gorszącym. Takież niestósowne żarty z mnichów, spotykamy w bajce X, któréj zakończenie szyderskie i ironiczne. Bajka a raczéj powiastka o Szołopiace (XI) jedna wyborna, choć znowu za nadto rubaszna; jak i niektóre z epigrammatów (np. IV).
Sielanki, których część większa bardzo niestosownie pod tę klassyfikację weszła (np. pod tytułem: Na akt weselny Ign. Potockiego) prawie wszystkie są naśladowane i wystawują ten świat pasterski konwencjonalny, którego twórcami byli Florjan poczciwy, Gessner, a w sztuce Vatteau. W jednéj tylko — Dziécię poprawione, Naruszewicz odmalował prawdziwą wieś i prawdziwych wieśniaków. W Folwarku z sielankowego tonu, przechodzi na satyryczny, do którego miał skłonność jak to jeszcze niżéj okażemy. W Oczekiwaniu na towarzyszów, dziwaczna mięszanina Dafnisów, Tyrymachów, Baucis, z Maćkiem, Fircykiem i Kulfonem!! Wszędzie, prócz wdzięcznego Pacierza Staruszka, cośmy go się na pamięć niegdyś w szkołach uczyli, i co prawdziwie jest piękny, brak zupełnie uczucia wsi, pojęcia życia wiejskiego, znać że to sielanki pisane w kamienicy Warszawskiéj, nad otwartym Gessnerem.
Nigdzie Naruszewicz nie dał tak jawnych wielkiego talentu dowodów, jak w Satyrach. Tu swobodny, posłuszny tylko natchnieniu, mści się niemiłosiernie na tych, którym musiał na nieszczęście gdzieindziéj pochlebiać. W nich, z całą siłą powstaje na czasowe w obyczajach wady, na zepsucie, na śmiészność, chłoszcze je szyderstwy energicznemi, wytyka palcami. W nich okazuje co miał w duszy ślachetnego, poczciwego, staroświeckiego, a czego dworszczyzna niemogąc zabić zupełnie, stłumiła tylko. Satyry właściwie są najlepszym i jedynym poetycznym Naruszewicza utworem, jedynym po nim dla nas spadkiem, co przedstawia doskonale świat ów, w którym był poeta, któremu płaszczyć się musiał, a którym w duszy gardził. — Do spisu Satyr należałoby dodać kilka jeszcze utworów poety, rozpierzchłych w zbiorze jego poezij, którym najwłaściwsze pod tą rubryką jest miejsce. Do nich należy fragment wyborny, pomieszczony na końcu epigrammatów, i będący wyraźnie niedokończoną Satyrą:

Lepiéj stokroć z kozaki żyć na dzikiéj siczy
Bo tam zbiegłe hultajstwo, kiedy co w zdobyczy

Z granicznych urwie sieliszcz: co los zdarzył komu
Nie weźmie mu ni Sotnik, ni Koszowy z domu.
Chodzi z fajką bezpieczny Sawka po Majdanie,
W cześnika szarawarach, w podsędka żupanie,
Na kłusaku pancernym harcuje Mikita
Z kąd wziął, jak to obróci, żaden go nie pyta
Nie wart że się ojczyzną kraj taki zwać godnie
Gdzie same w porównaniu cnotami są zbrodnie?
Gdzie chcąc ujść szarpaniny nie jeden by może
Złotą godność za grube oddał Zaporoże.
Tam by przecie bezpiecznie, jak sobie zasłużył,
Czy borysa, czy chleba pytlowego użył.
I żył lepiéj w szałasach z dziekciowemi gbury
Niż z jaśnie wielmożnemi pany łupiskury.
Dziś człowiek niewié komu zasiéwa i młóci,
Lada kto mu stodołę i lamus przewróci.
Naśle łotrów najemnych, pograbi, pokosi,
Porąbie, porozgradza, spali, powynosi:
A sprawiedliwość kędy? czekaj że jéj zgoła
Kiedy umarli trąbę usłyszą Anioła.
.............
Siedzi człek w domu, jako liwrant w magazynie.
Ten grosza, tamten zboża, ów chce byś dał koni.
A za co? Bo masz a nikt ciebie nie obroni
Daj furaż, bies wié za co włożony drapieżnie
Pój miodem, tucz kurami mundurowe leżnie
I chociaż na obronę publiczną mniéj zdatnych,
Na wysys krwi twéj własnéj, chowasz zbójców płatnych.
Pan stawi karczmę zajrząc że masz grosz z arędy
..................
A że wszystko straciwszy, nie mógł skończyć sprawy
Szedł o kiju Astrci szukać — do Warszawy
Kiwnąłem głową myśląc, żal mi patrzéć na cię
Diabła w pałki z tym kijem wskórasz panie bracie
.....i t. d.

Dołączyłbym także do Satyr obraz wyborny Fircyka, pomieszczony niestósownie między odami (X. IV. XXIX). Doskonałe jest żartobliwe zakończenie obrazku:

A kiedy fircyk grzecznym kawalerem takim
Któż będzie sowizrzałem, głupcem i prostakiem?

Fircyk kilkakroć wspominany w Satyrach Stanisławowskiéj epoki, jest postacią zupełnie jéj właściwą, odmalowany został z natury. Mamy i dziś różne śmieszności, ale niéma już między nami Fircyków, swobodnych, wesołych, wytwornych, wiercipiętów, takich, jakiemi ich odmalowali Naruszewicz i Krasicki. Z Fircyka wyrodził się dzisiejszy lewek naśladowany z francuzkiego, równie śmiészny swą przybraną powagą, jak tamten był trzpiotowstwem. Piérwsza Satyra Sekret w tonie poufałéj pełnéj rubaszności gawędy, napisana, niekiedy przechodzi dobitnością wyrażeń, aż w gminność, której nowa nasza szkoła częstrokroć o nię pomawiana, nigdy nie doszła. I tu znajdujemy Fircyka znowu, zawsze takim jakim go wprzód odmalował poeta, nieznośnym wiercipiętą, wścibskim i plotkarzem.
W Satyrze drugiéj o ślachetności, a raczéj o ślachectwie, śmiało nastał poeta, na tak przyjęty w polsce przywiléj urodzenia; co jedną część narodu, nie przebytym murem oddzielał od drugiéj, ledwie że nie wrogów czyniąc z rodzonej braci, rozdzielonéj losem na dwa obozy. Tu widzim wyraźny wpływ doktryn XVIII wieku. Nie dziwiło nas wcale, gdy mieszczanin Klonowicz pisał swoją Victoria Deorum, ale gdy Naruszewicz, potomek owych co z Radziwiłłami, Sapiehami i t. d. spokrewnieni i po kolligaceni byli, występuje przeciw przywilejowi urodzenia, niepodobna abyśmy niewidzieli w tém, wpływu czasowego, obcego pochodzenia. Co więcéj, Satyrę tę, przypisał ón X. Adamowi Czartoryskiemu.
Tonem, argumentami, celem, myślą, satyra ta widocznie, wyszła z pod pióra człowieka, co przed chwilą tłumaczył odę do gminu P. Thomas. Jest wymowny głos za ludem, a przeciw aristokracij, bardziéj jeszcze niżeli przeciw ślachcie. Piękny tu obraz starożytnych polanów; a wyborny wiérsz ku końcowi.
Satyra trzecia głupstwo, znajoma jest podobno wszystkim. Niepojmujemy jéj tytułu, bo głupstwo nie będąc do poprawienia, nie może być przedmiotem Satyry; snać autor nie stosownie ją nazwał. Dziwnie trafne są w niéj obrazki, znajomego nam już Fircyka, gryzipacierza, pana Joba i t. p. Z nich wszystkich wnosić należy, że głupstwem nazwał autor, nie to co pospolicie niém zowiemy, ale wady. Spis śmiészności i wad kwalifikujących na głupca, kończy tę wyśmienitą gdéraninę.
Wiek zepsuty, jest gdéraniną także, ale niedobrze powiązaną, urywaną nieustannie, nie klejącą się, i nie przedstawującą wyraźnie jednéj wybitnéj myśli.
W Satyrze pochlebstwo, jakże doskonale odmalował Polskę, osiemnastego wieku, któréj całą literaturą był panegyryk, jednym głosem nieustanna admiracja! A! czemuż nie uderzył się w piersi sam także i niepostrzegł że w swych pieśniach, kontynuował tylko tych, których tak dowcipnie wyśmiéwał! W pełném goryczy zakończeniu zdaje się srogi wyrzut robić całemu krajowi.

Wszystkich chwalim iż dobrzy i świeccy i xięża
Jednak giniem bez skarbu, rządu i oręża.

Nadzwyczaj trafne jest obranie tego przedmiotu, co więcéj, śmiałe. Satyra ta bowiem zdaje się kłamstwo zadawać własnym pismom Naruszewicza i obwiniać milczeniem, samego nawet N. Pana. Skłonność do panegyryków począwszy od XVII wieku, stała się była wadą narodową. Nie było środka między bezecnym paskwilusem, a nudną i nieznośną mową pochwalną, która się wciskała wszędzie. Słyszano ją z ambon, na sejmach, na dworze, na uroczystościach, weselach, chrzcinach, wszystko było pretextem panegeryku, który w końcu stracił znaczenie zużyty do nitki. — Tytuły dzieł, dedykacje, całe księgi napełnione były alluzjami, epigrammatami, anagrammatami, odami panegirycznemi. Im ten szał trwał dłużéj, tem się dziwaczniéj przeradzał i bujał, aż doszedł do najwyższego stopnia śmiészności. Już za panowania Stanisława, trochę ucichło choć jeszcze przy zdarzonéj okoliczności, ożywały się z Konwentów, Collegiów i od pojedynczych osób, łacińskie ody i polskie mowy. W Satyrze pochlebstwo, poeta tak doskonale wystawił ten stan chorobliwy umysłów bezczynnie applaudujących wszystkiemu, że do jego obrazu, nic dodać niemożna.
Chudy literat, wystawia nam także bardzo dobrze, stan literatów i literatury za Stanisława Augusta. Literatura jak widziemy, nie trzymała się o własnéj sile, nie żyła sama sobą, ale tuliła się pod przemożną protekcją mecenasów, na których czele stał król. Wszyscy literaci byli z natury swéj chudzi, i wypasali się dopiéro gdy ich na pański obrok wzięto. — Drukowały się dzieła kosztem autorów, a cała nadzieja na mecenasach spoczywała. Pisano nie dla narodu, ale dla kilku łaskawych i nie tyle o pismo szło, co o szczęśliwie dobraną dedykacją. Niebyło związku, sympatij między ludem a pisarzem, nikt jak widzim niekupował xiążek; a ślachcic naprzebierawszy w sklepiku, brał nareście:

Receptę do drjakwi i kalendarz nowy.

Napróżno Naruszewicz bije tu, na brak czytelników i zdaje się gniéwać, że jego tłumaczonego Tacyta, nie kupowano, napróżno dowcipnie opowiada, jako ślachcic, xiążki sądził właściwémi duchownym, a ksiądz zalecał je nabywać próżnującemu ślachcicowi — nie tyle było w tém winy ślachty i duchownych, co pisarzy. Cóż dziwnego że nie kupił Tacyta w kramiku przybyły z wioski ślachcic? Co dziwnego że drugi skrzywił się na tłumaczenie Horacjusza? Mógłże Tacyt i Horacy zaspokoić potrzeby umysłowe narodu? Przecież kupowano Podstolego i Doświadczyńskiego, kupowano Naruszewicza historją i można się było opamiętać, że jedno tylko wprowadzenie narodowego piérwiastku do literatury, mogło ją uczynić popularną i postawić w związku z narodem.
W Satyrze Reduty, którąbyśmy dziś maskaradą nazwali, wyborne są obrazki, choć myśl główna nie oryginalna. Spotykamy tu jednego z tych panków, na ówczas często widywanych w Warszawie, co to błyskotliwym pozorem zbytku, okrywali niedostatek i ruinę. Podobnego w Doświadczyńskim maluje niemniéj doskonale Krasicki; potém junaka, potém gracza, piérwszego ministra króla Faraona, potém świętoszka jakich dziś wcale nie widać, bo kto Boga w sercu niéma, już przynajmniéj nie czuje się w obowiązku, pobożności udawać. I to także postać charakterystyczna, co jéj już nie zobaczym i co właściwie do przeszłości należy. Po Tartuffie Moliéra, łatwo było na nią natrafić; ale Naruszewicz cale ją po polsku pojął:

Owoż się na ulicy słodko z mnichem wita
I w szkaplerz go całuje: Jest to hipokryta
Jaki mógł być na świecie: Że xiędza Dryganta
Często winkiem podsycił, obił predykanta
Utopił dwie czarownic, a wierzy w upiory
Gmin mu za życia świętych wyrządza honory —

Oto jeszcze przyjaciel wszystkich ze słodkiém obliczem — Chameleon.

Wczoraj był rojalistą dziś republikantcm
Słowa mu na dwór ciekły, jako z pełnéj beczki
Dziś chwali: Jczuickiéj chce mu się wioseczki

Napisał pancgiryk, a gdy się zawiedzie
Krzyknie; Niemasz tu zasług! I do Włoch pojedzie.

To — niémasz tu zasług! wyborne, bo naturalne, bo z ust zda się Chameleonowi wydarte.
A taż Madame, idąca na bal, przed którą w powozie siedzi L’abbé. — Wszystko to żywe swego czasu postacie, których zachowanie winniśmy poecie; a w odmalowaniu ich, odmówić mu najprawdziwszego talentu, byłoby niesprawiedliwością.
W Satyrze Małżeństwo, nie tai się Xiądz Biskup, z swojém najgorszém o kobiétach wyobrażeniem; nie lepiéj je widzi od Opalińskiego, co tak srodze, nielitościwie, Polki swojego czasu nam odmalował, że wierzyć prawie w nie niechcemy. Naruszewicz nie piérwszy to raz w tej Satyrze, przeciwko małżeństwu wykrzykuje, dwie ody tejże treści, znajdują się w xięgach Liryków, jakby umyślnie kłamstwo zadając, różowym wróżbom licznych Epithalamiów, tuż obok pomieszczonych. W odzie o małżeństwie, z niesłychaną energją poczyna autor, tu z nielitościwém szyderstwem:

Powiedział mi pan Miłosz tydzień temu będzie
Że téż nakonicc przyszło zamyślić waszeci,
Po długiém kawalerstwie o małżeńskim stanie
Mości wielce w mym sercu ryty kiljanie!

Cała tym tonem ciągnie się Satyra, zawsze przeciw kobiétom. I nie dziw, kto je widział w stolicy, za zalotnego panowania Augusta, kiedy każda ubiegała się o królewski fawor i szła przeciw sercu królewskiemu na wpół drogi. Kto je widział wówczas — nie mógł o nich sądzić inaczéj. Był to czas powszechnego zepsucia, które nawet na wymówkę swą gorącéj namiętności niemiało, bo je zrodziło w części naśladownictwo cudzych obyczajów, w części duma i próżność.
Na téj Satyrze, kończą się Naruszewicza w tym rodzaju utwory, nieliczne, bo osiém tylko zawierające obrazów — Przebiegliśmy treść ich, nie cytując wiele, gdyż znajome wszystkim prawie, przypomniane być tylko potrzebowały. One są Naruszewicza, jako poety celnym utworem, jedynym może, co przejdzie do potomności, zawsze czytany, smakowany i ceniony. W nich jest fantazja i dowcip, siła i uczucie; nie piérwsi podobno przyznamy im postawiwszy je obok wybornych Satyr Krasickiego, więcéj daleko mocy od tamtych, celujących wdziękiem, wykończonością, dowcipem. W przekonaniu naszém z wieńca poety włożonego na skronie Naruszewicza, te osiém tylko listków niezwiędłe zostały, reszta pożółkła i opadła. Ody i pieśni w największéj części, zostały tylko materjałem biograficznym, historyczną pamiątką, w nich ślad życia dworskiego poety i życia narodu w téj nieszczęśliwéj, a tak wesoło strojnéj epoce. Nie było w nich uczucia, nie przeżyły téż tego co je sztucznie zrodziło — jedne Satyry wyszły z przekonania, z natchnienia, z serca, i one dziś jeszcze wartość mają wysoką.
Przystało téż bardzo XVIII wiekowi, epoce sceptycyzmu, co sama niewierzyła już w siebie, przedstawić się potomności w Satyrze. Tak bohatérska Grecja wcieliła się w Illjadę, a Rzym upadający, zepsuty, najlepiéj się także w swoich Satyrykach odmalował. Wieki podobnego charakteru, niemogą się objawić, tylko tym sposobem, niéma w nich wiary, nie może być innéj nad Satyrę poezij, nad Satyrę, co jest negacją poetycznemi szaty okrytą.
W wieku i okolicznościach Naruszewicza, niemógł ón być innym jak był. Mniéj dbały o znikome dobra ziemi i dobry byt, więcéj przejęty wiarą, lepszym będąc xiędzem, lepszym chrześcianinem, Naruszewicz lepszym by był poetą. Dla kawałka chleba, medalu, infuły i czwartkowych obiadów, nie poświęcając całego życia na pochlebstwo bez końca, nie szfując sobą i natchnieniem bez miary byłby coś lepszego od swoich ód utworzył. Dziś całą jego zasługą te Satyry, w których zdaje się i siebie i swój wiek potępiać; bo nie tu miejsce wysławiać wielką jego pracę historyczną, którą się tak znakomicie krajowi zasłużył. Powiédzmy téż tu, że protekcja wcale poezij nie służy i że na dworach kwitnąca, będąc tylko piękném cackiem, umiéra z temi, co się niém bawili. Życie poety, nie może się pogodzić z życiem miasta, a nadewszystko z życiem dworu, nieustanne rozdrabianie się, zużywanie się, odejmuje mu wszelką siłę, niedozwala skupić ducha, wejść w siebie.
Ucząc się tego co zowią dworszczyzną i tonem, musi najzdolniejszy, najszczérzéj natchniony człowiek, utracić wszelką energją, wszelki nerw. Wpływając na charakter, to życie wpływa przeważnie na usposobienie poetyczne, będące z nim w bezpośrednim związku. Solidarność życia i dzieł większą jest niżby się komu zdawać mogło, i dziś już téj prawdy dowodzić nie potrzeba. Mógł Naruszewicz pisać wybornie historją zostając przy Stanisławie Auguście, ale niepodobna było, aby natchnione tworzył poezje, na zawołanie, na zażądanie, na te tysiąc okoliczności, co je wywoływały. Karpiński co ze wszystkich poetów tego czasu, najwięcéj ma prawdziwego uczucia, częściej przesiadywał na wsi, niż na dworze i wcale nie był dworakiem.
Przerzucając cztéry xięgi liryków Naruszewicza i porównywając je z Kochanowskiego odami; w tych nieustany wysiłek, w tamtych ciągłą swobodę widząc, przekonaliśmy się bardziéj niż kiedykolwiek, jak zgubném dla poety, jest życie wrzawy, zgiełku i tego co zowią per excellentiam światem. I ón miał także talent, talent energiczny, silny, wybitnie odcechowujący się od współczesnych, ale go rozproszył, rozsiał, zmarnował. Wiedział Kochanowski dla czego nie przyjął kasztellanij i usunął się do Czarnolasu. Zamiast prześlicznych jego pieśni, mielibyśmy może po nim, taką wiązkę nic nieznaczących wiérszyków, jaka po Naruszewiczu została; zamiast poezij natchnionych wiecznie prawdziwemi uczuciami, tylko zimne, sztuczne, mozolnie wykute tworzył by powinszowania, epithalamia i hejnały weselne! Ale Naruszewiczowi brakło téj odwagi, jaką miał Kochanowski, tego religijnego uczucia i prawego zamiłowania poezij. Wolał ón dwór niż wieś, towarzystwo dworaków, nad przyrodzenie, którego ani pojmował, ani malować nie umiał — wolał pochwały Pana i panów, niż spokojne przeświadczenie o własnéj dostojności.
Nie jednego tak już poetę, wybór sposobu życia zgubił i piękny talent unikczemnił; bodajby to było nauką dla tych, co zuchwale wierzą, że potrafią utrzymać w sobie iskrę poetyczną wystawując ją na chłodny powiew świata. Poezij potrzeba spokoju, odosobnienia, surowego życia, potrzeba całego człowieka, całego serca i duszy. Świat gwaru, wesela, płochości, kłamstwa; może uczynić filozofem, obserwatorem, satyrykiem, ale nikogo nie uczyni prawdziwym poetą. Na świecie wszystko nosi ślady myśli człowieka, wszędzie tylko człowiek się spotyka; na ustroniu w odosobnieniu, zbliżamy się do natury, to jest do myśli Boga — a poezja nie od człowieka, ale od Boga pochodzi.


IV.
TRZY DOBY
w Historij postępów umysłu ludzkiego.

Droga postępów umysłu ludzkiego jedna jest zawsze i niezmienna, prowadzi ona jednemi środki, do jednostajnych wypadków. Ludzkość w postępie swym zawsze jest sobą, zawsze tąż samą, nigdy się swej natury piérwiastkowéj wyprzeć nie zdoła.
Nie możemy się tu zastanawiać i nie naszą jest wcale rzeczą rozwiązywać, jak które pojęcia otrzymuje człowiek; które z sobą przynosi, które w sobie wyrabia; z całych jednak dziejów pojedyńczego człowieka (mikrokozmu) i całéj ludzkości (megakozmu) okazuje się jawnie, że umysł ludzki, zaczyna od pojęć ogólnych, wielkich, a z nich przechodzi do składanych, szczegółowych.
Prawo te jest tak konieczném, że niéma dziejów do których by się zastosować, w których by się okazać nie dało. W filozofij, poezij, sztukach, tym zawsze jednym i niezmiennym trybem idzie człowiek, od ogółu do szczegółów, od wielkiego do małego, od syntezy do analizy, od ducha do materij, od myśli do formy, od pojęć prostych do składanych.
W historij więc filozofij, poezij — sztuk, trzy są główne epoki, epoki naturalne, na które się rozpadać muszą dzieje najwłaściwiéj. — Piérwszéj epoki cechą jest siła i prostota, w niéj utwory rodzące się, znamionują najwybitniéj pojęcie ogółu, zaniedbanie szczegółów formy, która instynktowie się natrafia. W epoce drugiej, epoce któréj charakterem jest wdzięk, szczegół służy do podniesienia, do uzupełnienia ogółu; wywija się pojęcie formy, ale posłusznéj duchowi i dla niego narzędziem tylko będącéj. W epoce trzeciéj, któréj cechą jest bogactwo, forma podstawia się na miejsce myśli, szczegół no miejsce ogółu, całe staranie o drobnostki, o wyrobienie, exekucją; zupełne zaniedbanie całości dla części. To co zowiemy najczęściéj szczytem doskonałości w sztuce, w literaturze, w filozofij, jest tylko przerodzeniem się myśli w formę, zapatrzeniem na drobnostki; — twory błyskotliwe, ubrane, a bez myśli, bez całości ukazują się w téj trzeciéj epoce, co by powinna z porządku naturalnego być najwyższym szczeblem postępu.
W piérwszéj dobie wszystko jest wielkiém; przyświeca jéj wiara, zapał, natchnienie świéże jeszcze i silne. Utwory téj epoki, często niegładkiego, srogiego, chropawego oblicza, odznaczają się wielkiém pojęciem całości, siłą i prostotą swoją.
Do téj epoki należy w literaturze Illiada Homera, w architekturze mury Cyklopów; a z innego cyklu, budowy romańskie; w malarstwie pełne powagi i energij typy Chrystusa, bizantyjskich monet i obrazów, w rzeźbiarstwie marmury eginetyczne, etruski, rzeźby egipskie; — do téj epoki należą pieśni ludu i większa część utworów archaicznych każdéj literatury. W epoce téj, jakeśmy rzekli, panuje wiara, twory jéj zdradzając walkę myśli z formą, któréj do objawienia się użyć musi, noszą cechy wielkiéj siły. Ludzkość tworzy jak jeden człowiek, zapiera się pojedynczy twórca, swego indywidualnego charakteru, i idealizuje się. Dla tego twory téj epoki, równie egińskie marmury jak Homerowe pieśni, któż wié przez kogo utworzone zostały, przez jednego, czy kilku??
Człowiek goni w téj epoce za wielkim ideałem, od którego w filozofij zarówno, w literaturze, w sztuce, nie odwodzi go jeszcze ani naśladowanie ani obserwacja natury. Ón, naturę pojmuje sercem, instynktem, ón ją kocha, ale jéj nie bada, rozumié, choć tajemnic tłumaczyć nie usiłuje.
Cale inaczéj dzieje się w drugiéj epoce, drugim perjodzie kształcenia się umysłu ludzkiego, perjodzie przejścia. Tu człowiek zwraca się już do natury, i co żył cały syntezą, pojmować zaczyna analizę, czyniąc ją jeszcze sługą syntezy. W sztuce exekucja łączy się w równéj mierze z pomysłem, któren podnosi, i idzie posłuszna mu zawsze; w literaturze forma i jéj pojęcie rozwija się, ale całkiem jeszcze na korzyść głównéj myśli. Całość zdobi się szczegółami, które jéj nie zakrywają.
Do téj drugiéj epoki należy najwięcéj utworów filozoficznych, poetycznych, artystycznych, epoka to daleko już płodniejsza od piérwszéj, choć jeszcze nie tak płodna jak ostatnia, w któréj cześć formy, materij i szczegółu, czyniąc łatwém tworzenie, po tysiącznych wzorach, wyprowadza myrjady karłowatych drobniutkich, nic nieznaczących utworów.
Jak piérwszej epoki siła i prostota, tak drugiéj wdzięk jest cechą. — Charakter jéj łączy w sobie trochę energij z pierwszéj doby, z poszukiwaniem gracij, uśmiéchu, słodyczy. Do téj epoki należy architektura bizantyjska, na danych już przez dawniejszą planach, wykwitająca w ozdoby jeszcze nie psujące jéj całości; do téj epoki należy wdzięczny Leonardo Vinci, którego postacie z swym uśmiéchem pełnym słodyczy, w Świętym Janie przypominają Antinousa Adrjanowego. Trudno jest jednak téj doby przejścia, granice ściśle oznaczyć; z jednéj strony dotyka ona piérwszéj epoki, z drugiéj wléwa się już w trzecią.
W trzeciéj, pojęcie szczegółu zastępuje pojęcie ogółu wielkiego, drobnostki zwracają całą uwagę artysty, sztuczne effekta całą usilność poety, wykończenie, wyszczegółowanie ukazuje się w literaturze i sztuce, w filozofij pojedyńcze, subtelne traktują się kwestje. Jak piérwszéj epoki cechą była idealność, tak téj ostatniéj, tak zwany naturalizm i prawda, często przez swe przywiązywanie się do materij, na fałsz przechodząca. Epoka to reformy, wątpliwości, pismactwa nieskończonego, niestety — epoka to Augustów i Ludwików XIV; epokę tę zwą odrodzeniem.
Ideał zasklepia się w niepojętéj jakiéjś konwencjonalnéj postaci — forma zajmuje wszystkich, naśladowanie natury, niepokoi artystę i myśl w nim zabija — rodzą się Caravage, Veronese, Rubens, Poussia, wielcy mistrze, którzy bogactwem szczegółów, zaślepiają; rodzą się Mignard, Mieris, van der Verf i Gerard Douw, co sztukę zasadzają na drobnostkach. Daleko już jesteśmy od pełnéj prostoty, energij piérwszéj doby, kompozycje pełne są szumu, zgiełku, barw, dźwięków, form, nagromadzonych łatwo, a ciężarem swoim zawalających myśl główną.
W każdéj z tych trzech epok znajdziecie jeszcze trzy podrzędne doby, stanowiące pojedyńczy Cykl mniejszy. Tak w piérwszéj odbiją się stopniowo wszystkie trzy, tak w ostatniéj także, ale w każdéj z nich oddzielnym i właściwym sobie sposobem.
Z powtarzających się nieustannie i powracających zawsze trzech tych perjodów, składa się cała historja filozofij, literatury i sztuk; w pojedyńczego nawet człowieka postępach umysłowych, znajdziecie zawsze też same prawo. Zaczyna się od utworów w których wiele siły, a mało formy; kończy na wykończonych bezmyślnych drobnostkach, równie literatura jak literat. — Chciejmy jednak uważać, że piérwsza doba, właściwie nie jest najpiérwszą, poprzedza ją często, jakieś wahające się poszukiwanie objawienia, próby; duch plącze się szukając jak się okazać, aż trafi instynktowo na formę, na język swój właściwy. Bełkotanie początkowe jest piérwszą dobą piérwszej epoki, jeżeli za nią w tyle nie pozostaje. Trzy wskazane tu epoki, nie równe są, co do przeciągu czasu, jaki u różnych narodów, w różnych gałęziach dziejów zajmują. Piérwsza jednak zwykle najkrótsza, ostatnia najdłuższa, piérwsza w niewielu zawiera się pomnikach, ostatnia zasypuje niémi. Odpowiada to doskonale charakterowi epok; bo epoka formy, płodniejszą być musi od perjodu myśli, rozdrobnostkowanie rzeczy, czyni ją na pozór większą i więcéj miejsca zajmuje.
Nie wszyscy jednak żyjący w pewnéj epoce, koniecznie są charakterowi jéj posłuszni, umieszczenie ich w tym lub owym perjodzie, nie zaręcza za cechy utworów. Są co żyjąc w pierwszéj, należą właściwie do trzeciéj, lub w trzeciéj odcechowują się siłą i energją swych pomysłów i pojęciem ogółu, całości. Ogólną jednak barwę, ton, nadaje zawsze im, epoka w jakiej żyją.
Piérwszą epokę, pospolicie, dla niezręczności form, w jakich się objawia, dla małéj ilości jéj pomników, co więcéj do myśli niż do oczów przemawiają, za mało umiano poznać i ocenić — trzecią natomiast uważano za szczyt doskonałości, bo oślepiała formami, drobnostkami, za któremi ogółu dojrzéć nie było można. W piérwszéj epoce ideałów i wielkich utworów, epoce siły i energij, wyśmiéwano brak naturalności, w trzeciéj nadto wyniesiono często zupełnie bezmyślne naśladowanie natury, przechodzące w literaturze, w nikczemny indywidualizm.
W jakiéj dziś epoce żyjemy? Jest li to piérwsza epoka nowego cyklu, czy ostatnia starego? Rozważmy. Powiedzieliśmy już, że cechą piérwszej epoki, zawsze jest siła i prostota, pojęcie całości, idealizowanie wszystkiego, podnoszenie do wysokiéj potęgi. — Cechą trzeciéj bogactwo, drobnostkowość szczegółów, indywidualizacja, niewolnicze przywiązywanie się do natury i studjowanie jéj we wszystkiém. Czém jest reforma w literaturze dzisiejszéj, jeśli nie wprowadzeniem w nią naturalizmu i indywidualizmu? Utwory naszych czasów nie wielkim zapewne ogółem, nie pojęciem całości, nie prostotą się odznaczają, wszystkie one wycechowują się wybitnie od indywidualności autorów, którzy nie szukając ideałów, zwracają tylko oczy na naturę, a przedewszystkiem na siebie. Nasza więc epoka nie jest pewnie piérwszym perjodem nowego cyklu, ale ostatnią dobą, ostatniéj epoki, starego.
Nasza wysławiona reforma, któréj i potrzebę i konieczność widziémy równie z innemi, właściwie jest tylko ostatnim stopniem naszego umysłowego ukształcenia, w danym nam czasie. Po niéj dopiéro przyjdzie może nowy cyklus, nowa pierwsza doba, co przewyższy siłą i prostotą swych utworów, wszystkie co ją poprzedziły.
Na pozór zdawać się może, iż teorja ta, prowadzi do zaparcia się postępów ludzkości, wykazując w trzeciéj najwyższéj ukształcenia epoce, karłowatość i wyraźne przerodzenie (degeneratio). Tak jednak nie jest, każdy wielki cykl składający się ze trzech epok, prowadzi za sobą nowy, którego pierwszy perjod podnosi się wyżéj od poprzedzających. W historij kulTtury Grecij, Rzymu, średnich wieków, znajdziecie trzy przez nas oznaczone doby, po których przejściu jeśli nie w tym samym narodzie i miejscu, to gdzieindziéj, nastąpiło dalsze na wyższym już stopniu rozwijanie się ludzkości.
W naszéj literaturze, trzy te epoki wyraźnie się odznaczają, chociaż one odpowiadać nie będą, przyjętym już w historij podziałom jéj na oddzielnych charakterów perjody.
Cała piérwsza epoka, ukryta jest prawie, we mgle czasów, z których niémamy innych pomników, nad podania, pieśni gminne i wielki hymn do Bogarodzicy. Ostatni perjod piérwszéj téj epoki, przeciąga się aż w panowanie Zygmunta Augusta; chociaż tuż zaraz i druga epoka się poczyna. Rej należy jeszcze do piérwszéj, gdy Kochanowski do drugiéj.
Druga epoka trwa skaleczona, chorobliwie, wykrzywiona dziwacznie i przypadkowie, aż do zwanego odrodzenia za Stanisława Augusta, odrodzenia języka tylko. Do trzeciéj epoki należy cała literatura XVIII w. końca i początków XIX.
Wielka nowa reforma w literaturze, która się ogranicza, wprowadzeniem indywidualizmu na miejsce ideałów w literaturę, wprowadzeniem elementu narodowego, niczém inném niebędą, nad indywidualizm zbiorowy — należy jeszcze do epoki trzeciéj, choć ma pretensją nową zupełnie poczynać. Charakter utworów naszéj epoki dowodzi tego niezbicie. Pytam się gdzie u nas cechy pierwotnéj doby, siła i prostota! Nie odznaczamyż się raczéj rozmaitością, bogactwem, wykwintnością, ozdobnością, subtelnością utworów??
Myśmy tylko najwyższym szczeblem wiodącym na nową płaszczyznę, aleśmy jéj jeszcze nie doszli. Wiek nasz, nie wiek to wiary jeszcze, nie wiek zapału, choć już znamionuje nadejście lepszych czasów. Niémamy wiary w nic, nawet w siebie, nawet w to co czyniémy. Jakaś niepewność, wahanie się, objawiają się w każdéj naszéj czynności. Z łona ludzi co należą do swego czasu i przylgnęli sercem do niego, odzywa się przeciw sobie samym reakcya, zwątpienie — Między uczynkami, tworami, a człowiekiem i sumieniem, niéma doskonałego związku, żadnéj solidarności dzieł i autorów. Indywidualizm przechodząc do najwyższego stopnia swego objawienia, czyni z jednego często człowieka, co chwila innego w miarę okoliczności jakie go otaczają i nań wpływają.
Smutny to widok — ale pociesza myśl, że myśmy tylko nawozem, na którego pokładzie, piękny i bujny kwiat wystrzeli. Kto zgadnie jego barwy, jego woń, jego kształty??
Powiedzieliśmy już wyżéj, że są ludzie, których charakter odpowiada charakterowi jednéj z wyżéj oznaczonych epok, choć nie zawsze w niéj żyją. Ludzie ci, powiększéj części niepoznani, przechodzą przez epokę, w któréj żyją, nie należąc do niéj, a wyniesieni zostają i ukoronowani w następnéj dobie, która z niémi sympatyzując, zamiłowuje ich i ocenia. Moglibyśmy mnóstwo zacytować podobnych przykładów, i sympatja naszéj epoki dla wielkich pierwobytnych jenjuszów, wcale nas nie odwodzi od przekonania, że należym do trzeciéj doby.
Rozważmy bowiem jakie to jest współczucie nasze i czyli prawdziwe?? Alexander Wielki w złotéj skrzyni chował pieśni Homera, ale je zapewne czytał, słuchał ich z upodobaniem, nasycał się niémi, myśmy je także zamknęli w złotéj skrzyni uwielbienia, w któréj się pyłem pokrywają, nie tknięte, a wielbione. Taka jest nasza sympatja dla wszystkich wielkich utworów piérwszych epok, wielbim je, ale w nich nie smakujemy, przeszły do nas z tradycją uwielbienia, przyjęliśmy je, otoczyli nową czcią, czytamy wcale co innego, nasycamy się czém inném. Wszystko co tworzym, nie podobne wcale do tego co wielbim, prostota utworów dawnych, nie znajdzie się u nas nigdzie, a gdy chcemy dać dowód siły, dajemy tylko dowody wielkiego wysilenia.


V.
Słówko o prawdzie w romansie historycznym.

Czytaliśmy niedawno w Bibljotece Warszawskiéj, jakby przed dwóchset laty pisane wyrzekania, na wielką szkodliwość romansów, i zupełne ich potępienie. Zdanie takie dziś wyrzeczone, niczém nie dające się usprawiedliwić, jest tylko niewczesném echem, niegdyś może bardzo słusznego wyroku. W ówczas kiedy romanse malowały świat jakiś konwencjonalny, jedno tylko i to fałszywe i to fałszywie kréśląc uczucie, obłąkiwając obrazami wystawującemi ludzi, uczucia, w niebywałych kształtach; — w ówczas romans był szkodliwy w istocie, i wielce szkoda że autor co dziś go przeklina, nie urodził się w ówczas, mógłby sobie tego pozwolić, nie narażając się na śmiéch. Dziś radzilibyśmy mu, wyszedłszy z fałszywego stanowiska, lepiéj się rozpatrzéć czém jest romans i powieść. A jeśli zechce mimo to obstawać przy swojém, niechże potępi z nim razem całą literaturę i wszystko do czego wchodzi piérwiastek poetyczny. Niech powié; — wszelkie kłamstwo jest niebezpieczne, wolę od poezij nauki ścisłe i tablice Pythagoresa nad Illjadę — odpowiémy mu — Winszujem, ale nie zazdrościm — Chacun a son goût.
Dzisiaj romans, wcale jest czém inném; powiedzieliśmy już o tém w piérwszym tomie naszych Studjów i niewidziémy potrzeby powtarzania się. Tu tylko chcielibyśmy pomówić o romansie historycznym dzisiejszym, a mianowicie o prawdzie w romansie.
Wszelki utwór gruntuje się na wziętych z postrzeżeń, z dziejów, z jakiéjkolwiek bądź rzeczywistości materjałach. Człowiek twórca, układa tylko po swojemu to co zebrał w sobie — stworzyć nie może właściwie nic.
Widziemy z tąd, że zawsze jakaś prawda musi być zasadą każdego utworu. Zależy jednak zupełnie od twórcy wystawienie jéj tak, aby się w pewnych warunkach nieprawdą lub prawdą wydała. Część prawdziwa zmięszana z obcemi jéj pierwiastki, nie sympalyzującemi z nią rysami, straci swe barwy i zniknie. Prawda dwojaką jest w historycznym romansie — artystyczna i historyczna. Ta ostatnia, nigdy w nim nie będzie zupełną, bo warunki sztuki, cale się różnią od warunków historij, a romans przedewszystkiém jest utworem sztuki. W nim więc zawsze, prawda dziejowa staje podrzędnie i niejako narzędzie, środek, nie zaś cel.
Żadna historja, nie jest tak zupełną, nie daje nam tak spójnego, żywego obrazu, aby ón wcielić się dał, bez dodatków do powieści. Romansopisarza więc zadaniem jest, pole w większéj części białe, zapełnić, umarłych wskrzesić do życia, czynności ich wytłumaczyć, oblicze nam pokazać. — Tak samo ma się z epokami, które powieściopisarz pojąwszy po swojemu, przedstawia nam całkowite jak by w nich żył, jak by je znał nie oczyma duszy i intuicij, ale ciała. Chodzi najwięcéj o to, aby to co maluje, wydawało się (lub było) prawdą, aby składało całość żywą, i jedną myślą spojoną. Tu sztuka przychodzi w pomoc wątkowi historycznemu i wyobraźnia dotwarza, czego braknie, jednoczy odłamki; buduje z gruzów. Ale pisarz chcący wystawić daną epokę, jeśli dla fantazij swéj pofałszuje fakta, nie będzie się pilnować skazówek historycznych, narazi się nawet na nieprawdę artystyczną. Z tego względu poznanie historyczne głębokie wszystkiego co się odnosi do epoki danéj, do obyczajów, wypadków, ludzi i t. d. jest niezbędnym warunkiem, nawet dla pisarza — artysty.
Tym sposobem przysposobiwszy się autor, starać się powinien dopiéro poetycznie otworzyć epokę, najwybitniejszemi rysy. Nie pojmujemy aby na téj drodze historja mogła mu być na przeszkodzie, i aby dla ulżenia sobie, potrzebował ją wykręcać. Niéma nic, nawet w święcie sztuki, prawdziwszego nad prawdę — oddalenie się od niéj, odstąpienie jéj, czuć będzie fałszem.
Czego więc pilnować powinien pisarz historycznego romansu? — Postawiony między dwoma koniecznościami, — nie fałszowania historij i zaspokojenia wymagań sztuki;, gdy prawda dziejowa za wielką lub za małą dla niego i dla sztuki, gdy dotaczanie wątku urwanego niebezpieczne, jak ma sobie postąpić? Odpowiedział na to zadanie, w historycznych swych romansów obiorze przedmiotu, E. Tarsza. Sposób jest prosty i niechybny. Niepotrzeba do historycznego romansu wybiérać dziejowych postaci wielkich ani wypadków znajomych, z którémi mając do czynienia autor nieustannie plątać by się musiał między historją a wymysłem, uwięziony i skrępowany wyznaczoną mu przez historją drogą, z któréj zejść niemoże, aby w fałsz niepopadł.
Pojął ón że romans może być historycznym i będzie nim w istocie, chociaż ani osób historycznych, ani wypadków z wielkiéj xięgi dziejów, nie skreśli. Bierze typy, wystawia obyczaje, tworzy postacie, które tylko charakterami swemi, piętném swych czynności są historyczne. Tym sposobem usamowolnia się jako artysta, i puścić może cugle fatazij, pilnując tylko jednéj prawdy, prawdy w sztuce.
Dosyć nieszczęśliwe widzieliśmy próby i u nas i za granicą historycznych romansów, budowanych, na faktach znanych, wystawujących wielkie historyczne postacie. Romansopisarz zawsze w nich niżéj stawał prawdziwéj historij, lub musiał się z nią rozmijać. Jeden frazes pamiętników, jeden list współcześny, więcéj mówił, niż całe tomy domysłów. W drugim razie, gdy autor obiéra typy tylko, staje się niejako dopełniaczem historij, bierze od niéj swiatło i na nią światło rzuca. Niepodobna zaprzeczyć, aby tym sposobem, nawet historycznie prawdziwszym być niemożna, niż kiedy się porywa na wielkie postacie dziejowe. Jest to jednak w pewien sposób, nie zwyciężenie, ale omijanie trudności tylko, zejście w cień dla bezpieczeństwa.
Walter-Scott, w większéj części swoich utworów, trzymał się właśnie sposobu E. Tarszy, rzadko u niego wysuwają się wielkie postacie dziejowe, częściéj typy. I piérwsze jednak trafiają się, że nie wspomnim o innych, wszakci podobno, wszystkie nowe obrazy Ludwika XI, są kopją tylko z Kwontyna Durward?
Ten sam więc Walter-Scott, którego Tarsza uznaje swym mistrzem, malował także i wielkie postacie historyczne i wielkie dziejowe wypadki, ale tak właśnie jak E. Tarsza maluje naprzykład zjazd Kaniowski, to jest epizodycznie.
Wielkie owe postacie, nie są nigdy u niego głównemi, wielkie wypadki przechodzą zdaleka i skutki ich tylko na bohaterach się czuć dają. Autor nie obowiązany rozwijać trudnego obrazu ich, ukazuje na drugim planie, dla urozmaicenia go, to co wybitniéj wiek cechować może.
Metoda ta jest jedyną; a cała zależy na jedném, na obiorze przedmiotu, jeśli osoby występujące w romansie będą charakterystycznia do swej epoki należéć, jeśli nosić będą rysy moralne czasu, romans stanie się istotnie obrazem danéj epoki. Epizody ubogacą go i urozmaicą, i będą tém czém akcessorja na obrazie, pomocą do uznania przedmiotu. — Fałszywy wybór spęta naprzód pisarza, zniewoli go do pilnowania się historij, oziębi, i szczęście jeśli tylko miernym, utwór przez to się stanie.
Wybór wielkich wypadków i dziwnych postaci, tém jest jeszcze nieszczęśliwy, że dziełu odejmuje wszelki interes. Od razu wiémy koniec, widziemy rozwiązanie; wielką sztuką utrzymać można zajęcie czytelnika, ale to będą leki piżmowe. Tym czasem swobodny autor z wybranemi przez się typami, postępuje po swéj woli, pilnuje tylko prawdy artystycznéj, i prowadzi czytelnika jak sam chce.
W takim razie udział historij w romansie, będzie niezmiernie mały, i to tylko w ramach się jego pomieści, co zostaje za ramami dziejów; a raczéj w nich tylko napomknięte, wskazane, a tu rozwinione być może. Autor nie sfałszuje historij, nie przenaturzy charakterów ludzi, którzy mają swoje własne oblicze, co się go tknąć nie godzi; najważniejszém jego przygotowaniem, będzie czytanie dla pojęcia ogólnego ducha czasu, nie dla poszukiwania drobnostek, i gdy drugi obarczywszy się brzemieniem nad siły, kleić będzie musiał, ten ducha tylko przejąwszy, tworzyć potrafi.
Słuszną bardzo uwagę, uczynił P. K. Bujnicki (w Tygodniku) że są epoki, do których romans historyczny u nas, sięgać nie może. Wszelki przedmiot ma sobie przyrodzoną formę; są czasy, których odmalować w powieści historycznéj niepodobna; bo odtworzyć ich, wystawić sobie czysto, jasno nie możemy, mało o nich mając wiadomości. Inne są warunki poematu i tu właśnie miejsce dla poety, gdzie już romansopisarz nie dosięga, a kto wié, czy poemat téż nie zbyt zuchwale targa się na przedmioty, coby do ram romansu tylko przypadły.
Romans maluje przedewszystkiém stronę życia realną, ze wszystkiemi drobnostkami potrzebnemi w obrazie. Łatwo pojąć, jak wiele dotwarzać potrzeba, gdzie nas nie doszły wieści, tylko o wypadkach, o wielkich postaciach, a dotwarzanie niebezpieczne i najczęściéj wystawia rzecz w złém świetle. Weźmy naprzykład dzieje polskie w XI i XII wieku, dzieje Litwy w XIV jeszcze. — Co wiemy o obyczajach, mianowicie klassy średniéj i niższéj, w tym czasie, da się zamknąć na kilku stronnicach; materjał dla romansopisarza niedostateczny; poeta co idealizuje wszystko, wysnuje z tego pieśń piękną i w swoim sposobie prawdziwą; romansopisarz gdy swój obraz rozpocznie, widząc taki brak rysów, będzie musiał się domyślać i zrobić może coś bardzo kształtnego ale wcale nie malującego epoki, prędzéj poeta wyidealizować potrafi przedmiot z bliższych nam i jeszcze nie owianych uroczą mgłą dawności, czasów, niż powieściopisarz wysnuje co z nielicznych rysów odleglejszych epok.
Świeżo czytaliśmy czyjąś uwagę, uczynioną nad powieścią Tarszy Stannica. Recenzent uniesiony chwalebnym zapałem oryginalności, dowodzi że autor dla swego utworu powinien był szukać nowéj i własnéj formy, zamiast Walter-Skotowską przybiérać. Ale, jeśli forma, jak to kilkakrotnie powtórzyliśmy, jest tylko wynikłością idei, a wcale niedowolną rzeczą; kiedy dwie idee podobne sobie, objawiają się, nie powinnyż, nie musząż one, mniéj więcéj podobnie się wcielić?? Forma p. Tarszy wielce wprawdzie przypomina Walter-Skotta, ale nie jest niewolniczém podrzeźnianiem, jak się recenzentowi wydaje. Nie wynikła ona z rozmysłu, ale z konieczności, z przedmiotu, z natchnienia. Zdaje mi się, że gdyby Tarsza Walter-Skota nie czytał, mógł by trafić na tę formę, na któréj naśladowanie jest dziś skazany dla tego tylko, że się kilkadziesiąt może laty wprzód nie urodził. Forma nowa nie jest łatwą do znalezienia, i nie jest rzeczą układającą się z rozmysłem, przychodzi ona zawsze z jakąś nową ideą, i o tyle jest nowa, o ile nowa myśl, którą osłania, której ciało stanowi.
Jak pantheiści, uznają ciało w koniecznym i nierozerwanym związku z duszą, tak my uważamy formę wynikłością niezbędną myśli, co się na naszym świecie obejść bez niéj nie może. Formy rozmyślnie składane, tworzone powolnie, są to automata Vaucansona — małéj rzeczy im braknie — duszy i życia — zresztą są doskonałe.
Ale wróćmy do prawdy w romansie historycznym.
Jak w obrazie historycznym, nie są pod względem sztuki, koniecznością portrety, i najpodobniejsze twarze nie zastąpią wyrazu i życia, tak w historycznym romansie, ścisłość historyczna, nie zastępuje także prawdy artystycznej; a połączona z nią, dopiéro doskonałą całość stanowi. Naśladowcy Walter-Skotta, co romans historyczny pojęli tylko ze strony jego, że tak powiem, materjalnéj, a nie ze strony ducha, są dla nas dowodem tego. Ich utwory zimne są i przy całéj swéj drobnostkowéj prawdziwości, nudne, bezduszne. Wystawują tylko skelety epok, które odrodzić i odtworzyć miały. Bijmy na naśladownictwo w literaturze, ale na naśladownictwo bez potrzebne, bez duszne, bez myślne, co tak naśladuje jak Chińczycy; przemalowując nietylko obraz, ale plamy na nim i skazy — naśladowanie Tarszy, Walter-Skotta, jest wcale czém inném, bo zdobyczą umysłową, na korzyść literatury.

Koniec.

Przypisy

  1. U P. Wójcickiego, Teatr Starożytny I. 124, nie wiém: winą przepisującego czy drukarza, scena ta wydrukowana bez oznaczenia osób, ułamkami i żadnego wyobrażenia nie daje całości. Tak cytować jest to autorowi wyrządzać najboleśniejszą krzywdę w święcie, bo go poznać niepodobna.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.