Strona:J. I. Kraszewski - Nowe studja literackie T.II.djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
109

na Pana. Ileż to razy potrzebuje się pocieszać nieśmiertelnością swéj duszy i krótkością a zmiennością kolei żywota. I koniec najgłębgłębszego żalu, oblany jest już wspaniałą rezygnacją chrześciańską.
Ale czy śpiéwa uczucia swéj duszy spokojnéj, czy dowcipuje wytwornie, zawsze to poeta (co do formy) wykształcony na tworach, które dziewięć lat gładzono, zawsze to uczeń tych mistrzów, co nie wydali na świat nic niewykończonego, niewystudjowanego do ostatecznéj możności. I ón też jest nieskończenie wykwintny w doborze wyrażeń, w ich użyciu, w ustawieniu, w obrazach, w porównaniach — często brak mu energij, nigdy delikatności.
Chrześciański nasz poeta krąży w pewnéj sferze wyobrażeń, myśli, co nieustannie z jego ust płyną, coraz inaczéj odziane, strojne, coraz świetniejsze i coraz inne, a podobne jak siostry rodzone. Niéma w nim wielkiego bogactwa myśli i wielkiéj ich oryginalności, ale wyrażenie zawsze oryginalne i poetyczne, ale szata cudnie utkana. Człowiek co jak ón pojął wiarę, nie mógł tego świata inaczéj widziéć, malować inaczéj. Dla niego każde uczucie, myśl, kończyły się od razu, zamykały, słowy — wola Boża święta — Imie jego niech będzie błogo-